• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[25.06.1972, New Forest] Nothing Breaks Like a Heart

[25.06.1972, New Forest] Nothing Breaks Like a Heart
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#11
12.10.2023, 12:45  ✶  

– Prawie każdy – Voldemort nie zasługiwał. Był na szczycie listy ludzi, którzy zasługiwali tylko na jeden los, w którym nie było żadnego spokoju. Ale nie chciała teraz rozmawiać o innych, bo byli bezimienną masą ludzi, których nawet nie znała. Była tutaj, w New Forest, z Laurentem, i w tej chwili interesował ją on… jego otoczenie i ona sama. – Tak, ale nie przy każdej decyzji się nie żałuje – i owszem, jeśli powiedziało się sobie, że się nie żałuje, to nie było problemu. Gorzej, jeśli jednak siedziało się i myślało o tym, jakby to było, gdyby się czegoś nie zrobiło. Victoria na przykład… Wcale nie była pewna, że weszłaby w ogień, gdyby wiedziała, że prowadzi prosto do Limbo i jakie będą tego konsekwencje. To zniszczyło jej życie znacznie bardziej niż jakiś przedłużony rytuał z Beltane. Wspomnienia, nie swoje, które zmieszały się z jej… duszą… Zatruwały jej umysł skuteczniej niż regularnie podawany arszenik.

Może to faktycznie była jej wina. Że starała się spełnić wymagania swojej rodziny i jednocześnie znaleźć w tym cokolwiek dla siebie. Ten mężczyzna nie sprawiał, że na samą myśl o nim chciało jej się rzygać i uciekać, miał swój rozum i po prostu w trakcie różnych spotkań i rozmów dostrzegła w nim coś więcej. Nie myślała wtedy wcale o tym, że to po to żeby rodzina była zadowolona i żeby dali jej spokój, myślała wtedy o sobie, ale to naprawdę było wszystko bardzo skomplikowane.

Przystał bo co miał zrobić? Wiesz, to nie jest takie proste. On wcale… Nie wybrał sobie bycie wampirem, bo to jest takie cool… – pomyślała, ale nie powiedziała na głos, za to wzięła głębszy oddech nosem. Tak, Sauriel był zależny od swojej rodziny. Zrobili z niego wampira wbrew jego woli, zrobili z niego Śmierciożercę, również wbrew jego woli, chociaż nie miał nic do mugoli, zmusili go do zaręczyn, choć nie chciał jej poślubiać, a kiedy zrobił coś nie tak, to go katowali, aż ledwo się trzymał na nogach. Wampir. Victoria bardzo chciała go stamtąd zabrać, od Rookwoodów. Choćby i do siebie. Mieć na tyle wpływów (bo pieniędzy już miała bardzo dużo), by rzucić im to jako argument, że ma hajs, ma swój dom, to jest jej mąż i mogą się cmoknąć, bo nie będą mieszkać z resztą rodziny.

Rzeczywiście, pewnych rzeczy może nie powinno się mówić do tak zranionej osoby. Nigdy nie próbowałaś znaleźć swojego szczęścia w miłości. Nie, nie próbowała. Bo uważała, że się do tego nie nadaje. Zresztą co miała robić? Chodzić po klubach i szukać okazji, a potem patrzeć które z tych spotkań będą jednorazowym, a które nie? Ona taka nie była. Nie zmieniała facetów jak rękawiczki, nie ciągnął się też za nią nigdy sznur zainteresowanych mężczyzn. Poza tym co. Miałaby sobie kogoś znaleźć, a potem usłyszeć od rodziny, że nie udzielają zgody na małżeństwo i że wyjdzie za kogoś innego? Przecież to byłaby katastrofa. Ubodły ją bardzo słowa Laurenta. To nie było coś, co chciałaby słyszeć. A już na pewno nie od niego. Odwróciła od niego spojrzenie i zacisnęła ręce.

– Czyli to moja wina? – tak to odebrała. Że to jej wina, bo sobie nikogo nie szukała i nie znalazła. A w większości to było tak, że jak szukasz, to i tak nie znajdziesz. To przychodziło samo, w najmniej oczekiwanym momencie.

Wzięła ten kubek w ręce i wręcz przytuliła się do niego, jakby to zrobiła w każdym innym przypadku, kiedy miała tak zły humor, by się ogrzać i dodać tym sobie otuchy… Ale nadal było jej przeraźliwie zimno. Jakby w jej życiu i świecie już nie miało być nadziei na cokolwiek. Przymknęła oczy i łzy w końcu poleciały, choć nie żadnym strumykiem, ot po prostu poznaczyły jej policzek, ona pociągnęła nosem. Chyba też nie wiedziałaby co powiedzieć komuś, kto ci mówi, że facet, który złamał jej serce do tego wszystkiego próbował się zabić.

– Nie jest lepiej – to było ledwie wczoraj, jak miało być lepiej? Trzymała się jakoś do momentu, aż nie wróciła od Rookwoodów do siebie do domu – i wtedy się rozkleiła całkiem. To wtedy napisała do Laurenta list. Nie minęło dużo czasu, wszystko było na świeżo… – Wiesz co mi powiedział wcześniej? Że… Że jestem jego muzą. Że chyba jest zauroczony. Że jestem jego inspiracją do życia. A potem próbował się… próbował… – urwała, bo nie umiała tego powiedzieć drugi raz. Bolało, oczywiście, że tak. A kiedy się już zacznie płakać, to trudno przestać. Co zrobiła nie tak? Spróbowała się napić gorącej czekolady. Była pyszna, gęsta… A potem poczuła nieznany jej dotyk na ramieniu i ciche słowa skrzata. Na moment odwróciła głowę w tamtą stronę. – Dziękuję, Migotku, naprawdę – skrzat szybko zniknął.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
12.10.2023, 13:54  ✶  

Nie zaprzeczył tej poprawce, że "prawie". Wręcz lekko skinął głową, chociaż nie chciał temu przytakiwać w swojej idealistycznej wizji ludzi i świata, w jakim żyli. W wyobrażeniu tego, że jeśli każdy miałby spokój, to nie powstałby taki Voldemort. Mrzonka, bo niestety wiedział też, że to wcale nie działa tak, że to nie ty rodzisz się złym, tylko złym się stajesz. Niektórzy rodzili się... chorzy. Z problemami właśnie nie do końca cielesnymi, a psychicznymi. To potrafiło stworzyć ludzi smutnych, zagubionych w moralności i w tym, co dobre a co złe. Oczywiście dało się to do pewnego stopnia kształtować, jeśli tylko były ku temu odpowiednie warunki, ale z takimi rzeczami łatwiej powiedzieć a trudniej zrobić.

- Jeśli czegoś się żałuje to nie pozostaje nic innego jak wybaczyć samemu sobie za popełniony błąd i zaakceptować to, że te wydarzenia i decyzje doprowadziły nas do tego punktu. - W gdybaniu można było stworzyć sobie idealną rzeczywistość, gdzie było się perfekcyjnym i wszystko było lukrem pokryte. I tak w tym gdybaniu można było się utwierdzić w smutku, że nigdy tak nie będzie, albo odkryć, że mogło być zawsze gorzej. Koniec końców to zawsze była sprawa jedna - psychiki. Jednemu ukojenie przyniesie słowo "przepraszam", inny podetrze sobie nim pośladki. Victoria miała skłonności do tego samego, co on - zakopywania się w problemie, który osiadał na wnętrzu jej powiek i już niczego spoza nich nie było widać.

- Dlaczego tak uparcie szukasz swojej winy, kochanie? To nie jest twoja wina. Mówię o tym, że nie możesz oceniać, że jesteś niewystarczająca, bo skąd możesz mieć o tym jakiekolwiek pojęcie? Nigdy nie dopuściłaś do siebie myśli, żeby kogoś pokochać ani nie pozwoliłaś nikomu pokochać naprawdę ciebie samej. Przez wzgląd na obowiązek wobec matki. - Wina, wina, wina. Kto był winny? Ona, że nie miała siły? Jej matka, która wykorzystywała to, że jej córka siły nie miała? Ojciec, który jej nie bronił? Szukanie winy w ludziach było właśnie tym - podnoszeniem kamienia i rzucaniem w nich. Albo w samego siebie, jedno od drugiego wcale lepsze nie było. Szukanie czy nie szukanie to jedno, ale Victoria sobie nawet na pewne rzeczy nie pozwalała, bo miała wizję przed oczami tego, by spełnić oczekiwania Isabelli. Zaś oczekiwanie na to, żeby "samo przyszło" jest jak czekanie na to, żeby szczęście samo cię znalazło. Pobożne życzenia ze snów, nie realia. W życiu niewiele rzeczy przychodziło do ciebie "samo". Choć rzeczywiście żyli w rzeczywistości, gdzie to mężczyźnie wypadało robić pierwszy ruch to och, ile Laurent już się naobserwował miotających się panów i przepuszczające okazje panie, bo czekały i czekały... i w końcu wszystko się rozmywało i przepadało. Oj tak, to było bardzo wygodne, czekać na księcia z bajki. Ale to nie bajka. To rzeczywistość, w której o wszystko trzeba było walczyć.

- Może on też się poczuł przez ciebie odrzucony, kiedy powiedziałaś, że nie chcesz udawania. - Ach, straszne... naprawdę to było straszne... najgorsze zaś było to, że pewnie teraz Victoria będzie się czuła odpowiedzialna. - Czasem takie... tworzenie alternatywnej rzeczywistości pozwala zachować spokój i balans w życiu. - I tutaj już mówił przez własny pryzmat tego, co robił aż zbyt często. Czy to zaś było zdrowe? Chyba niekoniecznie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#13
12.10.2023, 15:16  ✶  

Była po prostu perfekcjonistką, taką stworzyła ją jej matka, nie znosząc niczego mniej od ideału. Wlała w jej głowę ambicję, pracowitość i nabawiła się przez to bezsenności, była uparta i źle znosiła porażki – to siedziało w niej głęboko, obawiała się gniewu matki, że znowu powie, że nie starała się wystarczająco mocno. I po co jej to wszystko było? Z takim zestawem cech charakteru nic dziwnego, że Victoria trudno wymaczała – sobie, trudno wybaczała sobie. Trudno zapominała swoje błędy i wolała się do nich nie przyznawać. W gdybaniu, jeśli musiała coś poprawić, to znaczyło, że nie była dość dobra, była za mało idealna.

To nie była prawda – Victoria się nie zgadzała z tym, że nigdy nie pozwoliła nikomu siebie pokochać, ani że sama sobie na to nie pozwoliła. Fakt, potrzebowała czasu, żeby się otworzyć na drugą osobę, nie trwało sekundę, by pokazać wszystkie swoje kolory, ale były osoby, którym pozwoliła je dostrzec. Jedna z nich siedziała właśnie obok niej. I przecież bez wahania mogłaby powiedzieć, że go kocha. Ale może faktycznie… nie pozwalała sobie na to tak do końca, właśnie przez matkę. To nie było takie swobodne, no i nie było romantyczne – bo to na to sobie przecież nie pozwalała, chociaż przez długi czas ze sobą sypiali. I nie było wcale tak, że gdy tamten etap zakończyli, to po prostu zainteresowanie i pożądanie jak ręką odjął. Victoria po prostu, tak jak już mu powiedziała, miała naprawdę ogromną samokontrolę. I tak jak zwykle trzymała swoje emocje na wodzy, tak tutaj trzymała też co innego.

Można było też powiedzieć, że bała się pokochać w ten romantyczny sposób. Bała się zranienia. I dokładnie to dostała. I to też nie tak, że tylko siedziała biernie i czekała, bo gdyby nie jej próby i rozmowy, to pewnie nie byłaby teraz w tym punkcie. Walczyła, tylko może nie tam, gdzie powinna… Nie wiedziała tego. Nie rozumiała tego. I to nie tak, że to co mówił Laurent do niej nie trafiało, że miała klapy na oczach i uszach i że nie odpowiadała, bo nie chciała ciągnąć tematu. Nie odpowiadała, bo myślała, przynajmniej się starała. Wciąż nie widziała siebie zupełnie w roli kobiety, która umawia się z przypadkowymi mężczyznami na randki, w ilościach mnogich. Nie umówiłaby się, gdyby już wcześniej nie nastąpiło zainteresowanie.

– Bo zawsze jest czyjaś wina. Jak coś wokół mnie nie wychodzi, to znaczy, że jest moja – po czasie widziała, że matka stosowała na niej terror, że ją stłamsiła, ale wiedzieć to, a nie myśleć w ten sposób to dwie różne rzeczy. Coś, co zostało jej wpojone za młodu… Nie tak łatwo było się z tego myślenia wydostać, jeśli było tym podstawowym. – Tak by powiedziała Isabella – i znowu, nie „moja matka”, tylko po imieniu. Tak… łatwiej jej się było zdystansować. – Jak mam to zrobić? – jak miała się otworzyć, co miała zrobić? Przecież dokładnie to zrobiła: dopuściła do siebie tę myśl i… bolało.

– Ale… Nie rozumiem – to on chciał udawać. Nie kochał jej. Nie chciał jej poślubiać, wiele tam było „nie”, to co to było za odrzucenie. To on wiecznie flirtował z innymi, tylko nie z nią i po jej uwadze miałby się poczuć odrzucony? Nie kupowała tego. – Jakiej alternatywnej rzeczywistości? – tego też nie rozumiała. Miała sobie wyobrażać, że jest inaczej niż w rzeczywistości i jak tylko wstanie z łóżka to bańka pryśnie i przypomni jej o tym, jak jest, a nie jak mogłoby być? To po co wtedy wstawać z łóżka, skoro tam jest lepiej, w tej alternatywnej rzeczywistości? Może to pomagało… na krótko. Ale żyć tak ciągle? Nie chciała. Nie wiedziała, że Laurent tak funkcjonował… ale to na pewno nie było zdrowe.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
12.10.2023, 16:20  ✶  

To, co ich łączyło... to nie była miłość. Owszem, kochali się - fizycznie i psychicznie - ale to nie była miłość. Laurent też mógł powiedzieć, że ją kochał i owszem, pragnienie, by być bliżej wcale nie minęło tylko dlatego, że tak zostało powiedziane. W dodatku Laurent był okropnie paskudny w kwestii trzymania siebie samego na wodzy. Natomiast już potrafił bardzo dobrze przestrzegać pewnych umów, jakie się pojawiały, dopóki druga strona również była wobec ustaleń fair. Mógł powiedzieć, że ją kocha. Jak kogo w zasadzie? Nie jak miłość swojego życia, jak kobietę, z którą łączyło go to właśnie wymienione romantyczne uczucie, również nie do końca jak siostrę. Jak osobę, która była blisko niego. Ach, ach, no i co się z tego robiło..? Laurent czasem miał wrażenie, że był martwy w środku. Poszukiwał tych odczuć i doznań, żeby wypełnić w sobie coś, pobudzić się do życia, dopiero wtedy mógł iść i funkcjonować dalej. Jeśli jednak tego doznania brakowało to zaczynał działać jak wyczerpana z baterii zabawka. Niby jeszcze podrygiwała, ale co to było za działanie..? Chyba był ostatnią osobą, która powinna rozmawiać na ten temat z Victorią, bo zawsze kierował się rozsądkiem. Nigdy nie pozwalał swojemu serduszku na robienie fikołków. Trzymał je w swojej garści i chciał sięgać po serca innych, ale tak, by nie zranić. Nie było to zawsze możliwe. Ale - prawdziwa miłość..? Nie to, żeby w nią nie wierzył. Wolał natomiast myśleć, że jest jak większość jego wizji - romantycznym snem, który snem powinien pozostać. Co miał więc mówić Victorii? Doradzać, żeby żył jak on? O nie, to na pewno nie, bo zdawał sobie sprawę z tego, jakie to było... złe. Inaczej by się tego tak nie wstydził.

- A to nie znaczy, że jest twoja. Wydarzenia mają wiele przyczyn i w miejscu, gdzie mowa o uczuciach, zawsze są przynajmniej dwie osoby, które do tego doprowadzają. Niemal nigdy w relacjach wina nie leży po jednej stronie. - Chyba że ktoś podchodzi do nieznajomego i zaczyna go wyzywać, ale to było oczywiste. Mowa tutaj była właśnie o relacjach, które są budowane między ludźmi. Inną też sprawą było, kiedy w relacjach ktoś zaczynał cię traktować jak ścierę tylko dlatego, że nie pozmywałaś naczyń. To również ciężko mówić o tym, żeby wina była po obu stronach. Tak, tak by powiedziała jej matka - że to wina Victorii, bo była niewystarczająco dobra. Ale to nie była prawda. Ach, no i padło to pytanie, na które Laurent nie miał dobrej odpowiedzi. Jak to zrobić... pozwolić sobie pójść naprzód. Tak po prostu. Popłynąć z nurtem. To jest - odpowiedź miał, tylko sam się do niej nie stosował. Nie pozwalał sobie na to "popłynięcie", bo za bardzo bolało. Za bardzo się bał. Wiedział po prostu, że to będzie okropna droga i dlatego też nigdy sobie nie pozwolił na romantyczne uczucia. Ale w tym miesiącu naprawdę się wszystko zaczęło mieszać. - Sądzę, że już znasz odpowiedź na to pytanie. - Dotknął lekko palcem jej klatki piersiowej pod mostkiem, gdzie powinno znajdować się serce i zaraz tę dłoń odsunął. Gdyby nie znała, to te serduszko by tak nie bolało. - Sądzisz, że w tym smutku i żalu to dobry pomysł rozmawiać o tym..? - Kiedy była taka rozżalona, smutna, miała tyle na głowie i taki ciężar ją przygniatał i przylepiał do jego ciała.

- To, co sama powiedziałaś. Żeby było miło. - Tylko albo i aż. - Oczywiście dla ciebie, skoro oczekujesz czegoś więcej, nie jest to żadna przyjemność. - I właśnie dlatego przestrzeganie pewnych reguł było takie ważne... Wahał się, czy chciał jej powiedzieć więcej - nie o samym temacie, tylko o tym, co dotyczyło tutaj bezpośrednio jego. - Spekuluję jedynie na podstawie tego, co mi mówisz. Nie wiem, czy cokolwiek z tego ma sens. - Uśmiechnął się delikatnie. - Ja... hm... - To było dyskomfortowe i trochę Laurent się poprawił na kanapie od tego uczucia. - Lubię dawać ludziom to, czego potrzebują. Tworzyć doskonałą bajkę, w której jest miło i przyjemnie, w której nie ma miejsca na otaczającą nas rzeczywistość. Ponieważ ludzie zazwyczaj nie chcą znać prawdy, nie interesuje ich. Powiedziałbym, że to taka alternatywna rzeczywistość. - Czy po wypowiedzeniu tego brzmiało to lepiej albo było lepiej? Och, pewnie, że nie! - Zdaję sobie sprawę, że to niezdrowe. - Dodał, zanim sama to powiedziała.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#15
12.10.2023, 18:05  ✶  

Może po prostu Laurent był jak ona? Nie pozwalał sobie nikogo pokochać, fascynacje przychodziły i odchodziły, ale nie pozwalał sobie na więcej, bo tak było łatwiej, wygodniej, bo mniej bolało. Czy to znaczyło, że był martwy w środku? Nie. Victoria też nie była. Może po prostu nie spotkał jeszcze odpowiedniej osoby… albo spotkał, tylko sobie nie pozwalał na więcej, bo miał swoje zasady, swoje wyobrażenia wyniesione z rodzinnego domu. Plus… może po prostu o sobie samym myślał, że nie jest dla nikogo dostatecznie dobry, że może zaoferować tylko swój wygląd i fizyczność. Nie było tak, przynajmniej nie w oczach Victorii. Gdyby tak było, to dzisiaj by tutaj nie była, nie szukałaby pocieszenia w jego ramionach… nie takiego pocieszenia, jakie można by mieć na myśli po tych słowach. Chciała być fair względem niego, tak jak chciała być fair względem siebie samej. Potrzebowała pomocy, ale nie znaczyło, że by ją dostać, miałaby ranić ludzi wokół.

– Tak. Ale sam powiedziałeś, że ja nigdy nie próbowałam znaleźć tego szczęścia – więc to nie była jej wina? Że nie próbowała? Co nie było prawdą, bo próbowała, tym razem, jakoś to… Jakoś to poukładać, pomalutku, bo potrzebowała czasu, ale próbowała. A ty kiedykolwiek próbowałeś? Ale tak naprawdę? – nie zapytała. Zamiast tego wzięła kolejnego łyka czekolady.

Popatrzyła w dół, na miejsce, które dotknął w tym krótkim ruchu Laurent, na wysokości jej serca. Jego dotyk nie parzył, ale w tej krótkiej chwili odznaczał się na jej zimnej skórze. Owszem, w głębi duszy… wiedziała jaka jest odpowiedź. Po prostu nie stawiać wokół siebie tych wszystkich barier. Myśleć o swoich uczuciach, o uczuciach drugiej osoby, rozmawiać… I nie robić nic wbrew sobie. Nie spieszyć się też, bo nie było sensu.

Wzruszyła ramionami. Czy to dobry pomysł… Nie wiedziała. Tak jak masy innych rzeczy nie wiedziała. Ale kiedy jeśli nie teraz? Wszystko jej było jedno.

– Mam wrażenie, ze od maja wszystko idzie nie tak, jest tylko gorzej. N-na sabacie spotkałam Szeptuchę, te wariatkę – zapomniała o tym całkowicie, teraz sobie przypomniała, że zwróciła się do niej i do Sauriela, i mówiła o tym, że ich miłość nie będzie prosta, że będzie się za nimi ciągnąć wstęga spalonej ziemi. Że będzie to wielkie zmartwienie ale i wielka radość. Teraz zaczynała rozumieć… Ale wtedy nie myślała o żadnej miłości, a teraz, dwa miesiące później… Victoria nie rozwinęła myśli, tylko westchnęła, odłożyła kubek na stolik i schowała głowę w kolanach.

– Ale on powiedział, że myślał, że ja chcę – zrozumiała to tak, że Sauriel chciał, żeby jej było miło i że zrobił to dla niej. Gadał też o randkach, czego wcześniej nie robił, no gubiła się w tym dziewczyna. A kiedy powiedziała, ze nie chce udawać, to… Automatycznie przestał. Zresztą później powiedział jej wprost, że nic z tego nie będzie, więc… Raczej nie zrozumiała tego opacznie. Zasady i reguły były potrzebne… ale z drugiej strony bardzo krępowały, jak było widać po Victorii, która w tych zasadach i regułach trwała całe życie i teraz nie wiedziała jak ma podążać. – Wiesz, Laurent. Skoro to ma być mój mąż, to nie chciałam… wiesz. Po prostu być żoną na dokumencie i tyle. Nie chciałam, żeby to wyglądało tak, że dzielimy nazwisko i to wszystko, bo każde ma inne życie, w którym się mija – dlatego pomalutku jakoś to budowała, dlatego też zakończyła pewną część relacji z Laurentem, dlatego zadawała sobie tak wiele trudu w różnych aspektach swojego życia i w ogóle starała się poznać Sauriela. Też coś z tego chciała mieć, tak po prostu, dlatego się na niego otworzyła i pozwoliła sobie na coś, na co nigdy nie dawała sobie przyzwolenia. A potem wpadła do Limbo i ledwo przeżyła tę podróż i… wszystko się skomplikowało. Odetchnęła znowu i nieco podniosła głowę znak dolan, żeby spojrzeć na Laurenta, kiedy zaczął mówić o sobie. Wyglądał, jakby czuł przy tym niepewność i nie czuł się z tym dobrze.

– A czy w tej alternatywnej rzeczywistości jest też miejsce na to, co ty potrzebujesz, a nie tylko na to, co potrzebują inni? – zapytała się po chwili. Ją też tak potraktował? Dawał jej to, co wydawało mu się, że jej potrzeba?

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
12.10.2023, 19:00  ✶  

Pod tym względem byli identyczni. Niedopuszczanie do siebie ludzi, tylko powód był nieco inny. Zbaczał, rozmywał się po bokach. Victoria ograniczona była naukami życia, Laurent ograniczał siebie samego. Wszystko prowadziło do jednego strachu o rozczarowanie i ból, że w tym życiu zostaniesz w końcu sam. Wokół będą twoi przyjaciele, ale tutaj chodziło o zupełnie inną więź, inne połączenie z ludźmi. Piętrzące się kompleksy nie pozwalały im realnie spojrzeć na swoją wartość. W budowaniu tego poczucia nie był cię w stanie wesprzeć nikt inny jak ta osoba, która cię pokocha i każdy twój kawałek, choć i wtedy okazywało się, że to było za mało. Trzeba było zapewnień i potaknięć, że tak, jesteś wspaniała. Tak, jesteś wspaniały. Laurent nie był znawcą psychologii, ale wydawało mu się, że czegoś takiego nie dało się ugłaskać w parę dni. Nie zrobisz tego nawet w rok.

- Owszem, ale to zdanie nie miało za zadanie powiedzieć ci, że to twoja wina, że nigdy nie próbowałaś. Miało za zadanie pokazać ci, że nie ocenisz swojej wartości, skoro nie ma do tej oceny podstaw. - Wyjaśnił jej spokojnie, bo w pełni rozumiał, że rzeczywiście taki odbiór był oczywisty w jej rozumowaniu. W jej zakompleksionym świecie, w którym brakowało czułości i wyrozumiałości, gdzie wszystko było ostre i nieprzystępne. - Jeśli szukać to winy to czy nie byłaby to Isabella, która cię zamknęła? Ty siebie chroniłaś, Victorio, a w tym nie ma winy. Przecież złamałoby ci serce, gdybyś dopuściła do siebie kogoś, a potem Isabella znalazłaby ci męża według swoich upodobań. - Choć on nadal nie uważał, że winnych należy wytykać. Bo często należało mieć większą perspektywę. W końcu Isabella też była jakoś odchowywana, prawda? Dojrzewała, dorastała w konkretnych warunkach, sama z siebie się taką nie urodziła. Jej matka była trudna. Bardzo trudna. O tym najlepiej wiedziała sama Victoria z wizji. Okrutna i bezwzględna kobieta. Choć chyba zależało jej na rodzinie w pokrętny sposób. - Moglibyśmy szukać dalej - czemu Isabella taka była i jest? Tylko widzisz - to nie ma większego sensu. To poszukiwanie win. Nic nie usprawiedliwia Isabelli, że tak cię potraktowała i obcięła skrzydła, ale nie musisz się na nią oglądać. - Każdy chciał jakoś zdobyć atencję swojego rodzica, zapracować na jego miłość. I zawsze to bolało, kiedy jej nie otrzymywałeś. Laurentowi... brakowało mu matki. Może Zofia nie byłaby taka, jak sobie wymarzył, może byłaby kobietą, którą zepsułby ten świat i byliby nieszczęśliwi? I znów - gdybanie. Nie sposób powiedzieć.

- Podobno zwiastuje tylko złe nowiny... - Spojrzał z lekkim niepokojem i współczuciem na Victorię. Nie miał okazji jej spotkać i nie żałował. Już wystarczy, że miał przy sobie Florence, która czasem starała się kontrolować ruchy tych, którzy ją otaczali, spoglądając w przyszłość. Nie robiła tego nachalnie. Nie odwodziła od wszystkiego, bo niektóre rzeczy trzeba przeżyć. Za dzieciaka to było frustrujące. Dziś było raczej błogosławieństwem. Choć dawno żadnej wizji Florence nie słyszał. Nie chciałby jednak Szeptuchy spotkać na swojej drodze.

- Wiem... wiem. - Czy było tu coś do dodania? Kto nie chciał mieć ułożonego życia? Może ludzie, którzy zatopili się w czerni i czeluściach. Tak, może oni. Tak bardzo spaczeni, że nie potrafili docenić miłości i widzieli tylko w bólu ukojenie. Okrutne. - Jest. Choć to tylko bajka. - Brał dokładnie to, czego potrzebował. To uwielbienie. To poczucie była uwielbianym, kochanym i docenianym. To słodkie wrażenie, że chociaż przez tych parę chwil jest się diamentem. Tylko, no właśnie - koniec końców było to fałszywe.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#17
12.10.2023, 20:14  ✶  

Tak, do czegoś takiego potrzeba było najpewniej lat. Z Victorii też nie był żaden znawca psychologii, mogła się tylko opierać na własnym doświadczeniu. Na przykład Laurent nieco podniósł jej samoocenę, może i tego potrzebowała, ale wcale tego nie oczekiwała w tamtej relacji, to działo się naturalnie. Ale też zupełnie nie patrzyła na to jak na wymyśloną rzeczywistość i nie chciała żadnego udawania, żeby na przykład teraz okazało się, ze wszystko co jej wtedy mówił, to nieprawda i ułuda żeby było miło. Już i tak jej pewność siebie zjechała na dół, zwłaszcza kiedy w lustrze widziała blizny, które  szpeciły jej ciało. I oczywiście, że nie chciała samotności, chciała mieć kogoś, na kim mogłaby się oprzeć, i ta osoba mogłaby na niej… Przyjaciele prędzej czy później założą swoje rodziny i…

Zostaje się samemu, tak?

Ciągłe zapewnienia były pomocne. Przynajmniej dla niej. Ale od strony, od której ich chciała i potrzebowała nie nadchodziły.

– Jestem warta dokładnie tyle, ile inni są w stanie za mnie dać – niekoniecznie pieniędzy bo nie chodziło jej o kupno, nie była przecież na sprzedaż, chociaż jej rodzina zachowywała się trochę jakby była. Ale ludzie byli gotowi za nią dać wielkie nic, tyle więc była warta, zwłaszcza w swoich oczach. Skoro nie było innych podstaw do oceny, to takie właśnie były wnioski – pełne czerni i negatywu. – Tak, złamałoby, wiem – wtedy musiałaby wybierać: miłość, czy rodzina. A czy ta miłość by przetrwała, jeśli na przykład odprawiliby ją z kwitkiem? Może ostatecznie zostałaby  z niczym: bez rodziny, bez nazwiska, bez wszystkiego na co pracowała i bez miłości. A teraz była z czym? Z zarysowanym sercem, gdzieniegdzie nadkruszonym, na granicy swojej własnej wytrzymałości, gotowa rzucić to wszystko w cholerę…A to też nie był przecież łatwy i szybki proces. A może był? Może na start powinna oznajmić, że to wszystko pierdoli i się wyprowadza? I wtedy co…? Zostałaby całkiem sama. Wracałaby do pustego domu i pogrążałaby się w samotności każdego wieczoru i każdego poranka. I chciałaby usłyszeć od matki coś miłego. Trochę lepiej jej było z myślą, ze sprawy tego zabójcy co łazi we snach nie zbagatelizowała i nie uznała, że Victoria wymyśla. Nie robiła też problemów z wyjazdem na kilka dni. – Nie wiem co mam zrobić – wyszeptała.

A po chwili się skrzywiła i zmarszczyła.

– Tak. I przepowiadanie przyszłości, albo cokolwiek tam sobie umyśliła, bez wyraźnej zgody drugiej strony powinno być nielegalne i karane. Jakbym chciała wiedzieć co tam może sobie na mnie czekać, to bym poszła do wróżbity albo jasnowidza, a nie chodzę. Więc jakim prawem ta… ta dziwka przychodzi do mnie i mi coś mówi na mój temat? – Victoria nie używała takich słów poza pracą, gdzie musiała mówić językiem rynsztoka z informatorami. A jednak powiedziała, bo była naprawdę wzburzona i zdenerwowana, że Szeptucha rościła sobie prawo do tego, by wypowiadać na głos rzeczy, których Victoria nie chciała wiedzieć. – Oczywiście, że nie powiedziała nic dobrego – kolejny gorzki uśmiech. Nie wiedziała, czy to była przepowiednia, wróżba, czy czarnowidztwo – po prostu denerwowało ją, że ktoś to robił bez pytania. Dopóki o tym nie pamiętała, to było dobrze.

– Och Laurent – mruknęła i wyciągnęła dłoń do jego policzka. – Mam nadzieję, że wiesz, że nie wszystko jest tą bajką – na przykład to co ona mu zawsze mówiła… nic z tego nie było fałszywe. I nie mówiła tego, żeby jemu było miło. Mówiła to, co myślała. – Nie wszystko jest fałszywe i ulotne – dodała ciszej.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#18
12.10.2023, 22:45  ✶  

Każdy sobie prędzej czy później układał życie. Znajdował drugą połówkę, albo była mu znajdowana, tak jak miała zostać znaleziona dla Victorii. Ale czy wtedy naprawdę jest się samym? Można zazdrościć innym stabilizacji, oglądać się za tym, co mają, a czego brak tobie. Laurent nie uważał, żeby potrzebował zmian w swoim życiu na podłożu uczuciowym. Ba! W zasadzie to... był zdania, że jest to wręcz niewskazane, że to się źle skończy i nie będzie żadnego happy endu. Jak już zostało napisane - tylko ból i rozczarowanie.

- Nie. Twoja wartość nie jest mierzona oczami innych. - Chociaż rozumiał, dlaczego tak rozumowała i czemu to się tłoczyło w jej głowie. Pewnie tego nigdy nie uda mu się zmienić, co? Wyleczyć jej z tego? A nawet jeśli - miałby na to siłę? Czy wystarczyłoby mu możliwości, czy może po drodze powiedziałby coś nie tak i wszystko zepsuł? To było naprawdę trudne. I nie chodziło nawet o odpowiedzialność za drugiego człowieka, a myśl, że coś złego może się wydarzyć, jeśli nie będziesz wystarczająco ostrożny. - Choć jeśli by tak było to byłabyś naprawdę sporo warta. - Uśmiechnął się znów, czując już chłodny dreszcz przebiegający mu po karku od ciągłego chłodu, jakim emanowała Victoria. - Zaufanie to bardzo trudna rzecz, prawda? Żeby poznać ludzi i zaufać, że cię nie skrzywdzą. - Powód, dla którego znajomości były dozowane, czemu do niektórych podchodziło się z dystansem i spoglądało czujnie, nie czując pewności, czy możesz tej osobie powiedzieć o wszystkim. W końcu okazywało się, że ty po prostu nie ufasz samemu sobie. Nie wierzysz w to, że ktoś cię zaakceptuje takim, jakim jesteś, dlatego wolałeś mówić jedno wielkie nic. I to też łączyło tę dwójkę. Łatwiej było się skryć we własnym świecie, ale tylko na krótki dystans. Na dłuższy tworzyło to tragedię. - A jeszcze trudniej zaufać sobie samemu. Na przykład uwierzyć w to, że jest się naprawdę wspaniałym człowiekiem. - Przesunął dłonią po jej ramieniu przez moment, sugerując, że tak, to chodzi właśnie o nią a nie kogokolwiek innego. - Co zrobić ze swoim sercem? - Czy może z sytuacją z jej narzeczonym? Z Isabellą? Z czymś innym? Ze wszystkim. Gdzie się obejrzeć, za co złapać, na co spojrzeć. Było bardzo wiele rzeczy, z którym Victoria pewnie nie wiedziała, co zrobić.

Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia, kiedy Victoria przeklęła, nazywając tak wieszczkę. Czy to naprawdę powinno być karalne? To było... nie wiedział, co dokładnie jej powiedziała, ale zdaniem Laurenta wróżby i przepowiedzenia przyszłości nie były karą, grzechem, były pewną poradą i przygotowaniem na przyszłość. Problem w tym, kiedy rzucone nieodpowiednio budowały strach i stres. Chyba właśnie tego Victoria doświadczyła przy tej staruszce.

- Pewne rzeczy powinny być mówione w odpowiednich warunkach i z odpowiednim przygotowaniem, to prawda... - Ale chyba Victoria usłyszała coś naprawdę nieprzyjemnego. Coś, co chyba się sprawdziło, w zasadzie - cokolwiek usłyszała, to w końcu spotkało ją aż za dużo nieprzyjemnych rzeczy. Nie wiedział jednak, co mógłby powiedzieć odnośnie jej nerwów - nie było w tym nic złego, że uniosły ją emocje. Nie zamierzał jej tutaj uciszać i uspakajać. Jeśli potrzebowała pozłościć się na Szeptuchę - proszę bardzo!

- Wiem, Victorio. - Uśmiechnął się znów do niej, spoglądając w jej oczy. - Między innymi dlatego jesteś moim skarbem. Twojej wartości się nie da mimo to przeliczyć na żadne skarby tego świata. - Zażartował delikatnie, choć mówił całkowicie poważnie. Och, och, och. Niedobrze, niedobrze... To był taki moment, w którym Laurent powinien był się odsunąć, bo te ciemne oczy zbyt mocno go oczarowywały i wabiły do siebie. I dokładnie ten sam moment, w którym zaczynał mięknąć i tracić panowanie nad sobą, światem, całą rzeczywistością. Przetarł delikatnie palcem te łzy, które poleciały już wcześniej. - Jesteś... wspaniała, Victorio Lestrange.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#19
13.10.2023, 02:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2023, 11:43 przez Victoria Lestrange.)  

Nie była osobą, która uczepiałaby się jednego słowa, i to słowo puściłoby w niwecz wszystkie inne starania i pracę, jaką wykonywała nad sobą, albo którą ktoś w nią wkładał. Uważała samą siebie za kobietę racjonalną, która dużo myślała i brała pod uwagę fakty… To co działo się teraz, to nie był wynik jednego słowa, czy jednego gestu. Było sumą… smutków i upadków, równi pochyłej polanej wodą, wystawioną na zimną temperaturę jej ciała – woda zamieniała się w lód i pozostawało tylko poślizgnąć się i zjeżdżać w dół.

Na dole czekały zaś wilcze doły. I ból. To tak strasznie bolało, kiedy bliska ci osoba postanawiała zakończyć swoje życie – a przecież było ono już drugą szansą. Marnowaną drugą szansą. Była też możliwość to odwrócić, oddać to, co utracone… Nie byłby z tym sam. Miałby pomoc, której nie miał ostatnio – mówiła mu to… To się nie zmieniło, niezależnie od tego, czy jej serce zostało złamane, dopiero się łamało, czy co się właściwie działo. To bolało tak mocno, że aż trudno było jej złapać oddech, a przecież fizycznie nic jej się nie działo.

Spojrzała na niego smutno – bo cały czas taka smutna była, dobita wręcz – kiedy mówił, że jej wartość nie jest mierzona oczami innych, i że gdyby była, to byłaby sporo warta. Nic na to nie powiedziała, bo nie wiedziała nawet co, za to wolno pokiwała głową w odpowiedzi, że owszem, zaufanie było trudną sprawą. Ona nie ufała łatwo ani szybko, otwierała się pomalutku, jeszcze wolniej wpuszczała innych do swojego świata. Nie było to niemożliwe, po prostu otoczyła się grubymi murami i fosą, przez swoją własną rodzinę, która miała prawdziwy talent, by ranić jej członka. Victoria zdawała sobie sprawę z toksycznej relacji ze swoją rodziną, zwłaszcza z matką, która miała prawdziwą manię kontroli i zaczęła nieśmiało coś w tym kierunku robić, ale to też… wymagało czasu, odpowiednich przygotowań. I znalezienia w sobie samej siły, ta zaś, przynajmniej dzisiaj, nie istniała. To nie tak, że Victoria ubzdurała sobie, że ludzie nie akceptują ją taką, jaka jest. Była pewna, że Cynthia akceptuje ją w pełni, wydawało jej się, że Brenna i Laurent również. Ba, sądziła, że Sauriel też akceptował ją taką, jaka była. Tak jak i ona akceptowała jego – z całym wampiryzmem i syfem jaki miał w domu i w głowie. Ale wierzyć, że inni cię akceptują, a uważać się za wspaniałego człowieka, to były dwie różne rzeczy. Przechyliła lekko głowę na bok.

– Nie wiem czy jestem – zrozumiała, że mówił o niej, choć do dwóch przesiadujących na tej kanapie osób aplikowało się to zdanie. – Co zrobić ze wszystkim – westchnęła. Miała wrażenie, że stała właśnie na rozdrożu i ktoś ukradł drogowskaz, nie wiedziała więc, którą drogę ma obrać, żeby dojść tam, gdzie chciała: do szczęśliwego zakończenia.

– Albo mówione komuś, kto jest zainteresowany tematem, a nie… Kto ją pytał o zdanie? Bo na pewno nie ja – nie, ale kobieta podeszła do nich i wyrzuciła swoje ot tak, nie dając nawet czasu na reakcję. Cholera wie, może przepowiadała przyszłość, a może po prostu każdemu gadała złe rzeczy, bo takie sobie przygotowała i w nie ludzie szybciej uwierzą, niż w jakieś gadki o szczęściu. Victoria nie była z tych, którzy zachwycają się jasnowidzami, do wróżb podchodziła również sceptycznie (nawet jeśli otrzymała taką od chyba najpopularniejszego wróżbity i jasnowidza w Wielkiej Brytanii).

Jeśli Laurent chciał, żeby się znowu rozpłakała, to dopiął swego, bo nagle jej broda się zmarszczyła, kiedy usłyszała jego słowa i oczy znowu się zaszkliły. Nie ze smutku. Właściwie to sama nie wiedziała z czego. Nie rozumiała tego kotła emocji, jaki w sobie miała – ale wszystko wpadło do gara i się ze sobą wymieszało, a w reakcji zaczynało kipieć. Nie wiedziała jak sobie z tym radzić, zwykle próbowała się wyciszyć i skrywała się za maską oklumencji, ale ileż można było przed sobą samym uciekać… W końcu wszystko człowieka doganiało, bo albo zwalniał, albo to wszystko, co zostawiało się za plecami, nabierało rozpędu. Nie utrzymała swojej dłoni na jego policzku zbyt długo, bo jednak ciągle pamiętała o swoim chłodzie, a on ciągle ją obejmował i nie chciała mu sprawiać jeszcze większego dyskomfortu. Nie miała też pojęcia, co właśnie działo się w jego głowie. Ale spróbowała się uśmiechnąć.

– Ja… dziękuję. Naprawdę – mruknęła i już miała sama wytrzeć sobie oczy wierzchem dłoni, ale zrobił to Laurent. – Ty też jesteś – jej spojrzenie było czyste, nieco błyskotliwe od łez, które ciągle gdzieś tam zbierały się w kącikach i przy długich, czarnych, teraz mokrych rzęsach.

Victoria dopiła swoją gorącą czekoladę, która nie była już taka gorąca, i jakiś czas później Migotek zrobił jej jeszcze jedną… Albo i dwie. I tak sobie siedzieli, a Victoria na zmianę płakała i próbowała się uśmiechać, i przytulała się do Laurenta, któremu w którymś momencie poradziła, że może owiną się oboje kocami i może wtedy nie będzie mu przez nią tak zimno.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (5678), Victoria Lestrange (6725)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa