mieszkanie Stelli
Stanley Andrew Borgin & Stella Avery
Poranna wizyta Brenny przy biurku Stanleya nie była zbyt miła. Po pierwsze liczył się fakt, że to akurat Longbottom była jedną z pierwszych osób z którymi musiał mieć styczność tego dnia w ministerstwie. Po drugie, ich krótka lecz całkiem treściwa rozmowa sprawiła, że wszystkie myśli powróciły niczym ten przysłowiowy bumerang. O ile te 3 lata temu, Borgin, myślał, że to jest tylko trochę dziwny, może głupi sen, tak teraz zaczął się obawiać. Zdawał sobie sprawę, że bardzo bliska, jeżeli nie najbliższa osoba jego sercu, jest zagrożona. On, powrócił...
Stanley niby miał tego dnia służbę od samego rana ale ta nie była teraz najważniejsza. Kiedy tylko zakończył rozmowę ze swoją "koleżanką" po fachu, narzucił płaszcz na mundur brygadzisty i czym prędzej aportował się na ulicę Pokątną. Każda sekunda była na wagę złota w tym przypadku - zwłaszcza jeżeli ten psychol miał wybrać za swój cel Avery. Biegł ulicą na zawał serca, na tyle na ile miał sił w nogach, zupełnie jakby gonił jakiegoś seryjnego mordercę. Zdawał sobie sprawę, że już raz w tym miesiącu dostał siarczysty opieprz za to, że się martwił, co skończyło się na solidną kłótnią. Oczywiście nie tylko to było powodem do tych chwil pełnych gniewu... ale tym razem cel uświęcał środki - wolał ponownie przeżyć kłótnię o to, że się martwił, niż żyć ze świadomością, że nic nie zrobił. Jednak tym razem miał zamiar wziąć to w pełni na swoją klatę - nie chciał znowu wiedzieć Stelli całej we łzach z powodu swojego zachowania.
Wpadł do bardzo dobrze znanej sobie klatki, przepraszając na wejściu sąsiadkę na którą wpadł. Tą samą zresztą z którą wdał się w dyskusję dobrych kilka lat temu. Jako, że nie miał czasu na żadne dodatkowe gesty grzecznościowe, rzucił się na schody jakby gonił go co najmniej jakiś cerber, aby dotrzeć na samą górę. Będąc przy samym szczycie, zwolnił, a następnie dobył swojej różdżki. Powolnym krokiem zbliżył się do drzwi i zapukał do nich kilkukrotnie. Nie było to na pewno spokojne pukanie, a pełne nerwów, przypominające swego rodzaju błagalne uderzenia pięścią o drewno, niż kulturalną próbę wejścia.
Stanley miał wrażenie, że to wszystko trwało całą wieczność. Sekundy zamieniały się w godziny, a on zaczynał panikować. Przez krótką chwilę przez głowę przeszła mu myśl siłowego wejścia do środka - tej się jednak pozbawił tak szybko jak tylko usłyszał jakieś dźwięki krzątania się po pomieszczeniu. Może go to nie uspokoiło, wszak te odgłosy mogły świadczyć o walce, która odbyła się wewnątrz mieszkania Avery... Czy Borgin był przewrażliwiony? Oczywiście, że tak. Jego myśli już dawno zaczęły chodzić po najgorszych torach, co sprawiało, że zawsze zakładał najgorsze możliwości.
Po raz kolejny chciał się tylko upewnić, że Stelli nic nie jest i że nie czuje się źle. Że nikt jej nie groził, ani tym bardziej nie stał nad nią z jakąś strzelbą... No i przede wszystkim, że ten "psychol" nie postanowił powrócić po latach, aby dokończyć tego czego nie udało mu się zrobić w 1969 roku. Stał tak przed drzwiami z wyciągniętą różdżką, oczekując na otwarcie i kiedy to się stało, a w drzwiach ujrzał swoją najdroższą, uniósł palec do ust - Ciii... - powiedział po cichu, mijając ją w drzwiach, aby rozpocząć inspekcję mieszkania. Bezpieczeństwo w priorytecie - później miał jej zamiar wszystko wyjaśnić.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972