• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre

[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
26.09.2023, 17:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2024, 14:22 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett (Ziewnięcie to bezgłośny krzyk).

Chodź, zatańczymy dla nas ten ostatni raz
Tu na zgliszczach świata, piękna noc uniesie nas do gwiazd
I zamalujemy wszechświat nasz, bez używania farb
Akompaniamentem tętna rytmu serca nagich prawd.

Laurent na co dzień nie palił, ale akurat tego dnia trzymał w dłoni fajkę. Jego palce tylko lekko drżały na cienkiej bibułce, która zawijała bogowie jedni wiedzą, jaką zawartość. A jeśli Bogiem mógł być sam Laurent, to jeden z tych papierosów leżał rozbrojony do naga na blacie i jego wybebeszone wnętrzności patrzyły na niego smutno. O wiele bardziej smutno, niż on wyglądał przez okno na zimową noc. Czy to jeszcze wieczór? Wskazówki zegara kierowane były logiką, a logika podpowiadała, że przed 19 jeszcze był wieczór. Tymczasem oczy widziały ciemność rozjaśnianą tylko przez padający śnieg i odpływały już tam, gdzie Nyx śpiewała swoje kołysanki. Choć w przypominających odbicia morskich fal oczach blondyna pewnie i Nyx mogłaby popływać.

Ofiara więc tego spotkania to tylko jeden Lucky Strike, który nawet nie był trafiony. Co bardziej szczęśliwy mógł bowiem znaleźć w tym tytoniu coś więcej, niż klasycznie używane liście, ale nie dane było dowiedzieć się Prewettowi, czy to była miejska legenda, czy może jednak coś takiego naprawdę miało miejsce. I i  II Wojna Światowa otulona dymem zamiast tytoniowym to marihuany. Nie to, żeby właśnie takich doznań poszukiwał siedząc tutaj przy tym stoliku. Nie takich również poszukiwał rozbrajając tego bezbronnego papierosa. Rozbrojony żołnierz, dawno powojenny, nie okazał mu zupełnie niczego niesamowitego. Jego nagość nie odkryła sekretów, jakich się spodziewał w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania: dlaczego wszyscy tak lubią te papierosy palić? Czemu to takie popularne? Gdyby się uparł pewnie mógłby zasadzić tytoń w swoim ogrodzie, kto by pomyślał, że można było na tym zbić fortunę. A wszystko przez to, że kiedy zapaliłeś raz, drugi i trzeci to paliłeś potem piąty i dwudziesty. W końcu w dłoni samego Roosvelta kończył papieros i nagle cały świat uznawał to za modne. Następnie zapali taki Louvain Lestrange i już wszyscy zaczynali szaleć. Na końcu sięgnie po niego i Nobby Leach, którego twarz krzyczała coś niemo z gazety położonej tuż obok. Zestaw prawdziwego odkrywcy - Lucky Strike, Prorok Codzienny i czarna, ostudzona już kawa wypita do połowy. Pozostawię ci do wyboru, czy do połowy pełna, czy do połowy pusta.

Knajpa była tak samo wypełniona i pusta zarazem, jak ta filiżanka z kawą. Ciągle nie wiem, czy więcej tu było czarodziei opowiadających przy herbacie czy kieliszkach o swoich problemach sobie wzajem, czy może więcej ich nie było. Grunt, że muzyka cicho grała z magicznego radia, w którym pewnie zaraz usłyszymy kolejne wiadomości - no nie zgadniesz, o kim? Na pewno nie o tym samym mężczyźnie, który był teraz wszędzie. Prześladował cię jak psy goniły ogrodników, machając ogonami zza płotów i warcząc, kiedy ci tylko zbliżali się do posesji. Był w gazetach, radiu, na murach, na ustach ludzi, w końcu - siedział u szczytu stołku! Nobby Leach - mugol, który został Ministrem Magii. Mógłby nawet spoglądać przez okienko do twojego salonu, bo wiatr przywiał jego zdjęcie z jakiejś zagubionej gazety i nikogo by to nie zdziwiło. Ciebie pewnie też nie.

Słaba dłoń w końcu przestała wisieć w powietrzu i powędrowała w dół - prosto do popielniczki. Papieros został wgnieciony w białą porcelanę, a nienaturalnie niebieskie oczy spoglądały, jak gaście ostatnia iskra i jak nawet dym przestaje pochłaniać życie tego bogom winnego narzędzia ludzkich rozkoszy. Albo właśnie - winnego? Skoro ta rozkosz wiązała się z grzechem..? Odetchnął ze znużeniem, czując teraz ten tytoniowy dym wszędzie. Obrzydliwe. Sam proces palenia miał w sobie coś mistycznego. Gorąc od żaru, który przysuwałeś do ust, uczucie wypełnionych płuc alkaloidami, a potem ten moment, gdy ten dym opuszczał twoje ciało i przez krótką chwilę, jeśli tylko się skupiłeś, mogłeś dojrzeć migrację twojego zdrowia i jednocześnie twoich obaw, która miała rozpuścić się w powietrzu. Rozwiać. Zniknąć. Łatwo było w tym odkryć, że to nie sam tytoń tak wwiercał się w ruch i tak uzależniał od siebie ludzi. To ten proces. Ta rutyna. Coś piekielnie stałego w tym niezwykle kruchym życiu. Ludzie tego potrzebowali - chociaż minimalnej stabilności i wiary, nawet jeśli wierzyć musieli w to, że ten konkretny rytuał ich uspakajał.

Nawet nie był pewien, kto zostawił u niego tę paczkę fajek, bo sam nigdy by ich nie kupił.

Niektóre spotkania były podarowane tak samo jak ta paczka fajek - po prostu nie wiesz, skąd się wzięły. Zakładałeś na siebie rano ciepły płaszcz i oto były w jednej z twoich kieszeni. Nie powinna cię bardzo dziwić ich obecność, w końcu kto inny je tam włożył, jeśli nie ty? Ostatnio w twoim życiu było jednak wystarczająco wiele wydarzeń, które pokrywały się czarną farbą spowijającą płótno świata. Blank space. Nieosiągalna przestrzeń i zamazane wspomnienia. Może to i lepiej - nie o wszystkim chciało się pamiętać. Łagodna twarz Laurenta przybrała ciepły wyraz, kiedy się uśmiechnął. Tuż po tym, jak przesunął różdżką w powietrzu, żeby zabić ten paskudny smród tytoniu i zastąpić go o wiele przyjemniejszym, kawowym. Tuż po tym, jak jego oczy dostrzegły Esme Rowle wkraczającego do tego przybytku. I dosłownie chwilę przed tym, jak uniósł wolną już dłoń, by do niego lekko zamachać.

Doprawdy, prawdziwy lucky strike...

- Dobry wieczór, Esme. - Podniósł się z krzesła, żeby podać mężczyźnie dłoń. Nie przypominał sobie, żeby widzieli się po Hogwarcie, ale pewnych twarzy się nie zapomina. A przynajmniej ty nie zapominałeś. Nie tych kwitnących urodą, po których palcach chciało się przejechać, żeby przekonać się, czy skóra ugnie się nie trafiając na kość, czy może ta wyraźnie zarysowana zostanie pod opuszkiem. - Jestem miło zaskoczony, że na siebie wpadliśmy. - Niekoniecznie całkowitym przypadkiem i niekoniecznie całkowitym zbiegiem okoliczności. Ponieważ Laurent poprosił jednego z... hm... swojego ukraińskiego przyjaciela, ładnie ujmując rzecz w słowa, aby skontaktował go tego wieczoru z jakimś wytwórcą. To była właśnie jego paczka papierosów przypadkiem znaleziona w płaszczu. Jego szczęśliwy traf potwierdzający męską legendę. - Albo i nie tak przypadkiem, jeśli wciąż zajmujesz się wytwórstwem. - W żadnym wypadku nie zamierzał się narzucać, jeśli było inaczej, choć miał do przetracenia czas. Tego wieczoru był schowany pod wskazówką zegara, tylko zegar zapomniał go szukać. Tym sposobem czas płynął dalej, a on przesuwał się bezwładnie wraz z nim.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#2
27.09.2023, 04:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.09.2023, 04:13 przez Esmé Rowle.)  
Life is a waterfall
We're one in the river and one again after the fall
Swimming through the void, we hear the word
We lose ourselves, but we find it all

Esmé na co dzień palił, ale tego dnia... palił tak samo jak poprzedniego. I jeszcze poprzedniego, trzy, pięć i dwadzieścia dni temu jego nałóg wyglądał wciąż tak samo. Na tytoniu stracił małą fortunę, chociaż żaden prezydent, ani inny celebryta nie zachęcił go, do fajek. Miał inne powody. Tak wiele rzeczy potrafiło się w życiu zmienić, tak szalone transformacje przechodzili najbardziej obrzydliwi i najwspanialsi z ludzi. A młody czarodziej nie miał dnia, w którym nie musiałby okłamywać samego siebie papierosem. Zaprawdę, jakże wspaniałe były małe przyjemności. Momenty chwilowej akceptacji rzeczywistości taką, jaką była, nawet jeżeli nie było to niczym więcej, niż sztuczką. Dym i lustra. Brakowało tylko lustra? Skądże, tkwiło ono wewnątrz Esmé, odpowiednio zniekształcając obraz.

Czym był profesjonalizm? Wielu odpowiedziałoby, że postawą różną od tej, jaką reprezentował sobą panicz Rowle. Czy zapomniał o umówionym na wieczór spotkaniu? Skądże znowu. Pamiętał o takich rzeczach, w końcu była to praca, a swoją pracę szanował bardziej, niż samego siebie. Wszystko było wyliczone w czasie. Wizyta w jednym mieszkaniu niestety przedłużyła się, doszło do małych komplikacji, które sprawiły, że teraz Esmé musiał przyśpieszyć kroku. Był to widok niecodzienny, wszak jemu zawsze nie śpieszyło się. Nie było to kwestią spokoju czy cierpliwości, a wyłącznie braku poszanowania dla własnego czasu. Czego miał żałować? Że nie zaoszczędza go wystarczająco, by później móc rozkoszować się własną apatią? Jasne, przednia zabawa.

Dlaczego zatem tym razem się śpieszył? Bo jednak był profesjonalistą. Nie musiał tego prezentować w swojej postawie, zachowaniu, obsłudze klienta, przestrzeganiem odpowiednich zasad i tak dalej. Wystarczy, że tworzył doskonałe przedmioty, niczym profesjonalista. I za to go ceniono na koniec dnia. I za to sam siebie cenił na koniec dnia. Kazanie klientowi czekać mogło skutkować w pozbawieniu się okazji, do zatracenia się w rzemiośle, a Esmé mało rzeczy potrzebował tak bardzo, jak zajęcia. Odłączenia się od tego krzyczącego pustką umysłu i ucieczki w świat kreacji.

Naprawdę szedł dziarskim krokiem. Chwile uniesień, trochę adrenaliny, a teraz dobre tempo i papieros. To wprowadziło go w żwawy nastrój, wręcz na swój sposób nabuzowany. Niczym nakręcony przemierzał ulicę, skręcając w drobne alejki, o których niektórzy nawet nie wiedzieli. Nie zwalniał kroku. Kolejny głęboki wdech gorącego dymu. Kolejna dawka mgły, która rosą osiadała na jego umyśle.

Z wysoko uniesioną głową otworzył z werwą drzwi do knajpy. Stanął w nich najpierw, omiatając szybko pomieszczenie niezainteresowanym wzrokiem. I jakby przeoczając Laurenta, który chciał zwrócić na siebie uwagę. Doskonała decyzja z jego strony, ale do tego jeszcze dojdziemy. Esmé wciąż stał w progu, z całkiem świeżo pękniętą wargą na wysokości swojego lewego, dolnego kła. Ostatni mach papierosem, który bezczelnie został wyrzucony gdzieś na bok, nie siląc się nawet o przydeptanie go. Wszedł do środka, opuszczając głowę, zmierzając szybkim krokiem w stronę Prewetta, chociaż zupełnie tak, jakby go wcale nie widział i wcale nie zauważył. Czarodziej spoglądnął to na lewo, to na prawo, starając się ocenić towarzystwo znajdujące się w lokalu. Jak sztywna była publika? Jak wielki teatr mógł tutaj rozegrać, gdyby naszedł go taki kaprys?

Przeczesał dłonią włosy przyprószone śniegiem, który szybko roztopił się pod jego ciepłą dłonią, zlepiając pojedyncze kosmyki i uniósł wzrok na mężczyznę, który podniósł się z krzesła. Laurent. Esmé chwilę mu się przyglądał, gdy ten wystawił zaraz dłoń. Przesunął spojrzeniem z oczu na twarz, na krawędź szczęki, a później w dół - podążając za smukłą szyją, aż w końcu dotarł do barków i znów wrócił do oczu. Tym razem uśmiechając się lekko, naturalnie.

- Laurent, perła wśród świń. - odezwał się, podając mu dłoń - szorstką, o pewnym uścisku. A co miał na myśli? Ahh, kto trochę znał Esmé, ten wiedział, że czarodziej lubił rzucać swoje myśli bez kontekstu. Bez tłumaczenia ich. Czasami tworzył z nich hasła, swoiste motta. Czasami były to tytuły, ideały czy nawet deklaracje. I tym razem nie zamierzał się tłumaczyć. Nie tak, że nie powiedziałby co miał na myśli, ale zdecydowanie nie robił tego niepytany. Specyficzny jegomość.

Nie wiedział jak sam Laurent, ale Esmé był nieco zaskoczony. Niezbyt słuchał detali na temat spotkania, zanotował w swoim umyśle lokalizację i czas, a reszta nie miała znaczenia. I tak przekona się na miejscu, bo skoro klient nie przychodzi do niego, lecz prosi o rozmowę gdzieś indziej, to nie chodzi na pewno o majtki z małpiej skórki. Zatem czarodziej nie wiedział kogo się spodziewać. Liczyło się to, że wreszcie będzie miał jakieś poważne zamówienie. Od pewnego momentu cierpiał na nieco zbyt sporadyczną klientelę jego pracowni, co wcale nie generowało problemów w kwestii finansowej, lecz i tak znacząco utrudniało życie. Zostanie sam na sam z ciszą własnego serca należało do jednych z najmniej ulubionych momentów Esmé. Zaraz obok uderzenia się łokciem o kant blatu.

Zaczął zdejmować z siebie cienki płaszczyk, który dotychczas rozpięty lekko spoczywał na jego ramionach. Rzucił go na krzesło obok i zaraz podniósł kołnierz koszuli tylko z lewej strony, by niechlujnie ukryć soczysty owoc wcześniejszych uniesień. Malinkę. Odsunął krzesło, na którym szybko zasiadł, przesuwając oczyma po blacie, unosząc przy tym brew. Rozdarty papieros. O co chodziło? Nie zapytał. W odpowiedzi o wytwarzanie, zaśmiał się lekko, jakby był najsławniejszym aktorem, który został zapytany czy właśnie nim jest. Ale nagle zmienił wyraz twarzy, pojawiło się teatralne zaskoczenie, otworzył szeroko usta, a świeża rana na wardze ponownie została otwarta.

- Nie słyszałeś o mnie? - zapytał niby zaskoczony. - Najwspanialszy mężczyzna. - kłamstwo. - I jeszcze wspanialszy rzemieślnik. - półprawda. - Esmé Rowle we własnej osobie. - na koniec rozłożył ręce szeroko, jakby coś przedstawiał. Tak, grał. Ale nagle przedstawienie się skończyło. Czarodziej westchnął, a jego ręce opadły. Tak samo jak nastrój. Spoważniał... nie, znijaczał.
- Zgadza się, zajmuję się wytwarzaniem. Głównie ze skór, ale radzę sobie i w innych dziedzinach. - zsunął się nieco z krzesła, siedząc prawie na jego krańcu, głowę pochylił luźno do tyłu i w ten sposób, nieco "z góry" patrzył na Laurenta. Chociaż tak naprawdę był niżej. W wielu znaczeniach tego słowa. Przesunął językiem po wardze, zwilżając ranę i zlizując odrobinę krwi. Była obrzydliwa, ale w tym metalicznym smaku tkwiło coś ciekawego. Coś nietypowego. - Czego potrzebujesz? - zapytał, wwiercając swój wzrok w niego. Patrzył jakby gdzieś w głąb Laurenta, ale zaczął się uśmiechać. Powoli, delikatnie. - Nie wyobrażam sobie ciebie w skórach. - mruknął, wciąż patrząc gdzieś daleko. - Nie, wyobrażam. - odezwał się znacznie trzeźwiej i dosłownie trzepnął głową na boki, jakby chciał odpędzić tę wizję. Czy mu przeszkadzała? Cóż... wolał kobiety, chociaż dla Laurenta mógłby zrobić wyjątek. Czyż nie byłoby to ciekawe? Czy nie przyniosłoby zastrzyku emocji? Czy nie dodałoby jakiejś barwy? Ekhem, nawet tęczowej.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
27.09.2023, 08:59  ✶  

Specyficzny, charakterystyczny jegomość. Obraz pięknego chłopca, żeby potem został on strącony z ramki na zdjęcia, w której wisiał, a zamiast ślicznej buzi ktoś wstawił nagle obraz świni. Niedbałość tego potrącenia była wręcz kalectwem przypominając o momencie, kiedy idziesz, potykasz się, ale podpierasz o cokolwiek w okolicy i próbujesz sprawić wrażenie, że to wcale nie było żadne potknięcie. Że to było zaplanowane, a twoje daleko idące plany chowały w sobie tak chodzenie jak i oddychanie. Tylko jak to - czemu świnię? Malunki dłonią Laurenta były czasem wolno przesuwające się i zmieniające, żeby innym razem były nagłymi wizjami, które odpowiadały na każdy bodziec przekazanej mu rzeczywistości. Jak dokładnie ten moment, kiedy komplement spłynięty z tej gardzieli, po której zaraz będzie spływać i krew przemieszana ze śliną z rozciętej wargi. Potem kolejny, kiedy jego palce wślizgnęły się w szorstką dłoń. Lubił takie dłonie. Kontrastujące z jedwabną gładkością jego skóry, uściski zdecydowane, które różniły się od celowej łagodności, jaką wplatał w swój własny. Choć nie do końca celowo robił to wobec każdego. Jak miałby jednak potraktować strącony obraz? Przecież trzeba go potraktować z należytym szacunkiem, schylić się po niego i jeśli nie podmienić znowu to chociaż postawić na komodzie. Każdy wolał spoglądać na piękno niż świnie. Woleli perły od gnoju, w którym tonął ten świat. Więc to takie wzajemne podnoszenie się, tak? Zostanie określeniem perłą, choć ta ginęła pod setkami racic i podnoszenie obrazu, żeby znowu przeciął całkowicie szarą ścianę, bo na tamten niee - nie można było patrzeć. Kiedy już raz miałeś płótno w dłoni można było nadać mu całkowicie nową ramkę. Nawet całkowicie nowy kształt.

Blondyn lekko odbiegł wzrokiem w bok, lekko obrócił głowę, kiedy jaśniejące w tym oświetleniu magicznych świateł oczy Esme przesunęły się po jego rysach twarzy. Czego szukał? Perłowej masy? Błysku na bladej skórze, niedoskonałości na skórze? Nie było jej. Porcelanowa lalka miała się śpiewająco, szepcząc o aniołach i wyrwanej prosto z chmur niewinności, by wstawić ją tutaj, do tej przyciemnionej i spokojnej knajpki, w której nie było przepłacających grubo miliarderów i jednocześnie nie błąkała się klientela z nożami pod płaszczami. Oto miejsce, gdzie krzyżował się świat Nokturnu z Pokątną - Aleja Horyzontalna i jej wszystkie doznania. Włącznie z dwoma czarodziejami z tych różnych światów spotykających się pośrodku, na magicznej granicy wszechświata. Choć, o paradoksie, to właśnie znajomości z Nokturnu ich połączyły. Czegokolwiek te oczy szukały, Laurent mógłby się im prezentować. Prężyć, wyginać... prezentować. Zamiast tego był ruch, jakby niemal był zawstydzony, albo przynajmniej troszeczkę go speszyło.

- Są komplementy banalne i te, które od razu wynoszą człowieka ponad codzienność. - Zażartował delikatnie. I być może zupełnie nie o to chodziło Rowle, ale właśnie tak odebrał to sam Laurent, gdy już wymiana powitań i grzeczności miała swoje miejsce. To nie kwestia tego, czy to był komplement czy nie zastanawiała Laurenta. Jego zastanowiało to, jakiego rodzaju był to komplement. Czy ochłap rzucony dla formalności, zwykłe zdanie mające być czymś mniej klasycznym od sztywnego powitania, czy może czymś więcej? Było zawsze miłym zostać zapamiętanym. Było też coś niepoprawnie miłego w całym tym jednym, całkiem dziwnym zdaniu, jakie zostało w niego na powitanie strzelone jak kamieniem z procy. Choć bardziej przypominało to podanie waty cukrowej z zapewnieniem, że każda inna jest spleśniała.

Zastrzyk energii. Nie tak zapamiętał Esme ze szkolnych lat, ale przecież w przeciągu tych kilku, które ich podzieliły, minęło całkiem sporo. Każdy ruch promieniował zadowoleniem, wyższym komfortem doznawania rzeczywistości, jakby ten mężczyzna chciał być dzisiaj przeciwwagą dla cichego morza doznań Laurenta. Ale ten zastrzyk energii przeniknął i pod jego skórę. Dostał się do krwiobiegu ciekawością i chęcią zakosztowania tego stanu. Więc zmienił się, dopasował barwami, przesunął, by przybrać bardziej odpowiedni kształt. Powoli ewoluował całą formę, żeby przekonać się, czy będzie w stanie stworzyć idealną formę tego, co pokazywał mu właśnie ten najwspanialszy mężczyzna, na który to komentarz zresztą Laurent uniósł dłoń, by przysłonić usta układające się w szczerze rozbawiony uśmiech. Ale to nie było prześmiewcze z jego strony. To było wręcz cieszenie się jego nastrojem i pewnością siebie, jaka została mu zaprezentowana.

- Och, właśnie słyszałem. - Zapewnił go, chcąc podsycić jego własne słowa, ciekaw, czy były one tylko i wyłącznie pokazowe, żartem, czy może rzeczywiście chodziło o to, jak bardzo full of himself był. Te oględziny i zaciekawienie bardzo szybko przerodziło się w odpowiedź. Tak, grał. I to wcale nie było złe, nie kiedy dopisywał nastrój. Co zaś było złe to to, że tak łatwo było to zgasić. Nie podobało mu się to - ta świeca pięknie płonęła, migotała przed nim. Nie chciał oglądać jedynie jej dymu. Tego widział już aż nadto z papierosów. - Straciłem zainteresowanie tym, co było mi potrzebne. - Spróbował od tej strony, a nie było to w zasadzie kłamstwo. I nie chodziło o to, że już nie potrzebował, nie. Niektóre rzeczy mogły zaczekać, a jeszcze inne mogły być omówione drogą pocztową, jeśli czas zbyt przelewał się przez palce i nie chciało się pozwolić mu spływać po formalnościach. Uśmiech na ustach blondyna gładko przeszedł w ciepły promień słońca zmieniający nastrój - nie każda noc musiała być tą najciemniejszą. Nie każde spotkanie biznesowe musiało być ubrane w sztywny garnitur rozmów.

- Nie? Czemu, kiepsko bym wyglądał? - Zapytał zdziwiony i rozbawiony jednocześnie tym nagłym przelewem myśli, jaki miał miejsce od strony mężczyzny. Odsunął się nawet od stołu, bo pochylał się ku niemu - ku Esme konkretniej rzecz ujmując. Ale teraz złapał za rąbki swojej szaty, rozsunął je na boki, by na samego siebie spojrzeć. To jeszcze nie był czas, kiedy był tak chorobliwie chudy, jak miał się prezentować już za cztery lata. Nie zmieniało to tego, że był drobnej budowy.

Anioł w skórach - to byłby wszak grzech.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#4
30.09.2023, 18:20  ✶  
'Cause we are the ones that wanna play
Always wanna go, but you never wanna stay
And we are the ones that wanna choose
Always wanna play, but you never wanna lose

Obrazy i ramy. Jakże uniwersalna metafora, bo trudniący się rzemiosłem czarodziej również z niej korzystał, ale inaczej. Wypełniała pewną lukę, której porównanie do teatru i masek nie potrafiło. Wszak ułuda była na przedzie, a to pod nią skrywała się prawda. Ale Esmé nie zawsze kłamał. Czasami po prostu zmieniał wydźwięk jego własnej osoby. Obraz pozostawał niezmienny, pokazywał tego samego młodzieńca z duszą o poszarpanych brzegach, wygryzionych dziurach, miejscami przebarwionej, a miejscami spłowiałej. To ramy się zmieniały, nie zawsze pasowały do tego, co przedstawiło płótno. Czasami były pięknie zdobne, gdy młodzieniec grał eleganckiego dżentelmena, innym razem minimalistyczne, proste, gdy nie miał siły grać kogokolwiek. Czasami były masywne, o głęboko wyrzeźbionych zdobieniach i pomalowane w odcieniach nocy, gdy Esmé miał wyjątkowo fatalny humor. Wszystko zmieniało się jak słowo, zapisane innym charakterem pisma. "Kocham cię" nakreślone okrągłymi, równymi literami budziło w nas uczucie ciepła, ale wydrapane na ścianie pazurami... niepokój. Przynajmniej niepokój.

Ów ramki zmieniane były jak rękawiczki. Esmé. Esmé wśród znajomych znany był z tego, że wiecznie walczył z nudą. Robił wiele, by tylko jej nie poczuć - czasami wydawał się mieć wręcz ADHD albo zaburzenia, bo skakał z jednego tematu na drugi, zmieniał nastroje, irytował się i zaraz uspokajał. Wszystko tylko po to, by... coś się działo w jego sercu. By cokolwiek poczuć. Radość, wstyd, smutek. Z rzadka miał tę przyjemność, by otulić się jakąś emocją na długo, rozkoszować się nią, celebrować jej przybycie. Nie. W większości przypadków był jak więźniowie obozów, o których czytał w książkach opisujących największe zbrodnie mugoli. Kiedy dopadał do jakiejś emocji, próbował się nią nasycić jak najbardziej, jak najszybciej. Prowadząc jedynie do własnej destrukcji. I dalszych poszukiwań.

Komplement? Ah tak, to był komplement. Czarodziej nie miał na myśli chwalić Laurenta, lecz zdecydowanie było to pochwałą i to niebanalną. Rowle znał siedzącego naprzeciwko Prewetta z czasów szkolnych, może nawet bardziej, niż sam Prewett znał Rowle. W końcu to on był tym popularnym i zwracającym na siebie uwagę. O nim szeptano, o nim też plotkowano, do niego wzdychano. Słyszał o nim czy tego chciał, czy nie. Ale też po prostu byli z jednego roku. I z jednego domu. Znał go w jakimś stopniu, ale co ważniejsze - wydawało mu się, że go zna. I w swej arogancji nie powstrzymywał się od twardych opinii, które podparte były tylko i wyłącznie domysłami albo wyssanymi z palca teoriami. Lubił wierzyć we własną nieomylność odnośnie natury ludzkiej, ale także ich pozycji w społeczeństwie. Perła wśród świń. Komplement czy może tytuł?

- Niebanalni ludzie wymagają niebanalnych komplementów. - powiedział, wzruszając ramionami. Odbił piłeczkę, nawet jeżeli nie miał na celu komplementować Laurenta, gdy wypowiedział w jego stronę to jedno zdanie. Niemniej, teraz mówił szczerze. Pomimo tego, że kłamstwo przychodziło mu tak łatwo... mógłby oszukiwać Laurenta tak, jakby od tego zależały losy świata. Ale nawet przez myśl mu nie przeszło, by tego dokonać. Jeżeli kogoś oszukiwał, to tylko i wyłącznie samego siebie, przywdziewając kolejne maski, zmieniając kolejne ramy z desperacką nadzieją, że ten ponury obraz dzięki nim będzie weselszy, ciekawszy. Że ten dym nie będzie dławił innych lub, co gorsza, gryzł w oczy.

Zastrzyk energii był jak wystawiona ręka w stronę leżącego. Esmé pokazał ją, zaproponował podniesienie się, ale gdy Laurent chciał ją chwycić, to czarodziej ją cofnął. Nie, upadł, gdy Prewett siedział. Niektóre rany były jeszcze zbyt świeże, by móc skakać między nastrojami, niczym cyrkowiec po linach. Pewnie i bez zawahania, gdy dla innych wydawało się to niemożliwe i nielogiczne.

- Straciłeś zainteresowanie tym, co było ci potrzebne? - powtórzył za nim. Przyglądał mu się jakby zmartwiony, ale zaraz uśmiechnął się zadowolony, odwracając głowę na bok, patrząc jak przy innym stoliku znudzona para popija kawę. Milcząc. Mając puste oczy wlepione w ściany - jedną za plecami jednej strony, drugą za plecami drugiej strony. A przecież mieli siebie przed sobą. - Zatem znalazłeś to, co było ci niezbędne. - niemal wyszeptał, a cała ta wypowiedź brzmiała jak coś, co wymawiał umysł do samego Esmé. Jakby to była odpowiedź jego własnego głosu z wewnątrz na to, co z zewnątrz poddawane było pytaniu. Zapadła cisza, a czarodziej niemo wpatrywał się w równie niemą dwójkę nieznajomych. Ciemne oczy Rowle zdawały się być smutne. A może nie? Może jednak były... zawistne? Albo? Albo nie? Wszystko się ze sobą gryzło - jego słowa, jego mina, jego spojrzenie. Nic nie pasowało.

Nabrał głęboko powietrza, jakby właśnie skończył przerwę w pracy i teraz musiał wrócić do bycia... tym kim wymagano, by był. Wrócił oczyma do Laurenta, uśmiechając się do niego ciepło i pobłażliwie, gdy zapytał o skóry. Jakby chciał przekazać, że "przecież sam dobrze wiesz... nie udaj głupiego". Kolejny moment, w którym Esmé narcystycznie uważał, że kto jak kto, ale on się zna na ludziach i wie jakim jest Laurent. I, co gorsza, jak wygląda jego życie. Może dlatego w oczach Esmé jego kolega ze Slytherinu był... no tak, aniołem. Kim innym mógłby być. Aniołem, któremu wydawało się, że życie wśród śmiertelników jest wspaniałe, pełne doznań, uniesień, zachwytów. Tym aniołem, który romantyzował cierpienie, brud społeczeństwa, to jak okrutnym bywało. I gdy ten anioł zdał sobie sprawę, jak bardzo się mylił, to było już za późno. Nie dlatego, że zepsucie wniknęło zbyt głęboko w niego, a dlatego, że powodował zachwyt. Ludzie wyciągali ręce w stronę jego skrzydeł, łapali brudnymi dłoniami za pióra, które wyrywano, by zatrzymać to piękno chociaż na chwilę. Robili to bez zastanowienia, niczym zrywając piękny kwiat, który dopiero co zakwitł. A już usychał gdzieś w zakurzonym wazonie. Pozbawiali go kolejnych piór, aż skrzydła nie były w stanie unieść go ku niebu. Zmuszony zostać w tym błocie, zmuszony szukać w nim tego, co boskie. Próbując chwytać w dłonie promienie słońca, jak wstęgi łaski Boga, który o nim zapomniał.

- Wręcz przeciwnie. - zadeklarował i sięgnął ku swojemu płaszczowi, szukając czegoś w jego kieszeniach. - Ciężko mi to opisać, Laurent. - mruknął, wyciągając na stół starodawną zapalniczkę o mosiężnej barwie. Zaraz podniósł się nieco z krzesła, właściwie pochylając się na lewo, by spod prawego pośladka, z kieszeni wyciągnąć papierośnicę wykonaną z ciemnej skóry. Wygiętą i sprasowaną tak, jakby... cóż, jakby na niej siedział, co było prawdą. - Mała dziewczynka nosząca dwa warkoczyki na boku wygląda uroczo. Ta sama fryzura u dorosłej kobiety wygląda... niewłaściwie. Jak próba uszczknięcia tej niewinności dziecka. - nie potrafił tego lepiej przedstawić. Nie patrzył na Prewetta, otworzył papierośnicę, w której... był szereg perfekcyjnie zachowanych papierosów. Jakby zupełnie znajdowały się w innym wymiarze. Przysunął sobie bliżej popielniczkę, która znajdowała się na stoliku i chwycił w ręce zapalniczkę. Trz. Trz. Trzask. Spośród wielu iskier wyłonił się ogień, by zaraz zniknąć pod metalowym zamknięciem. I już płuca Esmé wypełnione były dymem. Tak, tym obrzydliwym, tym śmierdzącym. Teraz dopiero spojrzał ponownie na Laurenta, wydmuchując chmurę gdzieś na bok. Miał na tyle kultury, by nie dmuchać mu prosto w twarz. Ta twarz na to nie zasługiwała. I to do niej nie przystawało.
- Skoro tak... to może opowiesz koledze ze szkolnych lat jak ci się wiedzie w życiu, hm? - to nie tak, że niczego nie wiedział na jego temat po życiu w Hogwarcie. Laurent, w przeciwieństwie do Esmé, był popularny. Ba, był swoistym celebrytą. Po prostu dało się o nim usłyszeć, nawet jeżeli nie w radiu, to w szeptach. W plotkach. Ktoś go widział z kimś w knajpie, ktoś widział jak razem wchodzili w ciemną uliczkę. Tego rodzaju plotki, w które Esmé niekoniecznie wierzył, ale brał je pod uwagę. - Czas działa na twoją korzyść. Ale czy w każdym aspekcie? - no tak, bo według Rowle Laurent wypiękniał. Zawsze był piękny, ale kilka dobrych lat sprawiło, że wyglądał jeszcze lepiej. Albo to czarodziej zapomniał jak zjawiskowym aniołem człowiekiem był Laurent Prewett, perła wśród świń.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
30.09.2023, 20:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2023, 20:24 przez Laurent Prewett.)  
When you free your eyes, eternal prize

Czy to była gra? Jeśli tak - ile warta? Wszystko? Nic? Kości rzucone na stół i nikogo nie obchodziło, co na nich wypadło, bo artyzm słów i spojrzeń zamieniał się w grę o wiele wyższych lotów. To tutaj wygrywałeś pary, tutaj mogłeś ułożyć dużego strita. To, jak same kostki toczyły się po stole było dokładnie tak samo nic nie warte jak spojrzenia tamtej pary - szare, bure, wyleniałe. Tak jak ten kot, który tutaj leżał na parapecie, stały bywalec i nieulubieniec gawiedzi. Tylko drapał i prychał, a właściciel go nie gonił, bo chociaż myszy łapał. Jeśli to zmienna ramka - ile wart był sam obraz? Taki brzydki, podziurawiony, poniszczony... jakby zbyt wiele przeszedł. Czy gdyby Laurent złapał płótno w swoje palce i przejechał po tych brzydkich, postrzępionych krawędziach byłby w stanie je zlepić? Przecież tyle czasu, tyle życia poświęcił na studiowanie magii, która mogłaby pomóc wszystkim istotom żywym. Przecież wierzył w Boga, który szeptał mu, że może nie tylko odwiedzać najgłębsze z głębin, ale i wznosić się ponad chmury, gdy na głowy ludzkie spadał deszcz. Przez dziury przesiąkało coś czarnego, jak czarna była stara krew. Brudziła palce i dłonie, bo nie wszystko, co ujmiesz, musi być czyste. Niektóre rzeczy... niektórzy ludzie swoim brudem odstraszali już od samego pierwszego wejrzenia. A jednak. Głupi, głupi człowieczek, który chciał przekonać się, czy może pomóc. Czy jeśli chociaż przez chwilę potrzyma te przedarte kawałki i nakryje własnym ciałem rozpalone rany to będzie lżej. Ile to wszystko było warte? Czcza naiwność i głupota artysty, który chciał ratować to, co zepsute. Przecież artysta powinien był tworzyć - nie naprawiać. Zachwycać pędzlem, kolorami, wziąć do ręki kredki wszystkich barw - wykreować coś nowego, żeby na tym świecie narodziła się tęcza z dziewiczego łona. Laurent zaś stał w tej czerni, pozwalając, by go zalewała, bo sądził, że jednak może coś tu zmienić. Że mógłby dać temu obrazowi ramkę, z której może nie byliby zadowoleni ci, co na nią patrzą, ale może sam obraz byłby przez kilka szczęśliwy..? Ramkę... może z własnych ramion..?

Nie, niewiele wiedział o Esme Rowle. Niczego o nim nie wiedział. Kiedy bramy Hogwartu zamknęły się za ich plecami, ich drogi pobiegły w odmiennych kierunkach. Ostatnie jednak, co by o sobie powiedział to to, że był celebrytą. Choć rzeczywiście w samej szkole nie należał do osób, które znikałyby w tłumie. Czasem uważał, że na własne nieszczęście, żeby potem zadzierać wysoko głowę, spoglądać z premedytacją w oczy tych, którzy nie mogli znieść jego obecności i, och, z całą swoją odwagą biec za plecy kuzyna, Atreusa, który był rok niżej, żeby tam uśmiechnąć się tak, jak nie godzi się żadnemu aniołkowi. Wygrałem. To spojrzenie mówiło, że wygrał. Bo było zbyt wiele mądrych, którzy startowali z rękoma do słabego Laurenta, ale nie było wielu mądrych, którzy zaczynaliby z Atreusem czy Louvainem, to dopiero były gwiazdy Ślizgonów, ach... Ten świat kręcił się zadziwiająco. Jak szkolne ambicje i prędkość życia potrafiły zamienić się w zastój i uświadomienie sobie, że cały ten ogień tamtejszych czasów był po prostu zbędny. Życie mirażem, albo w tytoniowym dymie. Przynajmniej wtedy nikt nie skuwał ci rąk za to, że pobiłeś kogoś innego. Oj nie, teraz to Atreus skuwał innym ręce. Tragikomedia. Wszyscy dorośli, mogliśmy pokazywać sobie palcami ścieżki kariery. Albo nagrobki, napisy na zimnych kamieniach, które zostały po tych, których Los nie pokochał wystarczająco mocno. Rowle zawsze miał smykałkę do robótek ręcznych, tylko... czy naprawdę musiał kończyć na Nocturnie? W sercu Laurenta zawsze budziło się poczucie krzywdy dla ludzi, którzy nie mogli wyrwać się ze szponów okrucieństwa ludzkiego. Niektórzy uważali, że Prewett był jednym z tych w czepku urodzonych, jako syn jednego z najbogatszych ludzi świata, bo przecież samego Edwarta Prewetta. Potem patrzyli na Esme Rowle i kręcili głową. Biedaczek - nie poszczęściło mu się w życiu, ale jak mogło, skoro miał pecha urodzić się akurat w złym miejscu i złym czasie? I tak już miał zostać w tych ciemnych uliczkach, miał już tam tkwić. Nikt nie miał do niego wyciągnąć ręki, bo czemu by mieli? Odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu, robiąca to, co do niej należy. Jak wielu ludzi w tym kraju. Jak wiele dzieciaków, które przegrały swoją walkę o marzenia.

- Mam nadzieję, że stanę się ozdobą jeszcze piękniejszej szyi. - Spoglądał przez moment z subtelnym uśmiechem spod kurtyny długich rzęs na mężczyznę, delikatnie rozbawiony tak samym początkiem tego spotkania jak i odpowiedziami, jakie uzyskiwał. Odpowiedziami, które bardzo mu się podobały, bo przecież kto nie lubił chłonąć tych wszystkich uroczych słówek na swój temat? Ludzie mówili, że klejnoty zdobiły człowieka. Ale Laurent uważał, że czasami to niektórzy ludzie zdobili klejnoty. Były jedynie podkreśleniem ich oczu, ich naturalnego błysku, drobnym dodatkiem, który ujawniał najwspanialszą ze sztuk - człowieka. Znalezienie się na szyi Esme Rowle, może właśnie tam, gdzie została pamiątka po nocnych schadzkach, przysłonięta przez niego kołnierzykiem, byłoby właśnie tym - ledwo miłosnym muśnięciem i dopełnieniem obrazu. Jego ramką. Ale to nie klejnot błyszczałby tutaj najbardziej. - Jaka to ulga mieć przed sobą kogoś, dla kogo taka perła byłaby ledwo dodatkiem do jego urody. - Bo świni z całą pewnością przed sobą nie miał, ale samo to słowo nie leżało na jego języku, nie potrafiłby je wpleść w te zdanie. Nie chciał przede wszystkim. Świnia. Nie gardził tymi stworzeniami, były naprawdę inteligentne. Ale wypowiedziane w tym miejscu, gdzie nagle zrobiło się tak intymnie i spokojnie, by odgrodzić ich od świata dymem z papierosa Esme, zupełnie przeczyło czarowi. Ten czar, jego fragmenty - czy były świadomie tworzone przez bruneta tego nie wiedział. Ale Laurent łapał te fragmenty i szył z nich brylantową nić z cierpliwością pająka.

- Czasem to, co niezbędne, pojawia się przed nami w najbardziej niespodziewanych chwilach. - Powiódł wzrokiem za spojrzeniem Esme. Szara, nudna codzienność i szare, nudne życie. Ile ludzi takich widywał? Nie tylko na ulicach, ale i w swoim życiu? Ile istot próbujących zalać swoją nudę, swoje błoto, jakimś blaskiem? Jego blaskiem? A on chciał malować te kolory. Nawet czerń była piękna, nawet szarość, jeśli tylko użyło się jej w odpowiednich akompaniamentach. Niemal poczuł dreszcz na własnej skórze od tych słów, albo raczej - od samego tonu, jakiego Esme użył, co wymalowało ciepły uśmiech na jego wargach. To był bardzo szybko zmieniający się świat - ten Rowla. Prawie jakby został zaproszony do tańca z szaleńcem, który nie liczył kroku i nie miał żadnego w tym taktu, ani nie znał swojego celu. Po prostu tańcz - o nic nie pytaj, nie zastanawiaj się. Ciekawe, czy w takich pląsach łatwo było zagubić kroki..? - To tęsknota za utraconą kochanką, której szept i dotyk był niezbędny czy może przerażeniem tego, że ta niemiłość mogłaby doprowadzić do takiej monotonii? - Esme przyglądał się dłużej tamtej parze, a Laurent zaczął przyglądać się samemu Esme. I mówiąc o kochance, kiedy w końcu zapytał, przerwał ciszę, nawet niekoniecznie miał na myśli człowieka. Kochać można się było w różnych rzeczach. Kochać można się było nawet w samej miłości. Było coś inspirującego w tym, jak spoglądał na tamtą parę. Inspirująco smutnego. Zachęcającego do tego, żeby dotknąć ramienia mężczyzny i uśmiechania się do niego, by uwierzył, że można siedzieć w milczeniu, ciszy i wcale nie wyglądać jak tamci parę stolików dalej.

- Niektórzy ludzie czerpią przyjemność z obdzierania człowieka z jego niewinności. - Więc... czy ta kobieta była dla niego metaforą, czy może same warkoczyki? Czy to warkoczyki były skórą, a Laurent został niewiastą, której niewinność miała zostać odarta przez połączenie ze sobą tych elementów? Skończyć na czymś śmiesznym, zupełnie do siebie niepasującym? A może był samą istotą niewinności, która mogłaby zostać zepsuta przez nieodpowiednie ubranie? Och, Laurent uważał, że wyglądałby w skórze całkiem dobrze... - Zaliczasz się do tych osób, które wolałyby sycić swoje oczy niewinnością, niż próbować je splamić i zaspokoić własny głód? Ciekawość? - Laurent założył nogę na nogę, usiadł teraz wyprostowany, rozluźniony, patrząc na ten dym i papieros, który pasował do mężczyzny. Mężczyzna, który mógł się stać papierosem tak samo rozebranym jak ten leżący przed Laurentem. Gdzie tu była niewinność? Słowo-klucz. A gdzie w tym była niewinność samego Esme, który od razu mówił o świniach i skórach? Pewnie zostawiona daleko stąd. Gdzieś w miejscu, gdzie dziewczynkom z jego okolicy pletli warkoczyki. Tak przynajmniej wycenił to Laurent. - Jeszcze inni próbują znaleźć własną niewinność nakrywając się cudzą. Zupełnie jakby było w tym coś świętego. - Zupełnie nie spodziewał się, że ten wieczór może nabrać takiego... wyrazu.

- Jestem jedynym synem Edwarta Prewetta. Nie mogłoby mi się wieść źle. Prawda nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. - Uśmiechnął się szerzej przez parę chwil. Jedynym synem głowy rodu Prewett i przy tym nie dziedzicem, bo dziecem była... jego siostra. Starsza siostra. Choć to mężczyźnie powinno przypadać dziedzictwo z racji konieczności przedłużenia rodu, nazwiska... ach, wiadomo, jak to jest. Jego siostra, która jeździła po świecie, bawiła się swoim hobby, a on siedział na pańskich włościach i pracował na to, co nawet nie było jego. Palił fajki, których nawet nie lubił i nie należały do niego. - Ooch... Esme. - Odparł na jego następne słowa i znów na moment uciekł wzrokiem w bok na sekundę czy dwie jakby z chwilowego onieśmielenia. - Z twoich ust płyną tak słodkie słowa, że zaczynam się zastanawiać, czym na nie zasłużyłem. - Gdzie leżała granica między rozmową a flirtem? - Wiem, że banalne opowieści o wyścigach konnych, abraksanach czy domach hazardowych nie są tym, czego byś na moich ustach szukał w zamian. - Czy wiedział? Nie. Natomiast Laurent miał taką swoją taktykę i zabawę przy poznawaniu ludzi - lubił dużo zakładać. I zakładał, że Esme nawet z chęcią by posłuchał na te tematy, gdyby tylko je ująć w odpowiednie słowa, gdyby wyłowić historyjki, gdyby... opowiedzieć je z błyskiem oku i odpowiednim tonem. Mógł to zrobić. Tylko że... nie dziś. Tak mu się wydawało, że dziś nie byłby w stanie. Nie miał energii. Czuł się zmęczony. Aktualnie i tak jego umysł pracował na najwyższych obrotach, starając się nie przegapić żadnego gestu z drugiej strony, żadnego z tworzonych bodźców. A tych było całkiem sporo. Mimo to Laurent nie wahał się razem z nimi. Pozostawał w swoim spokoju i cieple. Jak ramka.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#6
01.10.2023, 02:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.10.2023, 03:09 przez Esmé Rowle.)  

Ah tak, Esmé był artystą. Jednakowo dlatego, że był rzemieślnikiem, jak i dlatego, że lubił udawać. Grać. Czarodziej tworzył przedmioty o niezwykłych właściwościach, ale także konstruował misterne maski drobnych min, gestów, słów. W jego naturze była również naprawa. Właśnie dzięki niej posiadał piękną, mugolską zapalniczkę. Kupił za pół darmo zepsutą i zniszczoną, by później ją odrestaurować. Ironią było to, że nie potrafił naprawić samego siebie. Nie potrafił sprawić, by znów czuć coś więcej i cieszyć się życiem. Apatia, do której się już przyzwyczaił. Nauczył się z nią żyć. Wystarczyło pomyśleć, że wcale nie jest zepsuty. Wcale nie jest zniszczony. Jest taki, jak być powinien. Tak właśnie miał wyglądać. To było jego przeznaczenie. Niezależnie czy Esmé się to podobało, czy nie. Karty, kolejne wspaniałe porównanie. Chylę czoła. Chodzi o to, że czarodziej dostał fatalne rozdanie. Miał wysokie karty, ale ostatecznie, w tym pokerze, nic się nie wpasowało. Nie było pary, oj nie. Była jedynie nadzieja, pomyłka. To nie była dama. Nie było też  karety, chociaż nie był biedny. Los lubił z niego drwić.


Życie to rozczarowanie, lecz z wiadomym końcem
Nasze jedyne zadanie, to mu śmiać się w mordę

Esmé zatem blefował. Podbijał zakład i grał najlepiej jak potrafił, by inni pozwolili mu wygrać. Wiedział, że nie ma z nimi szans, ale walczył. Robił co mógł. Nie, nie poddawał się. Jeszcze nie. Zawziętość była zaskakująco jaskrawą cechą w apatycznym charakterze młodzieńca. Zaciskał zęby i brnął dalej. Czy dla człowieka walczącego z pustką śmierć byłaby zbawieniem? Bynajmniej.

Zaśmiał się lekko w odpowiedzi na komplement, jaki usłyszał, ale zaraz uciekł wzrokiem - nieco przedrzeźniając samego Laurenta. Nieśmiało zwrócił swe spojrzenie z powrotem.

- Oh, Laurencie. - nagle prychnął i westchnął. - Proszę, nie poddawaj mego heteroseksualizmu próbie. - nie mówił tego tak, jakby rzeczywiście mu przeszkadzały takie słowa, a raczej jako coś co mogłoby właśnie to zamiłowanie do kobiet zachwiać. Że właśnie on. Jednocześnie Esmé uprzejmie zaznaczył, że wciąż jest raczej zainteresowany płcią przeciwną. Żeby nie robić złudnych nadziei. Nie chciał, by jego kokieteria grała na uczuciach Prewetta. Nawet jeżeli... rzeczywiście uważał, że Laurent jest ładny.

W najbardziej niespodziewanych chwilach? Te powtórzone słowa padły jedynie w umyśle czarodzieja. Jasne, warto mieć nadzieję. Nie chciał się bardziej nawet rozwodzić nad tą myślą. Nadzieja nie musiała być logiczna, rozsądna, wiarygodna. Wystarczy, że była. Zatem Rowle jej nie testował. Patrzył na tamtą parę, zupełnie niewzruszony, gdy zadane zostało mu bardzo... prywatne pytanie w formie swoistej poezji. Albo po prostu według Esmé Prewett zabrzmiał jak poeta.

- To jedynie niema rana. - wypowiedział zupełnie beznamiętnie, nawet nie mrugając. Nagle się skrzywił, jakby coś go zabolało. Tak, było to zażenowanie. Nie tak miało to zabrzmieć. Nie miał nic przeciwko odpowiadaniu w ten sposób, ale gdy chodziło o jego życie prywatne, to... powodowało to przerysowanie. Tak, jakby kochał i cierpiał katusze za milijony. Potknięcie, które zamierzał wykorzystać, by zaprezentować iście cyrkowe salto. Przybrał przerysowaną minę podniosłości tego momentu, jakby chciał założyć maskę wieszcza, który zaraz miał wygłosić poezję. - Dziura, z której wyziera pustka. Sama niczego nie oznacza, a jednak jednych zachwyca nieznanym, zaś drugich przeraża mrokiem. - wygłosił, jakby recytował wiersz. Słabo napisany, bo może i Esmé był artystą, ale zdecydowanie nie pisarzem, a już na pewno nie poetą. Nie miał odpowiedniej delikatności w sobie. - Czy taka odpowiedź wystarczy? - zapytał już normalnie, próbując zrobić unik i nie mówić wprost o co chodzi. Nie chciał o tym mówić, a o wielu innych rzeczach nawet nie mógł. Nauczony był dźwigać wszystko sam. Robił to zatem również wtedy, gdy nie musiał. To była jedyna znana mu metoda. Czy sobie radził? Zadecydujcie sami, patrząc na tego dziwaka.

Śpieszę z wyjaśnieniami. Otóż to Laurent był tą dojrzałą kobietą, a wszyscy inni małymi dziewczynkami. Warkoczyki były skórą, a niewinność... była raczej wyjaśnieniem, niż elementem metafory. W tym przypadku nie było mowy o niewinności, chociaż... Prewett wyglądał niewinnie. Niezależnie od tego jaka była rzeczywistość, to sprawiał wrażenie (wszyscy razem) anioła. Odziany w skórę wyglądałby niewłaściwie, gdy wszyscy inni wyglądali tak, jak należeli. Dlaczego? Oh, może jednak zamiłowanie do kobiet Esmé wcale nie było tak niezachwiane, jak deklarował? Widział Laurenta w skórze. Na gołej skórze była... skóra, ciemnobordowa kurtka a może nawet i czarna. Rozpięta i delikatnie za krótka, by nie zasłaniać kości biodrowych. Głupota? Nie, skóra była podszyta pięknym materiałem, o spłowiałych barwach, by nie razić misternością wzoru, który dostrzegalny był dopiero z bliska. Na nogach miał ciemne, ciasne jeansy spięte pięknym, skórzanym pasem z dużą, prostokątną klamrą w kształcie... wizja nie była aż tak szczegółowa. Było jednak kilka innych elementów, jak jasne włosy Prewetta zaczesane do tyłu, a jednak kilka kosmyków wymykało się, opadając na czoło i tworząc drobny nieład, delikatny pazur w jego gładkiej urodzie. Co istotne - ujęty był w pozie. Jak zakłada przyciemniane szkła - coraz bardziej powszechne na świecie, a to właśnie przez Anglię popularyzowane.

Nie, Esmé nie był tym rodzajem ludzi, których cieszył proces niszczenia innych. Ale i tak był do tego zdolny, bo taki był efekt uboczny jego desperackich prób poczucia czegoś. Jego wyuzdanie niosło za sobą konsekwencję. Znacznie mniej fizyczne, niż pęknięta warga. Zdarzyło się, że był tym, który zabrał niewinność i... rzucił ją o ziemię. Porzucił, bo od samego początku był tutaj tylko po uniesienie. Brzydził się sam sobą, że potrafił być tak żałosny. Tak okrutny. I pewnie dlatego za kilka lat będzie już znacznie stabilniejszym człowiekiem. Potrafiącym żyć i dać żyć innym. Bez niszczenia wszystkiego, co tylko dotknie. Ale ta lekcja miała dopiero zostać wyciągnięta. Ta przemiana dopiero miała nastąpić. A byliśmy tu i teraz.

- Po co zrywać kwiat? Pachnie tak samo w ogrodzie, co w wazonie. - kłamstwo. Tak, splamiłby niewinność, by zaspokoić głód. By spróbować wypełnić nią pustkę. Rzucić drewno na ledwo żarzące się iskry. Esmé był wyśmienitym kłamcą, a jego ekstrawagancja oraz zmienność sprawiały, że ciężko było poddawać wątpieniu jego słowa. W końcu cały czas wydawał się zupełnie nieograniczony standardami, będąc bezkompromisowo... sobą. I to z taką lekkością, jakby tak po prostu wyglądała dla niego rzeczywistość. Jak jeden wielki teatr, jak jedna wielka gra, a może nawet walka. Gladiatorów w Koloseum. Robił dobre show, chociaż niektórzy nie mogli na to patrzeć. Niektórych to przerażało, niekiedy brzydziło, inni uważali to za wspaniałe i szalenie intrygujące. Nawet jeżeli patrzyli na cierpienie. Kto by się spodziewał, że w tej szczerej rozmowie Esmé zacznie kłamać. Do pewnych rzeczy jednak nie umiał się przyznać.

Nastrój się szybko zmienił, gdy Laurent przypomniał czyim jest synem. Czarodziej wybuchnął śmiechem, tak ludzkim i naturalnym, że absurdalne wydawało się podejrzewanie go o udawanie czegokolwiek. Tak, był to najbardziej szczery śmiech tego spotkania. Z głębi serca, naprawdę wesoły. Rowle pozwalał temu wybrzmieć, w końcu była to tak miła emocja. Tak ciepła.

- Naprawdę uważasz, że wszystko co złe jest zarezerwowane tylko dla biedniejszych? Oh, jakże szczodrze, że oferujesz nam monopol na to uczucie. - zaciągnął się papierosem szybko, zaraz wydmuchując dym, by dokończyć myśl. By nie wyszło, że sobie drwi z Laurenta. - Pieniądze może dają szczęście, ale nie gwarantują go. A już na pewno nie rozwiązują pewnych problemów. - dokończył spokojnym tonem, strzepując popiół z papierosa do popielniczki, na moment uciekając wzrokiem od szafirowych oczu. I najbogatsi, najwspanialsi ludzie cierpieli. Los nie był sprawiedliwy, jednak nie oznaczało to, że jedni mogli zaznać tylko ból, a inni tylko szczęście. Oba elementy musiały być obecne, żeby był obecny jeden z nich. Taki paradoks. Różniły się jednak miary - jedni otrzymali więcej szczęścia w miłości, ale mniej w dobrach materialnych, zaś drudzy na odwrót. Niektórzy obdarowani byli wszystkim, a jednak nie dane im było się tym nacieszyć. Nie było zasady. Każdy mógł wieść równie fatalne życie - niezależnie od pieniędzy. Wiedział, że sam Prewett jest tego świadom. Ponownie Esmé rozmiłowany w swej arogancji wierzył, że Laurent czuje się nie na miejscu, by narzekać. By opowiadać jak mu źle, gdy inni... przecież mieli gorzej, prawda? Byli biedniejsi, brzydsi, głupsi, a on był obdarowany. I co z tego? To nic nie znaczyło. Niczego nie gwarantowało. Świat byłby wtedy zbyt prosty. Cele byłyby zbyt jasne. Filozofowie przestaliby istnieć, bo... po co żyć, jak nie po to, by osiągnąć perfekcję? Szybko pojawiłaby się odpowiedź, gdyby to naprawdę było tak banalne. Ale życie dla każdego było czymś innym. Każdy przeżywał je inaczej. Ja według mnie, to nie ja według ciebie. Nie było takich słów, które potrafiły opisać wszystkie uczucia. Nie było takiej logiki, która potrafiłaby to objąć i ubrać w określenia.
- A to na prawdę trzeba zasługiwać? Wybacz, kolejną słodką prawdę otrzymasz, gdy na nią zasłużysz. - odparł rozbawiony, ustanawiając małą grę. Czy Laurent zasłuży? To się okaże.

Zaciągnął się papierosem, wsłuchując się w podejrzenia Prewetta czego Rowle nie chciałby usłyszeć. Prychnął lekko nosem, wydmuchując z niego nieco dymu. Nienawidził tego wrażenia w nozdrzach, ale cóż... blondyn go rozbawił. Miał skurczybyk rację. Niezbyt interesowałyby go takie opowieści, ale nie dlatego, że nie były ciekawe. Człowiek był tak parszywym stworzeniem, że zawsze był nieusatysfakcjonowany. Dlaczego miał zaspokajać się banalnymi historiami, gdy był pewien, że Laurent posiada sporo tych... niebanalnych. Szalenie ciekawym byłoby, gdyby zaryzykował, obnażył się z tajemnicy przed Esmé. Co zaskakujące - rzemieślnik zdecydowanie tego nie chciał. Szanował zasiadającego przed nim mężczyznę. Znał go od lat, chociaż od lat też go nie widział. Nie potrafiłby wykorzystać go w ten sposób dla własnej satysfakcji. A czy uważał, że był w stanie sprawić, by blondyn się otworzył trochę za bardzo? Oczywiście. Arogancko wypowiedziane "tak". Z jasnym zaznaczeniem kropki, by wskazać na pewność. Czy miał ku temu jakiekolwiek powody? Oczywiście. Że nie. Esmé był po prostu zapatrzony we własne umiejętności prowadzenia konwersacji. Kokieteria i kłamstwo. Niebezpieczna mieszanka, chociaż brakowało jeszcze aktorstwa. Nad tym pracował, a na razie nadrabiał ekstrawagancją. Rozwieję jednak wątpliwości - jakikolwiek sekret Laurent by zdradził, ten pozostałby bezpieczny. Nie chodziło o to, by rozpowiedzieć i zniszczyć mężczyznę. Chodziło tylko o to, by zaryzykował.

- Niech zgadnę. Twój koń wygrał, twe abraksany są najwspanialsze, a w kasynie zdobyłeś małą fortunę. - powiedział drwiącym tonem. Kolejna chmura jasnego dymu napełniła płuca. Tym razem większa, bo czarodziej nagle zgasił papierosa - na wpół niedopalonego. - Proszę cię, może wypadam na pijawkę żądną wrażeń, ale uważam cię za dobrego znajomego ze szkolnych lat. Nawet jeżeli nie czujesz tego samego wobec mnie. Cóż, ja nie zwracałem aż tak dużej uwagi i nie wzbudzałem tak często sympatii. Trzeba było zadowolić się tym, co miałem. - w tamtych latach był znacznie spokojniejszym młodzieńcem, stojącym na uboczu, chociaż nie dlatego, że czegokolwiek się bał. Po prostu nie potrafił się odnaleźć w tym wszystkim. W tych momentach szczerej radości, napięcia, smutku. Znał się z wieloma, bo lubił poznawać nowych ludzi, to była taka niewinna forma generowania jakichś bodźców. Hedonizmu, którego potrzebował. Jednak już wtedy był nieco dziwny. Nieco zbyt melancholijny, nieco zbyt ponury, nieco zbyt... z czarnym humorem. Trochę za bardzo uszczypliwy, trochę za mało kulturalny. Tak, nie był szczególnie lubiany, ale wyjątkowo cenił tych, którzy darzyli go sympatią. Dla Laurenta mogło to być naturalne zachowanie, ale Esmé lgnął do ciepła. Niczym ćma do ognia. Pozbawiony matki od najmłodszych lat, postawiony z boku nawet we własnej rodzinie. Jak miał czuć to ciepło, skoro był odsunięty od domowego ogniska? Szukał go zatem gdzie indziej. I z latami wytracał tę potrzebę. Nie, wytracał siły, by za nią ganiać.
- Jestem ciekaw po prostu jak ci się wiedzie. - zakończył, by uśmiechnąć się przyjaźnie. Był ciekaw tak, jak mógł być ciekawy kolega, który nie widział drugiego kolegi. I tyle. Nie chodziło tutaj o niezwykłe historie, szokowanie, emocje u granic. To nie była opera, nie był teatr, chociaż Esmé starał się czasami przekonać, że jednak może jest. To było zwyczajne spotkanie w knajpie, a oni - pomimo swoich odmienności, samej unikalności bycia czarodziejami - byli też po prostu ludźmi. Odsunął popielniczkę znów na bok stolika. Nie chciał żeby śmierdziała mu pod nosem. Może i palił, może i był przyzwyczajony do dymu, ale nie do smrodu zgaszonego kiepa. Było w tym coś... niezwykle obrzydliwego.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
01.10.2023, 10:27  ✶  

Łatwiej udawać, że jest się perfekcyjną formą, niż perfekcyjną formą się stać. Okłamywać siebie samego i wszystko i wszystkich wokół - kłamstwo jest tym doskonalsze, im dłużej je pielęgnujesz. Kiedy nie wykładasz wszystkich na stół, tylko chowasz jedną z nich w rękawie. Laurent próbował przypomnieć sobie Hogwart, przypomnieć sobie Esme Rowle z czasów dziecięcych i dopasować tę twarz do obecnego wyrazu. Pamiętał tyle, że ze specyficznego dziecka zamienił się w jeszcze bardziej specyficznego dorosłego. Wzbudzał jakąś dozę niepokoju w swoich chyba nieskoordynowanych ruchach, przypadkowych słowach, gestach i spojrzeniach. Nie mógł się zdecydować, co pokazać, czy może nosiło go zbyt wiele od środka? Nie miał pojęcia, a dowiedzieć się chyba też nie miał tego wieczoru. Tak, chciałby go rozłożyć tak samo, jak krupier rozdawał karty i zajrzeć pod rewers. Zewnętrzny rys karty mógł być naprawdę piękny, ale czasem przekonywałeś się, że to zwykła, robiona masowo talia, a na białym spodzie wcale nie ma ręcznych malunków, które nadawałyby się do powieszenia na ścianie. Błędem byłoby myślenie, że Laurent szukał jednak takiego rodzaju piękna. Jak słusznie zostało powiedziane - romantyzował ból. Albo trafniej: żal mu było tych, którzy w pokera przegrywali, dlatego chciał przegrać dla nich, żeby chociaż te parę chwil z nim spędzonych było czymś innym niż szarugą codzienności i jej zadrą ciągle wbijającą się głębiej pod skórę. Jego ojciec zwykł powtarzać, że Los lubiła z ludźmi grać w pokera. Miała jednak w zanadrzu kilka innych gier. Nie potrafiłeś powiedzieć, jak to jest. Twoimi jedynymi rozgrywkami było wykładanie kart ludziom - tym zwykłym i tym niezwykłym, jak Esme, głównie.

Zaskoczenie wymalowało się na twojej twarzy, kiedy padło takie odważne stwierdzenie. Kolejne z odważnych. Czy to przypadek? Przypadkowo dobrane słowa, jak wszystko w kalejdoskopie Esme zdawało się kręcić i spoglądać, co dziś takiego ciekawego zostanie wylosowane? Laurent ledwo powstrzymał odruch, żeby rozejrzeć się po ich najbliższym otoczeniu, bo był to odruch głupi, niepotrzebny. Wiedział przecież, że nikt koło nich nie stoi, że nie wyciąga swojego ucha w ich stronę. Każdy tutaj miał ich w dupie, tak jak i on sam rozmywał w swoich posadach rzeczywistość, żeby móc zatonąć w oczach mężczyzny naprzeciwko i pozwolić się oczarować jego głosowi. Słowa odważne, bo zbyt łatwo poddawane ostracyzmowi społeczeństwa mogły spłynąć niepotrzebnymi konsekwencjami na tego, kto tylko by się nimi przejął. Nie przejmował jednak nikt. Tylko Ty, Ja, świat wokół był jakąś mrzonką. Może to ta ramka tego wieczoru się poszerzyła..?

- Nie ośmieliłbym się. - Kiedy po dwóch sekundach zdziwienie opadło, wkroczył w pole delikatny żart. Pewnie miał się dać jeszcze zadziwić nie raz i nie dwa, ale to, że nie wiesz, co spotka cię za kolejnym zakrętem zdań wcale nie pochłaniało przyjemności rozmowy. Tylko ją wybijało ponad codzienność. Esme Rowle szukał doznań - a oferował jej całą gamę ludziom dookoła siebie. Teraz zabrzmiał tak, jakby to wszystko przypadkowe nie było i jakby to on sam przygotowywał słodko pachnący kwiat, którego chciało się dotknąć. Kwiat się wtedy zamykał i łapał cię całego. Czy faktycznie by się "nie ośmielił"? Bujda. Natomiast nie było to kłamstwo w jego własnym mniemaniu z prostego powodu - on niczego nie poddawał celowo testowi. Jedynie... otwierał nowe możliwości. Więc to zaprzeczenie z jego ust, te słowa, jakie padły, wcale nie zabrzmiały twardo - wręcz przeciwnie. Prześlizgnęły się ze swoim miodem jak gospodarz przechodzący z szeroko otworzonymi rękoma przez furtkę. Nawet jeśli nie było to bezpieczne.

Tak oto chwilowe wrażenie zmienności doznań zostało przecięte przykrą codziennością, której Laurent naoglądał się już zbyt wiele i czasem przemykało mu przez głowę, że już naprawdę dla tego świata nie było nadziei. Ludzie tak szybko tracili kolory, wypierani z nich wraz z kolejnym praniem. Powód? Codzienność. To nie problem proszku, nie mydła, którym próbujesz doprać uporczywe plamy, które potem i tak zostają na powierzchni, wżarte w materiał. Musisz wymienić ulubioną koszulę na świeżą, tej już nawet nie wypada ci nosić. Szarość. Esme był jednak kolejną ofiarą nijakości, która tworzyła w nim dziurę. Jak można było uznać ją za piękną - tego nie wiedział. Powodowała ból, była czymś, co chciało zostać wypełnione, co sam posiadacz chciał wypełnić, tylko nie wiedział jak. Gdzie ten szpital na rogu piątej i dziesiątej? Mieli tam zlepiać ze sobą połamane kawałki serca i kolejne kawałki rzeczywistości, jaka nie przystrajała się w wiosenne wianki.

- Przykro mi. - Powiedział całkowicie szczerze, cicho, jakby ta tajemnica nie miała prawa wypełznąć poza obręb tego stolika i tej przestrzeni, jaka została stworzona przez nich - dla nich samych. Tamta odpowiedź wystarczyła - a czy ta wystarczy? Miał ochotę wyciągnąć dłoń po jego dłoń. Zatrzymać chwilę w ciszy, jaka rozłożyłaby nad nimi niebo z gwiazd i chmur. Nie, ta odpowiedź więc nie wystarczyła. Nie jemu. Ale kim był, żeby wbijać się w to pazurami? Na pewno nie był człowiekiem okrutnym, który szukałby doznań cudzym kosztem. Ciekawość mogła zostać strącona z ramienia z dbałości o drugą osobę. Na co zaś można było sobie pozwolić z tej dbałości i gdzie było tutaj to "wystarczy"? Nie, to nie chwila rozłożyłaby to niebo. To on by je rozłożył. Może byłoby nawet trochę zabawne? Jak płachta zrobiona ręką dziecka, które doczepia doń wiszące gwiazdki i księżyc, który można było przesuwać rączką od boku. W prostocie można było czasami odnaleźć największe piękno. Wygląda tak delikatnie... Artyści mieli wrażliwe dusze, a ich poszukiwanie inspiracji prowadziło ich czasami do podejmowania głupich, lekkomyślnych decyzji. - Są takie chwile w tym życiu, które nawet w bezruchu potrafią wypełnić pustkę. Potrafiłbyś sobie pozwolić na zatrzymanie? - Czy może pędził wciąż do przodu? Nie pytał już o samą ranę, co ją powodowało, nie pytał, skąd się wzięła. Mógł jedynie spróbować chociaż minimalnie pomóc. Przekonać się, czy Esme uznaje już siebie samego za próg przegrańców, czy jednak o coś walczył? W gwiazdach zapisali lepsze jutro, Esme Rowle. Tylko nie dla wszystkich. I chyba nie dla ich dwójki.

Ach, więc jednak Esme kłamał - i potrafił postawić przed swoimi oczami tę niebanalną (według Laurenta) wizję. To nie tak, że sam Laurent nigdy nie założył skóry - ale to nie była skóra, o której była tutaj mowa, czuł to intuicyjnie. Bo nie chodziło o szyte garnitury i tym podobne... to było o wiele śmielsze, chyba dlatego, że wszystko, co wysuwało się z tego człowieka zdawało się śmiałe i trafiające prosto do sedna dokładnie tego, co miał na myśli. A na myśli miał..? Co za zagadka. Ciekawa, intrygująca zagadka. Doprawdy znalazłeś dokładnie to, co było ci niezbędne tego wieczoru, choć pojawiło się tak niespodziewanie. Samego siebie nie wyobraziłbyś sobie w tak odważnym wydaniu. Ale może to dlatego, że nie do końca zastanawiałeś się, co chciałbyś nosić? To zawsze były stroje idealnie dobrane do wizerunku. Tak jak zawsze była idealnie dobrana biżuteria, uczesane włosy i... ach, to wszystko było zwykłą bajką. W dodatku nie twoją. To miała być bajka dla wszystkich, którzy zobaczą i się zbliżą. Tak jak powiedział - nikogo nie obchodziła prawda. A Esme? Czy jego interesowała prawda, czy chciał tonąć w swoich wyobrażeniach? Tych niedokładnych, jak zostało to określone. Wysunięte z ziemi piękno, rozkwitający kwiat, był tym sekretem, że Rowle miał w sobie czar, który sprawiał, że on sam wręcz idealnie komponował się ze skórą. Perfekcyjna para, match made in heaven. Czerń, która podkreślałaby jego sylwetkę i to spojrzenie, które było posyłane na dziesiątki różnych sposobów, a Laurent chciał mieć to spojrzenie dla siebie i na sobie. Chciał mieć jego myśli na sobie i wokół siebie. I miał. Co jeszcze mógłby od Esme zabrać i co ten był przede wszystkim od siebie dać..? Bo jedną z rzeczy, o której by nigdy nie pomyślał, na co by nie wpadł, to szacunek. Nie pomyślałby, że brunet żywi do niego jakikolwiek szacunek. Nie chodziło przy tym o jego zachowanie czy dobór słów - chodziło tylko i wyłącznie o to, co Laurent miał we własnej głowie.

Teraz to Laurent się zaśmiał. Krótko, ale perliście, przysłaniając dłonią usta, jakby chciał ten śmiech zatrzymać, kiedy pojawiły się słowa o tym, że przecież zrywanie kwiatów nie miało żadnego sensu, bo przecież dłuższy ich żywot w ogrodzie, przecież tak samo pachniało. Nieprawda, Esme. To było całkowicie urocze usłyszeć coś takiego, ale to nie była prawda. Brzmiała jak naiwna bajka dziecka, ale blondyn nie potraktował tego jak kłamstwo, nie przeszło mu to nawet przez głowę. Może oprócz tego, że przechodziło mu przez myśli, że większość ludzi kłamie, bo jedyne, co ich interesowało to zniszczenie tej niewinności, wzięcie to, czego pragną i zostawienie. Tak się rodziła myśl, że nie jest się niczym więcej czy mniej niż zwykłym ciałem. Pielęgnowanym latami, żeby potem inni mogli z tego korzystać. Jakkolwiek potoczyło się życie tego bruneta to ostatnie, co by o nim powiedział to fakt, że był zaniedbany. Zachwycał niejedną kobietę swoją urodą, był tego pewien. I najwyraźniej potrafił łapać zainteresowanie rozmówcy, o ile ktoś nie był zniechęcony sinusoidą doznań, jaką można było przy nim łapać.

- Przepraszam... to było bardzo urocze stwierdzenie. - Za ten śmiech, oczywiście, bo nie chciał, żeby jego rozmówca poczuł się, jakby się naśmiewał z niego, czy z jakiejś wypowiedzianej głupoty. Nie spodziewał się czegoś tak czystego i niepasującego nawet do tego miejsca usłyszeć z ust właśnie tego mężczyzny, ale to było bardzo odświeżające. Laurent odrobinę rozwitł przy tych słowach. Jakby sam był kwiatem, na który właśnie padło kilka promieni słońca. Albo tym aniołem, któremu podarowano kilka boskich wstęg. Któremu Esme podarował kilka świateł. Jakże fałszywych. Ale Laurent musiałby być innym człowiekiem, żeby stracić wiarę w ludzi. Albo doznać jeszcze więcej krzywd, żeby w końcu pojąć, że jego starania nie były nikomu potrzebne. Przyjemnie było usłyszeć też śmiech z drugiej strony.

- Nie, Esme. Powiedziałem, że w moim wypadku prawda o bólu, cierpieniu czy przeciwnościach losu nie ma znaczenia. Nie może mieć. - Nie uważał, że wszystko, co złe, było zarezerwowane dla niższych kręgów społecznych. Przecież to właśnie w nich się urodził. Na dnie, w nędzy. W takiej samej nędzy pożegnał swoją matkę. Czy pieniądze rozwiązały ten problem? Nie. Czy ratowały go dziś? Nie. Dlatego nie było już w jego oczach płomienia, chęci walki ani ambicji, które tak mocno świeciły w jego oczach w szkolnych czasach - bo przekonał się, że nie ważne, jak bardzo będzie się starał walczyć, życie i tak weryfikowało swoje. I Laurent był... mimo całego tego ciepła, szczerej dobroci, bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. I nie potrafił tego szczęścia znaleźć, bo nie wiedział, czego mu brakuje i co robi ciągle nie tak, że te wszystkie starania to po prostu zbyt mało. - To prawda. - Nie miał nic do dodania w kwestii pieniędzy. A jednak chciał je mieć w ramionach i gromadzić jak smok. Jakby one jedyne mogły go obronić przed złem i syfem tego świata. Esme miał jednak całkowitą rację - Laurent nie czuł się na miejscu, by narzekać. Ciągle wbijał sobie do głowy, że przecież ma życie jak z bajki, wszystko mu się układa (układało), a jest tyle nieszczęśliwych ludzi potrzebujących pomocy... więc milczał. Milczał na temat zbyt wielu tematów.

- Hahaha... To już byłoby zupełnie nudne i nieinteresujące. - I czy siedziałby tutaj, gdyby miał taką opowieść do przekazania? Blisko Nocturnu, umawiając się kogoś z tych rejonów? Och, ród Prewett był angielską wersją mafii, kto wiedział ten wiedział. Niejeden i nie dwa interesy przetoczyły się po tych mrocznych ulicach. Ale Laurent nie zanurzał w tym dłoni, od kasyn również trzymał się z dala. A jednak siedział tutaj i rozmawiał właśnie z Esme, zamiast szukać rzemieślnika po tej dobrej stronie tęczy. Rozbłysnęły mu oczy, pojawiły się w nich te chochliki, które gotowe były do psot przez nową grę, jaką wystawił Esme jak i przez to, jak odpowiedział na jego, hm... "zaczepkę". Nazwijmy to zaczepką. Ale już następne słowa sprawiły, że uśmiech Laurenta trochę zmalał i skierował spojrzenie na moment z twarzy rozmówcy w dół, na blat. Na parę tych krótkich, a jednak niepoliczalnych chwil. Hogwart. Nie chciałbyś tam wrócić. Sympatia przeplatana z bezsilnością wobec przemocy. Wzniósł oczy na Esme. Nic się nie zmieniło, prawda? - Wczoraj to historia, jutro to tajemnica, a dziś to dar. Jeśli więc mam wybierać między poruszeniem twojego serca a nudnymi opowieściami o abraksanach zawsze wybiorę próbę sprawienia, żeby to zabiło. - Wskazał palcem na klatkę piersiową Esme. Czy to był w ogóle wybór? Jakikolwiek wybór? Dla niego było to aż nader oczywiste i to, czy znał Esme z czasów szkolnych dodawało jedynie kilku przypraw do całości. Dodawało tego, że miał do niego większe zaufanie. Złożył ze sobą dłonie, spoglądając ciepło na przystojnego, podartego w swoich nasadach mężczyznę. - Mam marzenie, Esme Rowle. - Wypowiedział te słowa jak zaklęcie, niemal szeptem, rozpływając się w swoich nasadach nad tym snem. - Sen o harmonii, polanach, strumieniach i ptakach świergoczących w koronach leśnych drzew. Wizję o miejscu, gdzie nie wchodzi przypadkowy człowiek, by wyrządzić krzywdy i gdzie każde stworzenie może spać spokojnie. - Brzmiało nierealnie? Ha... - I prawie ten sen ukończyłem. - Tak gdyby istniały wątpliwości co do tego, że marzenia są nie po to, by je spełniać, a po to, by o nich śnić. - Prawie ukończyłem budowanie Raju. - Tylko czy to było tego warte? Lata miały zweryfikować, że... chyba nie. Ludzie mieli przychodzić, uważać to miejsce za raj, a on miał w końcu z niego uciekać, nie odnajdując w nim szczęścia. - Ujmując rzecz bardzo dosadnie - zająłem się stworzeniem rezerwatu. - Podsumował z lekkim rozbawieniem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#8
08.10.2023, 18:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2023, 18:20 przez Esmé Rowle.)  

O odwagę i śmiałość można posądzić kogoś, kto rozumie normy społeczne - co wypada i czego nie wypada, a jednak i tak je łamie, gdy wymaga tego sytuacja. Esmé nie wpisywał się w te ramy. On nie rozumiał norm społecznych. Nie przemawiały do niego. Dlaczego miał kłamać, zasłaniając się pewnymi ograniczeniami, zamiast mówić co rzeczywiście myśli? Dlaczego nie mógł wyrażać siebie? Przecież prawda była dla ludzi tak istotna, a jednak nie potrafili jej przyjmować. Nie, nie chcieli jej przyjmować na co dzień. Nie w każdej relacji i interakcji. Woleli słodkie, ugłaskane słówka, sytuacje wręcz wyuczone na pamięć - proste rozmowy o pogodzie, spotkania w parku i przy herbatce. Wszystko wytłumione, ocenzurowane, bo nikt nie chciał się wysilać. Bo każdy chciał wybierać kiedy chce znać prawdę, a kiedy chce słuchać kłamstw. Świat sam w sobie był wystarczająco chaotyczny i niezrozumiały. Zbyt trudny w nawigowaniu. Dlatego Esmé był tak ciężkim towarzystwem. Był poniekąd jak labirynt, w którym zewsząd słychać było głosy, namawiające, by podążać w jakimś kierunku. Który był prawdziwy? Żaden? A może wszystkie? W końcu labirynt był labiryntem nie dlatego, że miał jedno wyjście, a dlatego, że łatwo było się w nim zgubić.

Przykro mu? Czarodziej prychnął lekko i wzruszył ramionami. Chociaż jemu - pomyślał. Miło, że Laurent starał się okazać wsparcie, ale Esmé nie potrzebował go. To, co czuł... a może wcale nie czuł, nie dało się wypełnić współczuciem. To nie był ten kształt elementu układanki. A skoro nie wiedział co z tym zrobić, to jedynie pokazał obojętność - nie podziękował nawet z grzeczności. Grzeczność była dla tego czarodzieja... cóż, po prostu nie miał jej w zwyczaju. Częściej była maską, aniżeli rzeczywistym zachowaniem, ale z Prewettem rozmowa wyglądała nieco inaczej. Jasne, wciąż zmieniał je, ale prawie każdą prezentował jak... jakby był modelem na wybiegu. Oh, patrz jaki teraz jestem uroczy. A teraz? Teraz jestem smutny. O, nie przegap z pewnością jak jestem zafrasowany. Kreacja za kreacją, ale w każdej przekonywał, że wyglądał dobrze. Że to jest jego styl. Grzeczność nie była w jego stylu i Laurent nie zasługiwał na tak bezczelne kłamstwo.

Dosyć nijaki wzrok Esmé powoli nabrał skupienia, gdy padło pytanie. Milczał, patrząc niemo na Laurenta nie pokazując po sobie niczego, oprócz zamyślenia. Jasnym było, że w głowie zdziwaczałego czarodzieja pojawiła się odpowiedź, ale nie padła na głos. Zamiast tego Rowle zamrugał kilkukrotnie, jakby wyrwał się z objęć własnego umysłu, który próbował go wciągnąć w bagno rozmyślań.

- Czy ja, czy ja, czy ja... - odezwał się tonem, jakby właśnie wypowiedział wstęp do własnego strumienia myśli. Przy tych słowach uniósł nieco głowę, gładząc się po brodzie niczym prawdziwy myśliciel. - Lubisz prowadzić tę sekcję zwłok, co? - uśmiechnął się do swego towarzysza szeroko, cwaniacko, jakby przejrzał go, ale... tak naprawdę nie było tutaj niczego do przejrzenia. Wszystko było widoczne jak na dłoni. Zwyczajnie Esmé dotychczas przyzwalał na to wszystko, a teraz nagle coś się zmieniło. Tylko czy ta wypowiedź nie była też swoistą odpowiedzią? - Nie szkodzi. W końcu jestem żywym trupem. - dodał ciepłym głosem, by zaraz położyć swoją jedną rękę na piersi, zaś drugą na blacie stołu. Stuk. Stuk. Stuk. Powolny rytm serca. Spokojny. Może nawet za bardzo. - Zadajesz takie trudne pytania. - westchnął nagle, splatając dłonie na stole, kończąc swój mały akustyczny popis. - Ja, za to, zadam ci absurdalnie banalne pytanie. Z tego rodzaju pytań, na które od razu znasz odpowiedź, ale później sam sobie próbujesz wmówić, że jest inaczej, niż czujesz. - z każdym kolejnym słowem uśmiechał się nieco bardziej, jakby wprowadzał Laurenta w pułapkę, w ciemną uliczkę dobrze wiedząc, co tam na niego czyha. Ale na koniec wcale nie szczerzył swoich zębisk. Właściwie... uśmiech nie poszerzał się, a nabierał intensywności. - Powiedz mi, drogi Laurencie, czy jesteś szczęśliwy? - i na koniec rozsiadł się na krześle, jakby zasiadał właśnie na tronie, a pytanie było wręcz rozkazem. Oczywiście wszystko było tylko i wyłącznie wrażeniem. Esmé wciąż był tym samym zmarnowanym rzemieślnikiem, a jego słowa wciąż były tylko słowami nikogo prosto z Nokturnu. Nikt nic nie musiał wobec niego. Nie przeszkadzało to jednak czarodziejowi, by nosić się, jakby oczekiwał czegoś zupełnie innego.

Nawet najwspanialsze kłamstwo było mało wiarygodne, gdy zwyczajnie nie pasowało do scenariusza. Rowle nie zastanawiał się czy jego wypowiedź jakkolwiek pasowała. Nie miała do czego. On sam był rozrzucony we wszystkich kierunkach, że nie dało się łatwo określić co pasuje, a co nie. Pewnie dlatego Laurent uznał te słowa za urocze, a nie fałszywe. A może zrobił to zwyczajnie z grzeczności. Niemniej, Esmé spróbował wypaść teraz na przeuroczego, skoro już został o to posądzony. Uśmiechnął się słodko, najsłodziej jak potrafił. Jakby naprawdę był tak niewinny. Oh, czyżby właśnie odzierał kogoś z niej? I nie potrzebował do tego skóry czy warkoczyków.

Prewett był nieuważny. Nie, lekkomyślny. Prawda nie miała znaczenia? Czy wiedział jak niebezpieczne były to słowa? Na jakie zachowania przyzwalał? Jasne, według niego prawda nie miała znaczenia w jego wypadku, ale czym był ten ów wypadek? Odpowiednimi okolicznościami i niczym więcej. Zatem... czy to, co prawdziwe, nie miało znaczenia, gdy żyło się życiem Laurenta? Spojrzenie Esmé się wyostrzyło, jakby był wygłodniałym drapieżnikiem, który właśnie dostrzegł, że ofiara odwróciła się do niego plecami. Spoważniał, chociaż ostatecznie jego twarz była obrzydliwie nijaka.

- Słyszałeś takie słowa jak - uważaj czego sobie życzysz? - kolejny raz wypuścił myśl, której nie tłumaczył. Proste skojarzenie, bo Laurent wykazywał to samo zachowanie. Mówił bez zastanowienia jakie konsekwencje może nieść to, co mówi. I mówił to w obecności kogoś takiego, jak Esmé - kogoś tak, jak sam zauważył, niestabilnego. Nieobliczalnego. Wręcz... szalonego. A jednak nie, jednak Rowle trzymał swoje zmysły w garści. Nie miało się tutaj wydarzyć nic złego, nic nieoczekiwanego. Ot, najwyżej szalenie intrygująca rozmowa. Jednak Prewett lepiej, żeby nie odsłaniał pleców wobec innych. Przecież to wtedy najłatwiej ukraść mu kilka piór ze skrzydeł i tym samym przedłużyć jego męczarnie wśród motłochu. - Laurent, uważaj czego oczekujesz. - sparafrazował powiedzenie, by lepiej pasowało do sytuacji. Mężczyzna naprawdę oczekiwał, że w jego życiu prawda nie miała znaczenia? Że to wszystko, te "wypadkowe", które składały się na jego żywot były ponad to? Że był ponad prawdę? Aż ciężko było stwierdzić czy poniżał siebie, czy wywyższał. Nie zasługuje czy nie wypada?

Nie trudno było zauważyć, że Prewett dużo pytał, a mało mówił o sobie. I nie dlatego, że nie chciał, a wychodziło, że nie czuł się na miejscu, by o tym mówić. Jakby... jemu po prostu nie wypadało. Ale Esmé nie dbał o to, co wypada, a czego nie - to już zostało powiedziane na wstępie. Czarodziej pozwalał uderzyć w siebie, a następnie niczym rykoszetem odbić. Może jego towarzysz myślał, że niczego nie zdradza, ale właśnie tym milczeniem zdradzał dużo. Tak samo tymi pytaniami, które czasem brzmiały tak, jakby chciał aby to jemu zostały zadane. Nie, może sam zadawał je bardziej sobie, niż rzemieślnikowi? Tak czy inaczej, Esmé nie musiał pytać, by znajdować odpowiedzi na pytania i ta dynamika rozmowy pasowała mu tak długo, jak Laurent nie poczuł się w niej nieco zbyt swobodnie. Nieco zbyt... w swoim królestwie. Czarodziej jak na złość starał się to teraz nieco zmienić. Na tyle, by nie wykoleić tej rozmowy, ale wciąż wystarczająco, by zboczyła z komfortowej trasy, do której Prewett był przyzwyczajony. Czas na wyboje.

I wyboje już nastąpiły wcześniej. Teraz Esmé pokiwał głową, zdecydowanie zgadzając się z przedmówcą - takie historie byłyby okrutnie nudne. Należałoby wtedy bardziej się gimnastykować, by zachować ciekawość w tej dyskusji. Dlatego ani jeden, ani drugi nie usiedli w krainie normalności, a wędrowali po tematach, które niekoniecznie powinny być poruszane podczas pierwszej rozmowy po latach z kimś, kogo praktycznie się nie znało. Ale to właśnie dlatego było tak ciekawie.

Zamrugał zaskoczony, gdy Laurent śmiało oznajmił jaki jest jego cel. Sprawić by serce Esmé zabiło. Powoli przeniósł wzrok na dłoń, która wskazywała na jego klatkę piersiową, na którą zaraz zresztą spojrzał, jakby chciał dostrzec tę dziurę, którą w sobie widział dotychczas jedynie oczyma wyobraźni.

- Laurencie... - mruknął, przenosząc na niego spojrzenie - pobłażliwe, ale ciepłe. Niczym matki, której dziecko zapewniało, że dla niej ściągnie gwiazdkę z nieba. Oh, jakże uroczo w tej dziecinnej naiwności. - Nie ładnie pokazywać na innych palcem. - przechylił głowę na bok i wciąż uśmiechał się. Wciąż jednakowo, cóż, lekceważąco. W ten sposób też unikał komentarza na te słowa. Jasne, Laurent, próbuj. Powodzenia. Właściwie to nawet był zadowolony, że właśnie taki cel miał Prewett. Nawet jeżeli nie musiało mu się udać, to było ciekawie. Ciekawie chociaż obserwować te próby i to, co wymyśli, aby wywołać coś więcej, niż echo powracające z dziury.

Rozplótł dłonie, by oprzeć łokieć lewej ręki na oparciu krzesła obok. Założył nogę na nogę, by swobodnie przyglądać się Prewettowi, gdy ten zaczął snuć opowieść o swoim marzeniu. Wydawał się w nim tak rozsmakowany, aż miło było spojrzeć na kogoś, kto mówił coś z taką... satysfakcją. Przyglądał mu się, samemu mając pogodną minę, zdradzającą, że właśnie na tego rodzaju historie liczył najbardziej. A jednak brew została uniesiona, gdy padło słowo "Raj". Przecież bardziej pasował do anioła, niż do Boga, ale... kto nie był bohaterem w swojej własnej historii? Nie przerwał mu, pozwolił dokończyć. Domyślał się, że chodzi o rezerwat, w końcu z tego słynęła jego rodzina. To było ich forte. Chyba. Przynajmniej według opinii publicznej, bo co kryło się podszewkach? Oh, tego nie wiedział, ale był pewien, że jakiś brudny sekret. Tak, jak i w jego własnej rodzinie.

- Raj... powiadasz? - mruknął pod nosem, zdecydowanie bardziej do siebie, niż do samego właściciela ów skrawka wspaniałości. - Może... może i masz rację. Może i jest to Raj. Twój własny Raj. Personalny. - wciąż jego wzrok był mętny, a głos niewyraźny, wręcz bełkoczący. Obrócił głowę na bok. - To co dla jednych jest spełnieniem marzeń, dla drugich może być koszmarem. - a zatem nie istniał uniwersalny Raj. Ciemne spojrzenie wróciło do Laurenta, teraz już skupione. - Gratuluję. Mam jednak małą poradę dla każdego właściciela Raju. - odezwał się też lekko rozbawiony - tak jak Prewett, gdy oznajmił czym było jego marzenie. Esmé pochylił się do przodu, opierając obie ręce na blacie, tworząc wrażenie, jakby przekazywał jakąś konspirę. - Uważaj na węże. - wyszeptał i zaśmiał się wesoło. Obaj byli wężami, czyż nie?

Odchylił się na krześle do tyłu, a obie dłonie miał na krawędzi stołu, by w razie czego chwycić się, aby zwyczajnie nie polecieć na plecy, gdyby nogi... nieco za dużo siły włożyły w kołysanie się. Milczał i patrzył na Laurenta spojrzeniem, które widocznie oceniało. Przyglądał mu się tak, jakby spoglądał na niego z ukrycia, zza filara, niczym zbyt wierny fan, który chciał wiedzieć coś, czego nie powinien. Wyrwać trochę tej prywatności, do której przecież nie miał prawa.

- A jednak nie wyglądasz jak ktoś, kto prawie dorównał Bogu. - wypowiedział te słowa, niczym byłyby one wyrwanym dokończeniem jakiejś myśli, która plątała mu się po umyśle. Satysfakcja w głosie była jednym, ale sam Laurent... nie wyglądał na człowieka, który żyje w Raju. - To jak, hm? Czy też prawda nie ma tutaj znaczenia? - gdzie było kłamstwo? Skoro był to Raj, to czemu Laurent nie brzmiał, jakby w nim żył? Jeżeli nie był to Raj, to czemu mówił z taką satysfakcją? O co tutaj chodziło? Coś zdecydowanie było nie tak. Nie było, tak po prostu, logiczne. A przynajmniej nie wpasowywało się w logikę, jaką posługiwał się sam Esmé. Tak, tę pokrętną logikę, którą potrafił uzasadniać swoje szalenie zmienne zachowanie.

When your moon is fake and your mermaids cry
Do you ever believe you were stuck in the sky
When your tunnel fades and your guide is shy
Do you ever believe you were stuck in the-
Sky?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
08.10.2023, 19:13  ✶  

Przy Rowle robienie założeń i strzelanie było bardzo niebezpiecznym zajęciem. Ale Laurent trzymał łuk. I strzelał. Mierzył prosto w czerwoną kropkę, która miała być najwięcej punktowana. Mierzył prosto w umysł, prosto w serce, chociaż przecież interesowało go też wsyzskto co dookoła. To nie ważne. Nie przejmował się błędami, mógł pudłować, wtedy wiedział, gdzie i jak wziąć poprawkę. Co zrobił źle, co powiedział nie tak, co źle zinterpretował. Tylko że Esme bardzo starał się udowodnić, że... nie, zaraz, on się starał? Czy może nie starał wcale? Te puzzle, te obrazy i ramy, w końcu łatwo było odnaleźć zadziwiającą prawdę, że tutaj nawet nie było do czego strzelać. Zbyt wiele czerwonych kropek zaczynało pojawiać się przed oczami, bo mężczyzna sam je zaczynał wokół siebie rozrzucać. Wtedy powiemy sobie: w tym szaleństwie był plan. Laurentowi chyba nie będzie dane go poznać. Poczucie zamieniania się z tego, który tworzył sieć w tego, który dawał się w tą sieć oplątywać często nie było wcale złe - wręcz przeciwnie. Blondyn bardzo lubił, kiedy druga strona chciała prowadzić, a nie być prowadzoną. Kiedy to druga strona polowała... tak długo, jak to polowanie było tak ekscytujące jak pogoń wilka za łanią, który nie chciał w łanię wbijać zębów. Dopóki kły kłapały tylko przy jej chudych nogach, a nie chciały pogruchotać kości. Laurentowi przyjdzie zaraz opuścić łuk z tym zdumieniem, że chyba w nic tu nie trafi. A nawet jeśli trafi, to strzała może się odbić i trafi z całą pewnością w coś za nim. Osłoniętego - tak pozornie, bo w końcu to była gra pozorów. Jego gra obłudy kontra gra Esme, który zagrywał prawdą. Świat kłamstw był śmiesznie prosty do zburzenia, jeśli napompujesz go wystarczającą dawką faktów, obdzierając mity i zadeptując obłudę. Bo widzisz - Prewett uważał kłamstwo za potrzebne. Uważał potrzebne przemilczenia, uważał, że te wszystkie grzeczności były niezbędne. Ponieważ prawda była zazwyczaj zbyt ciężka do dźwigania. A jego własne ramiona zbyt wątłe, żeby każdy kosz z faktami życia ponieść.

- Tak... lubię. - Odpowiedział z lekkim ociąganiem, przyglądając się uważniej swojemu rozmówcy przez tę krótką chwilę. Wywołany dyskomfort z powodu tego okrutnego słowa nakreślił jego ciało koniecznością poprawienia się, jakby zwłoki właśnie koło niego usiadły i teraz musiał się dopasować, jak plastelina, do jego rozmiarów, kształtów i wszystkich zagięć. Lubił to robić - ale na pewno nie przy zwłokach. Miło byłoby zaprzeczyć. Powtórzyć: przykro mi, bo najwyraźniej bawiło to Esme. Dawało jasno do zrozumienia, że okej - przyjmuję do wiadomości, że jest ci przykro. Po mnie to spływa. Woda przesuwająca się po kaczych piórach była tak samo zainteresowana tymi lotkami jak Esme współczuciem. To też było przykre. Rysowało dla blondyna jednak granicę, której z trupem najwyraźniej lepiej było nie przekraczać dla komfortu. Swojego. Bo towarzysz chyba... Laurent zaryzykował stwierdzenie, że Esme był gotów przyjąć bardzo wiele tych strzał, celnych czy niecelnych, nie ważne. Ale nie zamierzał na wszystkie reagować. Wybierał, dobierał, zbierał swój własny arsenał, z którego sam będzie zadowolony. To był chyba ten moment, w którym Laurent zastanowił się, jak bardzo niebezpieczna była to rozmowa. Nie w sensie fizycznym. Psychicznym. Serce uderzyło mu mocniej w klatce piersiowej, dając ostrzegawczy sygnał. Jak werbel wojenny, który gotował się do walki. Krew w jego żyłach przyśpieszyła, jakby zobaczył przed sobą tego wilka, ale przy tym nie zmienił się w gotową do ucieczki łanię. Tak, to prawda. Byli wężami. Jaka szkoda, że nawet jako wąż ustępowałeś pola i pozwalałeś zadeptać wszystkim to bezpieczne miejsce uważane za dom tylko dlatego, że na wszystko było zawsze za mało sił. Za mało ognia. Wiary? Wierzyć można w Boga - wiesz, że Laurent w niego wierzył? Wierzyć można w innych, w to, że Ministerstwo nadal pozostanie nadęte i pełne papierologii, albo w to, że Nobby Leach w końcu zostanie zepchnięty ze swojego stołka, jeśli tak dalej to pójdzie. W to Laurent mógł wierzyć. Lecz... w siebie? Cóż, to dopiero byłaby pusta wiara. - Jeśli człowiek w swoim życiu powinien się czegoś wystrzegać to żywych trupów. W końcu kto szukałby liścia wśród koron drzew. - Chciał w zasadzie zaprzeczyć. Chciał powiedzieć, że to nieodpowiednie, że nie powinien tak określać siebie samego, ale w zasadzie... kim on był, żeby to mówić? Znów to poczuł - zmęczenie. Po tym jednym uderzeniu serca zmęczenie i znużenie, głos w głowie mówiący, że niektórzy naprawdę tacy byli, bo przekonałeś się już o tym. Okrutni. Źli. Pozbawieni duszy. Żywe trupy. Czy Esme należał do grona tych ludzi? - Być może ocenię, czy to sekcja... zwłok i czy rzeczywiście blisko ci do takiego określenia. Na razie odmawiam przyjęcia takiej koncepcji. - W gruncie rzeczy tym cytatem przeczytanym w jednej z poezji, nieco przerobionym, kupił sobie tylko odrobinę czasu, podzielił jedną myślą, ale chciał to bardzo szybko wykalkulować w swojej głowie, jakie podejście powinien zrobić do Esme. Bo zgubił rytm. Zadał pytanie, które sprawiło, że coś w Esme się zmieniło. Albo to było kolejne ze złudzeń. Zaintrygował go za to tym, co zapowiedział. Tak jak zostało powiedziane - strzała została puszczona, rozmówca nadał wiadomość, niekoniecznie bezpośrednią, więc ciężko mówić o trafieniu. A potem w końcu zapytał. Laurent się roześmiał. Tkwił w takim punkcie życia, że chyba tylko tutaj mogło go tak rozbawić to pytanie. Bo owszem, znał na nie odpowiedź, ale Esme błędnie zakładał, że próbował sobie wmówić, że jest inaczej. Laurent ciągle siebie samego pytał, dlaczego tak jest. I sam fakt braku odpowiedzi unieszczęśliwiał go jeszcze bardziej. - Dawno nie miałem okazji porozmawiać z kimś, kto lubiłby strzelać w wyznaczony cel równie mocno, jak ja. - Odparł z rozbawianiem, zamiast dać tą oczywistą i prostą odpowiedź. Bo odpowiadać nie musiał. Oczywiście, że nie musiał. Kusiło tak to pozostawić w ramach małego zadośćuczynienia za zwrotny brak odpowiedzi. W zasadzie... czemu nie? - Nie jestem, Esme. Nigdy nie byłem. - A czy będzie? Jutro było jedną wielką niewiadomą i niespodzianką. Ale Laurent... nie potrafił uwierzyć nawet w to, że będzie. Mimo całej tej szarpaniny, jaką urządzał, mimo tego, jak strasznie starał się znaleźć sobie miejsce. Były chwile, w których szczęśliwy był - oczywiście, że tak. Ale one nie przesądzały o całym życiu. - Nie uważam, żeby moje pytanie było trudne. Trudna może być co najwyżej odpowiedź, kiedy samemu się nie wie, gdzie się znajduje w swoim życiu. - Te jego gesty, jego chwiejność - czy on w tym wszystkim naprawdę wiedział, gdzie ma być? Gdzie kończył się jego akt a zaczynała ta ukochana przez niego prawda? Znów - był ciekaw reakcji.

- To nie jest moje życzenie, Esme. To klątwa. - Przypatrywał się tej twarzy, z której nagle odeszły emocje. Och, cześć, Wilku... Było w tym coś niepokojącego, tak... ten niepokój Esme budował, może chciał, żeby jego "przeciwnik" wytężał swój umysł, swoje zmysły? Żeby gotował się na to, co zaraz nadejdzie i będzie dalej? Zmiana była przecinająca zimnym dreszczem o tyle, że jeszcze przed chwilą Esme się naprawdę wręcz uroczo uśmiechał. Ta zdradliwa część mózgu Laurenta szepnęła obojętne mi... Niech się dzieje wola Piekła. Co było zabawne to to, że wydawało mu się kosmicznie realna mimika, jaką Esme przybrał. Sztyletem, który przeciął ich bajkę. Obrzydliwe było to, co po drugiej stronie, na samą myśl Laurentowi robiło się niedobrze i podparł się teraz o blat, spoglądając nawet z twarzy rozmówcy na tego rozchełstanego papierosa na dłuższy moment, nim znów niebieskie oczęta podniósł. Fakt był taki, że nie wypadało. Nie zasługiwał. Nie mógł. Starał się stanąć na swoich nogach, nie być lalką przerzucaną z kąta w kąt od tylu lat, że... Ale wszystko wracało na ten sam punkt, w którym stawał i szedł dalej. Podciągał się na tych, którzy dali się skusić wężowi z raju na słodkie jabłko, którzy chcieli w zamian za podniesienie kilka tych piór. Niektórzy chcieli całych skrzydeł.

Fakt, pokazywanie innych paluszkiem było całkiem niegrzeczne, ale zamiast jakiegokolwiek boczenia się za zwrócenie uwagi czy przepraszania pojawił się tylko niewinny uśmiech na jego ustach, szeroki. A czy szczery? Hm... Ale Laurent trochę przygasł, jakby już w tym punkcie zostawił to, co był w stanie z siebie wydobyć i nie miał wiele więcej do zaoferowania.

- Gdyby przyszedł do mojego Raju wąż przywitałbym go z otwartymi ramionami. - Ciekawiło go to, co tak bardzo rozbawiło Esme dokładnie, gdzie plątało się znaczenie między Rajem a Koszmarem, ale nie pytał nie dlatego, że zupełnie nie rozumiał. Nie pytał dlatego, że po głowie chodziły mu podobne słowa. Przyrównania. Ostrzeżenia siebie samego. Tylko że Laurent mówił to ze swojej perspektywy osoby znającej wiele szczegółów, a Esme... co wiedział Esme i czego doświadczył, co myślał o Rajach i Koszmarach? - Jestem teraz zaintrygowany, co myślisz o Raju i Koszmarze. Kogo koszmarem mógłby stać się mój Raj. - Kłusowników, na ten przykład? Być może. Osób, które chciały się wzbogacić kosztem innych istnień? Z pewnością. Bo mimo swoich słów Laurent wcale by tak chętnie każdego węża nie wpuścił. Uśmiechnął się pod nosem. Nie, nie miała tu znaczenia. Esme mówił, że to miał być Raj Laurenta. To miał być Raj dla wszystkich innych. Dla Laurenta to była ucieczka. I, o zgrozo, miało się stać jego Koszmarem. - Jestem człowiekiem o wątpliwie dobrym zdrowiu szarpiącym się z biurokracją i aranżacją policzalnych marzeń ludzkich, jakim są galeony. Nawet nie musnąłem palcami boskości. A dziś jestem człowiekiem o wątpliwym zdrowiu, który znalazł to, co ponoć mu niezbędne. - Wyciągnął wyżej kąciki ust, spoglądając na Esme z chwilowym rozbawieniem, jakby zaraz miał się roześmiać. Nie zrobił tego jednak. - Czujesz się wystarczająco zaintrygowany tą opowieścią? - Odsłanianie pleców w naiwności, co... Laurent mało rzeczy mówił bez zastanowienia, choć przy tym człowieku ewidentnie powinien stać na najwyższym stopniu uwagi. Z tym, że jakoś nie mógł się na to zdobyć nawet mimo chwilowego ostrzeżenia własnego serca. Trzymał ostrzegawczy sygnał w swojej głowie, ale nie miał ochoty tego przerywać. To było prawie jak eksperyment - tylko właściwie na kim tutaj eksperymentowano?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#10
14.10.2023, 11:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2023, 15:25 przez Esmé Rowle.)  

Ależ oczywiście. Kłamstwo było potrzebne. Bez kłamstwa nie było prawdy, bo czym byłaby prawda? Prawda istniała tylko po to, by przeciwstawiać się kłamstwu, tak jak kłamstwo istniało tylko po to, by przeciwstawiać się prawdzie. Gdzieś już podobne słowa padały, co? Ale czy to był kolejny przykład dziwnej, paradoksalnej zależności czy może alegoria? Pozostawiam to do interpretacji. Niemniej, fałsz był niezbędny i w tym temacie dwójka mężczyzn się zgadzała. Mentalnie podawali sobie dłonie, chociaż Esmé miał zupełnie inne spojrzenie kiedy rzeczywiście wykorzystanie kłamstwa było usprawiedliwione. Niezajmowany emocjami umysł kalkulował, ale nie były to chłodne, matematyczne obliczenia. Brak większych emocji nie sprawiał, że wszelkie przemyślenia nagle odarte były z człowieczeństwa. Rowle wciąż kierował się swoim własnym kodeksem moralnym, który... no właśnie, mniej stawiał na emocje, to jak są odbierane, a więcej na... kto zgadnie? Tak, na prawdę. Tutaj mogłaby się pojawić wielostronicowa dysputa filozoficzna, określająca czy kłamstwo to czyn z natury zły, czy neutralny, bo z pewnością nie był dobry. Ale nic takiego się nie pojawi, ta lawina wniosków zostanie pominięta, by wyciągnąć z niej to, co najważniejsze - Esmé uważał kłamstwo za coś z natury złego. Z natury obrzydliwego. Gdyby drążyć, to uznałby je za bardziej nieludzkie, niż zabijanie. W końcu ludzie robili to od zarania dziejów, bo było to niezbędne do przetrwania. Ale kłamstwo? Oh, kłamstwo nigdy nie było niezbędne do przetrwania. Kłamstwo zaczęło mieć znaczenie, gdy człowiek odsuwał się od bestii, a zbliżał do człowieka. I w tym przypadku wcale nie było to rozgraniczeniem piekła od nieba. Bycie człowiekiem, według Esmé, oznaczało bycie kimś gorszym od bestii - tych naturalnych czy tych magicznych. Na tym świecie nie istniało stworzenie tak przerażające, tak okrutne i zniszczone do cna, jak człowiek. Kłamstwo stało się poważną bronią, by walczyć o przetrwanie w nowym środowisku, które w tym zakresie odnosiło się tylko i wyłącznie do ludzi - chodziło o społeczeństwo. O klatkę, w której człowiek sam się zamknął, by nie stać się potworem. Niektórzy o tym zapominali, bo... każdy już rodził się w tym rezerwacie, nie znając własnej natury. Wolność. O nią walczono, ale czy zawsze? Ludzie chcieli znajdować się w tej klatce, nie chcieli zostać z niej wykluczeni i wtedy... wtedy kłamali. Gdy zrobili coś, czego zrobić nie powinni. Gdy ludzka, potworna natura wygrała. Ale klatka się zaciskała, wykluczała stojących z dala od jej centrum, wyznaczała coraz trudniejsze do osiągnięcia granice. Ponownie - zasługa natury człowieka. Kłamstwo było wymagane coraz częściej, coraz mniej należało przewinić, by stać się potworem, toteż fałsz był na porządku dziennym. Musiał być, bo inaczej człowiek nie mógłby żyć z samym sobą.

Ale kłamstwo było wciąż kłamstwem. Było wciąż narzędziem, które zostało stworzone, by wyprzeć się naszej obrzydliwej natury. Dlaczego więc ludzie tak chętnie z niego korzystali, gdy nie musieli? Gdy było do stracenia... prawie nic? Ot, ktoś uznał cię za niekulturalnego, ktoś za bezczelnego, ktoś za chama i prostaka. A ktoś za szaleńca. Esmé nie kłamał w wielu sytuacjach, w których mógłby. I mógłby tak eufemistycznie nazwać to "dobrymi manierami" albo, co gorsza, "byciem dżentelmenem". Esmé kłamał wtedy, gdy musiał. Gdy czuł, że jest zagrożony. Gdy jego natura zostałaby zbyt obnażona. Ale nie zapominał, że posługuje się zakrwawionym nożem - niezależnie czy nim ucinał palce, czy groził, czy może jedynie rozcinał szmatę, która kneblowała go. Kłamstwo było kłamstwem, tak jak morderstwo było morderstwem.

Niczym zesłany z niebios Prewett przyjmował z otwartymi ramionami węże w swój Raj, a Esmé tym samym gestem witał strzały. Niektóre go chybiały, niektóre go trafiały. Po niektóre się schylał, a niektóre wyciągał z siebie, by zaraz wystrzelić je w kierunku, z którego wyleciały. Nie było ran, nie było nawet dziur. W tym abstrakcyjnym porównaniu Rowle był masą błota. Czasem ktoś był w stanie przysiąc, że w tym błocie widzi coś więcej, ale... ale to nie było istotne. Strzały w nim grzęzły, wystrzelone zupełnie na marne. Niczego nie mogły zdziałać, lecz przynajmniej strzelec mógł zbadać granice tego, ekhem, bagna.

Dało się wyczuć zmianę atmosfery. Dla Rowle było to wyczuwalne tak, jak dla rekina krew w wodzie. Nie budziło to jednak żadnych krwiożerczych instynktów. Żadnego antagonistycznego zachowania. Laurent nie odsłaniał się, a jednak teraz był... niczym odsłonięty. Grunt po którym stąpał... po którym został zmuszony stąpać stawał się dla niego coraz bardziej obcy, coraz bardziej zdradliwy. Kroki były coraz bardziej niezdarne, coraz bardziej niepewne. Esmé mógłby położyć mu rękę na ramieniu, a Laurent mógłby nawet nie zdać sobie sprawy co zaraz nastąpi. Że wcale nie zostanie podtrzymany, a zepchnięty w przepaść. Oh, jakże wszystko byłoby proste, gdyby tylko czarodziej rzeczywiście był takim potworem, w jakiego przeistoczenie został przygotowany przez życie.

- Wiesz co w prawdzie lubię najbardziej? - zapytał, opuszczając głowę w dół, spoglądając na moment na blat stołu, lecz z końcem uniósł spojrzenie - patrząc niczym spod wilka na Laurenta. - Jest bezczelna, bezkompromisowa i okrutna. Nie dba o to, co ktoś myśli, bo to co ktoś o niej myśli wcale nie zmienia tego, kim jest. - uniósł głowę, nawet nieco zadzierając ją. Przypatrywał się Prewettowi w skupieniu, w ciszy. Oczekiwał czegoś? Nie oczekiwał odpowiedzi na pytanie, bo sam zaraz wyjaśnił wszystko. Nie oczekiwał teraz reakcji. Sam zareagował. Uśmiechnął się - wcale nie nagle, ale wciąż dosyć zaskakująco. Zaskakująco ciepło - niczym nauczyciel, który dawał swoim młodym podopiecznym cenną lekcję jak być dobrym człowiekiem. - Wszyscy powinniśmy być bardziej jak prawda. - i na tym zamierzał zakończyć temat "żywych trupów" i tego jak Laurent się na niego zapatruje.

Strzelać w wyznaczony cel? Esmé zwęził spojrzenie na chwilę, zabujał się na krześle i pokiwał głową na boki w dziwacznym geście... ni to zaprzeczenia, ni potwierdzenia. Jakby po części się zgadzał, a po części nie. Tak, z zamiłowaniem strzelał w cel, ale... czy wyznaczony? Sam zdecydowanie go nie wyznaczał, lecz dostrzegał i obierał. Nie dało się nazwać też tego celowaniem w słabe punkty, bo czarodziej wcale nie próbował krzywdzić. Celował zdecydowanie w intrygujące punkty, który odsłaniały się i tworzyły podejrzenia, że mogą wywołać coś jeszcze ciekawszego. I jak ciekawe było smutne przyznanie się Prewetta, że nie jest szczęśliwy i nigdy nie był?

- Widzisz, Laurent, nawet ja byłem kiedyś szczęśliwy. - odezwał się beznamiętnie. Jego twarz nie przedstawiała emocji, ani ton głosu. Niemrawo patrzył na mężczyznę, będąc tym razem tak ludzko trzeźwy, skupiony, obecny. Tak, że nie dało się pomylić tej pustki z zamyśleniem, rozkojarzeniem, grą czy czymkolwiek innym. - Dlatego mam siłę, bo życie pokazało mi, że rzeczywistość może wyglądać inaczej. - prychnął czymś rozbawiony, ale jego kąciki ust nawet nie drgnęły, oczy nawet nie zmrużyły się, by wyrazić ten nastrój. - Ta siła może mieć różne pochodzenie. Mam nadzieję, że ją znalazłeś albo znajdziesz. - bo trudno było żyć komuś, kto nie znał smaku szczęścia. Nadzieja musiała mieć jakieś fundamenty, jakieś... uzasadnienie jej. Nie za mocne, nie za szczegółowe, bo nie musiało być logiczne. Nie musiało przekonać kogokolwiek innego, niż nas samych. U samego rzemieślnika pochodzenie tej siły się zmieniało, ostatnio może nawet zbyt gwałtownie.

Zamrugał nieco zaskoczony, a nieco skonfundowany słowami Laurenta. Rowle nie wiedział gdzie znajduje się w swoim życiu? Rozumiał co Prewett miał na myśli, ale nie rozumiał o co go posądza - o zagubienie, naturalnie, ale gdzie było jego miejsce w takim razie? Esmé uważał, że dobrze wie gdzie się znajduje. Nigdzie. I nie było to tożsame z brakiem wiedzy gdzie, bo "nigdzie" stanowiło konkretne miejsce. Jego życie nie zmierzało ku lepszemu, ani ku gorszemu. Stało w tym samym punkcie od dawna. Nic się nie zmieniało i, co najgorsze, nawet nie bolało. Nie było bodźców, że coś się dzieje źle lub dobrze.

- Odpowiedź jest niczym innym, jak wolą, by zaspokoić czyjąś ciekawość. Kłamstwem lub prawdą. - zaczął, chwytając w dłonie zapalniczkę, by zaraz zacząć ją obracać w palcach, bawiąc się nią. Co chwilę stukając o blat, by dokończyć obrót i poprawić chwyt. Teraz właściwie wyjaśnił, że odpowiedź nie padła tylko dlatego, że nie chciał jej udzielić - że nie chciał zaspokoić ciekawości ani kłamstwem, ani prawdą. Ale pewności nie było, bo też nie powiedział, że posiada jakąkolwiek odpowiedź. Ciężko było złapać za słowo Esmé, cokolwiek mu udowodnić, wytknąć palcem, gdyż ten prowadził swego dialog krętymi ścieżkami, na chwilę zbaczając z trasy, by zaraz do niej wrócić. Było wiele odnóg, z niektórych nawet zawracał, ale nigdy nie wydawało się to popełnionym błędem. Chwytał rozmówce za ręce, by wykonać kilka piruetów, dodatkowo pogarszając orientację w terenie. Dzięki temu pozostawał nieuchwytny i pewnie dlatego czuł się tak swobodnie niezależnie od rozmowy. Może nawet dlatego był tak nonszalancki - bo On był gdzieś poza zasięgiem. Nawet, gdy wydawał się tuż przed, na wyciągnięcie ręki.
- Klątwa? - powtórzył, po czym westchnął lekko. - Przy mnie, gdybyś tylko tego zechciał, gdybyś tylko sobie na to pozwolił, mogłaby zostać odczyniona. - wiedział, że chociaż rozmawiają sobie tak przyjemnie i poruszają tak personalne, wrażliwe tematy, to wcale nie muszą sobie ufać. Dokładniej - Laurent wcale nie musi mu ufać. Nie miał ku temu powodów, a niestabilność charakteru Rowle utwierdzała w niepewności. - Nie chcę robić nadziei - byłoby to chwilowe remedium. Tak długie, jak długo trwałoby spotkanie. - a zatem prawda mogła mieć znaczenie, zaś wszelkie zasady obowiązujące Laurenta i jego klątwę mogły odejść w niepamięć, bo Esmé patrzył na świat zupełnie innymi oczyma. I te ciemne, pozornie smutne oczy widziały w nim zupełnie inne wartości. Wszystko zależało jednak od Prewetta, który zdawał się być pogodzony aż za bardzo ze swoją klątwą. Tylko czemu trzymał się jej tak kurczowo, gdy rzemieślnik zapewnił, że dla niego ta klątwa nie istnieje? Tak, jakby nie znał innego życia. Jakby... no właśnie, nigdy nie zasmakował szczęścia.

Czarodziej skrzywił się, widząc niedbały uśmiech Laurenta - tak niewinny, chociaż włożył w niego tak niewiele. Nie miał mu za złe, że grał teraz nuty dalekie od perfekcji. Chodziło o poczucie, że... może go uszkodził? Nie robił tego zupełnie umyślnie, niespecjalnie tańczył w rytm, za którym Prewett nie mógł nadążyć. Nie, on nawet go nie rozumiał, bo z tego rytmu należało wybierać odpowiednie dźwięki, wiedzieć czym się kierować, by ten taniec mógł trwać dalej. Pfft, jasne. Można wmawiać jak to Esmé zręcznie się poruszał, a Laurent nie, ale prawda była inna. Rytmu nie było. Jeżeli Laurent wsłuchałby się, tak naprawdę dobrze, to dostrzegłby... przeraźliwą ciszę. Jedynie twarde podeszwy butów wystukiwały coś, co mogło sugerować takt. Jedyna muzyka jaka istniała, to ta w głowie Esmé. To nią się kierował i Laurent, niezależnie jak wspaniałym tancerzem był, tak nie był w stanie jej usłyszeć. Zmuszony był, prędzej czy później, pogubić się - nawet jeżeli podążał za towarzyszem. Rzemieślnik widział jak jego rozmówca zaczyna potykać się i wtedy zrozumiał na czym polegał problem - Laurent chciał tańczyć to samo, co on. Nie, drogi Laurencie, Ty powinieneś tańczyć swoje.

Zaintrygowanie Prewetta musiało pozostać zaintrygowaniem, gdyż Esmé nawet nie pomyślał, aby tłumaczyć swoje słowa na temat Raju i Koszmaru. Nie dlatego, że nie chciał, ale byłoby to zbyt uciążliwe. Wymagało wchodzenia w szczegóły, w ujęcie tego co wchodziło w skład marzenia, a co było po za nim. Bo jeżeli marzyło się o założeniu rezerwatu, to marzyło się o pracy, jaką należało w to włożyć. Marzyło się o okolicznościach, które to umożliwią. Nie marzyło się o konsekwencjach marzeń. Zatem, według kaletnika, należało brać pod uwagę cały proces, bo spełnianie marzenia było jego nieodłączną częścią, nierozerwalnym elementem, który przecież powinien być przedsmakiem wspaniałości. A jednak, dla niektórych, już ten etap mógł być koszmarem.

Słuchał Laurenta, patrząc na niego nijako. Przestał też bujać się na krześle, a zamiast tego zamarł w bezruchu. Długo milczał, długo też był kamienną statuą, nim otworzył papierośnicę i wyciągnął z niej kolejnego papierosa. Teraz obracał raz zapalniczką w dłoni, raz tytoniem w bibułce. I co obrót stukał - i jednym i drugim o blat. Jakby dosłownie wybijał rytm trybików we własnej głowie.

- Zaintrygowany? Nie. - nie była to zdecydowanie ta emocja. - Powiedziałbym, że się martwię, gdyby nie to, że widzimy się pierwszy raz po kilku dobrych latach. - dodał i ciężko westchnął, wkładając szluga do ust. - Ktoś twojego majątku powinien dawno uporać się z wątpliwym zdrowiem. - zasłonił dłonią zapalniczkę, z czystego przyzwyczajenia, bo przecież nie wiało, by płomień został zdmuchnięty. Zresztą... tego rodzaju płomień, napędzany benzyną, nie był do zgaszenia byle wiaterkiem. Metal klasnął, ogień znikł pod nim, a Esmé ponownie zaciągał się dymem. - Coś ci dolega? Może będę w stanie pomóc. Znam trochę ludzi. Także tych, których personie twojego wymiaru nie wypada znać. - nie wiedział o co mogło chodzić, ale to nie zmieniało faktu, że miał znajomości w półświatku. Potrafił się tam odnaleźć, potrafił złapać kontakty, które sprawiały, że niemożliwe stawało się możliwe. Teraz, tak po prostu, oferował pomoc. Wystawiał rękę nieco tak, jak robił to Laurent, ale bardziej dosłownie. Nie krył tego w przegrywaniu w karty. W takich sprawach, całe szczęście, nie kluczył. Tutaj wychodziła taka prosta, ludzka, dobra natura Esmé.

Zaczekał chwilę. Pozwolił Prewettowi odpowiedzieć, jeżeli chciał, a jeżeli nie, to właśnie umożliwiał mu zgrabną ucieczkę. Proste odtrącenie dłoni, którą doń wystawiał. Nie musiał tłumaczyć dlaczego i Rowle pokazywał, że nie będzie miał tego za złe. I że nie będzie naciskał. Że wszystko zależy od prostych słów, które Laurent wymawia. Nie trzeba było więcej.

- Dłużej nie potrafię udawać, że ten rozbabrany papieros nie budzi we mnie pytań. - bzdura, mógłby udawać ile chciał. Wiedzieli to obaj. Ale nie o to chodziło, Esmé skorzystał z tej ciekawości jako formy ucieczki dla Laurenta, z której mógł, ale nie musiał skorzystać. Ponownie nabrał obłok w płuca, wpatrzony w zniszczonego szluga jak w obrazek. Zupełnie zahipnotyzowany nim. Mrużył oczy, może nawet nieco krzywił się, jakby napotykał myśli, których napotkać nie chciał. - A może ten papieros stał się ofiarą twojej sekcji? I chociaż nie był zwłokami, to teraz, po tym co z nim zrobiłeś, zdecydowanie nimi jest, hm? - te słowa praktycznie mruczał do siebie, powoli, niemrawo. W jego opartej o krawędź blatu dłoni tkwił żarzący się papieros. O nieco lepszym losie, niż ten znajdujący się na stole, ale... czy na pewno? W końcu i on przepadał. A teraz przepadał nawet na darmo. Palił się sam, aż popiół był zbyt duży i upadł na stolik, co jednocześnie ocknęło rzemieślnika z transu, w który wpadł. - Wybacz. - odezwał się, zaraz zatykając usta papierosem. Nie wiadomo było czy przeprasza za swoje słowa, czy za zachowanie. Za coś jednak przepraszał.

Do you believe, when you're high...
That your life is tried?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (13428), Laurent Prewett (13150)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa