• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3
16 marca, Castiel i Brenna

16 marca, Castiel i Brenna
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
11.11.2022, 12:43  ✶  
Brenna bywała zbyt rozgadana, zbyt swobodna, zbyt beztroska – i w ogóle „zbyt” – przynajmniej w pewnych sprawach i w oczach świata. Istniały jednak sprawy, przy których dbała wręcz obsesyjnie o każdy, najdrobniejszy nawet szczegół.
Do tych spraw zaliczały się głównie: wilkołacza kryjówka jej brata, śledztwa BUM, zlecenia Zakonu Feniksa oraz fanty na inicjatywy rodzinne. Brenna aż za dobrze wiedziała, że Longbottomowie, a ona w szczególności, niektórych czystokrwistych po prostu denerwują. Na pewno kilka osób chętnie widziałoby nagłówki w rodzaju „na charytatywnej aukcji Longbottomów sprzedano przeklęty przedmiot!”
Dlatego każdy podarek, który wydał się jej podejrzany albo został wręczony przez rodzinę, z którą nie mieli bardzo dobrych stosunków, był poddawany przez Brennę starannej inspekcji. Najpierw przez nią samą, potem w archiwach BUM, a wreszcie tam, gdzie nie miała całkowitej pewności, że wszystko jest w porządku, korzystała z pomocy specjalisty. Na przykład łamacza klątw.
Do Flinta napisała list już wcześniej, z prośbą o prywatną konsultację w zamian za kilka czy kilkanaście galeonów. Na jego progu pojawiła się o umówionej porze, rankiem, kiedy jeszcze zostały jej dwie godziny do zaczęcia swojej zmiany. (W duchu modliła się, by zdążyła się wyrobić.) Obładowana przedmiotami, które zresztą dostarczyć tutaj pomógł jej znajomy, bo sama nie teleportowałaby się z nimi wszystkimi. Jeszcze nie była pewna, jak z tym wszystkim wróci, ale miała kilka pomysł – ostatecznie zawsze mogła „skakać” na dwie tury.
- Castiel, bądź tak miły i mnie wpuść! – zawołała, nie pukając, a… lekko kopiąc w drzwi. Nie, nie dlatego, że była aż tak zupełnie pozbawiona dobrych manier. W rękach po prostu trzymała kilka paczek, układających się w niebezpiecznie chwiejącą się piramidkę (zabezpieczyła je jednak zaklęciami, by nic się nie zniszczyło…). Zza tych wszystkich pudeł, wypełnionych przedmiotami do inspekcji, praktycznie nie było widać samej Brenny i to mimo tego, że jak większość Longbottomów, była dość wysoka. Kiedy więc Flint otworzył drzwi, jego oczom ukazały się głównie liczne pudła różnych rozmiarów i różnych kolorów, obejmowane czule, ale z coraz większym trudem przez ręce Brenny.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#2
11.11.2022, 13:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2022, 13:20 przez Castiel Flint.)  
Zaszył się w tej małej klitce po to, aby w spokoju popracować. Nie mógł zrobić tego w domu bo gdy tylko Baldur pojawia się na horyzoncie to można pożegnać się z wszelką ciszą. Przez jego donośny głos drży podłoga a portret dziadka ucieka dwa piętra wyżej. Tutaj mógł zbadać sobie ostatnie znalezisko, które w hałasie zaczynało nagrzewać się i denerwować. Oczywiście przeczytał list od Brenny, zapisał ją nawet we wrzeszczącym kalendarzu ale przez zapracowanie całkowicie zapomniał, że to dzisiaj. Nic dziwnego, że podskoczył na krześle usłyszawszy pukanie na dziwnej wysokości drzwi i przede wszystkim swoje imię otoczone barwą dźwięku Brenny. Ile razy tak go wołała to nie mógłby zliczyć. Tyle lat a wciąż brzmiała tak samo.
Wobec innych osób jedynie machnąłby różdżką i drzwi otwarłyby się samodzielnie. Była to jednak sympatyczna i wieloletnia znajomość, a to klasyfikowało się do obdarowania szacunkiem choćby i w sytuacji otwierania drzwi. Zamknął przedmiot zaklęciem niewidzialności i schował do białej szkatułki, aby w następnej sekundzie stać przed... stosem pudeł obejmowanych rękoma.
- Przyszłaś wyprowadzić mnie z mojej kryjówki? - uśmiechnął się jednym kącikiem ust i bez pytania zdjął z wysokości jej głowy dwa pudełka.
- Witaj, Brenna. Czy w tym pudle jest łapa ogra?- - potrząsnął pakunkiem, cofając się dwa kroki i robiąc jej miejsce.
- Toż to jest ciężkie, nie mogłaś tego przelewitować? - zaprosił ją do środka. Nie mieli tu za wiele miejsca - dwie osoby to już tłok, a ze stosem pudełek i opakowań to ciasnota. Warto zaznaczyć, że można było się tutaj zabić. Na podłodze znajdowały się pagórki stworzone z książek, obok stał kosz na śmieci leniwie mielący metalowymi zębiskami strzępy papieru, a na biurku stworzyła się imponująca wieża z pustych po kawie kubkach. Mimo wszystko znalazł na biurku miejsce gdzie postawił dwa pudła.
- Resztę połóż na fotelu. - z którego cichaczem zdjął tiarę, krawat, walizeczkę i buty. Kiedy Brenna wyłoniła się zza swoich sprawunków to popatrzył na nią lekko skonsternowany. Nie wyglądało to na "konsultację" bowiem spodziewał się prędzej małego, ozdobnego puzderka a nie... dwudziestu pudełek?
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#3
13.11.2022, 11:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2022, 11:42 przez Brenna Longbottom.)  
Gdy otworzył drzwi, z boku pudeł ukazała się uśmiechnięta twarz Brenny. Longbottom występowała dziś w swojej "codziennej" wersji: rozczochrana, ubrana byle jak, bo przebrać się planowała już w Biurze.
- No co ty. Gdybym chciała cię wyprowadzać, zatrudniłabym szwadron tragarzy. A potem cię ogłuszała, tak na wszelki wypadek, żebyś nie dostał zawału, jak oni noszą twoje cenne książki - odparła wesoło, wtaczając się do pomieszczenia i starając przy tym nie zabić o nic, co zostałoby ustawione na podłodze. - Łapa ogra, skrzydło hipogryfa, gdzieś zaplątał się mugolski miotacz ognia... i tak. Sześćdziesiąt pączków - oświadczyła, starając się rozdysponować pudła jako tako po okolicy.
Mogłoby wydawać się, że żartuje. Ale wtedy Brenna sprawnie wygrzebała jedno z pudeł, otworzyła je i... oczom Castiela faktycznie ukazało się jakieś sześćdziesiąt pączków. Prezentujących się całkiem apetycznie, pięknie wysmażonych, puszystych, z różnymi polewami.
- Jak sądzisz, rzucono na nie jakąś klątwę? Te z lewej są z czekoladą, te w środku z marmoladą, a te z prawej z budyniem. Chcesz jednego? - spytała z szelmowskim uśmiechem, podsuwając mu pudło. A potem zlitowała się nad Flintem, udzielając wyjaśnień. - Częstuj się. Niosę je do Biura, wczoraj kupiłam ich całe mnóstwo w świeżo otwartej kawiarni, Brygadziści jak się na to rzucą, nic nie zostawią po trzech minutach. A jak zostawią, to nic nie szkodzi, ja sama je szybciutko zjem, po tym, jak skończę oskarżać kolegów z pracy o herezje. I nie patrz na mnie z taką grozą, z tych pudeł tylko trzy są do zerknięcia przez ciebie, w tym jeden do dokładnego - zapewniła. Ot na stosiku znajdowały się także jej rzeczy do przebrania, to wielkie pudło pączków kupione w Norze Norze, aby ucieszyć współpracowników i przy okazji rozreklamować biznes koleżanki, a była jeszcze waza, którą musiała podrzucić do historyka. A jej gadulstwo i sposób wysławiania się... Cała Brenna.
Niezależnie od tego, czy wziął sobie pączka, czy nie, pudło zostało zamknięte, a Brenna otworzyła dwa kolejne. Jedno, bardzo wielkie, wcale nie okazało się pełne tysiąca rzeczy: po prostu umieszczono w nim… bardzo obszerną suknię. W drugim, niewielkim, znajdował się naszyjnik.
– Ta pierwsza została podarowana przez panią, która może lubić dowcipy. Sprawdzałam ją, ale wolałabym się upewnić, że nic nie przegapiłam i jak ktoś ją założy, nie okaże się, że nie da się jej na przykład zdjąć. Bo zostanę wtedy zlinczowana. Natomiast ten naszyjnik zdaje mi się trochę podejrzany.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#4
13.11.2022, 12:33  ✶  
Nie potrafił się nie roześmiać. Brenna wprowadzała bardzo dużo energii do jego klitki i wystarczyło kilka minut a jego buzia już się cieszyła. Lubił jej wizyty, nawet nie zdawał sobie sprawy, że czasem ich wyczekuje zwłaszcza wtedy kiedy nad głową kłębią się burzowe chmury przygnębienia.
- A jak ci powiem, że niektóre z moich książek otrzymały zaklęcie odpychania rąk kiedy ktoś próbuje je podnieść? - uśmiechnął się znacznie szerzej niż na co dzień bo aż odsłonił przy tym zęby; przypominał tym samym siebie sprzed dziesięciu lat kiedy nie był jeszcze tak ześwirowanym naukowcem. Patrzył na nią z rozbawieniem kiedy tak wymieniała listę przyniesionych fantów i roześmiał się słysząc o pączkach.
- Te sześćdziesiąt to jest dla mnie na zaspokojenie pierwszego głodu. - przypomniał jej o tym jakim jest żarłokiem. Gorzej jeśli zbierze się z Baldurem w duet i pójdą do jadłodajni - potrafią pochłonąć połowę zapasów ze spiżarki. Przyjrzał się cudownie pachnącym pączkom.
- Jak nic jest w nich jakieś podejrzane zaklęcie. To bardzo niebezpieczny czar, powinienem skonfiskować całe pudełko dla bezpieczeństwa narodu. Wezmę na siebie tę odpowiedzialność, jestem na to gotowy. - na Merlina, co ta dziewczyna z nim robiła. Od razu był skory do żartów, podłapywał jej ton, zarażał się iskrą i zmieniał się z posępnego i poważnego pracownika Banku Gringrotta w całkiem przyjemnego w odbiorze człeczynę.
Wiedząc, że nie dostanie całego pudełka pączków wyczarował w powietrzu talerzyk i umieścił na nim dwa skromne i malutkie pączki, które to zaraz wylądowały na stoliku - to będzie na jednego kęsa do kawy. Podszedł bliżej Brenny aby przyjrzeć się przyniesionym przedmiotom i kiedy poczuł lekki zapach jej włosów to na wpółświadomie się spiął. Odchrząknął, zasłaniając usta pięścią i przytknął różdżkę do materiału sukni. Szepcząc dwuczłonowe zaklęcie uniósł materiał w powietrze, zawieszając odzienie na wysokości ich oczu ale od strony okna aby słońce oświetlało je z drugiej strony.
- Nie mów mi, że ubierzesz się w balową suknię bo nie uwierzę. - kumple nie noszą sukienek, prawda? Błagam, niech powie, że nie będzie nosiła nic zbyt kobiecego bo znów zacznie się jąkać na samo wyobrażenie. Skupił się na przedmiocie i przechodząc na magię niewerbalną nałożył kilka czarów sprawdzających, a objawiło się to zmianą koloru naświetlenia na materiał. Trwało to około dwóch minut, a różdżkę przesuwał od samego kołnierzyka, do bufiastych rękawów, to gorsetu (dziwne, że znał takie słowo) i samej rozkloszowanej sukni.
- Czysta jak łza. Nie ma w sobie nawet grama psikusa. Spotkałem kiedyś mnisią szatę, która po założeniu zaciskała się na ciele i odcinała dopływ krwi do kończyn a ostatecznie też do mózgu. - mistrz taktu właśnie się objawił, zwłaszcza przy tych pachnących pączkach. Zamiast odłożyć suknię do pudła to zostawił ją tak zawieszoną w powietrzu i odwrócił się do puzderka z naszyjnikiem. Wystarczyło zerknąć przelotnie na odcień biżuterii, a już wiedział, że tu analiza potrwa dłużej. Usiadł za biurkiem z pudełkiem i wskazał Brennie miejsce naprzeciwko, na wyjątkowo wolnym od rzeczy krześle z miękkim obiciem.
- Co wzbudziło twoje podejrzenia? - zawiesił naszyjnik na specjalnym szpiczastym uchwycie, który mógłby przypominać wychudzony kandelabr.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#5
13.11.2022, 13:06  ✶  
- To zaraz będę chciała sprawdzić, jak to działa – przyznała Brenna uczciwie. – To faktycznie mają takie zaklęcie? Bo jak tak, to szybko się mnie nie pozbędziesz, bo będe je wszystkie oglądać i szukać tych, które są zaczarowane.
Co poradzić? Poza byciem hiper aktywną, niemożliwie rozgadaną, była też straszliwie ciekawska. A poza tym bardzo, bardzo lubiła książki. Chętnie obłożyłaby takim zaklęciem swoje piękne wydanie Tolkiena, tak na wszelki wypadek, gdyby któryś z domowników nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką świętością jest ta książka i spróbował ją pożyczyć bez konsultacji z nią (podczas której udzieliłaby właściwej instrukcji czytania i zagroziła klątwą do siódmego pokolenia włącznie za zagięty róg).
- Jakie poświęcenie z twojej strony. Weź jeszcze tego z marmoladą, powinieneś sprawdzić działanie tego czaru na każdym rodzaju – zakpiła. Zasadniczo, dorównywała Castielowi pod względem tego, ile jadał, więc jego apetyt ani trochę jej nie dziwił. Musiała nawet przyjmować podwójne porcje eliksirów, inaczej za nic nie chciały działać.
- Na pewno nie w taką – przyznała, wskazując wspaniałą, ciemną kreację, ozdobioną piórami abraksanów. Brenna zwykle nie nosiła sukienek nie dlatego, że miała coś przeciwko nim. Po prostu energia roznosiła ją do tego stopnia, że najczęściej spodnie i tenisówki były dużo praktyczniejsze, bo pozwalały jej przemieszczać się z odpowiednią szybkością. Na balu jednak owszem, planowała wystąpić w sukience, choć była pewna, że jednej z najskromniejszych, jakie tego dnia przyjdzie oglądać gościom.– Ale mama zabiłaby mnie, gdybym przyszła w spodniach. Mam też zadanie bojowe, muszę zmusić do założenia kiecki moją kuzynkę.
Jeśli Brenna rezygnowała z eleganckich strojów na ogół, a zakładała je, gdy był ku temu powód bez wielkich wojen, tak w przypadku Mavelle podejrzewała, że przyjdzie jej użyć przemocy.
- Alleluja. Ofiarodawczyni nie jest raczej czarnoksiężnikiem, ale nie zdziwiłabym się, gdyby zostawiła jakiś mały podarek, bo uznała to za zabawne. – Wyraźnie odetchnęła z ulgą. Suknia była imponującym podarunkiem na licytację, poza tym Brenna nie chciała obrazić Seraphiny, ale też nie mogła ryzykować reputacji nie tyleż swojej, bo ta jej nigdy nie obchodziła, ile swojej rodziny. A dla rodziny Brenna zrobiłaby bardzo, bardzo wiele.
Spoważniała trochę, kiedy usiadł za biurkiem. Wyglądało na to, że jednak miała rację. Jej paranoja i jak to nazywał Erik, czarnowidztwo, raz wyszły im na dobre…
– Rutynowo przeglądamy wszystkie licytowane przedmioty, czy przypadkiem nikt… nie pomylił się przy ofiarowywaniu – powiedziała gładko, bo brzmiało to lepiej niż „upewniamy się, czy ktoś nie chce narobić nam problemów”. Brenna była wesoła i zdawała się beztroska, ale w niektórych sprawach sprawdzała każdy, najdrobniejszy szczegół. Tak w pracy, jak i tu: wartość przedmiotu, czy nie pochodził z kradzieży, datowanie oraz… jego magię. – Pod różnymi kątami. Historia tego naszyjnika, przedstawiona mi przez ofiarodawcę, zdawała mi się niekompletna. Raz, okazało się, że bardzo często go sprzedawano i to szybko. Dwa, według specyfikacji nie powinien być zaklęty, a jednak zareagował na moje próby rozproszenia magii… chociaż nie udało mi się zdjąć czarów lub klątw, jeśli jakieś na nim spoczywają.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#6
13.11.2022, 13:36  ✶  
Schlebiało mu jej zainteresowanie takimi detalami jak nowe i całkiem przydatne zaklęcie odpychania rąk.
- Śmiało, Bren, możesz ich poszukać kiedy będę sprawdzał te przedmioty. Nie jest ich dużo, a jeśli trochę się ze mną potargujesz to może dobrodusznie podzielę się tą inkantacją. - puścił jej oczko bo przecież nie ma nic za darmo a można się trochę podroczyć i pożartować aby przehandlować takie ciekawostki. Przyszła tu z pączkami, to dobry wstęp; wystarczy, że wszystkie tu zostawi. Póki co miał tylko trzy a powszechnie wiadomo, że lubił jeść tak samo jak lubił pływać - nazwisko zobowiązuje.
Nie przepadał za balami i bankietami, na które - jako najstarszy syn - musiał czasem chodzić jeśli odpowiednio wcześnie się nie buntował ojcu. Nie umiał rozmawiać z ludźmi o "byle czym", "laniu wody" czy broń Merline, polityce. Dobrze, że Cynthia była bardziej wygadana i potrafiła go ratować z opresji. Słuchał zatem o planach Brenny i wyobrażał sobie jak goni swoją kuzynkę z tą tutaj suknią.
- Jeśli będzie się opierać to możesz wejść w konszachty z Cynthią. Potrafi być przekonywująca równie co ty. - zaoferował, ochoczo wypychając siostrę poza dom, do zawierania jak największej ilości znajomości i przygód. Często gościła w jego myślach, ale teraz musiała ustąpić pracy bo przyniesiony naszyjnik miał złowrogi blask - a stwierdzał to Łamacz Klątw, który siedział w zawodzie dobre pięć lat. Teoretycznie nie jest to szmat czasu ale nie próżnował i wiedział na co zwracać uwagę.
- Aleś ty dyplomatyczna. Po prostu chcesz wiedzieć czy ktoś nie chce wam napytać biedy bo jesteście coraz bardziej wpływowi. - mówił bez ogródek bo byli tu sami i znali się dobre dwanaście lat. Sięgnął po szkło powiększające i z bliska przyglądał się fakturze naszyjnika, słuchając jednocześnie opowieści dziewczyny.
- Pełna diagnoza zajęłaby mi tutaj parę dni. Niektóre tworzywa, jak tutaj srebro, wytapiane i nasączone specjalną mieszanką ziół staje się podatne na wchłanianie i magazynowanie zaklęć. Nie jestem w stanie ocenić tego od razu, do tego potrzeba jubilera, a ci bywają opieszali w diagnostyce. - mówił trochę do siebie a trochę do Brenny, mając nadzieję, że nie brzmi jak świr. W pewnym momencie zerknął na nią, jakby z niepokojem w spojrzeniu i krańcem szaro-czarnej różdżki dźgnął powietrze pół metra nad biurkiem a jaskrawe nici zdradzały, że rzucił zaklęcie ochronne na wypadek gdyby coś miało się wydarzyć. Warto zaznaczyć, że zaklęcie ochroni Brennę, a nie samego Castiela. Podwinął rękawy koszuli i rozpoczął proces sprawdzania, szeptając zamiennie słowa po łacinie. Adekwatnie do tonu pojawiały się różne odcienie światła. Naszyjnik wydawał się nie reagować więc nie przerywając diagnostyki wyciągnął z pierwszej szuflady małe puzderko. Operując jedną ręką wyjął ze środka bardzo malutką fiolkę z mlecznobiałym płynem. Odkorkował zębami i bardzo ostrożnie upuścił jedną kroplę na największą część ozdoby. Teoretycznie nic nie powinno się wydarzyć, a jednak najpierw usłyszał syczenie a dwie sekundy później poraził go prąd do takiego stopnia, że odsunął się gwałtownie na krześle i upuścił różdżkę z grymasem bólu na twarzy. Nawet nie przeklął choć na dłoni miał różowo-czerwony ślad po oparzeniu. Cała dłoń drżała, jakby nie należała do niego. Brr.
- Zwykły naszyjnik nie powinien umieć się bronić. - wydusił z siebie po chwili i potrząsał dłonią próbując ją tym schłodzić.
- Mam nadzieję, że nikt go nie zakładał? - zapytał, podnosząc w końcu wzrok na Brennę. Ktoś próbował tu opchnąć niefajną "zabawkę"...
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#7
13.11.2022, 13:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2022, 14:03 przez Brenna Longbottom.)  
Brenna przypatrywała się Castielowi z przymrużonymi oczyma, jakby zastanawiała się, czy mówił poważnie, czy tylko sobie z niej żartował. Ale jak mogłaby uprzeć się takiej pokusie? W najgorszym razie poogląda książki, które tu trzymał – a w uwielbieniu wobec ksiąg niemalże dorównywała Krukonom.
- Myślę, że zdołam ją przekonać. Jeżeli nie zadziałają argumenty w rodzaju „tylko ty będziesz miała na sobie spodnie, więc zobaczysz, że staniesz się centrum zainteresowania”, to w końcu ustąpi tylko po to, żebym dała jej spokój – oświadczyła, zsuwając się z krzesła, aby usiąść na środku pokoju i zacząć faktycznie przeglądać porozkładane tu i ówdzie książki. Zerkała na tytuły i przy okazji faktycznie sprawdzała, czy któraś z nich nie okaże się trudna do dotknięcia.
- Nie wypada oskarżać o takie rzeczy gości – powiedziała, na moment zwracając ku niemu spojrzenie. Ano, musiała czasem wykazać się dyplomacją. Poza tym Brenna naprawdę nie chciała wierzyć w złe intencje. – Ale niech ci będzie, biorę to pod uwagę. Nie tyle nawet chodzi o wpływy, co… mój dziadek ma swoich wrogów, a niektórzy nie są zachwyceni popularnością mojego brata. Chociaż w przypadku sukienki naprawdę spodziewałam się raczej głupiego dowcipu, nie chęci zaszkodzenia nam. I po prawdzie, raz się zdarzyło, że przeklęty przedmiot przekazał mój własny wujek… wcale nie chciał nam zaszkodzić, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, co kupił.
Do tej pory wprawdzie przypadek z broszą o wujka był najbardziej niebezpiecznym, jaki się im przydarzył, Longbottom wolała jednak dmuchać na zimne. Byli też oczywiście śmierciożercy. Ale o tym, że o ich potencjalnych poczynaniach i knuciach Brenna myślała nieomal nieustannie, że nawet planując ten bal robiła wszystko, by upewnić się, że goście nie staną się obiektem ataku, nie rozmawiała z nikim. Nie tylko z przyjaciółmi, ale tez bratem, najbliższą jej osobą, i z matką.
Zamarła, z jedną z książek w ręku, kiedy zauważyła, że Castiel rzucił jakieś zaklęcie. Już nie przeglądała radośnie jego księgozbioru, a obserwowała jego poczynania, z nową czujnością. Wolną dłonią jakoś odruchowo sięgnęła po różdżkę: nie, nie z powodu Castiela, jej wzrok był utkwiony w naszyjniku. Najwyraźniej z powodu jego poczynań zaczęła się spodziewać, że z kryształków zaraz wyjdzie jakiś demon z wielkimi zębami.
Demona nie było, ale coś się stało.
Poderwała się z miejsca, dopadając Flinta. Książka została upuszczona, a sama Brenna schwyciła go za nadgarstek, nie dotykając samej dłoni, za to szepcąc nad nią jedno z podstawowych zaklęć rozpraszających. Na wszelki wypadek.
– Nic ci nie jest? Trzeba uzdrowiciela? – spytała jednym tchem, pochylając się i upewniając, czy na ręku nie zostały żadne rany. Albo czy o zgrozo, nie uschła, podobno niektóre klątwy tak działały. Wyrzuty sumienia chyba by ją zabiły, bo sama mu ten naszyjnik tutaj przyniosła. Ślad po oparzeniu nie był taki zły, ale i tak paskudny. – Do licha, wiedziałam, że coś z nim jest nie tak… I nie, nikt go nie nosił, nie pozwoliłam go nawet dotykać, badałam go sama.
O tym, że gdyby nie zdołała znaleźć klątwołamacza, który zechciałby zajrzeć na przedmiot, zapewne i owszem, założyłaby naszyjnik, by się upewnić na sobie, czy kogoś innego nie zabije, wolała nie wspominać.
– Będę musiała złożyć wizytę panu Hunchinsowi – mruknęła, prostując się. O tak, ofiarodawca będzie miał wielkie, wielkie kłopoty, jeśli nie udowodni, że nic nie wiedział o tej klątwie… i to nie tyleż z wkurzoną Brenną, co z Brygadzistką.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#8
13.11.2022, 14:31  ✶  
Wierzył jej na słowo, że potrafi być przekonywująca jeśli na coś się uprze. Posiadała umiejętności charyzmatyczne na takim poziomie jakiego Castiel nigdy nie osiągnie. Wystarczyło aby pojawiło się w jego towarzystwie przynajmniej dwoje obcych osób a już przytrafiały mu się problemy z układaniem zdania czy chociażby jednostajną intonacją. Jak miło jest posiedzieć czasem w swojej klitce.
- Dokładnie tak. Czasem ktoś nie wie co kupuje i od tego jesteś ty i twoja brygada. - uśmiechnął się jednym policzkiem kiedy przygotowywał sobie jeszcze miejsce do badań. Teoretycznie powinien zająć się tym w Banku Gringrotta ale między nim a jego przełożonym jest taka cicha umowa, że diagnozy wstępne można przeprowadzać poza miejscem pracy inaczej utonęliby w zgłoszeniach.
- Zdajesz sobie sprawę Bren, że wystarczy, że dasz mi odpowiednio wcześniej znać to przed balem przejrzę przedmioty potrzebne do licytacji? Możemy to podeprzeć formularzami zgłoszeniowymi o wynajęciu przez Biuro Aurorów kogoś z Biur Łamaczy Klątw żeby zgadzała się papierologia. - przynajmniej ojciec nie będzie go tak usilnie namawiał na uczestnictwo ("może byś znalazł sobie w końcu żonę, co? czy ja mam ci znaleźć?") kiedy powie, że ciężko pracuje i wspiera w organizacji choćby to miała być taka forma o jakiej mówili.
- Diagnostyka wstępna zajmuje od kilku do kilkudziesięciu minut na jeden przedmiot. Cokolwiek "brudnego" od czarnej magii jest już na tym etapie wyczuwalne. Ty czujesz tego smród, ja zobaczę kolor i nasycenie. - zaoferował bo bardzo lubił rodzinę Longbottom i współpracowanie z nimi byłoby dla niego samą przyjemnością.
Jak się okazało, dobrze było dmuchać na zimne. Przewrażliwienie Brenny pomogło odkryć prawdę jednak gdyby usłyszał jej myśl, że chciała zakładać na siebie wszystko, co podejrzane... oj, mogłoby wrócić do niego to krwistoczerwone zdenerwowanie w obliczu zachowania skrajnie nieodpowiedzialnego. Badał, a jak się okazuje przy badaniu doszło do wyładowania elektrycznego. Nie pierwszy i nie ostatni raz obrywał od takich przedmiotów dlatego nie wydawał się wstrząśnięty. Położył rękę na nadgarstku Brenny kiedy z taką paniką do niego doskoczyła.
- Spokojnie, Bren. Okład z lodu albo zaklęcie schładzające powinno pomóc. To wyładowanie pierwszego stopnia, czyli obronne. Domyślam się, że to ustrojstwo ma większy arsenał obronny. Teraz dało ostrzeżenie. - jak zdał sobie sprawę, że dotknął jej nadgarstka to pospiesznie cofnął rękę. Podniósł różdżkę i z pomocą zaklęć zamknął fiolkę eliksiru i schował ją z powrotem do szufladki. Naszyjnik znów wydawał się zwyczajny choć wszyscy w tym pomieszczeniu wiedzieli, że tak nie jest.
- Nie badaj takich rzeczy, Brenna bo jeszcze stanie ci się coś złego. Przynoś to mnie. Obiecaj, że przyniesiesz to mnie, choćby to miało być o północy w środku srogiej zimy. - aż popatrzył jej w oczy (!) przez te kilka sekund. Jego może atakować przedmiot ale nie kobiety, nigdy. Nie mógłby tego wytrzymać.
- Zatrzymam ten naszyjnik na parę dni. W Banku Gringrotta mamy odpowiednie szkatułki wytłumiające na takie specjalności. Do tego czasu będziesz wiedzieć o nim wszystko. Na moje oko może to być jeden z pomniejszych elementów naszyjnika królowej wiwerny. Mój kolega po fachu natknął się na coś podobnego dwa lata temu. Z tego co mówił to pojedyncze części mają regularnie, stopniowo i niemal niezauważalnie wysyłać drobne ładunki do krwioobiegu. Po dłuższym czasie regularnego noszenia tego naszyjnika, moc tych ładunków mogłaby wzrosnąć do poziomu wstrząsów padaczkowych. Wszystkie elementy - a jest ich siedem - w skrajnym przypadku mogą zatrzymać akcję serca. Równie dobrze może to być tania podróbka a ten ładunek może być jedynym efektem magicznym. - ona będzie mogła tymczasem zebrać resztę poszlak i wtedy wszcząć dochodzenie czy poprzedni właściciel biżuterii wiedział co trzyma w rękach. Zakrył palcami poparzoną rękę i zginał przy tym kłykcie, mimo że nie było to przyjemne. Czekało go sporo pracy - ocena tworzywa, określenie czasu stworzenia, prześwietlenie w poszukiwaniu grawera z zapisaną inkantacją... ale to wszystko sprawiało mu przyjemność, takie odkrywanie tego, co nieznane. Głęboko westchnął i ułożył na twarzy pokrzepiający uśmiech. Tego raczej nie sprzeda na balu...
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#9
13.11.2022, 15:21  ✶  
Umiała być przekonująca. Umiała też być po prostu niezwykle wkurzająca i to czasem działało jeszcze lepiej niż argumenty. Ci, którzy już nauczyli się ją znosić i nie uciekli po paru pierwszych miesiącach znajomości, z czasem zaczynali ustępować dla świętego spokoju.
- Dziękuję, to miłe z twojej strony, ale nie chcę nadużywać niczyjej dobrej woli. Wstępne skatalogowanie zresztą możemy przeprowadzić na własną rękę, a jak widzisz, kiedy tylko coś mi się nie podoba, zgłaszam się po konsultacje. Chyba nie ma sensu, żebyś tracił czas na oglądanie każdego wachlarza i miotły – zapewniła Brenna. Owszem, zdarzało się jej ryzykować, gdy uznawała to za konieczne. Jeżeli jednak tylko miała takie możliwości, stawiała na bezpieczeństwo i bez żadnych oporów angażowała specjalistów. Najchętniej swoich znajomych – oczywiście, zawsze nalegała na opłacanie pełnej stawki, ale takie postępowanie dawało przy okazji szansę na połączenie spraw biznesowych z towarzyskimi spotkaniami. I pokazywało, że docenia ich możliwości.
- Powinieneś użyć maści leczniczej – zagderała. Zdawała się nawet nie dostrzegać, że jej dotknął: Brenna nigdy nie miała problemów z kontaktem fizycznym, a że od zawsze otaczali ją chłopcy, traktowała kolegów właściwie identycznie jak koleżanki. Zdecydowana większość z nich pewnie nigdy nie zdążyła się zorientować, że Brenna też jest dziewczyną. – Nie można tego tak zostawiać, bo potem będzie bolało bardziej. Masz lód, czy rzucać zaklęcie schładzające?
Miała pewne obawy, że Flint byłby gotów bagatelizować obrażenie, nawet gdyby ta ręka miałaby mu zaraz odpaść.
Westchnęła, patrząc na niego z powagą i uniosła dwa palce, w geście podkreślającym wagę przyrzeczenia.
- Uroczyście przyrzekam, że nie będę badać sama żadnych, czarnomagicznych artefaktów – obiecała, bo to naprawdę nie leżało w jej planach. Przecież ten też przyniosła do niego, ledwo uznała, że jednak coś jest na rzeczy i sprawa może przekraczać wiedzę, jaką dysponowała. Znała zresztą regulaminy, gdyby była pewna, że coś obłożono klątwą, nawet by tego nie dotknęła… – Sprawdzam wszystkie takie przedmioty na licytacje rutynowo, bo pracuję w BUM, Cas. Lepiej ja niż nasza kuzynka zielarka albo pracownik charłak. Ale obiecuję, że jeśli cokolwiek wyda mi się podejrzane, to stanę pod twoimi drzwiami nawet o północy.
Znów przysiadła na podłodze, a gdy zaczął wyjaśniać, z czym może mieć do czynienia, nie tylko wysłuchała go, z nietypową dla siebie powagą, ale też wygrzebała z kieszeni notatnik, mugolski długopis i zaczęła notować główne hasła. Skoro istniało ryzyko, że to klątwa, która w dodatku może kogoś zabić, jak nic trzeba było to sprawdzić, a jeżeli diagnoza się potwierdzi – zacząć śledztwo. Nie była nawet pewna, czy dla Brygady, czy może już dla Aurorów.
- Za wstępną konsultację pieniądze przelejemy do twojej skrytki. A ja dziś podrzucę do waszego biura oficjalne zgłoszenie, w takim razie. Potem przekonam mojego zwierzchnika, żeby wysłał mnie przesłuchać pana H. Mam nadzieję, że nie wiedział, co takiego posiada, bo jeżeli oddał mi to świadomie, to chyba podgryzę mu tętnice szyjną – oznajmiła, nie podnosząc głowy znad notatek. – Ale chyba nie byłby tak głupi? Na Merlina, wręczył artefakt obłożony jakimiś podejrzanymi czarami BUMerce. A może sądził, że ja jestem aż tak durna? – parsknęła, kręcąc głową, bo teraz, kiedy upewniła się, że ręka Flinta jednak nie odpadnie, a już raczej nic nikomu nie groziło, do pewnego stopnia cała sytuacja ją wręcz bawiła. Właśnie wręczono jej… śledztwo. Elegancko opakowane.
– A właśnie, jak tu już jestem, chciałam przy okazji zapytać o jeszcze jeden przypadek. Sądzisz, że jest możliwe rzucenie na kogoś klątwy tak, żeby… nie mógł gotować?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#10
13.11.2022, 15:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2022, 15:42 przez Castiel Flint.)  
Potrafił przyjąć odmowę więc tylko uśmiechnął się w odpowiedzi. Musiał zaufać jej intuicji, która jak się okazuje, nie zawiodła. Wyczuła, że coś jest nie tak i postąpiła odpowiedzialnie, przynosząc mu to. Dzięk temu zapobiegli cudzym kłopotom, a i ten naszyjnik powinien wylądować tam, gdzie jego miejsce - głęboko w podziemiach Banku Gringrotta w tajnej skrytce. Tym jednak zajmą się już i jego, i Brenny zwierzchnicy. Oni wykonywali główną pracę a resztę decyzji zostawiali swoim przełożonym. Najważniejsze, że udało się wyłapać to, co może szkodzić.
Rozejrzał się po klitce, naiwnie wierząc, że pojawi się tu jakikolwiek lód. Nie chciał robić kłopotów i choć doceniał troskę Brenny to unosił się dumą i chciał sobie poradzić sam z ledwie obrzękiem po poparzeniu. Miała rację, że ból stopniowo się zwiększy, a zamierzał dzisiaj popracować przynajmniej do dwudziestej pierwszej zanim deportuje się do domu. W końcu sięgnął po butelkę zwykłej wody mineralnej i zmroził ją najprostszym zaklęciem, aby później takim sposobem schłodzić zaczerwienioną skórę. Najgorzej, że to prawa ręka ucierpiała a więc rzucanie bardziej zaawansowanych czarów musi odłożyć w czasie. Nie ufał teraz swojej precyzji.
-Mogłabyś być tak uprzejma i schowała ten naszyjnik w szkatułce? Zaklęciami, rzecz jasna. Przewiozę to dzisiaj do Banku. Postaraj się tylko, proszę, celować czarem nie w sam środek tylko w okolicę wokół naszyjnika. Brakowałoby żeby jeszcze ciebie kopnęło. - nie była bezbronną i potrzebującą dzierlatką a silną kobietą. Mógł powierzyć jej takie zadanie. Kiedy przedmiot zniknął im z oczu to mógł się trochę rozluźnić. Uśmiechnął się z ulgą kiedy obiecała nie badać czarnomagicznych przedmiotów. Teoretycznie powinien być tego pewien jednak otrzymanie takiego słowa zwiększało poczucie komfortu.
- Jesteś świetna w tym, co robisz, Bren. - przyznał na głos bo rozsądku nie można jej odmówić. Wiedziała jak działać, jak odpowiadać, jak kombinować i na co zwracać uwagę. Była właściwą osobą we właściwym miejscu.
- Myślę, że mógł nie wiedzieć. Może wystraszył się właśnie tego, że nikt nie chciał tego kupić i zamiast przyjść do Banku to wolał się tego pozbyć, aby podejrzenia nie padły właśnie na niego. Ludzie niepotrzebnie się tego obawiają. My badamy, nie osądzamy. Oczywiście nietypowe osobistości są zgłaszane... ale weź to wytłumacz czarodziejom. - wzruszył ramionami. Nie znał dokładnej sytuacji ale liczył, że gdy wszystko się wyjaśni to chociaż dowie się czy pan Hunchins wiedział. Domyślał się, że Brenna nie będzie mogła podzielić się skutkami śledztwa, ale zawsze jest nadzieja, że coś tam mu uszczknie skoro miał w tym swoje trzy sykle.
- Klątwa antykulinarna? - uniósł brwi i miał ochotę się roześmiać. Widząc jednak coś na kształt powagi na twarzy dziewczyny powstrzymał śmiech.
- Nie sądzę... - ale nie chciał zostawiać jej z niepewnością więc na szybko przejrzał w myślach listę klątw, które miałyby szanse związku z gotowaniem. Potrząsnął głową. -Jedyne co teraz przychodzi mi do głowy to efekty uboczne po ugryzieniu przez langustnika ladaco czy jakoś tak. Nie znam nazwy tego cholerstwa, ale jak takowy dziabnie to wywołuje skutki pecha przez jakiś okres czasu. Można to zakwalifikować do jakiejś dziedziny... ale musisz dać mi więcej poszlak, objawów, a najlepiej całej historii. Tak ogólnikowo nie przychodzi mi nic do głowy. - oczywiście był przekonany, że niczego takiego nie ma.
- Ewentualnie można sprawdzić kuchnię czy jakiś poltergeist się nie przypałętał i nie płata figli czarami kiedy ktoś gotuje. - tutaj już nie wytrzymał i cicho się zaśmiał. Popatrzył na nią pytająco. Takie klątwy są nazywane potocznie antytalenciem na co i Castiel "chorował".
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (3514), Castiel Flint (3598)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa