Rozliczono - Alexander Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem
14 lutego 1972
Mieszkanie Loretty
Alexander Mulciber i Loretta Lestrange
Prawdopodobnie gdyby gwiazdy, którymi poprzetykana była czerń rozlanej kawy na niebie, były po jej stronie, spędzałaby ten wieczór na inny wzór – może kąpałaby się w rozjuszonych spojrzeniach na jednym z bankietów; może uśmiechałaby się urągliwie ku gościom lawirującym po parkiecie jej galerii; może robiłaby cokolwiek ponad smętne spędzanie chwil w zdezelowanym śladem artystycznym mieszkaniu. Nie to, że nie miała pierwiastków sobie przychylnych, znajomych bliższych i dalszych – wypadkowa jej bytowania sprowadziła ją na masywny, obity hebanową skórą fotel, którego miękkość wdzięcznie przyjęła jej mikrej wagi ciało, zatapiając w swoich ramionach. Tkwiła tak, przy tykających dłoniach zegara, który wbijał z wolna minuty, aby te przeistoczyły się w pewnej swojej autotelicznej wartości godziny. Rozmyślania sprowadzały ją na manowce; mimowolnie utkała na kanwie wspomnień niciane mitenki matki, jej miękki uśmiech, delikatne dłonie i hardy charakter, który Loretta niewybrednie odziedziczyła.
Nawykła do przyjemnych uśmiechów, dygania z gracją i lawirowania między lepkim wzrokiem wszystkich, którzy wbijali w nią szpile spojrzenia. Była pełna fałszu, jednocześnie będąc absurdalnie, rozbrajająco szczera; wygięcie wszak warg pokrytych karminem w miłymi uśmiechu nie było okrutną maską, przywdziewaną aby dobrze się kojarzyć i pielęgnować własną sławę. I choć jej rozgłos stanowił niechybnie ważną wartość w jej życiu, usposobienie niewinnej trzpiotki obejmowało ją całunem, nie urągając przyjaznej naturze.
Bo przecież była demonem, sukubem zrodzonym z nienawiści, okrucieństwa i niejakiej brutalności. Te cechy jednak chowała na samym dnie duszy, pozwalając im wybrzmieć jedynie, gdy ciało umykały w podniebne marzenia, niczym te bezsenne mary.
Wieczór wybijał swoje godziny nieubłaganie, a tykanie zegara coraz silniej ją mierziło – zastukała palcami o napoczętą butelkę wina, goszczącą się w drugiej dłoni. Nie była alkoholiczką; po prostu lubiła nuty błogiego upojenia procentowego, które wartko płynęło w żyłach, szumiało w głowie, a w umyśle czyniło niespokojnie. Może gdyby spodziewała się gości, przywdziałaby cokolwiek ponad o wiele za dużą, biała koszulę – nierówno zapiętą w dodatku, swym masywem wiszącą na jej kruchej posturze, ukazując wszystko, co zakryte być powinno – dekolt z wydatnymi obojczykami i miękkie uda.
Pukanie rozległo się, a wraz z nim poderwała się z fotela z niejakim oporem. Nie spodziewała się absolutnie nikogo; zakładając, iż to brat zechciał złożyć jej wizytę, nawet nie poprawiła makijażu i nie ubrała się w cokolwiek bardziej pruderyjnego.
Chwyciwszy za klamkę, zauważyła jego.
– Czy tobie życie jest miłe? – spytała, zaciskając palce mocniej na szyjce butelki wypełnionej rdzawą cieczą – żadnego dzień dobry, żadnego spierdalaj.
Stała tak przez moment w progu, aby po chwili naciągnąć koszulę nieco niżej – tak, aby nie odsłaniała całości bladych ud i skrzyżowawszy ręce na piersi, odsunęła się, wpuszczając Mulcibera do środka.
Zaprowadziwszy go do pokoju, który chlubnie na wyrost można było nazwać salonem, wcisnęła mu w dłoń butelkę, zachęcając do pociągnięcia sowitego łyku.
Poczuła mile rozlewający się w gardle, cierpki smak wytrawnego wina, który definitywnie czynił w głowie niepokornie i niespokojnie. Obrzuciła go wzrokiem oceniającym, spojrzenie zatrzymując na obliczu – musiała co prawda solidnie zadrzeć głowę, aby ulokować się w jego tęczówkach, nie czuła się jednak niższa – ponad wszelką wątpliwość nadrabiała wydatną, gargantuiczną osobowością.