Nie miał zielonego, chociaż w jego przypadku szarego pojęcia, dlaczego im aż tak bardzo na tym zależało. To było tylko jedzenie, którego nie chciał jeść. Jaką im to robiło różnicę? Co ich w ogóle obchodziło to, czy dzisiaj cokolwiek jadł, czy nie - ludzie żyjący od dziecka w zdrowych relacjach pewnie by go za zastanawianie się nad tym lekko wyśmiali, ale o niego się przecież przez lata nikt nie troszczył w taki sposób. Uczucie uciskające go teraz w żołądku było mu więc kompletnie obce.
- Zjem to tylko po to, żebyście się zamknęli - odburknął, jak jakiś dzieciak zmuszony do założenia zimowej kurtki i czapki, bo padał śnieg, ale on nie chciał mieć ulizanych włosów. Nie obchodziły go rzeczy tak przyziemne - sam wolałby po prostu, żeby ta ręka Alexandra już tam została, chciał się na nim położyć jak zawsze. Z trudem zaakceptował, że nie mógł teraz dostać tego czego, po co tu przyszedł i zaczął po prostu jeść tę zupę w ciszy, ale nie cieszył się nią jak Alexander. - Jak nie karty, to Boggle - zażyczył sobie, spoglądając na nich z zaciekawieniem, czy chcieli w ogóle podjąć się z nim tej konkurencji. Flynn zarówno w Boggle jak i w Scrabblach był absolutnym mistrzem, nie tylko dlatego, że Bletchley uczył go trudnych słów, ale też dlatego, że on je bardzo często wymyślał i zawzięcie kłócił się na temat ich istnienia. - Chyba że nie chce ci się dzisiaj ćwiczyć czytania liter. - Bo chociaż szczerze wierzył w naukę przez zabawę, to było już po prostu późno, a wszystkie gry karciane i słowne, jakie znał, wymagały... no, umiejętności czytania. - To wtedy głosuję na nigdy przenigdy, bo można w to grać na leżąco.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.