• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
« Wstecz 1 2
[lato 1972] Perła Morza. To, co skryte na dnie

[lato 1972] Perła Morza. To, co skryte na dnie
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#1
21.09.2023, 17:32  ✶  

Anthony, Stanley, Laurent


Nie musieli szukać Brenny. Wystarczyło przekroczyć progi nadbudówki i skierować się dalej w stronę atrium. Brenna Longbottom, Mavelle Bones i Atreus Bulstrode leżeli na posadzce tak samo nieprzytomni, jak do niedawna oni sami byli nieprzytomni i jak nieprzytomni pozostawali leżący na pokładzie ludzie.
Ale to nie auror i dwie brygadzistki przykuwały uwagę. Uwagi nie przykuwały nawet szerokie, drewniane schody, zlokalizowana tu recepcja z barem czy ostałe się na ścianach brudne obrazy. Uwagę przykuwała stojąca na szczycie schodów Persefona Fawley. Minęło blisko siedemdziesiąt lat od momentu, w którym zatonęła Perła morza, ale kobieta nie zmieniła się aż tak, jak powinna przez ten czas. Była nienaturalnie blada, jakby rzadko wybywała na świeże powietrze. Miała rozczochrane włosy, poczerniałe paznokcie i trzymała różdżkę w ręku.
- Uciekajcie! Uciekajcie! – rozległ się piskliwy, dziecięcy głosik tuż nad ich głowami. I jeśli spojrzeli do góry, dostrzegli ducha dziewczynki, najwyżej dziesięcioletniej, przyczepionego niewidocznymi więzami do ściany. Dziecko wierzgało i próbowało się uwolnić. – Uciekajcie! Ona was pozabija!
- Potrzeba więcej energii – powiedziała Persefona Fawley. Głos miała pusty, matowy, pozbawiony wesołości lub wściekłości. Brzmiała ochryple, jakby nie używała go od lat. – Wszyscy muszą umrzeć.
- Ona was wyssie! Nie można jej skrzywdzić! – pisnął z rozpaczą duch.
Anthony, Stanley i Laurent, widzieli w drugiej części atrium, po obu jego stronach dwa zejścia w dół. Dzieliło ich dobre piętnaście metrów od każdego z nich. W uszach Prewetta ciągle rozlegały się metaliczne szepty: zabierz nas stąd, wyciągnij ze statku, oświetlamy najczarniejszą z czerni, oddaj nas morzu, uratuj nas, rozbij nas, oddaj nas morzu, bo do morza należymy tak jak i ty należysz do morza.

Tura trwa do 24.09.2023 roku do godziny 21.00
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
21.09.2023, 18:18  ✶  

To, że jeszcze żyli, wydawało się cudem. Czy to w ogóle było życie? Czy sen we śnie? Albo jakaś sztuczka, ułuda? Ból w nadgarstku i głowie chyba był pulsem mówiącym o tym, że to już jest rzeczywistość. Z drugiej strony - przecież w tamtym śnie też bolało... ale zanim stracił przytomność słyszał te głosy. Słyszał je również teraz. To jakiś znak?

- Nie... Stanley, poczekaj... - To miało zabrzmieć o wiele bardziej stanowczo, niż brzmiało. A brzmiało dość słabo i Laurent by powiedział, że prawie żałośnie. Niby sam się nie trząsł, niby nie miał problemów z równowagą, a miał wrażenie, że świat w jego oczach trzęsie się, drży i rozpada. Złapał go za rękaw koszuli, kiedy tak zaczął go poklepywać. - Nie rozdzielajmy się. Sam wejście tutaj ścięło nas z nóg. Myślisz, że będzie lepiej idąc dalej? - Logicznym wyjściem byłaby po prostu ucieczka. Wymeldowanie się z tego nawiedzonego miejsca. Oczywiście, że logiczne, gdyby nie to, że w miejscu, w którym byli, było o wiele więcej ciał. I o wiele więcej osób, na których Laurentowi zależało, a których nie mógłby porzucić. Ale nawet pomijając to - nie potrafiłby zostawić tych głosów. Być może one nie opuściłyby również jego.

- Nie wiem... upadłem, może się uderzyłem... - Kiedy się upada mdlejąc, tracąc przytomność, ma się to do siebie, że nie bardzo kontrolowało się ten upadek nawet pomimo najszczerszych chęci. - Słyszałem je zanim straciłem przytomność. - To było chyba rozwianiem wątpliwości co do tego, że słyszał tajemnicze głosiki dlatego, że się nieopacznie uderzył. - Nie, po prostu... idziemy razem. Potrzebuję waszej pomocy, nie dam rady sam. - Zabrzmiał trochę panicznie, trochę jak przyciśnięty do rogu zwierzak. Bo tak się czuł. Nie było tutaj Brenny, Victorii, nie było Atreusa i paru innych osób, które być powinni. A skoro tak - co się z nimi stało, gdzie byli? - Czuję, że to jest jednym z kluczy do rozwiązania klątwy tego statku. Potrzebuję was. Zaufajcie mi. - Poprosił mężczyzn, bo on mógł ich nawigować, ale sam... nie wiedział, czy byłby w stanie zrobić cokolwiek samemu.

Nie bardzo wiedział, czy ufali, czy chcieli zaufać, czy zamierzali z nim iść - ale i tak początek wędrówki był taki sam. W dół.

Laurent wyciągnął różdżkę, starając się podążać za tymi głosami. Zwrócę was morzu. Zwrócę was morzu, pomóżcie mi! Poprowadźcie mnie do siebie... Nie miał pojęcia, czy go słyszały, ale musiał chociaż spróbować nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. Jeśli nie tak, to może śpiewem..? Może wtedy by go usłyszały..? I pewnie usłyszałoby też wszystko, co znajdowało się na tym statku. Czy zjawy, duchy i inne dziwne twory czarnej magii również ulegały magii selkie nie wiedział - i nie chciał sprawdzać i się przekonywać.

Nie był to może szaleńczy bieg, ale na pewno Laurent nie szedł. Czas. Prawie czuł, jak jego mocno bijące serce odmierzało sekundy w przyśpieszonym tempie. I kiedy zwolniło, a wręcz się zatrzymało, gdy zobaczył nieprzytomne osoby rozłożone w atrium. Żywi? Martwi? Otworzył szeroko oczy, czując przerażenie wspinające się po plecach i zaciskające kościste palce na jego szyi. Prawie podskoczył, kiedy usłyszał głos - tym razem nie w swojej głowie, a nad nią. Poderwał odruchowo spojrzenie na drobny moment. Logika podpowiadała, że... Jeśli nawet Laurent mógłby mieć wątpliwości co do tego, czy nie lepiej zostawić Perły Morza w cholerę to teraz doskonale wiedział, że nie było takiej możliwości. Nie, kiedy ludzie mogli tutaj zginąć. I nie miało znaczenia bliscy czy też nie. Życie było zbyt cenne, by je porzucać.

Laurent zacisnął zęby czując, jak wszystkie włoski na jego skórze stoją dęba, naelektryzowane nagłym uderzeniem adrenaliny wywołanej strachem i koniecznością walki - o życie. Złapał Anthony'ego za rękaw i kiwnął głową na Stanleya, pokazując im następnie ruchem tej głowy jedno z przejść - to najbliższe lub najbardziej bezpieczne pod względem możliwości przemknięcia tam. A jeśli nie było między nimi różnicy - to lewe. Uniósł różdżkę, by bezgłośnie transmutować ich ciała tymczasowo, by stały się na kształt skóry kameleona - kamuflowały i dopasowywały idealnie do otoczenia, jakby całkowicie przepuszczało przez nich obraz. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że nie czyniło ich to idealnie niewidzialnymi, nie wiedzieli, czy ten duch, albo cokolwiek to było, ich jakoś nie wyczuje. No chyba, że jednak czyniło ich niewidzialnymi? Niczego nie wiedzieli. Ale może akurat..?

Tak czy siak cel był prosty - znaleźć Głosy.


Zaklęcie "kameleona" vel pseudo niewidzialności z Transmutacji
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 20
Akcja nieudana


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#3
24.09.2023, 17:14  ✶  

Czy Laurent w ogóle nie zmężniał od czasów szkoły? Specjalnie chciał go zostawić z tyłu, aby nic mu się przypadkiem nie stało, wszak żaden był z niego wojownik... no chyba, że na przestrzeni tych prawie 10 lat coś się zmieniło, a i w to trochę Stanley nie wierzył. Prewett zawsze był tym miłym i ułożonym chłopakiem, który nie powodował zbyt wielu problemów - może to miało jakiś związek z tym jak postrzegał go Borgin?

Poklepaniem chciał mu dodać trochę otuchy, może podnieść morale ale najwidoczniej nie zadziałało to najlepiej. Ciężko westchnął i odwrócił się do swojego kompana - Nie wiem. Nie wiem nic. Tu nic nie jest na miejscu i nic się nie zgadza, a ja potem nie chcę słyszeć, że Borginowie coś na tym statku pokręcili, aby zabić Brennę czy chuj wie kogo - odparł, zatrzymując się zgodnie z jego prośbą. Oczywiście nie omieszkał wspomnieć o swoim małym "konflikcie", nieprzychylności czy czymkolwiek tym co go łączyło z Longbottom. Najprędzej tu było do czystej nienawiści, niż jakiejś formy miłości ale tego samego nie można było powiedzieć o Anthonym i jego zapatrzeniu w tą detektyw - Dobra, pójdziemy razem... Ale też się za bardzo nie wychylajcie - polecił im, zgadzając się na ich plan. Ani trochę nie był mu na rękę taki obrót spraw. Gdyby tylko William dowiedział się o tym, że naraża dziedzica na takie niebezpieczeństwo to sam by go chyba głowy pozbawił.

Borgin nie chciał nawet wiedzieć o czym on wspomina ale skoro czuł, że jest to podstawą rozwiązania tej zagadki to miał jego różdżkę w tym wszystkim - Już. Spokojnie. Wszystko będzie dobrze - po raz kolejny starał się dodać mu chociaż odrobinę otuchy, tak aby go nie sparaliżowało jak w przypadku szkła. Stanley dobył swojej różdżki i podążył za Prewettem, nie mając innych opcji - musiał mu pomóc.

Widząc trójkę znajomych mu twarzy z ministerstwa osłupiał. Wy też popełniliście 'samobójstwo'? Tylko czemu nie zadziałało? Spoglądał w ich kierunku, starając się dostrzec najmniejszego ruchu z ich strony. O ile chciał już się rzucić do biegu w kierunku Atreusa, aby go ratować, tak jego zapał został zaraz ugaszony tym co ujrzał, a raczej tym kogo ujrzał. Persefona Fawley we własnej osobie - "wodna" dama, która się potrafiła rozpływać według wersji Laurenta i Anthony'ego. To jednak też nie było najdziwniejsze, ponieważ zaraz coś zaczęło ich ostrzegać.

Co to jest... Dziwił się na dźwięki, które dochodziło znad nich. Czy "one" próbowały im pomóc? Być może, dlatego Stanley obracał się nerwowo dopóki nie spojrzał na górę - O kurwa... - rzucił niemal bezgłośnie, otwierając usta w zdziwieniu, a w oczach miał strach. Dlaczego tam była mała dziewczynka? Czy to kolejna z ofiar tej chorej kobiety? Czy było ich więcej? Czy Brenna, Mavelle i Atreus byli jednymi z nich? Być może. Stanleyowi nie widziało się za to popełnianie samobójstwa ponownie - raz w życiu wystarczy. I o ile kusiło go rzucenie soczystego cruciatusa w kierunku Longbottom, aby mieć pewność, że już nigdy nie spotkają się w ministerstwie, tak zdawał sobie sprawę, że nie do końca miał teraz na to czas, a i świadków było za dużo.

Widząc jak Laurent unosi różdżkę, zrozumiał, że próbuje coś poczarować. Sam nie zamierzał pozostawać bezczynny - wypowiedział cichą inkantację, próbując tym samym utworzyć wokół nich tarczę ochronną gdyby pani Persefonie się trochę odkleiło ze starości - Gdyby tej wariatce coś strzeliło do łba i postanowiłaby nas zaatakować to macie uciekać - rozkazał im, nie akceptując odmowy - Będę was osłaniać i postaram się kupić wystarczająco dużo czasu, abyście dotarli do tego czego szuka Laurent - dodał, spoglądając na brata - Rozumiemy się Tony? Ciebie to też się tyczy - wskazał palcem na młodszego Borgina, dając mu do zrozumienia, że tym razem będzie musiał go zostawić jeżeli coś pójdzie nie tak.

Stanley miał zamiar ruszyć za chłopakami, a gdyby plan spalił na panewce, chciał stanąć do walki z Persefoną.


Próba wyczarowania tarczy ochronnej wokół naszej trójki. Korzystam z rozproszenia.
Rzut PO 1d100 - 40
Slaby sukces...

Rzut PO 1d100 - 42
Sukces!


"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#4
25.09.2023, 20:42  ✶  
- On ma rację, będzie lepiej, jak zostaniemy we trójkę. - zgodził się z Prewettem, kierując w stronę Borgina starszego spojrzenie — dość uparte i stanowcze, chociaż wciąż odrobinę dziecięce. Trochę wprawy i istniała szansa na dogonienie dziadka! Chciał zabrzmieć tak, jakby jego ton nie zniósł żadnego sprzeciwu, bez drżenia, bo Laurent zdawał się wciąż zachwiany. Anthony był dość temperamentny z charakteru, bywał impulsywny, ale w chwilach takich, jak te — gdy wiedział, że musi być uważny i myśleć, zanim zrobi, przypominał sobie ojca. Sprowadzał go do pionu w kilka sekund, a dreszcz roznosił się po bliznach tkwiących na plecach. - Przecież nie możemy zostawić tak Ger, Brenny i Atreusa. Musimy iść dalej. - ściągnął brwi, wzruszając delikatnie ramionami. Jak mógłby kuzynkę i dwójkę tych bezmyślnych idiotów zostawić na pastwę statku widmo?
- Masowe samobójstwo łączy Panowie. I odczep się od tej Brenny, nikt jej nie zabije Stanley!
Spojrzał na niego z wyrzutem. Wiedział, że razem mieli większe szanse, mogąc uzupełniać się w swoich talentach oraz słabościach. Cokolwiek Laurent mamrotał, cokolwiek słyszał — była to ich jedyna wskazówka. Znali się od tylu lat, że nie mógł tego zignorować, uznając za linkę, której powinni się trzymać. Już nawet nie chodziło o bycie bohaterem, a po prostu uratowanie własnego tyłka i tych kilku osób, które go tu obchodziły. Braci, blizn miał ze sobą, zostało troje. Westchnął, zastanawiając się chwilę nad sięgnięciem po kolejnego papierosa, ale nie było na to czasu.
- Nie jesteś sam, nie bój się, będę Twoim rycerzem, zważywszy na wyjątkowe okoliczności. Stasiek też, nie? Wykorzystuj nas i mów, co robić, jak coś Ci będą szeptać. Tylko się nie przyzwyczajał!
Posłał kuzynowi uroczy uśmiech, chcąc chyba odrobinę rozładować napięcie, a Prewettowi nieco pogroził palcem.
Wszystko było znośne, dopóki nie dotarli do pierdolonego Atrium, a na widok Atreusa, Brenny i tej trzeciej, Anthony nieco pobladł i zachwiał się na nogach, wbijając spojrzenie w Longbottomówne i co chwilę przenosząc je na przyjaciela. Mają za swoje, co za idioci! Serce zabiło mu szybciej. Widok nieprzytomnej brygadzistki sprawił, że żołądek zacisnął mu się nieprzyjemnie i teraz to nawet ojciec nie mógł tu pomóc, nawet wiadomo zielonkawej, niedoszłej teściowej i wyrywającego się dziecka. Już chciał ruszyć biegiem do tej lekkomyślnej, ślepej, niewdzięcznej, uprzedzonej wariatki, gdy poczuł ucisk na rękawie i odwrócił twarz w stronę tego, co go powstrzymało. Ze wkurwieniem i niezadowoleniem na twarzy, bo przecież już układał w głowie, jak weźmie na ręce Brenne, a Atreusa na plecy, jak worek kartofli.
I aż otworzył usta ze zdziwienia. Miał ich tu zostawić, żeby statek ich zeżarł? Niby jak? Ściągnął brwi, pokręcił głową, poczuł kolejną falę dreszczy i jakiegoś wewnętrznego żaru na całą tę eskapadę. I na Brenne, bo oczywiście musiała się wyrwać, jakby ją parzyło. Dzieciakiem Tosiek się zupełnie nie przejmował. Milczał chwilę, słuchając kuzyna, zupełnie mu się nie podobało, co mówił.
- To zły pomysł. Ty jesteś lepszy w bojowe zaklęcia, obrobisz Laurenta później. Jak Ty tu zostaniesz, a ja z nim pójdę, to może nam się nie udać. I wtedy wszyscy zginiemy. Lepiej będzie, jeśli to ja ewentualnie zajmę teściową i kupię wam czas, a potem pięknie spierdolę, niż gdy Ty tu zostaniesz. Nie wiemy, co jest dalej i co pilnuje jego szeptów. -skrzyżował ręce na piersiach, wbijając w niego spojrzenie. Wiedział, że ma rację. I był też szczęściarzem, a do tego nie zamierzał ot tak zostawić Atreusa i Brenny- to znaczy, chwilowo zamierzał, ale nie mógłby nic zrobić, wiedząc, że jeszcze Stanley mógłby tu tkwić, pogrążony w Morskich majakach. - Powiedziałeś, że jestem dziedzicem. Więc to moje pierwsze polecenie — skup się na bezpieczeństwie Prewetta i pomóż mu, żeby przerwać ten cyrk. - dodał jeszcze, równie cicho, co poprzednio i z szarmanckim uśmiechem, chociaż jego spojrzenie co jakiś czas wędrowało w stronę Atreusa i Longbottomówny. Wyjął różdżkę, bez słowa przechodząc na tył ich wężyka. Laurent był zbyt roztrzęsiony na poprawne rzucenie zaklęcia, ale miał dobry pomysł, więc i on spróbował, rzucić zaklęcie kameleona, gotowy też do ewentualnej obrony. Jeśli będzie trzeba, zamierzał tu zostać.

Rzut N 1d100 - 94
Sukces!
Na kameleona

Rzut Z 1d100 - 33
Akcja nieudana
na ewentualną obronę
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#5
25.09.2023, 23:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2023, 22:33 przez Norvel Twonk.)  
Persefona Fawley wreszcie popatrzyła na Anthony’ego, Stanleya i Laurenta. I kiedy zwróciła na nich swoją bladą, odzwyczajoną od słońca twarz, dostrzegli, że oczy miała niemal zupełnie czarne, jakby przesiąknięte energią, która tkwiła na statku. Nie rozpoznała ich, ale i nie mogła ich rozpoznać. Poznali ją tkwiąc w cudzych wspomnieniach, gdzie i ona była tylko wspomnieniem.
Przyczepiony do ściany duch dziecka wierzgał rozpaczliwie rękoma i nogami. Próbował się wyrwać, ale energia tkwiąca w tym miejscu wydawała się zbyt silna, zbyt potężna, zbyt… pochłaniająca nawet jego?
Persefona Fawley uniosła różdżkę. Tarcza wyczarowana przez Stanleya starczyła im dosłownie na to jedno zaklęcie, a potem uległa zniszczeniu. Czarownica znowu uniosła różdżkę. Nie wyglądała jakby próby obrony wywarły na niej jakiekolwiek wrażenie. Ale może dzięki tej tarczy, a może dzięki temu, że nie stali jak słupy soli tylko zdecydowali się na biegnięcie, udało im się dotrzeć do zejścia w dół.
Schody były drewniane i chybotliwe a przed oczami mieli tylko coraz większą ciemność. Chodź do nas, uratuj nas, oddaj nas morzu – szeptały do uszu Laurenta metaliczne głosy. Stały się nieco wyraźniejsze, ale wciąż dochodziły skądś niżej.
Na niższym pokładzie było ciemno. Nie docierało tu żadne zwykłe światło. Już schodząc po schodach musieli wyczarować płomienie na końcach różdżek, byle tylko mogli cokolwiek zobaczyć. A widzieli… widzieli zniszczony dolny pokład – z długim korytarzem na planie kwadratu, z wieloma pomieszczeniami, które kiedyś służyły za kajuty dla pracowników, pralnię i pomieszczenia gospodarcze. Teraz brakowało w nich drzwi, a zaglądając do środka dostrzegali mnóstwo metalowych pryczy, resztki szaf i skrzynek, w których musiano trzymać przedmioty codziennego użytku. Było tu też brudno, na podłodze leżało połamane drewno, były zacieki z wody i soli. Śmierdziało tu zgniłymi rybami i wodorostami. No i było duszno. Gdzieś dalej musiało się skrywać kolejne zejście w dół, gdzie było jeszcze ciemnej niż tutaj i jeszcze duszniej.
Idący przodem Laurent pierwszy dostrzegł cień stojący w wejściu do jednej z kajut. Żywy trup kiedyś był mężczyzną. A resztki ubrania, które oblepiały resztki jego ciała, wskazywały na to, że najpewniej był jednym z tych nieszczęśników, którzy przed kilkunastoma laty przypłynęli by zbadać unoszący się na wodzie statek widmo i nigdy go już nie opuścili. Jego oczy pulsowały ciemną energią. Ruszył w ich stronę.

Tura trwa do 28.09.2023 roku do godziny 21.00
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
26.09.2023, 12:37  ✶  

Był im wdzięczny. Naprawdę cholernie wdzięczny, że żaden z nich nie popędził do przodu, że nie obudzili w sobie swojego wewnętrznego samca alfa, który nakazał im gonić za stadem i... ach, robić głupie, głupie rzeczy. Był im wdzięczny, że mu zaufali. Przecież nie musieli. Zdawał sobie sprawę z tego, jak rażąco głupio musiał teraz brzmieć, kiedy mówił o głosach w głowie, oddawaniu morzu i innych rzeczach. Że wymagał wiele od ludzi, którzy mieli własne powołanie, żeby pozwolili mu, żeby ich poprowadził, bo sam sobie nie poradzi. Nie wiedział, co czekało na dnie tego przeklętego statku, ale jakoś wątpił, by było to cokolwiek dobrego. Tam mogło być wszystko, włącznie z istotami podobnych do widm z Kniei, albo jakieś upiorne duchy próbujące ich rozerwać na strzępy. Kurwa, wystarczyłoby, że jakiś mebel by się na niego przewrócił od ciągłego poruszania okrętem czy nieuważnego kroku i już pewnie nie mógłby iść dalej. Być może tylko te upiory goszczące tutaj usłyszałyby jego krzyk. I w końcu - był im cholernie wdzięczny za to, że jakby... odżyli? Nie wiedział, co dokładnie się zmieniło, choć podejrzewał, że to był czysty instynkt - chronienia. W kryzysowych sytuacjach ludzie dobrzy jakoś instynktownie reagowali na to, że słabszych trzeba chronić. Nie to, żeby mu to pochlebiało - bo nie pochlebiało wcale. Ale zdawał sobie sprawę z tego, że takie poczucie u ludzi wzbudzał. Trudno. A może właśnie - dobrze? Tak jakby natura poskąpiła mu zdolności chronienia siebie samego, ale w zamian dała mu coś, by to inni gotowi byli stanąć w jego obronie. W każdym razie usłyszał tę zmianę w głosie Anthonyego i aż otworzył na moment szerzej oczy, spoglądając na tego człowieka z podziwem. A potem na Stanleya, który też zapewniał, że będzie dobrze. Oni obaj jednak popełniali ten sam błąd, który robiła większość ludzi przy Laurencie. Albo to nie błąd? Przecenianie niezdolności do funkcjonowania młodego Prewetta w sytuacjach takich jak ta. Nic dziwnego - w końcu wyglądał tak, jakby mógł im tutaj zaraz paść, zemdleć, chudy, drżący, śmiertelnie blady, z wielkimi oczami. Strach miał naprawdę ogromne oczy. Nie zmieniało to tego, że ich słowa były jak energia zasilające jego baterie. Bo ktoś w niego wierzył. Ponieważ ktoś oddawał mu odpowiedzialność i pozwalał mu dążyć do celu - razem z nimi.

Kiedy tylko Persefona podniosła na nich spojrzenie Laurent już ciągnął ich, żeby biegli i nie oglądali się za siebie. Albo oglądali - i próbowali zatrzymać szaloną wiedźmę pochłaniającą wszystko i wszystkich. Gula stawała mu w gardle i stres rósł w związku ze wspomnianą odpowiedzialnością. Kołotało mu się w głowie, że od nich nie zależało już ich własne życie. Nie chciał, nie mógł dopuścić do śmierci ludzi. Oni nie mogli do tego dopuścić.

Idąc na przedzie wzniósł różdżkę, żeby oświetlić pomieszczenie, w którym się znaleźli. Nie chciał, żeby podłoga się pod zawaliła, a tutaj teraz każdy krok wydawał się niepewny. Z drugiej strony wcale nie chciał się zatrzymywać czy zwalniać, bo nie wiedział, czy ta... cokolwiek to było, duch? Upiór jakiś? Czymkolwiek Fawley była to przecież mogła za nimi podążyć albo posłać paskudne zaklęcie.

- Zajmijcie się tym, co na nas biegnie! - Nie wiedział, czy towarzystwo było tutaj dobre w magię transmutacji - on sam był w tym dobry. Choć nie wybitny. Przeciągnął różdżką w górę, a potem w dół, by nakreślić nią koło wokół nich. Chciał ich stąd zabrać - dość dosłownie. Nie widział tutaj nigdzie przejścia, więc chciał je przetransmutować, żeby stworzyć im schody. I zamknąć to przejście, kiedy tylko zejdą.


RNGesusie, błagam, daj mnie coś więcej osiągnąć niż rzucanie lampką - abrakdabra, czary mary, żeby schody się tu stały!
Rzut Z 1d100 - 6
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 17
Akcja nieudana


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#7
28.09.2023, 19:26  ✶  

Stanley pokiwał głową na zgodę ze słowami Anthony'ego. Musieli chronić Laurenta skoro on czuł jak może pomóc im... wszystkim. Borgin może mógł wyglądać jakby chciał zgrywać bohatera przed wszystkimi ale tak nie było. W priorytecie postawił bezpieczeństwo dobrze mu znanych i szanowanych przez siebie osób, a dopiero później myślał o sobie. I ta właśnie myśl go prowadziła do tego, że jeszcze moment wcześniej chciał tutaj zostać, aby ich osłaniać czy kupować trochę czasu.

Od lat wmawiał swojemu kuzynowi, że będzie dobry z niego godny następca Williama ale nigdy nie spodziewał się, że ten wykorzysta swoją pozycję dziedzica do tego aby mu rozkazywać. Zacisnął zęby z lekkiej złości na młodszego Borgina ale nie wypowiedział ani słowa. Nie mógł się przeciwstawić jego woli, nawet jeżeli ten nie bardzo chciał zajmować roli, w której postawił do nestor ich rodziny. Stanley zresztą kilka lat temu obiecał Anthony'emu, że zawsze będzie stał przy jego boku, wspierając go i radząc dobrym słowem. Skoro ochrona Prewetta miała być jego pierwszym zadaniem, był gotów to spełnić.

Kiedy ta chora jędza się zorientowała, że nie jest tu sama, a chwilę później uniosła swoją różdżkę, kierując jakimś zaklęciem w ich stronę, cieszył się z tarczy, którą mieli. Nie nacieszył się jednak zbyt długo, ponieważ ta starczyła tylko na jedno zaklęcie - Ty parszywcu... - rzucił pod nosem, rzucając się do dalszego ruchu. W głębi duszy modlił się o to aby Persefona dała im święty spokój i pozwoliła zakończyć jej żywot w ten czy inny sposób... No bo przecież Laurent miał plan? Prawda? MIAŁ PLAN?! Oby tylko te głosy nie wyprowadziły ich w manowce...

Zeszli trochę niżej, gdzie nie docierały już promienie słoneczne i chcąc, nie chcąc musieli wyczarować jakieś źródła światła, wszak żaden z nich nie chciał raczej stracić i zębów na tej wyprawie. Nadal mając w głowie wizje Perły Morza sprzed kilku minut, mógł obserwować jak ten statek podniszczał na przestrzeni tych wszystkich lat. Za czasów Pembertona był to zupełnie inny, piękniejszy okaz niż to po czym musieli stąpać teraz. Stanley rozglądał się po okolicy, zerkając co jakiś czas do otwartych kajut, sprawdzając czy nic im nie zagraża albo nie zamierza ich zaskoczyć, wyskakując na plecy. Najgorszy w tym wszystkim był zapach czy wręcz odór, który się tutaj unosił, a każda kolejna sekunda zdawała się trwać zbyt długo. Niby poruszali się do przodu. Niby tkwili tutaj tylko kilka chwil, a Stanley miał wrażenie, że są tutaj już całą wieczność. Przez krótki moment miał nawet wrażenie, że wszystko mu podchodzi w żołądku ale na całe szczęście całkiem sprawnie to opanował. Laurent, błagam... Znajdź te głosy... Wściekał się w myślach na kompana.

Usłyszał słowa Prewetta i od razu zerknął w miejsce gdzie ten posłał swój czar, który jednak nie zadziałał chyba tak jak powinien... No chyba, że Laurent po prostu machał różdżką - to wtedy fakt, zadziałało - Ciebie też tu brakowało... Za mało na głowie mamy... - rzucił z tych wszystkich nerwów w kierunku mężczyzny, a raczej tego co z niego tutaj pozostało... a pozostało nie wiele. Borgin mając jedno, całkiem (nie) proste zadanie od Anthony'ego, skierował swoją różdżkę w kierunku zbliżającego się jegomościa. Starał się zablokować mu drogą, w pewien sposób odciąć go od nich. Liczył, że to się może powiedzie... a jeżeli nie, to będą zmuszeni improwizować... I to całkiem sprawnie.


Rzut na próbę stworzenia metalowych drzwi w miejscu wejścia do kajuty. Korzystam z kształtowania.
Rzut N 1d100 - 83
Sukces!

Rzut N 1d100 - 33
Akcja nieudana


"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#8
03.10.2023, 20:31  ✶  
Przypominała trochę taka starą, galaretowatą rybę, którą ktoś źle zakonserwował. I te oczy, które przypominały mu węgielki rodem z czeluści piekła, wywołujące nieprzyjemny dreszcz na karku. Nie podobało mu się, że musi zostawić tu przyjaciela oraz Brenne, ale mieli inne priorytety. Laurent wiedział, co trzeba zrobić — a przynajmniej w to Anthony wierzył. Jak go posłuchają, zakończą ten cyrk i uwięzione tu dusze będą mogły zaznać spokoju. Przejebane być tak uwięzionym pomiędzy światami, tkwić w niekończącym się przedstawieniu pod dyktando starej flądry i nieszczęśliwej czarownicy. Marianne było mu trochę żal. Patrzyła na nich pusto, jakby nie wiedziała, kim byli.
Antek był tak pochłonięty Brenną i Atreusem, że nie zwracał uwagi na ducha dzieciaka i tę trzecią dziewczynę, co z nimi leżała. Rzuciła czar, tarcza pękła i korzystając z chwili, ruszyli biegiem w stronę przejścia. Czuł, jak przygryza dolną wargę na tyle mocno, że po ustach rozszedł się metaliczny posmak. Jak on potem im spojrzy w oczy? Obwiniał się też o to, co, powiedział swojemu bratu, ale czasem po prostu nie było wyjścia. Był lepszym czarodziejem bojowym, musiał obronić Prewetta, który wyglądał tak blado, że mógłby w każdej chwili zemdleć. Prawda też była taka, że nie mógłby zostawić go w tyle i by po prostu z nim został, puszczając Laurenta samego, co mogłoby się skończyć katastrofą i zgonem dla wszystkich uczestników tej nieszczęsnej eskapady. Posłała mu krótkie, ale pełne skruchy spojrzeniem, a potem już mocniej zacisnął palce na różdżce. Jego niedoszła teściowa została gdzieś w tyle, a oni znaleźli się na wilgotnych, śmierdzących schodach, które prowadziły do niższych pokładów przeklętego statku. Było tu brudno, wszędzie tkwiły przedmioty, a do rozświetlenia mroku, potrzebne było użycie Lumos. Skrzywił się nieco na smród, raz jeszcze obejrzał się przez ramię, jakby łudził się, że zobaczy za nimi Longbottom i swojego przyjaciela.
- Ja pierdole. - westchnął, przecierając oczy i wyprostował się, instynktownie stając obok Stanleya i trochę chowając za sobą słyszącego, który machał nieudolnie różdżką. Nie mogli trafić do czegoś przyjemniejszego, mniej śmierdzącego? Zmierzył trupa spojrzeniem i już chciał coś zrobić, kiedy starszy Borgin wyczarował metalowe drzwi. Zagwizdał z uznaniem, wciąż jednak gotowy do obrony lub ewentualnej reakcji, nie spuszczał wzroku ze stworzonego przedmiotu. - Zacnie Stasiu. - pochwalił go, a potem przeniósł wzrok na Prewetta, odwracając się trochę w jego kierunku. - Słyszysz coś? To gdzieś tutaj, czy jeszcze niżej trzeba zejść? Co mamy robić? - zapytał go z nadzieją w głosie, że ma dla nich jakiekolwiek wskazówki. Nie chciał zostawiać nieprzytomnych, względnie ważnych dla niego ludzi przed obliczem flądry dłużej, niż to było konieczne. Rozejrzał się dookoła. - Może w którejś kajucie? Chociaż możemy natknąć się na więcej takich nieprzyjemności.. - tutaj wyprostował głowę, podbródkiem wskazując na to, co było za drzwiami. Dla pewności wykonał odpowiedni ruch nadgarstkiem, a potem rzucił niewerbalne zaklęcie, które miało wyczarować im tarcze, gdyby ich potencjalny przeciwnik zdecydował się zniszczyć metalową blokadę. Nigdy nie wiadomo, do czego były zdolne żywe trupy, z którymi na statku mieli do czynienia. Gdy skończył, spojrzał najpierw na Stanleya, a potem na Laurenta, jakby czekał na decyzję tego pierwszego. Przecież tylko on słyszał te głosy i wiedział, gdzie szukać klucza do zakończenia tej szopki.

dwie próby na tarcze
Rzut N 1d100 - 16
Akcja nieudana

Rzut N 1d100 - 63
Sukces!
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
04.10.2023, 13:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2023, 21:50 przez Laurent Prewett.)  

Plan. Gdyby został zapytany, czy ma plan to powiedziałby, że tak. I to byłoby kłamstwo. Kłamstwo, które byłoby po nim widoczne, gdyby tylko nerwy innych były trochę bardziej wygładzone niż te jego. W zasadzie panowie trzymali się o wiele lepiej, bo Laurent nie miał kompletnie kontroli nad własną różdżką i magią, jaka miała tu miejsce. Nie potrafił stwierdzić, czy to te metaliczne, ciągle dźwięczące głosy w jego głowie tak mocno go rozpraszały, czy to ten mrok, stres i odpowiedzialność,  jaka dociskała do niestabilnych desek podłogi. Przynajmniej wydawały się niestabilne, kiedy miałczały i jęczały pod ich krokami. Zaraz też zajęczały pod naciskiem nóg nieumarłego. Plan. Nie było żadnego planu. Było czyste dopasowywanie się do sytuacji, która zmieniała się z sekundy na sekundę. Improwizacja, jaka musiała podtrzymywać ich małą grupę na tę konkretną sekundę. Choć w zasadzie mieli nawet dwa plany, tylko troszkę ogólne. Po pierwsze: przeżyć. Po drugie - znaleźć głosy, które może ich wszystkich wodziły na manowce i zejdą na dół, żeby spotkać coś jeszcze gorszego niż ducha Fawley.

Zamachał nerwowo różdżką - i tak, tym razem to miało być tylko machanie. Wśród tego napięcia nie wiedział, co było powodem tego, że jego różdżka po prostu go nie słuchała, ale czuł, że się niemal buntowała. Jakby nie chciała być bardziej w tym obrzydliwym miejscu niż on sam. Owinięty smrodem staroci, zgnilizny i stęchlizny, jaka cisnęła się do nozdrzy i spływała do płuc. Nie próbował nawet pchać się przed mężczyzn, wręcz przeciwnie. Jeszcze trochę skulił się za swoimi dzielnymi rycerzami, dopóki trzask zaklęć i chrobotanie transformowanego otoczenia nie zrobiło swojego, a światło z jego różdżki nie pokazało, że mają chwilę czasu. Dzięki wam, Stanleyu i Anthony... Albo dzięki Merlinowi, że miał takich kompanów przy sobie.

- Słyszę, ciągle słyszę. - Odparł nerwowo. Te głosy wżerały się w jego mózg i były frustrującą mantrą domagającą się uwagi. Nawet gdyby chciał to nie potrafiłby ich zignorować. - Na dół. Na dół! Musimy znaleźć schody, musimy szukać niżej, głębiej... może skarbiec? W naszych wspomnieniach był skarbiec, szukałbym tam. - Nie mówił tego? Był pewien, że mówił, ale wszystko mu się mieszało, za dużo wydawało. Przecisnął się między panami i ruszył prawie biegiem przed siebie. Prawie, bo nie pędził na złamanie karku przez wzgląd na bardzo wiele czynników - jak ta niepewna podłoga czy to, że nie chciał wbiec prosto na twarz kolejnego dziwadła. Obejrzał się przez moment tylko za siebie, na tego trupa, nim zaczął szukać schodów. - Schody, musimy znaleźć schody... - Powtórzył jeszcze dwa razy gorączkowo. - Pilnujcie pleców. - Obawa przed tym, że tamten truposz się wydostanie, albo coś ich zajdzie... Brrr... Gęsia skórka po równi spacerowała po jego skórze, kiedy oni spacerowali po tym piętrze. Potrzeba pośpiechu dokręcała śrubę w jego mózgu nieznośnie mocno.

- Są! - Powiedział może odrobinkę za głośno, z ulgą i jednocześnie kolejnymi stopniami napięcia, które przez neerwy wzrosły w jego brzuchu. Spojrzał na towarzyszy, bo chciał już iść przodem, ale... może to nie był najlepszy pomysł. Więc jeśli któryś z nich chciał to przodem go przepuścił, idąc tuż za nim.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#10
05.10.2023, 22:06  ✶  

Borgin nie był może wielkim ekspertem z kształtowania ale na pewno nie był też najgorszy w tej sztuce dlatego ucieszył się co nie miara kiedy udało mu się zrealizować swój plan. Dzięki temu wiedział, że idealnie robi to o co został poproszony przez przyszłego dziedzica ich rodu - chronił Laurenta. Stanley zdawał sobie sprawę, że zapora, którą przygotował nie potrwa za długo. Mieli raptem kilka minut aby oddalić się z tego miejsca na bezpieczną odległość.

Nie zamierzał dochodzić tego kto miał tutaj największy wkład w to, że udało im się ujść na razie z życiem. Współpracowali, grali do jednej bramki - byli braćmi krwi. To był ich wspólny sukces na który pracowali razem, a podział ról był bardzo prosty - Prewett miał odnaleźć głosy, a Borginowie mieli go osłaniać. Bez niego oni nie mieli szans na przetrwanie, a on bez nich.

- Nasłuchuj dalej - zachęcał Laurenta, aby nie przestawał tego robić - A Ty się nie przejmuj. Włos Ci z głowy nie spadnie - zapewnił Anthony'ego - Skarbieeeec? - zapytał trochę niepewnie ale po chwili sobie wszystko przypomniał. To w końcu Pemberton miał bronić skarbca przed tą dobrze znaną mu dwójką, a teraz nawet dużo bliższą niż kiedykolwiek wcześniej - Gdziekolwiek słyszysz te głosy to po prostu idź prosto do nich. Nie pozwól aby one gdzieś odeszły... - dodał w uznaniu dla jego talentu. Wierzył, że rozwiązanie zagadki jest tuż na wyciągnięcie dłoni.

Schody... Schody... Pokiwał głową na zgodę i czym prędzej zaczął się za nimi rozglądać. Pomysł z udaniem się pod pokład wydawał się całkiem solidny, a z sekundy na sekundę, Stanley miał wrażenie, że rzeczywiście ktoś mógł tam kogoś zamknąć. Z tyłu głowy nadal jednak pozostała myśl o zamkniętym jegomościu, który pozostał za nimi. Nie mogli pozwolić sobie nawet na moment słabości, wszak ich życie było teraz na szali. Jeden zły krok i znaleźliby się w śmiertelnej pułapce, a raczej każdy z nich chciał powrócić całym i zdrowym do domu - Sprawdzam co jakiś czas, spokojnie - odparł na słowa kompana, zerkając za siebie. Może nie tyle co rzucał tam co chwilę okiem, a raczej nasłuchiwał czy ktoś się nie zbliża.

- Dobrze, że są... Jest tylko jedno ale... - wyszedł krok przed dwójkę mężczyzn, zatrzymując ich - Ja pójdę pierwszy i tym razem nie posłucham się Ciebie Anthony jeżeli masz zamiar mi rozkazać zrobić coś innego. Mam proste zadanie, chronić Ciebie i Laurenta - zapewnił dziedzica, wyciągając różdżkę przed siebie aby przeprowadzić inkantację tarczy ochronnej - Schodzę pierwszy, a wy zejdziecie dopiero wtedy kiedy dam Wam znać, że jest bezpiecznie albo nie będę dawać znaku życia. Rozumiemy się? - przyjrzał się to jednemu, to drugiemu i ruszył czym prędzej po schodach na dół - Alternatywnym momentem na zejście na dół jest kilka chwil po mnie abym w razie czego przyjął impet czegokolwiek tam się będzie czaiło - dodał znajdując się w połowie schodów, a następnie powrócił do dalszego schodzenia z wyciągniętą różdżką w dłoni. Teraz albo nigdy...


Rzut na utworzenie bariery ochronnej wokół siebie, ponieważ wchodzę pierwszy. Korzystam z rozproszenia.
Rzut PO 1d100 - 67
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 41
Sukces!


"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Ian Borgin (4650), Erik Longbottom (277), Laurent Prewett (4781), Norvel Twonk (2736), Stanley Andrew Borgin (3914)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa