wczesny ranek
Felix prawie nigdy nie opuszczał cyrku - zwykle nie musiał tego robić, lecz czasem bywały takie dni jak ten, gdy wszystkie składniki, potrzebne do tworzenia oprawy dźwiękowej Bellów się po prostu kończyły. W innych miastach, w innych przypadkach nie było problemu z tym, żeby wysłać po nie kogoś bardziej... ogarniętego. Kogoś, kto nie da się naciągnąć i kogoś, kto nie jest oficjalnie uznanym za zmarłego. Kogoś, kogo spotkanie z demonami przeszłości nie będzie niosło ze sobą nieprzyjemnych skutków. Ale dzisiaj musiał ruszyć dupę sam. Po pierwsze dlatego, że nie zrobił listy, bo nie do końca pamiętał, co ma a co nie. A po drugie: potrzebował jednego rzadkiego komponentu, więc będzie musiał się nachodzić. Nie wkopałby w to swojego rodzeństwa, zwłaszcza że braki w zaopatrzeniu były tylko i wyłącznie jego winą. Nie powiedział więc dokąd idzie, wyszedł nad ranem i planował wrócić po południu, z potrzebnymi rzeczami. Nikt się nie dowie i nikt go nie zobaczy.
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie narzucić kaptura na głowę, ale uznał, że wtedy bardziej rzucałby się w oczy. Poza tym skradanie się ulicami magicznego Londynu w kapturze było głupie i żałosne, a on nie był głupi i żałosny. Postawił wiec na prostotę, narzucając na siebie bluzę i ubierając znoszone, nieco za duże dżinsy. Na nogach miał trampki, a na ramieniu wysłużony plecak. Wyglądał normalnie, chociaż gdy tylko przekroczył granicę magicznego świata to już wiedział, że lepiej byłoby po prostu ubrać piżamę. Mugolskie ubranie zwracało uwagę, chociaż nie aż tak, jak paradowanie z zakrytym ryjem. No już, Felix, twarz masz podobną do nikogo, jest rano, dasz radę - powtarzał to sobie, wciskając dłonie w kieszenie spodni. Musiał dostać się na... Chyba Pokątną. Londyn i te uliczki przywoływały miłe wspomnienia, ale również obawy. Czy ktoś go rozpozna? Czy on rozpozna kogoś? Minęło już tyle lat, że pewnie nikt z roku o nim nie pamięta. Zmienił się - wydoroślał, chociaż nadal miał te same, dziecięce oczy, patrzące z ufnością na świat wokół. Nadal widać w nich było naiwność, nadal błyszczały, zwiastując chęć wpakowania się w kłopoty. Rysy twarzy jednak zmężniały, szczęka się zarysowała, jego sylwetka wyglądała zupełnie inaczej niż te kilka lat temu. Będzie dobrze.
Felix przeczesał palcami nieuczesane, sterczące na wszystkie strony włosy i skręcił w bok tylko po to, by zderzyć się z kimś, idącym z naprzeciwka. Uderzenie było bolesne, stuknęli się czołami, a z ust Bella wydobył się cichy stęk.
- Patrz przed siebie! - burknął, masując czoło. Cudem nie wylądował tyłkiem na ziemi. - Nie obudziłeś się jeszcze, czy co?
Dopiero teraz podniósł wzrok na mężczyznę, na którego wpadł. Ach, oczywiście że on sam mógłby uważać, ale zwalenie winy na nieznajomego było w zasadzie lepszą opcją. Chociaż... Czy na pewno nieznajomego? Felix zbladł. To nie był nieznajomy. Kurwa, dwie minuty w Londynie i już wpadł na kogoś, z kim chodził na zajęcia. Chyba nawet na zielarstwo. Wspomnienia uderzyły młodego Bella z taką mocą, że Felix się zachwiał, na chwilę tracąc dech.