• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[25.06.1972, New Forest] Nothing Breaks Like a Heart

[25.06.1972, New Forest] Nothing Breaks Like a Heart
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
11.10.2023, 11:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 22:03 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

„This world can hurt you
It cuts you deep and leaves a scar
Things fall apart, but nothing breaks like a heart”
♫
25 czerwca 1972, popołudnie
– Laurent & Victoria –



Było źle. Victoria miała takie uczucie, jakby żyła w symulacji. Najpierw zerwana więź i to dziwne wrażenie pustki, a potem… było tylko gorzej. Zaczynała rozumieć, że jej uczucia nie były tylko wytworem rytuału, choć były przezeń podbite – ale naprawdę należały do niej, tylko problem polegał na tym, że druga strona tego nie podzielała. Sądziła przez moment, że jemu więź nagle wróciła, że coś się pochrzaniło po łamaniu klątwy, ale nie. To był on, robiący rzeczy, które wydawało mu się, że ona chce (bo chciała), ale nie odczuwający tego samego. To bolało. Nie był to koniec świata, ale bolało – mieć za narzeczonego kogoś, do kogo odkrywasz, ze masz uczucia, ale nieodwzajemniane, doskonale zdając sobie sprawę, że przyszłość u jego boku będzie zwyczajnie trudna. I wiedziała, że da się to odkręcić, dać mu życie, które ktoś mu odebrał… choć chyba nie chciał. A potem zobaczyć kolejne wspomnienie, które łamało serce na kawałki – bo masz odpowiedź na pytania, które zadaje sobie mnóstwo alchemików, trzymać tajemnice życia i śmierci w głowie i wiedzieć, co robiła twoja własna babka. Kolia z kamieni filozofów. Na Merlina… I później dowiedzieć się, ze twój narzeczony jest Śmierciożercą. Bo go zmusili. Ale ma znak. Że robił naprawdę okropne rzeczy jak każdy z nich. Usłyszeć propozycję zabicia jej matki, wstęp do tego, że coś sobie zrobi bo ma „pozwolić mu odejść”. Już wszystko to bolało jak diabli, ściskało serce, ale nie miała tego nawet kiedy przetrawić, bo trafili na ten przeklęty statek… i nastała ta cisza. Cisza przed burzą jak się okazało – bo poprzedniego dnia prawie nie spała, wyciągnięta z łóżka w środku nocy. Rodzina Sauriela też miała złe przeczucia, tak samo jak ona… A znalezienie go na tej ławce w parku o świcie… To złamało jej serce na kawałki. Wczoraj, gdy wieczorem wróciła do domu, była w rozsypce. Ręce jej się trzęsły gdy pisała list. Victoria rzadko prosiła o pomoc i nie wiedziała jak to napisać, co ma powiedzieć… Wyszło więc koślawo. A naprawdę, naprawdę potrzebowała pomocy.

Tej nocy też mało spała, ciągle myślała. Całe szczęście, że była niedziela i nie miała akurat dyżuru w pracy, wiec gdy tylko sowa przyniosła jej odpowiedź od Laurenta – napisała do niego. I ogarnęła się na tyle, by nie wyglądać jak straszydło, oczy pomalowała tylko na tyle, by ukryć cienie i nieco zamaskować zaczerwienienie, ale to był bardzo lekki makijaż. Włosy też miała tylko przeczesane, nie były splecione, ani jakoś konkretnie ułożone. W ciemnych spodniach materiałowych i wsuniętych w nie kremowej koszuli z długim rękawem. Właśnie tak znalazła się w New Forest i pukała do drzwi domu Laurenta. Z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Nie dlatego, że słońce ją raziło czy coś, po prostu chciała sobie oszczędzić pytających spojrzeń innych przypadkowo napotkanych po drodze ludzi, bo jednak oczy miała zaczerwienione i zmęczone.

– Hej – wychrypiała na wstępie i była gotowa bez słowa po prostu rzucić się mężczyźnie na szyję. Potrzebowała tego. Bardzo.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
11.10.2023, 12:44  ✶  

To był naprawdę trudny czas. Coraz trudniejszy, zamiast coraz łatwiejszego. Wszystko zaczynało się sypać jak zdmuchnięta wieżyczka z kart. Rozpadać na kawałki nawet w tym kawałku Raju, jakim był jego ukochany rezerwat. Dom, który był jego ostoją przestał być taki gościnny, Keswick wcale nie było wiele lepsze, trudne rozmowy toczyły się wokół, każdy czegoś potrzebował, wszystko nabierało rozpędu, a Laurent bardzo się starał trzymać w tym wszystkim w pionie. Jeszcze nie było tak źle, co..? Nie, jeszcze nie było. Nawet pomimo statku, na którym, o zgrozo, prawie umarł. Już trzeci raz w tym miesiącu. W jednym czerwcu. I stał jakby nigdy nic, zastanawiając się, dlaczego to nie było dla niego bardziej wstrząsające niż być powinno. Dlaczego spływało po nim i miał wrażenie, że te wydarzenia były gdzieś z boku, a nie były częścią niego samego. Oglądał film, w którym brud, syf i krew mieszały się ze sobą, ale nie nadawały się do tego, żeby prócz bycia w nim aktorem stały się jego własną historią. Właśnie - historią. Bo to, co wczoraj i co miesiąc temu było zaledwie historią. Dziś było darem. Jutro miało być tajemnicą, która czekała na odkrycie. Jakąś lepszą, jakąś milszą. Powinno być wyczekiwane z niecierpliwością i uśmiechem na ustach. Jak mógłby myśleć inaczej..?

Kolejna blizna zdobiła jego ciało. Ukrywana pod zaklęciem, żeby nie widział jej nikt i żeby sam na nią nie musiał spoglądać. Przecież nie po to tak o siebie dbał, żeby teraz coś miało zeszpecić jego doskonałość pielęgnowaną przez tyle lat, prawda? Więc się uśmiechał. Nic się nie zmieniło, wszystko biegło dawnym torem, tylko o wiele szybciej i wymagało większego wysiłku, ale wcale świat nie przewracał się do góry nogami - nie ten jego. Wyjął te klisze, schował je do szuflady i mógł prowadzić nadal swój spokojny i niezmącony piekłem zewnętrznego świata byt. Dlatego mógł otworzyć drzwi i...

Złapać Victorię, która wpadła w jego ramiona, gdy tylko te drzwi otworzył? Bo on te ramiona otworzył, kiedy tylko ją zobaczył. Brzmiała strasznie - cokolwiek się stało. Jakby była chora, ale wtedy raczej by do niego nie przychodziła, bo znając jego wspaniałe zdrowie zaraz by też przeziębienie złapał. Skoro nie choroba to wniosek był bardzo prosty i wcale nie pocieszający.

- Dzień dobry, Victorio... heeej... co się stało... - Zapytał, trzymając jej zimne ciało w objęciach. Drugą wolną ręką zamknął za nią drzwi, ale nie puszczał jej, dopóki tego potrzebowała. Pocałował czubek jej głowy, przytulając czule, opatulając swoimi ramionami. Mogli tutaj stać chwilę, dwie, albo i następną godzinę, jeśli tego potrzebowała. - Zrobić ci herbaty..? Albo gorącej czekolady? - A może to, czego teraz potrzebowała to wino? Takie, które przyniosłoby ukojenie, nawet jeśli tylko chwilowe.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#3
11.10.2023, 14:51  ✶  

Z bliznami to było tak, że kluczowe było odpowiednie zajęcie się tematem na samym początku i konsekwentna pielęgnacja później. Potrzeba było wytrwałości, samozaparnia, nie oddawania się, kiedy nie widać było efektów… Tak samo Victoria starała się dbać o swoje własne blizny – mocno szpecące. Odpadały już krótkie rękawy, nie chciała pokazywać swojego lewego przedramienia i wierzchu dłoni (chociaż na samym wierzchu dłoni rany nie były głębokie i teraz srebrzyła się tam siateczka linii, które za jakiś czas same znikną). Ale najbardziej szpecąca była szrama ciągnąca się przez jej plecy i Victoria bardzo się bała, że już nigdy nie założy sukienki je odsłaniającej. Natomiast – dbała. Pomocne było to, że znała recepturę i potrafiła sama sobie zrobić odpowiednią maść, mogła więc zachować ciągłość, a że była obowiązkowa i chciała być ładna, chciała się podobać, no to dzielnie blizny smarowała… I gdyby Laurent tylko powiedział, ze potrzebuje, to dostałby od niej kolejne opakowanie takiej samej maści, jak ta, którą wysłała mu na początku miesiąca po ataku mężczyzny w snach… Ale były takie rany, na które żadne maści nie pomagały, żadne zaklęcia…

Czuła, że się rozsypuje. Że to jednak za dużo. Że stężenie spierdolenia, że od ataku na Beltane, z każdym tygodniem było tylko gorzej, nigdy lepiej, chociaż bardzo chciała złapać jakąś stabilność w życiu… A zamiast tego łapała to. Nie było to jeszcze apogeum ludzkiego cierpienia, ale było to z pewnością apogeum jej własnej wytrzymałości, w której po prostu zaczynało pękać serce. Kiedy twoje życie się wali, wszystko co robisz prowadzi cię do punktu, w którym jest tylko gorzej, a nie doprowadzasz do tego aktywnie…

Mocniej zacisnęła ramiona wokół Laurenta, kiedy tak się na niego rzuciła – a przecież nie była przesadnie wysoka i Laurent to chyba się musiał nachylić, bo Victoria miała odrobinę siły, by go ze sobą pociągnąć. Nie, nie była chora. Gdyby była przeziębiona, to napisałaby mu, że jest chora i źle się czuje, a nie, że potrzebuje się spotkać – i to jeszcze w wydaniu listowym tak totalnie niepodobnym do niej samej. Nie narażałaby jego zdrowie, wiedziała jakie jest kruche i jak łatwo mu było się przeziębić (nawet mimo tego, że mogłaby mu przynieść jakiś eliksir na katar i kaszelek).

Nie odpowiedziała mu na pytanie „co się stało”, po prostu jej palce nieco mocniej się zacisnęły na jego koszuli. Długie, chude palce, z zadbanymi paznokciami, teraz wymalowanymi bordem. Nie utrudniała mu zamknięcia drzwi, ani nie wyrywała się, kiedy spróbował ucałować czubek jej głowy.

– Obojętnie – mruknęła, będąc niezwykle pomocna. Może faktycznie to czego potrzebowała to wino. Może powinien jej zrobić gorąca czekoladę i dolać dwa kieliszki wódki. Odsunęła się od niego w końcu i ściągnęła okulary przeciwsłoneczne, ukazując mu to, co próbowała skryć przed innymi ludźmi – jak bardzo jest zmęczona. Jak bardzo jest wręcz… wykończona. – Wszystko w porządku? – zapytała go, zamiast zająć się sobą. Ale potrzebowała tego – bo nawet nie wiedziała co ma powiedzieć. A Laurent też zaprzątał jej głowę.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
11.10.2023, 15:40  ✶  

Och, ależ Victoria była chora. Tylko to nie jej ciało chorowało. Jej ciało przetwarzało blizny, z którymi walczyła i których próbowała się pozbyć, ale choroba trawiła nie mięśnie, nie krwioobieg, nie płuca czy gardło. Trawiły jej ducha i jej serce. Zatruwało umysł i sprawiało, że ten przestawał funkcjonować tak, jak powinien. Więc miała trochę siły na to, żeby wpaść w niego - a może na niego? Zatopić się w ciepłych ramionach? Dla niej na pewno ciepłych, może wręcz parzących do pewnego stopnia. Mieli w końcu piękne, letnie popołudnie, które śpiewem ptaków z lasu zwiastowało jeszcze gorętszy wieczór. Rzeczywiście trochę się zgiął, cofnął jedną nogę, żeby utrzymać równowagę, bo chociaż Victoria nie była ciężka, a w dodatku zmizerniała przez te ostatnie dwa miesiące, to swój na swego trafił - wiele siły w ramionach Laurenta nie było.

- Migotku! Zrób Victorii gorącą czekoladę. - Zawołał do skrzata, oglądając się przez ramię, ale nie widział i tak małego stworzenia. Wiedział natomiast, że to stawi się na wezwanie i że dobrze go usłyszy, jeśli nawet nie było go w samym domu. To dzięsięciosekundowe stracenie z ocząt wtulonej w niego sylwetki, której bliskość przechodziła dreszczami od bijącego chłodu, zakończyło się i znów na nią spoglądał. Trzymał ją, ale poprawił swoje ręce na jej ciele tak, żeby trochę ją od siebie odsunąć, albo siebie od niej - bez różnicy. Przesunął się tak, żeby nie być zbyt daleko, ale jednocześnie żeby wyprowadzić ją z wejścia do salonu, gdzie letnie światło wlewało się od strony tarasu przez wielkie okna. - Zadziwiająco dobrze przechodzę to, co działo się na statku, jeśli o to pytasz. - Uśmiechnął się, mówiąc do niej ciepłym, lekkim tonem. To było takie w jej stylu - siedzieć, płakać, jak mała dziewczynka w piaskownicy, ale pytać przy tym, czy wszystko okej drugiej strony. Znał to z autopsji, byli pod tym względem niepoprawni i niezdrowi, ale dopiero kiedy obserwował Victorię to to widział. Łatwiej w końcu dojrzeć kogoś niż siebie samego. Złapał z jej dłoni te okulary przeciwsłoneczne i zawiesił je na jej koszuli, łapiąc jej kołnierz, żeby teraz nie przeszkadzały i żeby zaraz zresztą nie wypadły Victorii z dłoni. Poprowadził ją do kanapy i usiadł z nią na niej uznając, że teraz będzie się czuła lepiej w tym zacisznym zakątku dającym wrażenie bezpieczeństwa niż na tarasie. - Co się stało, moja droga? - Zapytał, głaszcząc ją po głowie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#5
11.10.2023, 17:17  ✶  

Schudła, to był fakt. Nigdy nie była bardzo przy kości, chociaż kształty miała bardzo kobiece, ale w ostatnim czasie schudła. Odrobinę zarysowały jej się mięśnie, nie było to tak, że schudła tylko dlatego, że tak bardzo nie jadła, ale prócz tego, że ćwiczyła, to rzeczywiście jadła mniej… Niecelowo. Po prostu od zawsze w stresie miała raczej tendencję do tego, by nie jeść, niż go zajadać. Ramiona Laurenta faktycznie były ciepłe, to było dla niej bardzo dziwne uczucie, bo zupełnie nic w niej nie zmieniało, nie ogrzewało jej, nie robiło jej się nagle gorąco, nic z tych rzeczy. Ściągnęła buty i dała się poprowadzić znajomym przedpokojem do równie znajomego salonu. Cały ten dom był jej bardzo znany, spędziła tu w końcu z Laurentem sporo czasu w zeszłym roku. Ich znajomość w końcu… Rozwijała się od półtorej roku, nie stała w miejscu. Szybko to minęło, co? Człowiek zdążył tylko mrugnąć i nagle puff – półtorej roku, dwadzieścia miesięcy. Tyle samo trwał terror Voldemorta, który ostatnio zwłaszcza ruszył z kopyta. Spoglądała, czy coś się tutaj zmieniło, ale nie zauważyła niczego nadzwyczajnego w zmianie w ostatnim miesiącu.

Pokiwała głową przyjmując taką odpowiedź do głowy. Bała się tam o niego, na tym statku. Chyba najbardziej właśnie o niego, ze wszystkich osób, które tego dnia tam z nimi były. Bo był jej najbliższy, bo nie był dobry w pojedynkach, a tam działo się tyle syfu… I dlatego, że czuł zew morza. Bała się, że na niego odpowie i już nie wróci. Wtedy już chyba serce całkiem by jej pękło i nie byłoby czego zbierać.

– Tak, o to – przyznała i spróbowała się uśmiechnąć. Nie protestowała też, kiedy wyjął z jej dłoni okulary by bezceremonialnie zawiesić na jej koszuli, nieco powiększając dekolt. – To dobrze – stwierdziła miękko. Naprawdę dobrze, że jakoś to znosił, że się nie rozsypał… Był przecież taki delikatny, jak najdroższa i najpiękniejsza porcelana. Usiadła na kanapie i westchnęła. Nie bez przyczyny napisała mu, że nie chce żadnych wycieczek do parku – najpierw jeden park, kilka dni temu, który rozpoczął ten nagły upadek, i drugi park wczoraj, który po prostu ją dobił. – Przepraszam, że tak ci zajmuję czas, ale po prostu nie chcę siedzieć sama – bo wtedy to dopiero nic tylko myślała, myślała, myślała… – A co się nie stało… – mruknęła, jak zwykle w takich sytuacjach nie mając pojęcia od czego w ogóle zacząć. – Chyba ci pisałam, że będziemy próbować zerwać tę nieszczęsną więź z Beltane – powiedziała w końcu i podwinęła nogi, owijając wokół nic ramiona. – Twoja kuzynka odwaliła kawał dobrej roboty, wszystko się udało, chociaż jeszcze czekam, czy na pewno nie będzie nawrotu. Byliśmy królikami doświadczalnymi – dodała ciszej, bo jeszcze mogło wrócić… Zostały dwa dni, żeby mieć pewność. – Ale to był… To mógł być błąd – dodała. – Że w ogóle się tego podjęliśmy.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
11.10.2023, 17:43  ✶  

Wolałby, żeby nabierała swoich kształtów i chudła dlatego, że o siebie dba, nie dlatego, że problemy dnia codziennego zaczynają spędzać już nie tylko sen z jej powiek, ale również wiązać żołądek w supeł. Mogliby się stołować razem - może przynajmniej wtedy każdy z nich dobrze by jadł? Mogąc cieszyć się swoim towarzystwem? Bo kiedy był w odwiedzinach u Florence, albo kiedy miał okazję usiąść z Pandorą to jadł bardzo chętnie. W zaciszu domowego kącika, gdzie nie było niczyich oczu, gdzie nie trzeba było być idealnym, gdzie ktoś jadł z tobą, albo i nawet siedział obok ciebie karmiąc cię niemal jak dziecko, którego trzeba przypilnować. To było przyjemne. Rodzinne. To było proste i wypełnione miłością. Nie potrafił gotować, bo nigdy nie potrzebował się uczyć, przyzwyczajony do tego, że wszystko mu podawano pod nos. Jak prawdziwa księżniczka wyciągnięta z wieży, w której pewnie ojciec mógłby go naprawdę zamknąć, gdyby tylko nie spełniał jego oczekiwań. A może nie..? Za każdym razem się zastanawiał, gdzie leżała granica jego miłości, a gdzie obowiązku wobec rodu.

- Gdybym mógł cofnąć się w czasie i postąpić inaczej - nie postąpiłbym. - Czy to ją uspakajało? Nie wycofałby się przed wejściem na ten statek. Brenna wtedy powiedziała, że wie, że nie namówi go do powrotu i miała rację. Nie zawróciłby, ponieważ miał wgląd na to, co się tam wydarzyło i na to, że chyba jego pokrętnym przeznaczeniem było położyć swoje palce na pięknych perłach, które zostały użyte w naprawdę złych celach.

- Nie masz za co przepraszać. Już ci wielokrotnie mówiłem, że moje drzwi są zawsze dla ciebie otwarte. - Uspakajał ją, ciągle przytulając i zerkając na nią, jak się trzyma, jak sobie radzi, jak prezentuje się jej twarz i te jej czerwone oczy i zapuchnięte policzki. Musiała dużo płakać. Ci, którzy mówili, że po płaczu oczy kobiety są czystsze i piękniejsze byli naprawdę pokrętnymi osobami. - Nawet gdybym nie miał zbyt wiele czasu zawsze mogłabyś mi trochę poprzeszkadzać w trakcie pracy. - Posiedzieć obok, postać, pomagać, bo czasem tylko towarzystwo było potrzebne. Tylko albo aż. Rozumiał tę potrzebę doskonale, dlatego tutaj nie było o czym mówić. Dla przyjaciół zawsze znajdował czas. - Gorzej się po tym czujesz? - Połowicznie zapytał, a połowicznie postawił twierdzenie, stwierdził fakt. "Gorzej czujesz" i tak było niedopowiedzeniem patrząc na stan, w jakim się znajdowała. Nie mógł jej powiedzieć, że się w takim razie cieszy, że się udało, pominął też zapewnianie, że gdyby to było groźne to Florence by się na to nie zdecydowała i tak dalej. I tak, pisała o tym, wspominała. Najwyraźniej wszystko nie poszło tak, jak było założone... ale to powodowało też dużo kłopotów. I bądź tu mądry. Teraz był to błąd, emocje ewidentnie ją zalewały. - Czy nie uważasz, że w takich rzeczach jak emocje nie powinno się mieszać? Ten rytuał był jak amortencja. Dla obu stron. - Powiedział delikatnie, opierając podbródek o czubek jej głowy, by zaraz ułożyć na niej policzek. To było smutne i przeszywało jego serce - widzieć ją w tym stanie. Starał się utrzymać jednak ciepły ton i nie dać się obezwładnić tym emocjom, bo zdecydowanie nie potrzebowała tutaj, żeby oboje się nagle rozpłakali z powodu tego wszystkiego. Potrzebowała wsparcia i oparcia. Natomiast... chyba jej choroba była groźniejsza, niż się spodziewał. I teraz nagle żałował swoich słów, jakie powiedział do niej tamtej nocy, kiedy wywoływali jej babkę. O tym zrywaniu zaręczyn. Bo coś czuł, że przeżywali tutaj właśnie złamane serce. Prawdę mówiąc... nie znał tego uczucia. Owszem, zostało mocno nadwyrężone przez zachowanie Philipa, ale to przecież nie była miłość. I zdecydowanie nie mogli tu mówić o przeżywaniu załamania, nawet jeśli było to z jego strony naprawdę przykre, co po sobie pozostawił.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#7
11.10.2023, 19:01  ✶  

Może właśnie to powinni rozważyć: żeby spotykać się regularnie i po prostu ze sobą jadać, którykolwiek z posiłków, ale po prostu żeby się motywować do tego, by jeść. Obojgu by to dobrze zrobiło, mogliby się wtedy wzajemnie pilnować… a jak było już zauważone, pod pewnymi względami i punktami charakteru byli do siebie podobni. I łatwiej było to zauważyć na drugiej stronie, oddać uwagę tej drugiej osobie, niż poświęcić ją sobie samemu. Victoria też nie potrafiła gotować, za to umiała warzyć eliksiry. To do pewnego stopnia było podobne, gdyby musiała, to by się nauczyła i gotować, albo by coś upichciła, chociaż nie byłoby to na pewno idealne... Ale jakby dostała przepis i instrukcje krok po kroku to pewnie dałaby sobie radę. Jakoś. Ale i tak wolała, kiedy to na przykład skrzat gotował – bo to właśnie do tego była przyzwyczajona w całym swoim życiu, zupełnie jak Laurent.

– Wiem, to dobrze – ona też wiedziała, że nikt by go nie namówił do odwrotu, i właśnie dlatego nie zamierzała tego robić. Ale to, że się martwiła, szło razem z tym w pakiecie i trzeba się było z tym pogodzić. – Nie chciałam ci robić żadnych wyrzutów – dodała jeszcze, bo miała wrażenie, że Laurent wszedł w tryb obronny, jakby spodziewał się, że będzie mu kadzić, że był nieodpowiedzialny i coś tam. Zupełnie tak o tym nie myślała.

– Wiem, ale i tak… – wiedziała to i przecież wielokrotnie to samo powtarzała jemu: żeby przyszedł do niej choćby w środku nocy, gdyby potrzebował towarzystwa, pogadać, pomilczeć, albo cholera wie co jeszcze. Niechciałasięnarzucać. I wiedziała, że to idiotyczne, bo Laurent nie mówił jej z grzeczności, że może na niego liczyć… Chyba nie mówił tego z grzeczności. Starała się to sobie racjonalizować, żeby nie poddać się tej spirali smutku, ale czasami szło to samo. – Chętnie bym ci tak poprzeszkadzała – nie że chętnie by mu faktycznie przeszkadzała. Po prostu by mu pomogła w tej pracy, cokolwiek tam robi. Trochę się na zwierzętach znała i nie była tłukiem, któremu trzeba coś tłumaczyć pięć razy.

– Tak, gorzej – chwilę musiała się zastanowić jak odpowiedzieć. – Teraz już nie, ale z początku przez kilka dni czułam się jakby ktoś wyrwał mi kawał serca i zostawił taką ziejącą dziurę. Ale to nie w tym rzecz – skoro już o tym rozmawiali to mogła mu powiedzieć też tyle, nawet jeśli bardziej mówiła do swoich kolan, bokiem przytulona do Laurenta, kiedy tak ją jedną ręką obejmował, a ona kuliła się na jego kanapie. – Uważam tak. Ale to nie było jak amortencja. Zupełnie nie. Po amortencji nie czujesz, że tej drugiej stronie dzieje się krzywda, albo coś grozi. Nie ściska cię w żołądku tak, że nie możesz spać, bo jest za blisko do świtu. Ani nie trafia cię szlag, bo chociaż tego nie widzisz, to wiesz, że można flirtować ze wszystkimi, tylko nie z tobą – uśmiechnęła się, ale to był gorzki uśmiech. – Po amortnecji nie widzisz świata poza tą osobą i robisz różne idiotyczne rzeczy, których normalnie byś nie zrobił, nie jesteś sobą. A to tak nie działało – Victoria nadal była Victorią. Miała różne myśli i chciała różne rzeczy, których nie chciałaby bez tego, ale nie musiała ich robić, i nie robiła. Bo nie zrobiła przez ten czas niczego głupiego i wszystkie te urągania zostawiała dla siebie tak długo, aż druga strona nie zaczynała tematu. Bo nie chciała komplikować sprawy. – To on po zerwaniu tej… tego… Nie wiem nawet jak to nazwać. Ale to on zachowywał się jakby był nagle pod wpływem amortencji. Bo uważał, że będzie miło – mruknęła pod nosem. I miał rację, było. Ale to nie takich intencji Victoria szukała. – To, że było to fałszywe to zupełnie inna sprawa – zacisnęła dłonie na spodniach zapatrzona w jakiś punkt w przestrzeni. – Powiedziałam mu, że nie chcę żadnego udawania. I tyle z bycia miło – Victoria zastanawiała się dużo co jest z nią nie tak, czego w niej brakuje, że trzeba do niej cokolwiek udawać, skoro tak wiele od siebie dawała. Zamilkła i westchnęła. – Spotkaliśmy się kilka dni później i gadał, żebym pozwoliła mu odejść – a to przecież nie była jej decyzja o zaręczynach i ślubie, to nie był jej pomysł. Czy od niej zależało czy jakiekolwiek zaręczyny zostaną zerwane? Może ktoś by uszanował jej zdanie, nie wiedziała. Nie wiedziała, nie miała pojęcia, że w życiu Laurenta też trwała jakaś burza, nie dzielił się tym, nie miała nawet o co zapytać, ani zapewnić, żeby się nie przejmował.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
11.10.2023, 23:33  ✶  

To było przyjemne i dobre uczucie, kiedy ktoś o ciebie dbał, troszczył się o ciebie i poświęcał ci swoje myśli. Tak samo miłe, kiedy chciał ci przypomnieć, że hej - możesz na mnie liczyć. Ale niedawno mieli już rozmowę dotyczącą pomocy i nie, nie pomyślał akurat o tym, że zamierzała go teraz upominać. Byli tam wszyscy razem. Sam by zdecydowanie nie wybrał się do tego statku mimo wezwania, jakie wobec niego miał. O wiele silniejsze niż zew morza, który był kojącym szeptem, kołysanką. Choć czasem bolało serce, żeby w tych falach zniknąć. Wydawały się takie bezpieczne w porównaniu do świata, jaki teraz miał miejsce.

- Nie spodziewałem się ich. Zastanawiałem się nad tym, bo... wolałbym tego nie przeżywać. Wolałbym nie przeżywać widm, nie gościć w swoim śnie mordercy i nie mieć wypadku przy starej stodole. - To było jakieś zupełnie abstrakcyjne kiedy tak o tym myślał. - Florence napisała mi, żebym na siebie uważał, bo ma wrażenie, że zawisnęło nade mną jakieś fatum. - Nie to, żeby jego życie było zawsze spokojne. Potrzeba niesienia pomocy czasami wpychała go w różne dziwne i niebezpieczne sytuacje, ale to, co zaczęło się dziać od Beltane... chyba oczywistym było, że Śmierciożercy w końcu pokażą na co ich stać. Wystarczyło dać im tylko wystarczająco czasu. Jak i czym walczono? Skąd miał wiedzieć. Zagrożenie chyba jednak zostało zignorowane. Za mocno zignorowane. - Zastanawiałem się sam, czy gdybym mógł cofnąć czas to coś bym zmienił, dokonał innych wyborów. - Podzielił się jej przemyśleniami na temat tego wszystkiego. Nie był pewien, czy mówienie jej o tym teraz było dobrym pomysłem, czy lepiej byłoby przemilczeć albo ominąć temat, ale chyba chciała porozmawiać nie tylko o tym, co ją dręczy, ale również o czymkolwiek, co pozwoliłoby jej oderwać od tego myśli. To nie był lekki temat, ale kiedy o nim opowiadał nie brzmiał też na ciężki. Odpowiedni dobór słów, tonu, potrafił zmienić bardzo wiele, nawet jeśli jakiś negatyw wykluje się we wnętrzu. - W takim razie zapraszam. Pracy tutaj nie brakuje. - Każdy miał swoje zadania, oczywiście, ale Laurent, taka była prawda, nie potrafił sobie ze sporą ilością rzeczy poradzić sam. Z bardzo prostego powodu - nie miał siły. I to też sprawiało, że potrafił polegać na innych. W czym nie potrafił polegać za bardzo polegać na kimś to to, czego się uczył. Czyli na przykład powierzenia swoich zadań komuś. Tego, żeby dopilnować rachunkowości, żeby formalności załatwiać, żeby z istotnym klientem porozmawiać. Zaczynał wtedy się trochę miotać we własnym wnętrzu z wrażenia, że jeśli on tego nie dopilnuje to to się nie uda. Uczył się jednak. Cały czas uczył się ludzi wokół siebie i tego, jak z nimi postępować. Tak i uczył się Victorii.

Rozumiał, dlaczego to było takie okrutne - ten rytuał. Victoria była drugą jego ofiarą, z tym, że ona zbliżała się do partnera, bo jej rytuał został dopełniony. Kiedy został złamany - złamało to i część niej. Jej delikatne, wrażliwe serce. Odetchnął cicho, słuchając, głaszcząc ją ciągle powoli i delikatnie. To po plecach, po głowie, po ramieniu. Żeby "nie wygłaskać" jednego miejsca. Żeby ten ruch był ciągle tak samo przyjemny i uspakajający. Zimno mu się już robiło, ale jeszcze tego nawet nie zauważał. Zastanawiał się, czy w ogóle ma coś mądrego na ten temat do powiedzenia. Bo to, co mówiła, sprawiała, że chciał powiedzieć, że to tym lepiej, że złamali to zaklęcie - to jej zdrowiu nie służyło.

- Nie do końca, ale jednak jest to podobne. Może ty nie doświadczyłaś rzeczy, których byś normalnie nie zrobiła, bo jak rozumiem było to dla ciebie zgodne z tym, co sama myślałaś, co czułaś. Ale ludzie robili głupoty, których by się nie dopuścili, gdyby nie to wiązanie. Zmieniali się... czasem nie do poznania. Życie mojego przyjaciela odwróciło się przez ten rytuał do góry nogami i zniszczyło mu to dwa miesiące życia. - I dobrze, że nie zniszczy więcej, bo już wiadome było, że Florence była w stanie zdjąć to zaklęcie. - Nie było miło? - Odważył się zapytać. Ludzie robili różne rzeczy, żeby było miło. On robił różne rzeczy, żeby było miło. Rzeczy, których sam się wstydził. - Nie rozumiem. Dlaczego mówisz, że było fałszywe... sądzisz, że ktoś mu podał amortencję? - Trochę to sobie przeczyło, skoro zerwanie więzi doprowadziło do tego... dziwnego stanu, jaki opisała, skoro robił rzeczy, żeby było miło, to były fałszywe? Ale odpowiedź zaraz przyszła. Czyli to po prostu było udawane... Och, Victorio... W końcu nadeszło uzupełnienie tej historii o słowa, które brzmiały... cóż, Laurent nie pomyślał o samobójstwie. O wyjeździe, zakończenie relacji, ale nie o samobójstwie. - Ludzie robią różne rzeczy, żeby było miło i sympatycznie. Pomyślałaś, że być może robił to, bo jemu też było dzięki temu było miło..? - Najchętniej by jej powiedział "a nie mówiłem?" - oczywiście nie w takiej formie. Wymagało to od niego wysiłku, bo z jednej strony nie chciał jej dobijać, z drugiej dawać fałszywej nadziei, żeby się na tę chorą relację nakręcała, z trzeciej sam nie wiedział. Chciał myśleć racjonalnie. Jak zawsze. Nie przez perspektywę tego, jak dbał o Victorię i że była jego przyjaciółką. - Czasem emocje są trudne do nazwania w pierwszej chwili. Nie zdajemy sobie z nich sprawy, albo są głęboko zakryte. Szczególnie mężczyźni, uwierz, mają okropny problem z nazywaniem uczuć i rozumieniem ich. - Uśmiechnął się trochę z rozbawieniem, zaglądając jej w oczy, żeby pacnąć kraniec jej nosa. - Victorio. - Poprawił się trochę tak, żeby móc patrzeć w jej oczy. - Ten ból twojego cennego, dobrego serduszka jest straszny i przygnębiający. Jesteś przepiękną kobietą, mądrą, inteligentną, o wielkim sercu. Stoisz przed możliwością wzięcie w posiadania kontroli nad swoim życiem, o czym marzyłaś. Płacz, jeśli potrzebujesz, bo to zawsze boli, kiedy zaboli serce. - Ułożył dłonie na jej twarzy, by pogładzić jej skórę kciukiem. - Wiem, że cię to nie uszczęśliwi, ale nadal nie uważam, że on jest dla ciebie odpowiedni. Moja piękna Victorio... tak mi przykro... - Odetchnął ze smutkiem, przesuwając palcami kosmyki jej włosów, których tym razem nie ułożyła tak jak należy.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#9
12.10.2023, 01:15  ✶  

– Też bym wolała, żebyś tego wszystkiego nie przeżywał, zasługujesz na spokój – odpowiedziała mu i na moment nawet puściła własne nogi, żeby poklepać go dłonią po jego dłoni. – Chyba nie tylko nad tobą zawisnęło. Nad wieloma ludźmi. Ja też bym wolała nie przeżywać tego wszystkiego – ale i jej Dolohov napisał, że czekają ją przeciwności i chmury. Nie pomylił się, trafił wręcz w dziesiątkę, chociaż z początku Victoria patrzyła na to bardzo sceptycznie, bo przecież już trafiła pod deszczową chmurę: była jedną z Zimnych. Ale potem to już było tylko przejście z deszczu pod rynnę. – Chyba nie warto tak gdybać… Mam wrażenie, że łatwo się wtedy wpędzić w gorszy nastrój – szczególnie jeśli dochodziło się do wniosku, że jednak podjęłoby się inne wybory. Nie przeszkadzał jej ten temat, już i tak… co, miało być gorzej? Miała się czuć jeszcze bardziej źle niż już się czuła? Jakoś bardzo w to wątpiła, naprawdę uważała, że spadła już na samo dno. – Powiedz słowo, a zacznę ci przeszkadzać – skoro potrzebował tutaj rąk do pracy, to mogłaby mu odrobinę pomóc i go odciążyć. Jasne, miała mnóstwo swoich zajęć, ale obecnie wolałaby chyba zatopić się w czymkolwiek innym. No i – po prostu nie siedzieć sama. To pewnie było najgorsze, co mogłaby sobie zrobić.

Tak, moc rytuału była okrutna. To miała być tylko zabawa, Victoria uplotła ten wianek Saurielowi tylko dlatego, że przyszedł taki w złym humorze i chciała mu go poprawić. Nic przecież nie zrobili, nie pobiegli w las, nic z tych rzeczy, trzymali ręce przy sobie, a najwięcej co Victoria zrobiła przez ten czas, to raz, jeden jedyny raz i to jeszcze w Beltane, dała mu buziaka w policzek. W policzek! Nic więcej!

– Nie wiem już sama co myślałam i co czułam. Ale ja nie robiłam nic nadzwyczajnego, właściwie to nic nie robiłam – była jak zwykle: trzymała rzeczy dla siebie, gesty też nie były z jej strony nachalne. – To nie był przymus, któremu nie dało się oprzeć, ja po prostu trzymałam dystans tak jak on też trzymał dystans – tak, widywali się niemalże codziennie, niemalże. Ale zawsze trzymali ręce przy sobie. Jakiekolwiek Laurent miał o tym wyobrażenie, to absolutnie nic pomiędzy nią a Saurielem się nie działo, nie fizycznie na pewno. A uczuciowo… Najwyraźniej tylko z jej strony, a emocje narzucane przez rytuał tylko trochę przykrywały jej własne myśli i pragnienia. Westchnęła. – Wiem, że ludzie robili różne głupoty, wiem, że nie wszyscy mają taką samokontrolę jak ja. Myślałam długi czas, że to jakaś kolejna cudowna niespodzianka z Limbo i po prostu… Starałam się panować nad tym co się dzieje – bo wolała mieć nad sobą kontrolę. Tak jak nie życzyła sobie by ktoś bez jej wiedzy i zgody zaglądał do jej głowy. – Och… Współczuję mu – dodała na wzmiankę o tym, że Laurent miał jakiegoś przyjaciela, któremu zniszczyło to życie.

– Nie, nikt mu nic nie podał. Przez moment myślałam, że ma może nawrót. Bo twoja kuzynka mówiła, że może się zdarzyć, ze to wróci. To nie jest zbadane, wiesz – starała się wytłumaczyć, bo zdawała sobie sprawę z tego, że mogła coś tutaj zamieszać, zrobić skrót myślowy, za którym Laurent nie nadążył. Ona swoje wiedziała, ale nie spowiadała mu się z każdej minuty swojego życia, z każdej rozmowy jaką odbyła i mógł tu polecieć jakiś niespodziewany skrót myślowy. – Jemu było miło? Nie wiem. Może było – ale jej nie było miło, że było to swego rodzaju wodzenie za nos, tym bardziej… Tym bardziej, że jej powiedział, że nie będzie z tego żadnego szczęśliwego zakończenia, wielkiej miłości, ani szczęśliwej rodziny. A ona chciała… Po prostu chciała kogoś, komu mogłaby dać to ciepło, którego nie zaznała w domu. I chciała też takie otrzymać, choćby troszkę. – Nie mam szczęścia, co? – powiedziała po chwili, chociaż miała wrażenie, że Laurent to wszystko spłyca. – Piękna, mądra, inteligentna i o wielkim sercu. Najwyraźniej to za mało – za mało, by sprawić, by komukolwiek się spodobała; na tyle, by próbować ugrać cokolwiek z jej rodziną, przedstawić im ofertę, po której przestaną sami szukać dla niej „szczęścia” i zdadzą się na to, kogo sama wybrała. Ale prawda jest taka, że ona sama nigdy nie szukała. To było skomplikowane – ta jej relacja z rodzicami, zwłaszcza z matką. – On nie jest, a kto jest? Kto jest dla mnie odpowiedni? Nikogo to chyba i tak nie interesuje. Wszyscy wszystko wiedzą o mnie i za mnie najlepiej, co mnie uszczęśliwi, co nie – Sauriel też, też jej coś takiego powiedział, a nawet z nią nie porozmawiał, tylko założył swoje. Nie rozumiała skąd się to bierze. I naprawdę ją to denerwowało – pośród tego całego smutku i rozsypki denerwowały ją te słowa, jakby sama nie mogła i nie umiała dokonać swoich wyborów. A ona nawet nie… Nie potrafiła nawet powiedzieć, że się zakochała na zabój, jej emocje były ciche i wielu z nich nadal nie rozumiała. A bolało. To odrzucenie bolało. Słowa, które padły od Sauriela i od jej bliskich przyjaciół – one wszystkie bolały. Skoro każdy widział jak złe i nieszczęśliwe to jest, to dlaczego jej rodzina ją w to pakowała?

Nie mogła Laurentowi powiedzieć o Mrocznym Znaku jaki zobaczyła na przedramieniu Rookwooda, musiała to przemilczeć, a to przecież też dokładało swoje do tej całej debilnej opowieści. Powinna się odsunąć, prawda? Powinna zerwać te zaręczyny i uciec daleko, daleko… Rozum swoje, uczucia swoje.

– Kontrola nad własnym życiem. Myślisz, że to się stanie w tydzień? W miesiąc? Że nagle rzucę tym pierścionkiem i będę miała spokój? Jestem za mało warta – wiedziała to. Wręcz, że jest nic nie warta. – I najwyraźniej głupia, bo widziałam te wszystkie znaki ostrzegawcze a i tak… i nie wystarczająco ładna, bo zawsze oglądał się w inną stronę. I za mało inteligentna, żeby dać sobie spokój i się z tego wyplątać. A wielkie serce wcale nie idzie w parze z twardą dupą, żeby znosić kopniaki – pociągnęła nosem. Nie chciała tego znowu słuchać, o tym co ją uszczęśliwi, a co nie. Kto jest dla niej odpowiedni, kto nie jest. Nie chciała. – On próbował popełnić samobójstwo – dodała ciszej, nie patrząc wcale w oczy Laurenta, kiedy odwrócił jej głowę i gładził jej policzki. Miała spuszczony wzrok. – Wczoraj rano. Chciał spłonąć na słońcu – czuła wręcz, że pod powiekami zbierają jej się łzy, bo oczy ją zapiekły.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#10
12.10.2023, 11:13  ✶  

- Każdy zasługuje na spokój. - Powiedział po jej słowach, że on na to zasłużył. Zasłużył? Kwestia wyceny własnych czynów zawsze była bardzo prosta do postawienia pod kreską, bo nikt tak dobrze nie widział twoich złych cech jak ty sam. Nie uważał siebie jednak za tak złego człowieka, żeby nie myśleć, że na spokój nie zasługiwał, bo każdy powinien go w swoim życiu zaznać. Wtedy na pewno mniej zła tłoczyłoby Ziemię. W tym wszystkim chodziło jednak o to, że to humoru nie psuło. Wręcz przeciwnie. - Psuje? Nie, Victorio. Buduje, jeśli tylko pozwolisz sobie powiedzieć, że nie żałujesz. Ponieważ podjęte decyzje, nawet jeśli pozostawiły blizny, przyczyniły się do zmian, bez których nie znaleźlibyśmy się w tym miejscu. Nawet jeśli bolało. - I jeśli boli nadal. Kto wie, co by się stało, gdyby Victoria nie wbiegła w ten ogień razem z resztą? Byłoby gorzej? Lepiej? Tego nie sposób stwierdzić. Ale możemy z całą stanowczością stwierdzić, że przecież jeśli byli tu, przetrwali i mogli cieszyć się swoim towarzystwem to wcale nie było źle. A gorzej mogło być i to o wiele bardziej. Victoria po prostu nie potrafiła docenić do końca tego, co wokół siebie miała. - Czuj się zaproszona, kiedy tylko zapragniesz. - Nie, nie chodziło o potrzebę pomocy, bo gdyby tak było Laurent by kogoś jeszcze zatrudnił. Chodziło jednak i tak o zajęcie, które nie było pracą, dla Victorii. Zajęcie obcowania z życiem, które potem rosło w oczach i pozostawiało w twoim sercu poczucie, że zrobiłeś coś dobrego.

Ponoć ten rytuał był naprawdę niebezpieczny. Na tyle, że nawet biuro arurów się tym zainteresowało. To jest - tak zostało mu opacznie przekazane przez Atreusa, bo ten raczej po prostu szukał odpowiedzi na pytania, co go łączy z Brenną, ale o tym już Laurent pojęcia nie miał. Kuzyn go nie oświecił i nie podzielił się tą nowiną. Czy to lepiej czy gorzej... kto wie. Tutaj już rzeczywiście gdybanie mogłoby wpędzić w pesymistyczny nastrój.

- Nie rozumiesz, Victorio. - Chyba naprawdę serce przysłoniło jej rozsądek. Rozumiał to, naprawdę. Uczucia potrafiły być bardzo okrutne. - Nie chodzi o to, jaki on jest. Znam go z twoich opowiadań, a to przecież za mało, żeby ocenić człowieka. - Nie chodziło o brak zaufania, czy cokolwiek takiego - każdy człowiek miał swoją perspektywę i odczuwanie świata wokół zaburzało często spojrzenie na człowieka, tak i potem wpływało na opisywanie go. Nawet jeśli starasz się być w tym wszystkim bezstronny. - Wampir nie jest dla nikogo odpowiedni do małżeństwa. Nie oceniam również ludzi po ich rodzinie, ale jednak jest Rookwoodem, który przystał na ten szalony pomysł. Wnioskuję więc, że jest równie zależny od swojej rodzinie co ty. To kolejne kajdany, których nie potrzebujesz. - Szczęście... w miłości. Kiedy jesteś posłuszny swojej rodzinie i wykonujesz wszystko, czego zechcą. - Szczęście ani twoja osobowość nie mają w tym nic do rzeczy, kiedy to twoja rodzina wybiera ci męża przez pryzmat tego, ile mogą zdobyć. Victorio, ty nawet nigdy nie próbowałaś znaleźć swojego szczęścia w miłości. - Może brzmiało to dość brutalnie prawdziwie, ale w zasadzie tak było. Czekała, przygotowana na to, że matka znajdzie jej odpowiedniego męża, a potem dopiero zbierała tego żniwo i jego pokłosie. Nie chciał jej dokładać na ramiona, ale nie bardzo wiedział, gdzie był ten punkt zatrzymania się między tym, co powinno zostać powiedziane w takich momentach, a co można sobie darować. Bolesne przypomnienie o tym miało miejsce na początku tego miesiąca. Tym nie mniej niektórym ludziom czasami trzeba było uświadomić, że wpisują sobie tragedie na konto, które nawet w zasadzie nie należały do nich. Były wypadkową świata, a nie tego, że to z nimi było cokolwiek nie tak.

- Migotku, przynieść chusteczki. - Poprosił skrzata, kiedy ten się pojawił z gorącą czekoladą, której zapach teraz przyjemnie wypełnił mieszkanie. Laurent wysunął się powoli z pozycji, gdzie obejmował Victorię, żeby sięgnąć po kubek i wsunąć go w dłonie kobiety. W końcu czekolada pomagała. To była jej rada. Jedna jaskółka wiosny nie czyniła. To, że jedna osoba z ciebie zrezygnowała, bo jednak wam się nie udało, znaczyło tyle, co nic, nawet jeśli serce bolało. Szczególnie, jeśli od początku nie połączyła was miłość, a okazywała się ona w zasadzie jednostronna. - Och... - Tego się nie spodziewał usłyszeć. Ten dźwięk sam wysunął się z jego ust, kiedy z przestrachem spojrzał na kobietę, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający po karku. - Przepraszam, Victorio, to... - Nie, na to brakowało nawet słów. - Czy jest lepiej? - Bo nawet nie pytał, czy "wszystko w porządku". Na pewno nie było. Lekkie uczucia nie pchały ludzi do takich rzeczy, tak samo jak lekko się nie robiło zaraz po. - Bardzo mi przykro. - Pocałował ją w czoło, obejmując jednym ramieniem znowu, by mogła się ułożyć, jak zechciała z tym kubkiem w dłoniach. Migotek wrócił z chusteczkami i położył je obok Victorii, spoglądając na nią współczująco jednym okiem, a potem pytająco na Laurenta, który skinął lekko głową przyzwalająco. Migotek dotknął ostrożnie jej ramienia.

- Panienka jest wspaniałą czarownicą. Proszę o tym pamiętać. - Poklepał ją leciutko, tak jak ona przed momentem Laurenta po dłoni, zanim zniknął.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (5678), Victoria Lestrange (6725)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa