Uniosła wzrok niepewnie, zupełnie jakby bała się lichej konfrontacji z jego słowami; nie było to jednak prawdą, bo choć natura niewinnej trzpiotki trzymała jej się solidnie, upadłość głoszona staccato w duszy odpierała wszelkie złudzenia – nie była człowiekiem, z którym warto było iść w szranki, przecież manipulacja stała się prędko jej drugim imieniem. Toczyła łzy gdy tylko zaistniało takie życzenie; gdy miało jej to przynieść lukratywne zyski; jedynie agresja rosnąca we wnętrzu, coś atawistycznego i rozległego, mówiła szeptem o znamionach szczerości. Każdorazowy wybuch tej supernowej siał spustoszenie nierówne czemukolwiek innemu.
Czy lubiła słuchać o sobie? Absurdalnie bardzo. Kąciki ust prędko uniosły się ku górze, w niemym geście ukontentowania jego słowami. Westchnięcie opuściło jej krwiste wargi, gdy odbiegała wzrokiem w kierunku masywnego zegara zdobiącego ścianę, wybijającego cichym tykaniem bezwzględny upływ sekund.
Gdyby była to kurtuazja salonowa – z pewnością życzliwie by się uśmiechnęła i zmieniła temat – przy nim jednak mogła być sobą. Tą okrutną, wyzbytą z ludzkich odruchów, pochłoniętą ciemnością sobą.
– Sęk w tym, Vasilij… – zaczęła, mrużąc nieznacznie sarnie oczy – te, które sprowadzały na manowce; te, które budowały obraz niewinnej i absolutnie niegroźnej młódki; te, które szeptały elegie przyszłości. – że masz absolutną rację – ruszyła dalej, nie spodziewając się po sobie tak gorliwego wyznania. – Jestem zepsuta, jestem na dnie, jestem synonimem upadłości – skończyła tonem głosu, który zmroziłby niejedne odmęty piekielne.
I przez te ulotne momenty tkwiła w ciszy niebanalnej, trawiącej, niepewnej, stukając jedynie palcem o potężne biurko. Zupełnie jakby poddawała samą siebie weryfikacji i ocenie. Jej codzienna maska pogodnej, zaklętej w powierzchownościach kobiety, przy Vakelu zostawała brutalnie zerwana. Ta myśl nie była zła; było w niej coś pociągającego i tanatycznego; coś, co mogła przed nim odkryć bez zawahania.
– Wrócę tam, skąd przybyłam – zamknęła w paru słowach puentę.
Uniosła po raz pierwszy od dłuższej chwili papieros, zaciągając się solidnie dymem nikotynowym, który po chwili opuścił kłębami jej wargi. Rozżarzone oczko tliło się smugami w przestrzeni, mrugając niepokornie. Strząsnęła nadmiar popiołu do popielniczki.
I gdy dogasiła papierosa, oparła podbródek na splecionych dłoniach.
– Rozmowy z tobą należą do jednych z moich ulubionych. Głównie dlatego, że mnie widzisz. Widzisz wszystko, czym jestem; wszystko, co mam do zaoferowania. Nic ci nie umknie, Vakelu. – Uśmiech przetoczył się po jej wargach, aby po chwili zastygnąć jak wosk spływający z trawionej ogniem świecy.
Była w końcu zrodzona z absurdu i nieskończonych pokładów autodestrukcji; i choć wówczas jeszcze nie tańczyła na krańcu własnego zepsucia, uśmiech na wargi wtrącało krzywdzenie ludzi. Pogodna w codziennej prozie, niemniej czarująca na salonach, skrywała tę okropną żmiję we wnętrzu; pozwalała jej wyjść na światło dzienne wybitnie rzadko, ci jednak, którzy ją widzieli, niewiele mogli rzec, gdyż była niepodobna do siebie samej na całej rozciągłości.