Przymknęła oczy, pod którymi przegalopował cały kalejdoskop gwiazd, rozbłyskając śnieżnymi iskrami, które jedynie tą porą objawiały się światu, gdzieś na kanwie nieboskłonu. Uśmiech tańczył na wargach miękko – tak, jakby to jej ustom był poprzysiężony na wiecznie nieoddanie; kąciki oczu łagodnie rozpromieniły się zmarszczkami niemego zacięcia, w którym utopiła cały smutek i wszeteczność przemijającego czasu – wszystko przemijało, jak w miałkim kalejdoskopie bytowania, obiecując jednocześnie wieczność jak i nicość. Może gdyby była odrobinę mniej egzaltowana; odrobinę mniej kowalna w obróbce i miękka na zewnątrz; może wówczas ten delikatny uśmiech tańczyłby częściej na jej ustach – tymczasem pojawiał się wybiórczo, najczęściej jednak posyłała go ku niemu, jako niemą obietnicę wszystkiego, przez co przeszli życiem.
Młodość otwierała przed nimi przesiekę, gładki pas startowy, który pozwalał na rozpoczęcie na nowo. I choć ranili się nawzajem na nieomal każdej płaszczyźnie istnienia – kochała go niepoprawnie i buńczucznie, w rytm fatalizmu, który wiódł jej skąpanym w karmazynie życiorysem. Bo przecież różnili się drastycznie – ona, łabędź skąpany w bieli dygnięć i fałszywych uśmiechów; on, butny i arogancki w całej swojej krasie. Nigdy nie potrafiła mu odmówić w sposób bezpardonowy; zawsze szukała znajomych wymówek i wciąż uciekała w ramiona innych – teraz jednak, przed obliczem zaprzysiężenia się bóstwom jako jego żona – wiedziała, z jaką nieodwołalnością się to wiązało; wiedziała, że teraz w pełni brzmienia tego słowa będzie jego.
A jednak się go bała. Bardziej, niż jego agresji, bała się jego obojętności. Przecież emocje zawarte w nerwach były autentyczne i faktyczne – jego blady duch, gdy wypowiadał siarczyste słowa z wrodzoną nieomal stoickością straszyły ją; bo najbardziej lękała się przecież tego, że nie będzie czuł do niej nic – prędzej pogodziłaby się z nienawiścią bulgoczącą pod jego skórą, aniżeli niczym, które jej oferował, gdy chciał pokazać, iż jest ponad nią.
Głównie wtedy płakała rzęsiście, a eskalowała w niej agresja z mocną wschodzącego słońca – nieodwołalnie i wiecznie – nie potrafiła pogodzić się z tym, jakoby była dla niego niczym. Wolałaby być jego najgorętszym wrogiem, aniżeli ostoją obojętności.
– Boję się, że będę dla ciebie niczym. Że pewnego dnia obudzisz się i przestaniesz do mnie czuć cokolwiek. Że nagle, z dnia na dzień stwierdzisz, że byłam dla ciebie niczym. Nie przeżyję tego, Alex – rzekła, przymykając oczy, czując wzbierające mokre łzy, którym nie chciała dać upustu. Otwierając oczy na powrót, uciekła brązem tęczówek w bok, nie potrafiąc umiejscowić ich w obliczu Mulcibera.
Dopiero znajdując się w sypialni, z dala od niego, oparła czoło o drzwi szafy, biorąc kilka głębokich oddechów. Mikrokosmos pamięci rozbłysnął jej przed oczami momentalnie, przywołując wszystkie, nawet te najbardziej gorejące w niej wspomnienia. Nie wiedziała, czy robi dobrze; nie wiedziała, czy posiadając ją, nie zacznie mu się nudzić; nie wiedziała tak wielu rzeczy, ile gwiazd było na nieboskłonie tą niepokorną, zimną, nocną porą. Przełknęła ślinę ciężko; zaciskając dłonie na materiale koronkowej sukienki, łkając tak cicho, jak tylko mogła, aby Alexander jej nie usłyszał. Otarła łzy mankietem koszuli prędko, biorąc głębokie wdechy, a gdy stanęła przed nim w lekkiej sukience ślubnej, nie było już śladu po deszczach majowych, które przed chwilą barwiły szklistą ścieżką jej policzki.
– Musisz mi coś obiecać – rzekła, lekko drżącym głosem, którego niebagatelnie silnie usiłowała uspokoić. – Nie zostawisz mnie. Nie znudzę ci się. Nie stracisz zainteresowania mną. Nie… – rzekła, a jej głos ponownie tego wieczoru się załamał. – Nie będę ci obojętna – rzuciła puentą, ujarzmiając przed nim myśli kołatające się po głowie.
I stała tak przed nim, podejrzanie krucha i mała, bez tej buńczucznej, wybijającej się ponad mikrość wzrostu osobowości – gotowa, aby ją złamał. Podeszła do niego niepewnie, układając dłonie na jego policzkach – tak, jakby to wszystko miało być na wieczność.
– Obiecaj mi – powtórzyła odrobinę mocniej, sunąc kciukami wzdłuż jego kości jarzmowych; tak, jakby nic więcej nie istniało; tak, jakby wszystko zawierało się w tym miękkim dotyku.
Już po chwili chwyciła go za dłoń, obracając się wokoło parę razy, wzbijając wokół koronkowy materiał sukienki; ten zatańczył wzburzony w ruch, a gdy zatrzymała się, tracąc odrobinę równowagę – pod wpływem obrotów, jak i alkoholu – uwiesiła się dłońmi na jego szyi, po raz ostatni znacząc rzeczowym pocałunkiem jego usta – po raz ostatni, będąc jego narzeczoną, a nie żoną. Oderwawszy się od niego, przymrużyła delikatnie oczy, wpatrując się w niego tak, jakby chciała go zapamiętać już na zawsze.
Chwyciła jego płaszcz, zarzucając sobie na ramiona – tonęła w nim co prawda, jednak prędko spowiła ją miła woń jego wody kolońskiej i ten charakterystyczny zapach, który był dla każdego inny. Pachniała Alexem – tym milej umościła się w jego odzieniu.
Skinęła głową na jego słowa, biorąc pierwszy głęboki wdech, któremu towarzyszyły ukryte wcześniej pod całunem chwili obawy. Ułożyła dotyk na jego dłoni, gdy sunął nią po policzku, zmuszając do utknięcia spojrzeniem w jego nieprzejednanych oczach. Zadrżała delikatnie, a dreszcz przebiegł na palcach prędko po jej linii kręgosłupa, wyduszając ostatnie niezdecydowane westchnięcie spomiędzy różanych warg.
I dopiero kiedy przy niej przykląkł, ujmując jej dłonie, poczuła, iż to wszystko jest realne, tak dotkliwie rzeczywiste i prawdziwe. Przez umysł przekoziołkowało nieme pytanie, które zadawała sobie po raz wtóry: czy to tego chcę?; prędko jednak dochodziła do wniosku, że to jego potrzebowała całe życie; że choć był jątrzącą się raną w jej umyśle, pragnęła go absurdalnie silnie, jak absolutnie nikogo innego. Przysięga nie była obietnicą, była pieczęcią, która miała czuwać nad tym, co obiecali sobie już wcześniej, gdy noce i dnie nie miały znaczenia; gdy czas nie istniał.
Stała skołowana jeszcze przez moment, gdy się teleportował, a ona została w dojmującej, niemającej sobie równych ciszy. Przełknąwszy ślinę ciężko, zacisnąwszy dłonie w pięści, chcąc rozładować ten cały gargantuiczny lęk, który urósł w niej do rangi i absolutu.
To po to, by oddychać
Mam ptaka w brzuchu
Przeniosłam go
Aż do ciebie, by go uratować
Kiedy spada na twoje rzęsy
Welon płatka śniegu
To zimno, które ubiera
Dachy domów
Kiedy niebo ci ofiarowuje dary
Niemniej, minęło parę chwil, a już była na wzgórzu, z którego widok rzutował na wrzosowiska, pośród których lokowało się niewielkie obozowisko, składające się z paru przyczep rozświetlonych magicznymi lampionami, które nigdy nie gasły. Opadła w jego ramiona, zaciskając dłonie na jego barkach, a chłód mrozu zaszczypał ją uporczywie nos. Wyswobodziwszy się z jego uścisku, złapała go za dłoń.
– To się dzieje, Alexandrze. Tej nocy zostaniemy małżeństwem. O rany – rzuciła staccato, wrzucając na usta wypłowiały uśmiech. Była odrobinę bledsza niż na ogół – a jej skóra patrycjuszki była wybitnie nieskalanie biała – prawdopodobnie u źródła mając stres, który wartko płynął w żyłach.