11.11.2022, 12:43 ✶
Brenna bywała zbyt rozgadana, zbyt swobodna, zbyt beztroska – i w ogóle „zbyt” – przynajmniej w pewnych sprawach i w oczach świata. Istniały jednak sprawy, przy których dbała wręcz obsesyjnie o każdy, najdrobniejszy nawet szczegół.
Do tych spraw zaliczały się głównie: wilkołacza kryjówka jej brata, śledztwa BUM, zlecenia Zakonu Feniksa oraz fanty na inicjatywy rodzinne. Brenna aż za dobrze wiedziała, że Longbottomowie, a ona w szczególności, niektórych czystokrwistych po prostu denerwują. Na pewno kilka osób chętnie widziałoby nagłówki w rodzaju „na charytatywnej aukcji Longbottomów sprzedano przeklęty przedmiot!”
Dlatego każdy podarek, który wydał się jej podejrzany albo został wręczony przez rodzinę, z którą nie mieli bardzo dobrych stosunków, był poddawany przez Brennę starannej inspekcji. Najpierw przez nią samą, potem w archiwach BUM, a wreszcie tam, gdzie nie miała całkowitej pewności, że wszystko jest w porządku, korzystała z pomocy specjalisty. Na przykład łamacza klątw.
Do Flinta napisała list już wcześniej, z prośbą o prywatną konsultację w zamian za kilka czy kilkanaście galeonów. Na jego progu pojawiła się o umówionej porze, rankiem, kiedy jeszcze zostały jej dwie godziny do zaczęcia swojej zmiany. (W duchu modliła się, by zdążyła się wyrobić.) Obładowana przedmiotami, które zresztą dostarczyć tutaj pomógł jej znajomy, bo sama nie teleportowałaby się z nimi wszystkimi. Jeszcze nie była pewna, jak z tym wszystkim wróci, ale miała kilka pomysł – ostatecznie zawsze mogła „skakać” na dwie tury.
- Castiel, bądź tak miły i mnie wpuść! – zawołała, nie pukając, a… lekko kopiąc w drzwi. Nie, nie dlatego, że była aż tak zupełnie pozbawiona dobrych manier. W rękach po prostu trzymała kilka paczek, układających się w niebezpiecznie chwiejącą się piramidkę (zabezpieczyła je jednak zaklęciami, by nic się nie zniszczyło…). Zza tych wszystkich pudeł, wypełnionych przedmiotami do inspekcji, praktycznie nie było widać samej Brenny i to mimo tego, że jak większość Longbottomów, była dość wysoka. Kiedy więc Flint otworzył drzwi, jego oczom ukazały się głównie liczne pudła różnych rozmiarów i różnych kolorów, obejmowane czule, ale z coraz większym trudem przez ręce Brenny.
Do tych spraw zaliczały się głównie: wilkołacza kryjówka jej brata, śledztwa BUM, zlecenia Zakonu Feniksa oraz fanty na inicjatywy rodzinne. Brenna aż za dobrze wiedziała, że Longbottomowie, a ona w szczególności, niektórych czystokrwistych po prostu denerwują. Na pewno kilka osób chętnie widziałoby nagłówki w rodzaju „na charytatywnej aukcji Longbottomów sprzedano przeklęty przedmiot!”
Dlatego każdy podarek, który wydał się jej podejrzany albo został wręczony przez rodzinę, z którą nie mieli bardzo dobrych stosunków, był poddawany przez Brennę starannej inspekcji. Najpierw przez nią samą, potem w archiwach BUM, a wreszcie tam, gdzie nie miała całkowitej pewności, że wszystko jest w porządku, korzystała z pomocy specjalisty. Na przykład łamacza klątw.
Do Flinta napisała list już wcześniej, z prośbą o prywatną konsultację w zamian za kilka czy kilkanaście galeonów. Na jego progu pojawiła się o umówionej porze, rankiem, kiedy jeszcze zostały jej dwie godziny do zaczęcia swojej zmiany. (W duchu modliła się, by zdążyła się wyrobić.) Obładowana przedmiotami, które zresztą dostarczyć tutaj pomógł jej znajomy, bo sama nie teleportowałaby się z nimi wszystkimi. Jeszcze nie była pewna, jak z tym wszystkim wróci, ale miała kilka pomysł – ostatecznie zawsze mogła „skakać” na dwie tury.
- Castiel, bądź tak miły i mnie wpuść! – zawołała, nie pukając, a… lekko kopiąc w drzwi. Nie, nie dlatego, że była aż tak zupełnie pozbawiona dobrych manier. W rękach po prostu trzymała kilka paczek, układających się w niebezpiecznie chwiejącą się piramidkę (zabezpieczyła je jednak zaklęciami, by nic się nie zniszczyło…). Zza tych wszystkich pudeł, wypełnionych przedmiotami do inspekcji, praktycznie nie było widać samej Brenny i to mimo tego, że jak większość Longbottomów, była dość wysoka. Kiedy więc Flint otworzył drzwi, jego oczom ukazały się głównie liczne pudła różnych rozmiarów i różnych kolorów, obejmowane czule, ale z coraz większym trudem przez ręce Brenny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.