• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[17.06.1972, New Forest] Almost there... || Jackie & Laurent

[17.06.1972, New Forest] Almost there... || Jackie & Laurent
Wolf in sheep's clothing
"There are no strange creatures, only blinkered people."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Szczupła, niewysoka młoda kobietka, o kędzierzawych, rudobrązowych włosach i zielono-niebieskich oczach oraz twarzy upstrzonej piegami. Ze swoim wyglądem może uchodzić za Weasleyównę. Wygląda na kilka lat młodszą, niż jest w rzeczywistości. Zwykle ma na sobie praktyczny i wygodny, ale znoszony strój podróżny oraz zielonkawą szatę czarodzeja. Mówi szybko, zwykle unikając kontaktu wzrokowego, lub przestępując z nogi na nogę. Na jej dłoniach i przedramionach można znaleźć liczne, mniej lub bardziej zagojone, blizny.

Jackie Carrow
#1
27.10.2023, 12:31  ✶  
"There's been trials and tribulations
You know I've had my share
But I've climbed a mountain
I've crossed a river
And I'm almost there"

♫
17 czerwca 1972, przed południem
– Jackie & @Laurent Prewett –

Dwa ostatnie tygodnie maja Jackie spędziła, włócząc się po Kniei Godryka na czterech łapach, i tylko cudem jej wilczycy udało się nie wpakować w żadne tarapaty. Kiedy obudziła się w Dzień Dziecka na ścieżce prowadzącej do ich domu, nie płakała, nie krzyczała, ani nie była zła. Poszła się umyć, zjadła ogromną porcję jajecznicy, przeglądając znalezione na stole wydanie Proroka Codziennego i przywitała się z bratem zdawkowo. Nie powiedziała mu, że jej przemiana trwała tak długo. Nie, wróciłam po tygodniu ale miałam sprawy do załatwienia. Przecież już i tak wystarczająco martwił się jej stanem. Poza tym, w duchu nawet nieco cieszyła się z takiego obrotu spraw. Kiedy w wakacje, cztery lata temu, przemieniła się na tydzień, miała potem "spokój" na kolejne prawie pół roku. Nie liczyła już na aż ta długą przerwę, ale czuła się pewnie co do wakacji i być może części jesieni. Z tego powodu, kiedy natknęła się na ogłoszenie Laurenta w gazecie branżowej, niezwłocznie pobiegła po pergamin i atrament, żeby wysłać zgłoszenie do pracy. Ucieszyło ją, że stosunkowo szybko odpisał i tak umówili się na 17 czerwca na spotkanie osobiste.


Jackie nuciła sobie pod nosem, kiedy od samego rana krzątała się po domu. Nie przeszkadzało jej nawet, kiedy skacowany ojciec wszedł do kuchni, zabrał talerz z jej porcją śniadania i wyszedł do pracowni, trzaskając drzwiami. Zrobiła nową porcję dla siebie, a także dla Sama, który znowu zarwał nockę robiąc kursy na taksówce. Nie chciała go budzić, więc nałożyła na jego śniadanie zaklęcie utrzymujące temperaturę i napisała liścik na karteczce "Smacznego! Kocham cię! Jacks". O dziesiątej trzydzieści była już gotowa do wyjścia i kolejne dwadzieścia minut spędziła, chodząc w tę i z powrotem przed kominkiem, wpatrując się w ostatni list, który dostała od Laurenta i odtwarzając w głowie różne scenariusze, jakie mogła obrać ich rozmowa.


Wciąż nie mogła uwierzyć, że sam Laurent Prewett zaprosił ją na rozmowę o pracę. Co prawda jej obszar zainteresowań naukowych bardziej ściśle wiązał się z hipogryfami, ale abraksany były ich niedalekimi krewniakami! Co więcej, Prewettowie zajmowali się tymi stworzeniami od wieków! To dla niej była ogromna szansa, aby studiować i uczyć się pod okiem czarodziejów o wiele bardziej doświadczonych od niej. Nie mówiąc już o tym, że stałe źródło dochodów z jej strony odciążyłoby domowy budżet, co ojciec przypominał jej w towarzystwie wiązanki przekleństw niemal za każdym razem kiedy padło na nią jego spojrzenie. I choć wiedziała, że Samuel nigdy nie powiedział by jej tego w twarz, ani nawet tak nie pomyślał, to widziała też, jak zaharowuje się do ostatnich sił, żeby ich utrzymać.


Kiedy wybiła dziesiąta pięćdziesiąt, Jackie zaczęła przestępować z nogi na nogę z ekscytacji, tym bardziej szczęśliwa, że pomimo odczuwanych emocji nie czuła nigdzie w swojej świadomości ani krzty maledictusa. Widocznie ostatnia zabawa na tyle go wyczerpała, żeby tymczasowo usnął na dobre. W końcu o dziesiątej pięćdziesiąt pięć Jackie nie wytrzymała, złapała garść proszku Fiuu z pojemnika stojącego na gzymsie kominka, weszła do paleniska i rzuciła proszek pod siebie mówiąc wyraźnie - Rezerwat New Forest!- Już po kilku sekundach pochłonęły ją płomienie, zaczynając od znoszonych ale czystych i wyprasowanych jeansów, przez skórzany pasek z kilkoma przytroczonymi do niego sakiewkami, po lekką, ale stylową, różową koszulkę z rękawami sięgającymi do przedramion. Wiedziała, że to dosyć mugolski dobór stroju, ale w pracy z magicznymi stworzeniami zawsze wygodniej jej było w ubiorze, który oferował jej pełną swobodę ruchów niż w sukienkach czy spódnicach, nie ważne jak szykowne by nie były. W końcu nie szukała pracy na pozycji sekretarki.

Kiedy płomienie uspokoiły się, Jackie odetchnęła, otworzyła zamknięte do tej pory oczy (nie przepadała za widokiem szybko migających kominków w podróży) i wyszła z paleniska, rozglądając się dookoła.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
27.10.2023, 15:21  ✶  

Laurent Prewett spojrzał na zegarek na ręce, żeby przekonać się, która godzina, czemu tak późno i dlaczego doba zawsze była za krótka. Zostawił niedopitą kawę na blacie kuchennym w rezydencji rodowej Prewettów i spojrzał ostatni raz w lustro by przekonać się, że wszystko jest na swoim miejscu, nie wyrósł mu nowy kaktus na czubku głowy (bo jedną historię z nim miał już za sobą i bardzo starał się o niej zapomnieć) i ruszył w kierunku kominka, żeby pokazać się w swoim domu. Niewielkiej posiadłości na skraju New Forest, obok sosnowego zagajnika, umieszczonego nad samą plażą. Wydał polecenia skrzatowi, przysiadł na moment do nowej poczty, zabrał ją, wyszedł, żeby wypuścić Dumę i razem z nim udał się w stronę kompleksu budynków rezerwatu. Były stąd widoczne - tak samo jak i dom był widoczny z publicznej sieci fiuu, która do rezerwatu prowadziła.

Posiadające namiastkę śródziemnomorskiego tchnienia budynki cieszyły oko swoim zadbaniem i zielenią wokół. Charakterystyczna woń lasu, przy którym kompleks budynków się znajdował (włącznie z hodowlą) mieszał się tu z morską bryzą - jodem, którym Laurent nie potrafił się przestać zachwycać szczególnie, kiedy akurat spędzał swoje noce poza tym miejscem. Główny budynek łączył stajnię z administracyjną częścią, gdzie była chociażby przebieralnia czy pokój pracowników, albo gabinet samego Laurenta, w którym czasem można było znaleźć jego zastępcę. Biel ścian podkreślona eleganckim gzymsem z czerwonymi dachówkami z oknami podkreślonymi drobnymi zdobieniami wygląda całkiem skromnie, albo przynajmniej nie ocieka przepychem, którego można doświadczyć w największej stadninie Anglii (albo i na świecie), jaka znajduje się właśnie w Keswick.

Wielkie stworzenie (pieszczotliwie nazywane psem) mierzące niemal metr w kłębie w postaci jarczuka szło grzecznie tuż przy nodze chudego blondyna, kiedy ten skierował swoje kroki do stadniny. Złapał Alexandra, powiadomił go o tym, że ma dzisiaj spotkanie, więc żeby nikt mu nie przeszkadzał i nie niepokoił. Vicenta już powiadomił - z nim jednak zamierzał zapoznać dopiero osoby, które wybierze... albo ku swojemu zaskoczeniu przedstawi mu już wybraną pracownicę. Ku zaskoczeniu - ponieważ sam dotąd nie spotykał się z pracownikami w pierwszej kolejności. Nie miał na to czasu najzwyczajniej w świecie. Przesłane kandydatury przekazywał mu Alexander albo Vicent, ale ten list naprawdę przykuł jego uwagę. Tutaj było się czym pochwalić - a przynajmniej jemu spodobało się to, co widział.

Wszedł do gabinetu - kanapa, stolik kawowy, fotel, biurko, regały z książkami, teczkami i papierami - gabinet jak gabinet, powiedziałby ktoś. Jego generyczność przecinał fakt, że meble tutaj stojące nie były kupione od stolarzy Zrób-To-Sam, tylko stanowiły komplet mebli robionych na zamówienie, włączając w to skórzaną kanapę, która tu stała. Na parapecie okna skierowanego na południe stało kilka roślin, a śpiew ptaków z lasu rozbrzmiewał tak poza murami tego miejsca jak i w nich. Laurent powiesił marynarkę przy drzwiach i sięgnął po kilka wybranych i podsuniętych mu kandydatur, żeby porównać je z tym, co dostał od Jackie. Nie lubił mówić, że miał czuja do ludzi, bo to byłoby zupełnie nietrafione. Natomiast tutaj merytoryczność wygrywała, najzwyczajniej w świecie. Był czas na przyjemności i socjalizację oraz pracę. Laurent bardzo lubił rozgraniczać te dwie rzeczy. Chyba że towarzystwo przed nim potrafiło zgrabnie na tej granicy balansować. Bo i takie się zdarzały. Niestety widząc od małego biznesy Prewettów i ucząc się do nich zdążył się też nauczyć, że jeśli ludziom dawałeś palec to kochali brać całą rękę.

Czas do godziny 11, na którą byli umówieni, przesunął się w zasadzie sam. Czerwiec sprawiał, że ruch w New Forest wzbierał. Ludzie przyjeżdżali na przejażdżki, pojeździć konno, na abraksanach. Nie można mówić o tłumach, nie! Ale pojedyncze osoby się pojawiały, właśnie dwie osoby myły te wdzięczne zwierzęta na zewnątrz pod czujnym okiem czarnoskórego Alexandra, a Laurent, pilnując czasu, zatrzymał się na brukowanym dziedzińcu spoglądając w kierunku płomieni fiuu, to znów na godzinę. Nie, Laurent nie był osobą, która gniewała się za spóźnienia, zresztą pochodził z rodziny czystej krwi - 15 minutowe spóźnienie było grzeczne, bo pozwalało się lepiej gospodarzowi przygotować. Ale to w ramach odwiedzin, a tutaj mówili o pracy. Więc choć się nie gniewał, to przez pryzmat spóźnień - oceniał. Szczególnie nową osobę, której w końcu chyba zależało na pokazaniu się z jak najlepszej strony, prawda?

Tak oto Jackie Carrow wyłoniła się z płomieni fiuu.

Wyglądała całkowicie niepozornie. Bardzo... hm... ludzie rzadko przychodzili do niego w takich strojach. Tak, to też oceniał. Przybrany w białą koszulę i beżowe spodnie Laurent, szyte na miarę, wyglądał niemal jak lustrzane odbicie dla kobiety, która się tutaj stawiła pod tym względem. I znów - czy to mu przeszkadzało? Ach... no tego Jackie mogła się tylko dowiedzieć. Godło rodziny Prewett pyszniące się nad drzwiami za to nie pozostawiało wątpliwości co do prestiżu tego miejsca, nawet jeśli prezentowało się elegancko, ale niepozornie. Tak samo rzeczywiście nie pozostawiało wątpliwości co do samego właściciela.

- Dzień dobry, panienko Carrow. - Laurent wyszedł kobiecie naprzeciwko, by ująć jej dłoń, zgodnie ze wszystkimi elementami kultury czasów ówczesnych - przywitać ją jak damę wypadało. - Cieszę się, że panienkę widzę. Zapraszam. - Na łagodnej twarzy mężczyzny pojawił się ciepły uśmiech. Nienaturalnie niebieskie oczy, które wyglądały jak odcisk morskich fal zaklętych w tęczówkach, spoglądały ciepło i z sympatią, ale również uważnie. Wskazał gestem na drzwi do wnętrza, przepuszczając ją przodem. - Przyznam, że panienki podanie zrobiło na mnie wrażenie. - Miał bardzo spokojny głos idealnie współgrający z tym spojrzeniem, jakie ku niej kierował.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Wolf in sheep's clothing
"There are no strange creatures, only blinkered people."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Szczupła, niewysoka młoda kobietka, o kędzierzawych, rudobrązowych włosach i zielono-niebieskich oczach oraz twarzy upstrzonej piegami. Ze swoim wyglądem może uchodzić za Weasleyównę. Wygląda na kilka lat młodszą, niż jest w rzeczywistości. Zwykle ma na sobie praktyczny i wygodny, ale znoszony strój podróżny oraz zielonkawą szatę czarodzeja. Mówi szybko, zwykle unikając kontaktu wzrokowego, lub przestępując z nogi na nogę. Na jej dłoniach i przedramionach można znaleźć liczne, mniej lub bardziej zagojone, blizny.

Jackie Carrow
#3
30.10.2023, 11:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2023, 11:46 przez Jackie Carrow.)  

Jackie nie miała pojęcia, czego mogła się podziewać po tym jak opuści kominek, poza jedną rzeczą - nudnościami. Nie wiedziała, czy jest to kwestia zaklętego w niej maledictusa, dla którego taki sposób transportu nie był naturalny, czy jednak jej własna słabość. Co prawda podróż przez kominek nijak nie umywała się do teleportacji, jednak kiedy dziewczyna zmaterializowała się w kominku w gabinecie Laurenta, musiała zaczerpnąć oddechu i policzyć do trzech, zanim uśmiechnęła się i z niego wyszła.


Wnętrze, które ukazało się jej oczom, po opuszczeniu kominka, mogła podsumować jednym słowem - "wykwintny". Nie był to bowiem ostentacyjny luksus czy ekstrawagancja - widać było, że każdy mebel i element wystroju pełnił swoją funkcję - a jednak wszystko było najwyższej jakości i dobrane z gustem i wyczuciem. Z niezrozumiałym dla samej siebie zaskoczeniem (przecież znajdowała się w miejscu należącym do samych kurka Prewettów!) zauważyła, że za jeden fotel mogłaby prawdopodobnie kupić połowę wyposażenia własnego domu i jeszcze może zostało by jej na cukierki. Nie miała jednak okazji zawiesić dłużej myśli nad zawartością pomieszczenia, ponieważ jej wzrok zogniskował się na postaci, która stała tuż przed nią.


Kiedy Jackie była mała, a jej ojciec nie pił aż tak intensywnie, zabrał kiedyś ją i Samuela na wycieczkę do Londynu. Większość czasu spędziła chodząc z bratem po Ulicy Pokątnej, podczas gdy ojciec załatwiał sprawy biznesowe, ale wyszli też na chwilę do mugolskiej części miasta. Jackie zobaczyła wtedy wielki billboard z reklamą muzeum, oraz obrazem przedstawiającym rzeźbę mężczyzny w bardzo wyszukanej pozie. Wtedy mała Jackie pomyślała, że to śmieszne, jak mugole rzeźbią ludzi, bo przecież ludzie wcale tak nie wyglądają. Nie było na świecie ludzi tak pięknych, o tak perfekcyjnej budowie czy cerze, więc po co tworzyć takie fałszywe rzeźby?

Teraz dziewczyna uświadomiła sobie, że może, zupełnie przypadkiem, nie trafiła po prostu nigdy na Laurentów Prewettów mugolskiego świata. Bo patrząc na niego - z jego szczupłą sylwetką, aureolą blond włosów, nieziemsko niebieskimi oczami i nienaganną postawą - musiała przyznać, że sama nie obraziłaby się za możliwość podziwiania go uwiecznionego w marmurze. W dodatku, w porównaniu z jego szykownym acz praktycznym ubiorem, ona nagle wydała się samej sobie brudna i zupełnie niestosownie ubrana.

Kiedy się odezwał, a ona uśmiadomiła sobie, że pozwoliła myślom odpłynąć w zupełnie nieodpowiednie rejony, jej piegowatą twarz okraszył pąsowy rumieniec. Głupia, przecież zachowujesz się jak jakaś nastolatka! Zbeształa się w myślach. Przyjęła jego dłoń, odczuwając jego uścisk jako rzeczowy i mocny. W końcu pracował od dziecka z abraksanami, nie był pewnie takim wymuskanym paniczykiem, na jakiego w pierwszej chwili wyglądał.
- Również bardzo mi miło, że zdecydował się pan zaprosić mnie na rozmowę. - odpowiedziała, jej głos nieco zbyt wpadający w falset. No zarąbiście, teraz jeszcze zapomnij jak się mówi! Na pewno pan Prewett szukał do pracy właśnie niemowy! Pozwoliła się przepuścić i opuściła gabinet, rozglądając się dookoła i chłonąc zachłannie wszystkie widoki. Kiedy zobaczyła parę skrzydlatych koni, oporządzanych właśnie przez dwójkę osób, jej oczy zaświeciły się a cała jej postawa zupełnie się zmieniła. Z zestresowanej dziewczynki, zmieniła się w... spokojną, delikatną i uważną kobietę.
- Piękne...- wyszeptała, bo choć nie były to może jej ukochane hipogryfy, to abraksany w niczym nie ustępowały im gracją i majestatem.
- Ich dieta jest ekskluzywnie roślinna, prawda? Jaką rozpiętość skrzydeł osiągają, pięć metrów, sześć? Biorąc pod uwagę przemianę metaboliczną, wysiłek lotu i ich wagę, muszą spożywać bardzo dużo pokarmu obfitującego w węglowodany, więc raczej nie trawę a warzywa, i fruktozę z owoców dla podwyższonego zastrzyku energii. - tylko w niewielkim stopniu mówiła do Laurenta i właściwie nawet nie oczekiwała od niego odpowiedzi na postawione przez siebie pytanie. O nie, to były tego rodzaju pytania, na które odpowiedzi byłaby gotowa dociekać sama. Żałowała, że nie spakowała ze sobą żadnego swojego notatnika, ale ufała swojej pamięci na tyle, że wiedziała już w jaki sposób spędzi tego dnia wieczór. Nie mogła tego wiedzieć, ale jej wieczór zapowiadał się o niebo przyjemniej, niż jej potencjalnego pracodawcy.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
31.10.2023, 14:00  ✶  

Kobieta, która się przed nim znalazła wyglądała... niemal jak dziewczynka. Okrągła, upstrzona piegami twarzyczka jak muśnięte gwiazdami niebo odpowiadało spojrzeniem najpiękniejszych kolorów tego świata - bo barwy łąk i nieba, które nie miały przed sobą żadnych tajemnic. Tak niepozorna, jak i równie niepozornie ubrana, osoba zdawała się... znaleźć po prostu w idealnym miejscu. Miejscu, które miało skłonności do zrzeszania ludzi, którym Los chciał podarować w dłonie drugą szansę od życia. W tym wypadku ten Los miał na imię Laurent. I jeszcze nawet w połowie nie wiedział, jak wielkie przekleństwo nosiła w sobie ta drobna istota przed nim.

Przekleństwo braku mowy byłoby bardzo trudne w rozegraniu, ale blondyn, jeśli tylko taka osoba wykazałaby wiedzę i chęci, nie wahałby się, by i takiej dać schronienie w miejscu, które wiele osób nazywało Rajem. Niekoniecznie jednak się tego spodziewał, więc tak podszedł do niewiasty, wyciągnął dłoń na powitanie, by wyjść naprzeciw wszystkim konwenansom kultury i... czekał..? Nawet delikatnie poszerzył swój uśmiech, tak zachęcająco, kiedy te duże, zielone oczy spoglądały na niego tak, jakby był wilkiem z lasu. Och, jakże źle to spojrzenie odebrał...

Na szczęście to nie był żaden problem z niemożnością artykułowania słów. To tylko (albo aż) zawstydzenie, albo... hm, co to mogło być..? Trema? Nie każdy był stworzony do wystąpień i nie każdy był stworzony do tego, żeby prezentować się jako wykwalifikowany polityk do mielenia umysłów ludzi wokół. Nic nie szkodzi, bo przecież nie takiej osoby szukał do hodowli. Dłoń została uściśnięta i rzeczywiście od jego strony nie było delikatnego muśnięcia, choć przyczyna tego była zupełnie inna niż to, o czym pomyślała Carrow. Bo też i ten uścisk nie był wcale przesadnie mocny. I miał delikatne dłonie. Wcale nie jak ktoś, kto mógłby pracować fizycznie. Bo fizycznie nie pracował. Niekoniecznie dlatego, że nie chciał. Od szarpania się z niepokornymi stworzeniami miał odpowiednie osoby, które miały do tego wystarczająco siły - ale to i tak była ostateczność. Laurent nie uznawał używania siły i przemocy tak wobec ludzi jak i wobec stworzeń magicznych.

- W zależności od pogatunku abraksana oraz jego ruchu potrafią przyjmować nawet 15 kilogramów siana dziennie na jednego osobnika z podziałem na trzy posiłki. Do dyspozycji mamy szerokie pastwiska, przez co latem i wiosną ich głównym posiłkiem są okoliczne rośliny. I tak, ich rozpiętość skrzydeł to około 5 metrów. - Spoglądał przez moment na abraksany na pastwisku, nim przeniósł wzrok w trakcie mówienia na kobietę przy swoim boku. Zanim jeszcze wyszli wziął z biurka podkładkę, do której przypięte miał notatki, włączając w to zresztą jej list, jaki otrzymał. Bardzo szybko to napięcie przemieniło się w niej w pasję. - Oczywiście siano to nie jedyny składnik ich diety, część z nich pija whiskey. - Co u większości czarodziei malowało prawdziwe zdziwienie na twarzy, a Laurent bywał tym ubawiony. Sam w zasadzie się dziwił, że te konie potrafiły pić ten alkohol, a procenty nie robiły na nich żadnego wrażenia. O szczegółach tego natomiast mogli porozmawiać później - i porozmawiają, jeśli Jackie zostanie zatrudniona... choć trzeba przyznać, że wrażenie, jakie robiła, było podnoszone względem oczekiwań. Więc odpowiedzi nie oczekiwała - ale ją dostała. Bo dlaczego miałby odmówić jej wiedzy? Nawet jeśli ich drogi się rozejdą po dzisiejszym dniu to przecież nie tak, że on cokolwiek na tym straci. Może prócz czasu. Lecz cóż - jego wieczór miał być miły, zgodnie z planem. Wyglądało na to, że milszy będzie poranek.

- Przeczytałem panienki publikacje, szczególnie zwróciłem uwagę na ten dotyczący behawiorystyki u stworzeń koniowatych ze względu na pracę, jaką potencjalnie mogę powierzyć w pani ręce. - Generalnie chciał zwrócić po prostu jej uwagę na to, że zaznajomił się z tym, co wykazała, choć jednego nie mógł znaleźć w archiwach gazety. Zabrakło już na to czasu. - Rozumie pani naturę abraksanów, co mam nadzieję, że ma zastosowanie w praktyce. - Ponieważ wiedza to jedno, chociaż akurat jej artykuł naprawdę sprawił wrażenie, jakby to było coś więcej niż puste regułki wykute z książki. - Szukam osoby, która będzie w stanie w pełni zadbać o hodowlę. Włącza się w to pilnowanie porządku na terenie obiektu, pilnowanie zapasów ich pożywienia, terminów weterynarzy, rozrodów, podkuć kopyt i tym podobnych. Nie będzie panienka tutaj sama, nie brakuje rąk do pomocy w fizycznych pracach, więc jest to kwestia często zawołania odpowiedniej osoby, żeby się czymś zajęła. - Wznowił wędrówkę w trakcie mówienia, prowadząc ją do stajni (najpierw), żeby mogła ją zobaczyć. Tak i właśnie w samej stajni dwie osoby roznosiły właśnie świeżą ściółkę do wielkich boksów. - Z samego świtu, koło godziny 5, abraksany są wypuszczane na łąkę i ściągane z niej koło godziny 20, w trakcie lata czasem później. Gośćmi i klientami zajmuję się głównie Alexander. Natomiast będzie pani proszona o pomoc czy to w przygotowaniu rumaków do jazdy bądź naukę jazdy. To ważne, żeby każdy gość traktował nasze abraksany z szacunkiem. - A sytuacje bywały przeróżne i trudne. - Jakieś pytania dotychcasz? - Odnośnie tego, co mówił, bo miał wrażenie, że Jackie mogła mieć całe stado pytań.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Wolf in sheep's clothing
"There are no strange creatures, only blinkered people."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Szczupła, niewysoka młoda kobietka, o kędzierzawych, rudobrązowych włosach i zielono-niebieskich oczach oraz twarzy upstrzonej piegami. Ze swoim wyglądem może uchodzić za Weasleyównę. Wygląda na kilka lat młodszą, niż jest w rzeczywistości. Zwykle ma na sobie praktyczny i wygodny, ale znoszony strój podróżny oraz zielonkawą szatę czarodzeja. Mówi szybko, zwykle unikając kontaktu wzrokowego, lub przestępując z nogi na nogę. Na jej dłoniach i przedramionach można znaleźć liczne, mniej lub bardziej zagojone, blizny.

Jackie Carrow
#5
31.10.2023, 15:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2023, 15:27 przez Jackie Carrow.)  

Więc to prawda z tym alkoholem?! zgodnie z przewidywaniami Laurenta, Jackie była zaskoczona. Oczywiście, uczyła się w teorii o tych stworzeniach w szkole, miała też o nich krótką wzmiankę w czasie studiów, ale nigdy nie miała okazji naprawdę zagłębić się w badania nad nimi, nie mówiąc już o przebywaniu z takowymi osobiście. Konie, znacznie większe od mugolskich zwierząt, były majestatyczne i mogły przytłaczać swoim ogromem. Jackie się jednak ich nie bała, między innymi dlatego, że wiedziała, że byłaby w stanie się obronić, gdyby któryś z nich postanowił ją zaatakować. Ten brak strachu natomiast pozwalał jej zachować spokój i w efekcie zmniejszał ryzyko ataku.

Ciekawe, czy piją go bo są w stanie metabolizować alkohol etylowy w energię. To by tłumaczyło ich ogromne rozmiary... Te przemyślenia zostawiła już dla siebie, bo nagle uświadomiła sobie, że przecież pan Laurent pracował z tymi stworzeniami od dziecka, i prawdopodobnie ostatnim czego potrzebował, to być zasypany lawiną bardzo szczegółowych pytań przez aplikantkę do pracy. Zamiast tego skupiła się na tym, co on mówił do niej, opowiadając jej o potencjalnym zakresie i aspektach jej pracy.

Czuła się pewnie we wszystkich aspektach, które mówiły o zajmowaniu się zwierzętami. Mogła je oporządzać, dbać o ich dobrostan, o to by zawsze miały pod dostatkiem wszystkiego i były szczęśliwe. Co do tego była pewna, więc potakiwała grzecznie głową, słuchając Laurenta. To, w czym nie czuła się już wcale tak pewnie były rzeczy takie jak kontakt z klientami, czy zarządzanie pracą stadniny. Z drugiej strony, była pewna, że przecież nie zostałyby jej od razu powierzone jakieś bardzo wymagające i odpowiedzialne zadania, prawda? Nawet jeśli, to bardzo pragnęła się sprawdzić, więc obiecała sobie, że czegokolwiek by od niej nie wymagali to przełamie swoją niezręczność i zrobi co musi być zrobione. Zaczęła już nawet odnotowywać w myślach i zapamiętywać kolejne rzeczy i szczegóły, takie jak godziny w których abraksany powinny być wypuszczane i zdejmowane z wybiegu.

Kiedy dotarli do stajni, Jackie rozejrzała się po niej z uwagą i czujnością, odnotowując rozłożenie boksów, ich ilość, wielkość, rodzaj podściółki jaką dwie osoby roznosiły do nich a nawet nasłonecznienie. Wszystkie te czynniki jej zdaniem mogły wpływać na komfort przebywających w nich stworzeń, więc pragnęła nie pominąć żadnego, najmniejszego nawet detalu. Była tak na tym skupiona, że dopiero po kilku sekundach ciszy zrozumiała, że Laurent zamilknął i uświadomiła sobie, że nie ma kompletnie żadnego pojęcia o tym, jakie były ostatnie słowa, które opuściły jego usta w jej kierunku. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na niego, żeby była pewna, że czegoś od niej oczekiwał. Jamochłonie sutki! Pewnie zadał ci pytanie, a ty oczywiście nie masz pojęcia jaka jest odpowiedź BO NAWET NIE ZNASZ TEGO JEBANEGO PYTANIA! W jej oczach momentalnie zatliła się panika, przemieszana z wściekłością - wymierzoną jednak tylko ku sobie samej. Jak miała być dobrym pracownikiem, skoro nie potrafiła odpowiedzieć na pierwsze pytanie zadane przez swojego pracodawcę, bo była bardziej zaprzątnięta jakimś NAŚWIETLENIEM BOKSÓW, zamiast tym co on właśnie do niej mówi?!

Otworzyła usta, w głowie przeskakując wszystkie pytania, jakie potencjalnie mógłby jej zadać Prewett, ale nie była w stanie z żadnym przybliżeniem oszacować, które z nich mógł tak naprawdę zadać. Jej puls przyśpieszył i przez chwilę była dosłownie o włos od próby teleportowania się do domu, pal licho nudności. Zrobiła krok w tył, ale wtedy zobaczyła przed oczyma smutną i rozczarowaną twarz Sama, kiedy wróci do domu z pustymi rękami.
- P-przepraszam, mógłby pan p-powtórzyć pytanie? - zapytała, cały czas w głowie besztając się za swoją własną głupotę. Wolała by w tym momencie okiełznywać całe stado rozjuszonych abraksanów, niż musieć dać pokaz swojej niekompetencji przed potencjalnym pracodawcą, ale nie zawsze można mieć w życiu to, czego się chce.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
31.10.2023, 16:52  ✶  

W pierwszym momencie ta delikatna istota przywiodła mu na myśl Olivię. Jakoś... całkiem podobnie to wyglądało - to spotkanie, to wrażenie, nawet te stroje, jakie na sobie miały. To było pierwsze mrugnięcie oka, bo ten obraz został błyskawicznie zastąpiony osobowością całkowicie inną. Piegowaty nosek brakowało tylko, żeby marszczył się w swoim zastanowieniu, a brwi tworzyły pola marsowe, kiedy szedł z nią brukowaną kostką, która wyznaczała tutaj ścieżki i w końcu wniknęli do wnętrza stajni całkowicie przy tym niepozornej z zewnątrz. Jak niepozorna była Jackie, choć porównywanie jej do stajni było co najmniej niepoprawne. I nie to, żeby Laurent to robił. Do głowy by mu nawet nie strzelił taki pomysł, w przeciwieństwie do niepoprawnego (skoro o niepoprawnościach mowa) umysłu jego pisarki.

Mówił. Mówił dużo, ale chciał, żeby wszystko było jasne. Jeśli się dogadają, jeśli kobieta się sprawdzi, to dostanie jeszcze szersze instrukcje, rozpiski i wszystko, co będzie potrzebne do tego, żeby mogła się wdrożyć w pracę. Zgadza się - włącznie z osobą, która jej pomoże i która przypilnuje, żeby wszystko szło spokojnie, powoli i zgodnie z pewnym harmonogramem dnia. Dopiero teraz w zasadzie, kiedy się zatrzymali, miał znów czas na to, żeby się jej przyjrzeć, bo sprawiała osoby, która słucha. Takiej skupionej. Miała ten wyraz twarzy, którzy często mają ludzie, kiedy chcą notować w głowie, skoro nie mieli przy sobie żadnego notatnika. Przydałby się jej - a jego brak było też kolejnym elementem zanotowanym przez Laurenta. Robiła niezłą sinusoide, na szczęście w tych krokach minusiki były malutkie, a plusy bardzo grubiutkie. Pamięć człowieka była zawodna - sam zawsze chodził niemal z notatnikiem przy sobie, chociażby po to, żeby zapisać coś, co przyjdzie mu do głowy w trakcie latania po Londynie czy jakichkolwiek innych miastach. Dokądkolwiek miałby trafić. To był też bardzo niefortunny okres - przynajmniej dla niego samego. Pewnie Jackie się niedługo dowie i tak od pracowników, że w jego domu, właśnie tutaj, próbowano popełnić morderstwo. To... siłą rzeczy wpłynęło na tutejsze morale. I chociaż nie chciał tego zatajać przed nowym pracownikiem to też nie było coś, co pracodawca powinien mówić na wstępie, prawda? Szczególnie, że to trudno było wyjaśnić. Morderca... którego fizycznie nawet tu nie było.

Zadał pytanie, a ona w końcu zwróciła na niego oczy. Miała tak piękne spojrzenie... oczy, które chciało się ująć, ucałować, wznieść do słońca i przekonać się, czy światło dnia gra w nich jak w drogim turmalinie albo załamuje promienie jak ametyst. To były oczy ciekawe świata. Musiały zostać na swoim miejscu, bo bez duszy, która je napędzała, byłyby tylko kolejnymi zimnymi kamieniami. Czego się natomiast nie spodziewał to zobaczyć w niej takiego nagłego zmieszania i złości, jakby... jakby co się w zasadzie stało? Drgnął z lekkiego zaskoczenia i automatycznie spojrzał w kierunku wyjścia ze stajni zastanawiając się, gdzie jest Alexander. Czy jest gdzieś w pobliżu. Oderwanie spojrzenia trwało jednak sekundę, bo zaraz wrócił oczyma do Jackie, szczególnie, że ta zrobiła krok w tył. Jego skonfundowanie tylko urosło. Widział wiele rzeczy i wiele reakcji, ale chyba nigdy nikt... się go nie bał. Bo tak to teraz z jego perspektywy wyglądało, jakby kobieta się wystraszyła czegoś. Ba, no jak to czego. Jego, bo to on do niej tu mówił.

- Powtórzyć? - Musiało brzmieć to trochę idiotycznie, ale Laurent nie potrafił ukryć swojego zdziwienia. Uniósł brwi, wpatrując się w Jackie i zastanawiając, czy czasem nie ocenił jej zbyt optymistycznie na samym początku. - Czy ja panienkę nudzę? - Prewettowi nie chodziło o to, żeby robić jej tutaj krzywdę, tak i jego ton był spokojny i nie zawierał nawet cienia złości czy irytacji, tak jak i on nie odczuwał poirytowania. Natomiast była osobą, którą potencjalnie chciał zatrudnić. Laurent nie lubił mieszać interesów i biznesów ze znajomościami, przynajmniej dopóki nie mógł tym ludziom dobrze zaufać. Bardzo dziwne wydawało się nie słuchanie, kiedy w pierwszym momencie była tak przejęta... Nie czekał na odpowiedź, kontynuował jeszcze łagodniej, zniknęło również zdziwienie z jego facjaty. - Nie ma potrzeby się stresować czy denerwować. - Uspokoił ją. - Pytałem, czy ma panienka jakie pytania. - Uśmiechnął się lekko, bo w zasadzie było to dość zabawne - pytał, czy ma pytania, a ona pytała, o co pytał, więc musiał jej powtórzyć... i tak to szło. - Co sprawiło, że była panienka taka rozkojarzona? Proszę podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. - Zachęcił ją łagodnie, stojąc wyprostowanym, z dłońmi założonymi za plecy.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Wolf in sheep's clothing
"There are no strange creatures, only blinkered people."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Szczupła, niewysoka młoda kobietka, o kędzierzawych, rudobrązowych włosach i zielono-niebieskich oczach oraz twarzy upstrzonej piegami. Ze swoim wyglądem może uchodzić za Weasleyównę. Wygląda na kilka lat młodszą, niż jest w rzeczywistości. Zwykle ma na sobie praktyczny i wygodny, ale znoszony strój podróżny oraz zielonkawą szatę czarodzeja. Mówi szybko, zwykle unikając kontaktu wzrokowego, lub przestępując z nogi na nogę. Na jej dłoniach i przedramionach można znaleźć liczne, mniej lub bardziej zagojone, blizny.

Jackie Carrow
#7
02.11.2023, 12:54  ✶  

Jackie należała do tej grupy osób, które, choćby znały się na tym co robią naprawdę dobrze, będą zawsze wątpić w swoje umiejętności i kwestionować czy wiedzą wystarczająco dużo. Pomimo samych dobrych ocen z ONMS w szkole, pomimo kilku już lat badania ich, nadal uważała się za nowicjuszkę i obawiała się, że praca w takim miejscu jak Rezerwat New Forest mogłaby ją przerosnąć. W dniach prowadzących do rozmowy o pracę, zdarzyło jej się więcej niż raz śnić o tym, jak ośmiesza się w trakcie rozmowy o pracę, robi z siebie kompletną idiotkę i musi wrócić do domu i kopać grządki w ogródku pod sadzenie ogromnej rzepy. I o ile nie wierzyła w prorocze sny, to wiedziała czym jest samospełniająca się przepowiednia. Oczywiście, że jeśli będzie się stresować i za bardzo denerwować to popełni jakiś błąd. Nie mogła jednak w żaden sposób przewidzieć, ani wyśnić sobie, kogoś takiego jako swojego potencjalnego pracodawcy. Czuła, że ogarnia ją poczucie niesprawiedliwości. Przecież nie po to przeszła przez szkołę, unikając uniesień sercowych i crashów, żeby teraz nagle trafić na kogoś tak obiektywnie pięknego.


Co więcej, ten piękny człowiek zupełnie opacznie odebrał jej pytanie. A przecież chodziło tylko o to, żeby powtórzył pytanie. Oczywiście, że nie był nudny. Każde słowo, które wypowiadał będzie dla niej od teraz niczym Słowo Merlina - obiecała sobie w myślach Jackie, jednocześnie gorączkowo zastanawiając się jak wybrnąć z tego całego impasu.

On jednak pośpieszył z dalszymi wyjaśnieniami, ratując ją dosłownie od czającego się w gardle potoku słów, z których prawdopodobnie tylko połowa miałaby jakikolwiek sens. Typowym było dla niej bowiem, że w sytuacjach stresowych, albo zupełnie się zacinała, nie będąc w stanie wydusić słowa, albo wręcz przeciwnie - jej usta opuszczał wartki, niepohamowany potok słów, które jednak jakby formowały się bezpośrednio na języku, z pominięciem jakichkolwiek procesów myślowych, które mogłyby je ubrać w sens i znaczenie.

Kiedy zrozumiała, że wcale nie została wzięta na przepytki, a wręcz odwrotnie - sam Laurent był otwarty na pytania z jej strony, jej rumieniec tylko nabrał na sile, stając się tak czerwony, że przykrył prawie obecność piegów na jej twarzy. Teraz jednak wpakowała się w sytuację, w której już musiała podzielić się z nim swoimi przemyśleniami. I kiedy otworzyła usta, żeby je wyrazić, wiedziała, że będą nieskończenie głupie i nieznaczące.
- Cóż, rozważałam wpływ nasłonecznienia boksów na samopoczucie przebywających w nich zwierząt. Bo wiemy, że pory dnia i nocy są często ściśle związane z cyklem aktywności magicznych stworzeń, więc zastanawiałam się czy abraksany są stworzeniami głównie dziennymi, a jeśli tak to czy umieszczenie ich w chłodniejszych, bardziej zacienionych boksach sprawi, że staną się spokojniejsze, mniej energiczne czy wręcz przeciwnie - zadziała na nie agitacyjnie, prowadzając nerwowość i niepewność. - odpowiedziała, starając się świadomie robić pauzy w tym co mówi i brzmieć jak najbardziej rozsądnie.

Mogłaby mówić jeszcze więcej, ale uznała, że jeśli jej wypowiedzi będą zwięzłe i na temat, to Laurent nie uzna jej może za wariatkę, a poza tym była mniejsza szansa, że kompletnie już się przed nim pogrąży. Naprawdę bardzo zależało jej na tej pracy, a jej potencjalny pracodawca, niewiele zresztą od niej starszy, nie wyglądał na kogoś, kto lubił słuchać długich wywodów swoich pracowników. Zamiast tego odetchnęła i postarała się uspokoić swoje nerwy. Przecież jesteś w tym dobra, on pewnie tylko tutaj łazi i wszystko nadzoruje, a robotę i tak odwala z niego kto inny. Po prostu się nie wygłup. Powtarzała sobie w myślach.
- I nie, nie mam żadnych pytań na ten moment. Wszystko co pan tłumaczy, jest dla mnie jasne i logiczne. - dodała, chociaż wcale nie była pewna, czy potrzebnie. Korciło ją, żeby mówić dalej, byle zagłuszyć ciszę, ale mentalnie zasznurowała sobie usta, walcząc z tą pokusą.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
03.11.2023, 19:10  ✶  

Stres budował stres, sprowadzał napięcie, napięcie napędzały nerwy i tak zżerał się ten Uroboros trzymając się za kraniec ogona. Wiecznie nienażarty. Nie chciał być orędownikiem takich emocji i sprawiać, żeby zapanowała tutaj nieprzyjemna atmosfera. Nawet jeśli kobieta, miałoby się okazać, wcale się nie nadawała do tej pracy to przecież mogli się rozejść w warunkach pokojowych... Choć to, że kontynuował swoją wypowiedź i nie zostawił ją z tym dość celowo szorstkim pytaniem (choć zadanym gładkim głosem), będącym swoistą zaczepką w braku zrozumienia, dlaczego go nie słucha, choć powinna, było w dużej mierze spowodowane jej... nią. Po prostu nią. Niektórzy ludzie mieli w sobie pierwiastek, który przyciągał i głaskał z włosem. Nie potrzebowali wcale magicznej krwi w swoich żyłach ani szczególnie wysokiej charyzmy. Ich spojrzenia, ich ruchy - to chyba kwestia prywatnych upodobań, ale kiedy Laurent na nią spoglądał nie mógł pozbyć się prostej myśli: dobrze jej patrzy z tych pięknych oczu. W obliczu nieciekawych czasów należało uważać, kogo trzyma się przy sobie. Nawet bardzo należało uważać. Ludzie popełniali więc błędy i potrafił sobie wyobrazić, że nawet jeśli ktoś potrafił zająć się magicznymi stworzeniami to niekoniecznie musi czuć się pewnie na rozmowie takiej jak ta. Cierpliwości mu nigdy nie brakowało, a nawet jeśli niekoniecznie czerwiec był dla niego sprzyjający to jakiekolwiek wylewanie frustracji na nowej osobie było co najmniej nieodpowiednie. Tak samo zresztą z drugiej strony. Co w życiu prywatnym to w życiu prywatnym. Wiele rzeczy można było wybaczyć i okazać wyrozumiałość, ale pewne granice powinny być zachowane i przestrzegane.

Uśmiech poszerzył się w swojej wyrozumiałości i aprobacie dla słów, które dane było mu usłyszeć. Jeśli zmyśliła to na poczekaniu, ponieważ naprawdę nie chciało się jej słuchać, to była bardzo dobra w tym, co robiła. Jeśli jednak mówiła prawdę - to była nie dobrą osobą w dobrym miejscu, tylko idealną osobą w dobrym miejscu. Tego oczekiwał od kogoś, komu chciał powierzyć stworzenia, które nie były po prostu abraksanami. Jedno z tych stworzeń było jego najlepszym przyjacielem. Jackie była na najlepszej drodze, żeby uczynić sobie przyjaciela w nim samym.

- Owszem, ma to znaczenie. - Wskazał gestem na okna umieszczone na górze stajni. Były otwierane i zamykane na podwójne okiennice, z których jedna była zatrzaśnięta, ale druga otwarta. Przez to było tutaj aktualnie jasno, ale jednocześnie panowała taka... bardzo spokojna atmosfera. Niemal senna. Nad pojedynczymi boksami okiennice były w pełni otwarte, przez co było tam o wiele jaśniej. Przez moment się nie odzywał. Wciąż uśmiechnięty sam przypatrywał się temu miejscu jakby w zamyśleniu - w rzeczywistości jednak w ukontentowaniu. Laurent nie chciał tworzyć tu tylko stajni i hodowli. Zależało mu na tym, żeby to miejsce było naprawdę rajem dla stworzeń, które mogły tutaj przebywać. Taki cel sobie postawił. Ciągle wprowadzano udoskonalenia i poprawki, które mogły wpłynąć na samopoczucie pegazów. - Zapraszam dalej. - Odezwał się w końcu i wyszli ze stajni, żeby skierować się na samą łąkę. - Przebywają tutaj abraksany nie tylko z mojej hodowli, ale również z Keswick czy championy sportowe, jak i również prywatnych właścicieli. To bardzo istotne, żeby zapoznała się panienka z każdym z nich i przede wszystkim trzymała się osobliwych zaleceń wobec niektórych. Szczególnie tyczy się to naszych sportowców. Ponieważ nie zawsze dżokeje mają czas w ramach profitów pracy będzie mogła się panienka nacieszyć jazdą, jeśli rzecz jasna będzie panienka chciała. - To taki bonus. Przejechanie się na grzbiecie abraksana to nie była tania zabawa. Oczywiście Laurent zatrudniał również osoby odpowiedzialne za przypilnowanie jazdy abraksanów, żeby miały zapewnione ruch. - Mój abraksan, Michael, jest championem wyścigów. - Zmienił nieco tor wypowiedzi, ponieważ zbliżali się do skrzydlatych koni, z których niektóre podniosły łby, patrząc w ich kierunku. Jedne zaciekawione, inne rozleniwione. I jeden, który stanął na baczność i zarzucił łbem, przestępując z kopyta na kopyto. Agresywny. Takie słowo mogło przyjść do głowy. Mimo to ruszył wolnym krokiem na ich spotkanie, wyszedł im naprzeciw. - Jest też opiekunem i przewodnikiem stada. To bardzo dumny rumak. Chciałbym, żebyś go poznała. - Czy raczej - żeby on poznał ją.

Ten stres i drżenie we wnętrzu Jackie nie przeszkadzały temu, żeby Laurent je pomijał w ocenie, ale jednocześnie kładł większą wyrozumiałość dla kobiety. Pewnie rzeczy łatwo było mówić, natomiast w praktyce wyglądały zupełnie inaczej. Dlatego też blondyn musiał zobaczyć, czy kobieta sobie poradzi z pracą. Powiedziałby ktoś, że to rzut na głęboką wodę, ale Laurent by się nie zgodził. To podstawa w tej pracy - posiadać umiejętność porozumienia się z każdym abraksanem. Dla Laurenta jeszcze było koniecznym, by się z nim porozumieć bez przemocy. Każdy głupi potrafił zmusić batem do posłuszeństwa. Nawet nie przyszło mu do głowy, że jego osoba przy tym (sam w sobie) dodawał jej jeszcze troszkę jakichś nerwów. Spojrzał właśnie na Jackie, by uśmiechnąć się do niej przyjaźnie i zachęcająco, jakby mówił wszystko będzie dobrze, czy raczej wierzę, że sobie poradzisz. - Pamiętaj proszę, że nie ma się czym stresować. Rozumiem, że takie rozmowy nie należą do najprostszych, choć jeszcze nie wynalazłem przyjemniejszej formy. - Przymknął oczy w rozbawionym uśmiechu, chcą ją trochę... pokrzepić, ośmielić? Istoty magiczne wyczuwały niepewność w człowieku. Wyczuwał ją również Michael, który do nich podszedł. - Witaj, Michaelu. Przedstawiam ci Jackie Carrow.

- Dzień dobry. - Odezwał się wielki rumak, biały jak śnieg rumak, spoglądając czerwonymi ślepiami na Jackie. Miał mocne spojrzenie. Twarde. Oceniał nim i nie krył się nawet ze swoją postawą "lepiej się nie zbliżaj, bo zrobi się nieprzyjemnie".



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Wolf in sheep's clothing
"There are no strange creatures, only blinkered people."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Szczupła, niewysoka młoda kobietka, o kędzierzawych, rudobrązowych włosach i zielono-niebieskich oczach oraz twarzy upstrzonej piegami. Ze swoim wyglądem może uchodzić za Weasleyównę. Wygląda na kilka lat młodszą, niż jest w rzeczywistości. Zwykle ma na sobie praktyczny i wygodny, ale znoszony strój podróżny oraz zielonkawą szatę czarodzeja. Mówi szybko, zwykle unikając kontaktu wzrokowego, lub przestępując z nogi na nogę. Na jej dłoniach i przedramionach można znaleźć liczne, mniej lub bardziej zagojone, blizny.

Jackie Carrow
#9
06.11.2023, 12:16  ✶  

Umiejętność zapanowania nad własnymi emocjami, była dla Jackie zupełnie rozdzielna w sytuacji kontaktu z drugim człowiekiem, od sytuacji kontaktu z magicznym stworzeniem. Te drugie były dla niej znacznie "łatwiejsze w obsłudze", ze względu na jasno ustalone zasady, które występowały w ich przypadku. Jeśli tylko znało się te zasady, można było każde zwierzę uspokoić a nawet obłaskawić. A w każdym razie z góry było wiadomo jak z nimi postępować, i jakich reakcji się po nich spodziewać. Z ludźmi nie było już tak łatwo, bo ci zdawali się reagować w zupełnie odmienne sposoby na takie same sytuacje. W dodatku nie było jednego ustalonego sposobu w jaki powinno się z nimi postępować. Dla Jackie było to zbyt skomplikowane i abstrakcyjne, dlatego często nie do końca wiedziała, jak powinna zachować się w określonych sytuacjach, co powiedzieć albo czego nie mówić.


Prowadzona dalej ze stajni, między budynkami, w kierunku padoków, nie mogła nie wyobrazić sobie przelotnie, jakby to było pracować w takim miejscu. Przede wszystkim, teren rezerwatu zdawał się być ogromny, przez co była duża szansa na to, że nie musiałaby się martwić tłumami ludzi, jak w Londynie czy Dolinie Godryka. Chociaż jej rodzinna miejscowość też ostatnio wydawała jej się dość opustoszała, szczególnie po wydarzeniach z tego przeklętego Beltane. Dziewczyna uważała, że ona i Sam i tak dość dobrze na tym wyszli, biorąc pod uwagę, że dużo osób bezpośrednio ucierpiało.

Po drugie, w tak dużym otoczeniu natury i innych magicznych stworzeń, miała nadzieję, że jej klątwa być może trochę przycichnie. Tak samo działo się kiedy podróżowała - czuła się wtedy dużo lepiej i dużo skuteczniej mogła kontrolować przemiany, niż przez te dwa lata kiedy siedziała zamknięta w domu z ojcem i bratem. Chociaż, mogło być tak, że więcej istotności niosły tu jej własne emocje, bo ojciec alkoholik i nadopiekuńczy brat często działali jej na nerwy.


Kiedy zaczęli zbliżać się do pięknych, ogromnych koni o różnokolorowym umaszczeniu, Jackie wlepiła w nie spojrzenie podekscytowanych oczu. Tym razem pilnowała jednak, by jej myśli nie odpłynęły zbyt daleko i potakiwała głową, słuchając Laurenta.
- Gratulacje. - skomentowała, kiedy pochwalił się on osiągnięciami jego własnego rumaka. Po prawdzie nie oczekiwała niczego innego po zwierzęciu należącym do dziedzica fortuny Prewettów, ale i tak wywarło to na niej pewne wrażenie. Sporty konne, w świecie czarodziejów, nie były może tak emocjonująco dynamiczne jak Quidditch - większość rozgrywki działa się na dużym obszarze i była transmitowana na magicznych ekranach, nie oglądana na żywo własnymi oczyma - ale były równie brutalne i wymagające zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dużo też zależało od zgrania tandemu jeździec - rumak, co było trudniejsze niż zapanowanie nad miotłą. Sama Jackie miała okazję jeździć na hipogryfach, zdarzyło jej się też podróżować na grzbiecie mugolskich koni a raz nawet dosiadła kelpie, chociaż to ostatnie przeżycie było zimne, mokre i zdecydowanie nie należało do jej najbardziej ulubionych. Nigdy jednak jeszcze nie jeździła na abraksanie i musiała przyznać, że ciekawiło ją w jaki sposób wsiadało się na te ogromne, temperamentne bestie.


Kiedy byli już blisko, Jackie z rozmysłem odwróciła lekko wzrok, tak żeby mieć sylwetki koni w kąciku pola widzenia, a jednak nie patrzyć prosto na nie. Delikatnie wsunęła dłoń do jednej z sakw przytroczonych przy pasie. Nie chciała rzucać im wyzwania, ani zostać odebrana jako drapieżnik, wkraczający nieproszony na ich teren. Tym bardziej, że o ile mogła łatwo oszukać Laurenta w kwestii swojego "małego, futrzastego problemu", o tyle nigdy nie byłaby w stanie tak skutecznie oszukać abraksanów. Z doświadczenia wiedziała, że zwierzęta wyczuwają drzemiącą w niej klątwę. Dlatego nigdy nie mogła pracować z tymi mniejszymi, drobniejszymi i bardziej strachliwymi magicznymi stworzeniami. Co innego hipogryf, gryf czy smok - dla nich jej klątwa nie stanowiła realnego zagrożenia, a czasem wręcz pomagała im poddać się jej woli.

[a]Zatrzymując się przed wybiegiem, tuż obok ogromnego ogiera, Jackie stanęła do niego lekko bokiem, spoglądając w jego stronę, ale nie bezpośrednio w oczy Michaela. Wyjęła rękę z sakwy, wysuwając ją w jego stronę, a kiedy ją otworzyła, na jej otwartej dłoni leżało dorodne, czerwone jabłko. Odrobina przekupstwa, może zaskarbić wiele sympatii.
- Witaj Michaelu, mam nadzieję, że wiele się od ciebie nauczę. - powiedziała, oferując mu jabłko. Mogłaby skomplementować jego imię, jego wygląd lub siłę. Gdyby był smokiem, to byłyby pierwsze słowa opuszczające jej usta. To jednak był abraksan, który - jak miała nadzieję dziewczyna - o wiele bardziej doceni jej szacunek dla niego jako kogoś od kogo mogłaby się uczyć, niż puste pochlebstwa. Nie wiedziała do końca, jak on zareaguje na jej zapach, który zapewne dla niego nie będzie do końca ludzki i w razie konieczności, była gotowa odsłonić zęby i zjeżyć kark, jeśli pokaz dominacji były konieczny, ale nie chciała się do tego uciekać. Podonie jak Laurent wierzyła, że siła, jeśli w ogóle jest rozwiązaniem, to powinna być używana w ostateczności.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#10
06.11.2023, 17:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2023, 14:53 przez Laurent Prewett.)  

Ach, każdy chciał być doceniony. W zasadzie to dopiero kiedy Jackie powiedziała o gratulacjach to Laurent zorientował się, że to mogło zabrzmieć jak przechwała, tymczasem w jego myślach było raczej to, by dać przykład jednego z koni, który będzie wymagał zdecydowanie innej opieki niż ogół stada. Choć nie zmieniało to tego, że oczywiście też się tym chwalił, a raczej - chwalił samego Michaela. Był skłonny opowiedzieć o nim, jak i o każdym innym abraksanie, o wiele więcej, jeśli tylko się okaże, że jego towarzysz zaakceptuję osobę, która będzie miała z nim pracować jak z pozostałymi skrzydlatymi, które uważał za członków swej rodziny. Uśmiechnął się w niemym podziękowaniu za ten komplement.


Coś z nią było nie tak. Różniła się od innych ludzi, choć Michael nie potrafił powiedzieć, czym. Czymś niekoniecznie przyjaznym. Powinien to uznać za zagrożenie? Ją? Tą śmiesznie małą dziewczynkę, która..! Oh, hmm, wie gdzie jest jej miejsce, bardzo miło... Dumnie uniesiony łeb abraksana, wdzięcznie wygięta szyja, napięte mięśnie, uniesiony ogon i skierowane do przodu uszy. Jego postawa wyrażała czujność, a nawet odrobinę więcej niż samą czujność. To była gotowość do działania. Do ucieczki? Mało prawdopodobne, Michael nie zostawiłby Laurenta. Ale na pewno był gotów do konfrontacji. Laurenta trochę to zaniepokoiło. Owszem, Michael zawsze się ustawiał przed nowymi osobami, żeby wyglądać zarówno jak milion galeonów, jak i dawać sygnały, że jest co najmniej nieprzychylny. Ale tu wyglądało to inaczej. Przesunął się o jeden krok i w przeciwieństwie do Jackie spoglądał prosto na Michaela, choć też nie w jego ślepia z prostej przyczyny - nie chciał wymuszać na nim kontaktu wzrokowego. Natomiast chciał móc szybko zareagować, gdyby stało się tutaj coś dziwnego i nieprzewidzianego. Nie przypominał sobie, żeby aż tak się Michael na kogokolwiek nastroszył wcześniej.

- Panienka Jackie być może będzie u nas pracować. - Uzupełnił informację o kobiecie, która zaczęła robić swoje czary.

A tu... na dłoni kobiety pojawiło się jabłko. Michael zastrzygł uszami. Poruszył łbem, jego ogon nieco opadł. Podejrzane... to próba przekupstwa! Oburzające! Pomyślał dumny rumak i zrobił krok w kierunku kobiety, żeby złapać jabłko w pysk i je zjeść. Laurent musiał nakryć usta dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem.

- Próba przekupienia mnie jest tanią sztuczką. - Oświadczył niemal tak, jakby się całkowicie tej 'taniej sztuce oparł', tymczasem jego postawa mówiła coś całkowicie innego. Laurent wiedział, że to się tak skończy. Jackie była sprytna. Dobrze wiedziała, co robi i takim sposobem znów pojawił się wielki plusik koło jej imienia. - Ale mogę cię uczyć. - Obniżył łeb, żeby zajrzeć kobiecie w oczy. Czuł to cały czas. Jej obcość. Zabawne, bo wydawała się wszystkim, ale nie zagrożeniem. Był tym zaciekawiony, ale widać było, że to pierwsze nastroszenie mu bardzo szybko przeszło. - Jesteś inna. Czuję od ciebie coś innego. - I tutaj uśmiech zszedł z twarzy Prewetta. Spojrzał sam pośpiesznie na niewiastę. Michael go trochę zagiął, nie wiedział, co odpowiedzieć. Co powiedzieć. Przez moment czekał na reakcję samej Carrow, bo w zasadzie nie chciał wchodzić między ich wymianę zdań bez ewidentnie konieczności. - Skoro chcesz tu pracować to czego mam cię uczyć? Powinnaś posiadać wiedzę. - Uniósł znów łeb.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Jackie Carrow (4937), Laurent Prewett (5799)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa