Czas wydawał się lecieć wspak.
Upadł do wody i dotknął plecami dna statku. Obrzydliwa woda, brudna, śmierdząca. Cały świat rozmył się w tym syfie, który przeniknął go na wskroś dreszczem. Było coś wyzwalającego w ciszy, jaka nastała w jego uszach. W jego głowie. Przepraszam... Sól musiała być magicznym tworem - zawierała się w wodach, które pochłaniały ten świat i zawierała się w ludzkich łzach, które oczyszczały duszę i oddawały się smutkom duszy. Laurent nie był pewien, czy łzy płynęły po jego policzkach, gdy w końcu upadł. Z tego bólu, metalicznego wrzasku i żalu, który kolebał jego sercem pragnieniem, żeby połączyć się z morzem, żeby do niego wrócić, skoro tak długo był w niewoli... one były w niewoli. Koniec końców nie miało znaczenia to, czego pragniesz albo czego chcesz. Lądujesz zamknięty w ciele, które chcieli podziwiać i pragnęli trzymać na własność niezwykłą moc. Czym perły zawiniły? Czym były, albo kim były? Nie zasłużyły przecież na taki los, nie zasłużyły również na to, żeby skończyć tak marnie, roztrzaskane w drobny pył, ginąc na tym obskurnym statku. Opadanie w wodę selkie było zadziwiająco powolne, może jednak czas dla niego zwolnił? Wieczność rozciągnęła się nad nim półmrokiem, albo to ta woda przytłumiła wszystkie blaski. Była w końcu taka brudna... Mógłby mimo to tutaj leżeć. W końcu, mimo ściśniętego z żalu i tęsknoty serca, na poziomie którego zaciskał pięść bojąc się, że ten żal całkowicie to serce zadusi i przestanie bić, coś się chyba jednak udało. Kogoś ochronić.
Jeszcze przed chwilą stał na nogach. Tarcza, którą stworzył Stanley, była niewystarczająca - uderzenie magii rozbiło ją, albo po prostu nie miała szansy uchronić przed mizernie trzymającymi już Laurenta nogami. Nawet gdyby to uderzenie się nie pojawiło, chyba to wrażenie, które nim wstrząsnęło i tak ugięłoby pod nim kolana. A może by się złapał? A może Stanley by go złapał?
I dlaczego to wszystko? Przez jedne perły. Nie, przez cały naszyjnik z pereł.
Mój Królu. Jak bardzo chytrzy i jak bardzo chciwi potrafili być ludzie? Jak wiele potrafili zaprzepaścić tylko po to, żeby zyskać władzę, wpływy? Moc? Wizje pokazane przez perły przesuwały się przed nim jak klisze, jakby brał w tym wszystkim udział. Odłączył się i wyłączył od realnego świata, przeżywając tragedię ludzkiego upadku, fałszywych emocji, które pchały do pożądania przelewającego krew. Jasne oczy zaszły mgłą. Chwila, w której perły się rozsypały, była chwilą upadku Laurenta, całkowicie bezwładnego, prosto w te morskie tonie, które tak bardzo kochał.
W końcu jednak każdy czas wracał na swoje miejsce.
Jesteście wolne..? Myśli prześlizgiwały się jak ołów przelewany ze szklanki do szklanki. Gęste, pozbawione spójności, okolone tym bezwładem emocjonalnym, cielesnym i mentalnym. W jednej dłoni nadal zaciskał palce na różdżce tak mocno, że sam już nawet nie czuł tej dłoni. Ale on już niewiele czuł ze swojego ciała. Zupełnie jakby to on rozpadł się na te dziesiątki kawałków i odbił z brzdękiem od ścian. Dopiero dotyk na nodze przywołał go do tu i teraz.
Spojrzał w dół, na swoją nogę. W tym paskudztwie pływającym w wodzie, w ciemnej zieleni i brązie wody, która dawno zapomniała, czym jest prawdziwy lazur oceanów, sylwetka była niewyraźna, ale mocny uścisk nieprzyjemny i wrogi. Ciągnący go - dokąd? Otworzył szerzej oczy i spróbował się szarpnąć, kopnąć nogą dłoń paskudztwa, w pół ruchu zdając już sobie sprawę z tego, jakie to było nic nie znaczące - szarpanina ze zmarłym. Żołądek wywrócił mu się do góry nogami, zrobił prawdziwego fikołka w bebechach. Oderwał dłoń od poziomu serca i sięgnął po skórę, którą każdy selkie zrzucał przyjmując ludzką postać, by się nią okryć. I zmienić w śnieżnobiałą fokę, by wymknąć się z uścisku paskudztwa i od niego odpłynąć. Najlepiej wynurzając się przy nogach Stanleya. Jeśli po drodze zobaczy jakąś perłę do złapie ją w białe zęby.
Nie rzucam na aktywność fizyczną, żeby wygrać z paskudnikiem, ponieważ mam zawadę Słabo zbudowany - automatycznie przegrywasz porównania aktywności fizycznej.
Rozglądam się za perłami
Sukces!
Akcja nieudana