04.01.2024, 00:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 09:10 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
—28/06/1972—
Klinika Świętego Munga,
Cameron Lupin & Florence Bulstrode
To była kolejna czerwcowa noc, jaką Cameron spędzał na dyżurze. Lato miało to do siebie, że udało mu się tak ustawić grafik, aby mieć wolne w godzinach porannych. Dzięki temu łatwiej mu było zsynchronizować zegarki z Heather, która w każdej chwili mogła zostać wezwana na patrol. A biorąc pod uwagę, jak zbliżyły ich do siebie ostatnie tygodnie, niewidywanie się przez nawet dwa czy trzy dni z rzędu wręcz nie wchodziło w grę.
Wbrew pozorom w nocy w Świętym Mungu działo się równie dużo, co za dnia. Gdyby magiczne kliniki mogły reklamować się jednym sloganem w dziale z ogłoszeniami w ''Proroku Codziennym'', to na pewno byłoby nim określenie ''dynamiczne środowisko pracy''. Tutaj każdy dzień to przygoda. Nigdy nie wiadomo co przyniesie poranek, popołudnie lub wieczór, więc wręcz nie ma czasu na nudę! Ba, pracownicy powinni się wręcz cieszyć. W porównaniu z taką panią Helenką z kafaterii, która codziennie serwuje te same dania całej armii medyków, dla lekarza każdy dyżur był inny.
Czasem przyczyną tego stanu rzeczy byli pacjenci. Na pogotowie zawsze mógł trafić człowiek z jakimś ciekawym przypadkiem. A wtedy stażyści służący pod florence Bulstrode mogli rozszerzyć swoją wiedzę. Bo tak, bywały takie dni, gdy Cameron rozpatrzał swoją karierę w kategoriach służby niż studiów pod okiem specjalisty. Przynieś to Lupin, pozamiataj tamto Lupin, popraw błędy na flaszkach z eliksirami Lupin, powtarzał w myślach, przedrzeźniając swoją profesorkę.
— Reszta grupy musi mi cholernie zazdrościć — sarknął, pociągając w dół za bluzę od uniformu; złość wymierzona w strój, choć wolałby, aby jej celem było coś innego. Westchnął przeciągle i zanurzył mopa w wiadrze, odsączając z niego wodę. Że też akurat jemu przypadło dziś w udziale mycie podłogi na oddziale. Praca uszlachetnia, dobre sobie.
Mógł przeklinać Bulstrode, nie rozumieć jej stylu rozporządzania studentami, ale koniec końców zawsze robił, to co mu kazała. Nie chciał mieć w niej wroga, a poza tym, ilekroć posyłała mu jedno z tych spojrzeń, to momentalnie robiło mu się słabo, a jego twarz przechodziła z bladości do intensywnego zarumienienie. I to bynajmniej nie z tego powodu, że jego osoba była jakoś wyjątkowo doceniana, a z przestrachu.
Jak na zawołanie, na schodach rozległ się charakterystyczny odgłos obcasów. Cameron od razu podniósł głowę, opierając się na mopie. O wilku mowa, pomyślał, spoglądając z zaciekawieniem ku kobiecie. Miał wrażenie, że idzie dosyć szybko... Może chciała go zwolnić z tych robót i zabrać do jakiegoś pacjenta? Nie miałby nawet nic przeciwko temu, aby wysłała go do pracowni, aby uwarzył parę eliksirów. Wszystko było lepsze od robienia za sprzątacza.
— Pani profesor? — zaczepił ją, gdy go mijała. Ich spojrzenie skrzyżowały się, a Lupin mimowolnie dygnął, uciekając spojrzeniem w bok. Jego wzrok zawisł tuż nad uchem nauczycielki. — Wszystko w porządku, chyba się pani spieszy? — Uniósł minimalnie kąciki ust. — Może... Mogę jakoś pomóc?
Niby siedział tu od miesięcy, a dalej nie wiedział, że sytuacja ze złej zawsze mogła przerodzić się w gorszą... Może jego instynkt samozachowawczy jednak nie był tak dobry, jak mu się wydawało?
Wbrew pozorom w nocy w Świętym Mungu działo się równie dużo, co za dnia. Gdyby magiczne kliniki mogły reklamować się jednym sloganem w dziale z ogłoszeniami w ''Proroku Codziennym'', to na pewno byłoby nim określenie ''dynamiczne środowisko pracy''. Tutaj każdy dzień to przygoda. Nigdy nie wiadomo co przyniesie poranek, popołudnie lub wieczór, więc wręcz nie ma czasu na nudę! Ba, pracownicy powinni się wręcz cieszyć. W porównaniu z taką panią Helenką z kafaterii, która codziennie serwuje te same dania całej armii medyków, dla lekarza każdy dyżur był inny.
Czasem przyczyną tego stanu rzeczy byli pacjenci. Na pogotowie zawsze mógł trafić człowiek z jakimś ciekawym przypadkiem. A wtedy stażyści służący pod florence Bulstrode mogli rozszerzyć swoją wiedzę. Bo tak, bywały takie dni, gdy Cameron rozpatrzał swoją karierę w kategoriach służby niż studiów pod okiem specjalisty. Przynieś to Lupin, pozamiataj tamto Lupin, popraw błędy na flaszkach z eliksirami Lupin, powtarzał w myślach, przedrzeźniając swoją profesorkę.
— Reszta grupy musi mi cholernie zazdrościć — sarknął, pociągając w dół za bluzę od uniformu; złość wymierzona w strój, choć wolałby, aby jej celem było coś innego. Westchnął przeciągle i zanurzył mopa w wiadrze, odsączając z niego wodę. Że też akurat jemu przypadło dziś w udziale mycie podłogi na oddziale. Praca uszlachetnia, dobre sobie.
Mógł przeklinać Bulstrode, nie rozumieć jej stylu rozporządzania studentami, ale koniec końców zawsze robił, to co mu kazała. Nie chciał mieć w niej wroga, a poza tym, ilekroć posyłała mu jedno z tych spojrzeń, to momentalnie robiło mu się słabo, a jego twarz przechodziła z bladości do intensywnego zarumienienie. I to bynajmniej nie z tego powodu, że jego osoba była jakoś wyjątkowo doceniana, a z przestrachu.
Jak na zawołanie, na schodach rozległ się charakterystyczny odgłos obcasów. Cameron od razu podniósł głowę, opierając się na mopie. O wilku mowa, pomyślał, spoglądając z zaciekawieniem ku kobiecie. Miał wrażenie, że idzie dosyć szybko... Może chciała go zwolnić z tych robót i zabrać do jakiegoś pacjenta? Nie miałby nawet nic przeciwko temu, aby wysłała go do pracowni, aby uwarzył parę eliksirów. Wszystko było lepsze od robienia za sprzątacza.
— Pani profesor? — zaczepił ją, gdy go mijała. Ich spojrzenie skrzyżowały się, a Lupin mimowolnie dygnął, uciekając spojrzeniem w bok. Jego wzrok zawisł tuż nad uchem nauczycielki. — Wszystko w porządku, chyba się pani spieszy? — Uniósł minimalnie kąciki ust. — Może... Mogę jakoś pomóc?
Niby siedział tu od miesięcy, a dalej nie wiedział, że sytuacja ze złej zawsze mogła przerodzić się w gorszą... Może jego instynkt samozachowawczy jednak nie był tak dobry, jak mu się wydawało?