• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 11 Dalej »
[24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent

[24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
04.01.2024, 13:46  ✶  

Bardzo chciałbyś, żeby ulżono twojemu bólowi. Nikt nie chciał cierpieć. Przecież łagodność, którą niosłeś, przecież ta wola, żeby iść, słuchać, czerpać wrodzoną empatią i przenosić rys na kartki (bo lepiej na nie, niż na własne ciało) zasługiwała na to, żeby ciężar spadł. Żeby te plecy przestawały się wyginać w stronę, w którą nie powinny. Żebyś mógł przymknąć powieki bez tracenia wody spod nich. Uwierz mi - nie pasuje do tego szlachetnego obsydianu sól z wodą. Lecz ta, którą dłonie wyciągnęły z boskiego błogosławieństwa w kamiennej misie kościoła - ta by się może nadała..? Mało było sił w dłoniach anioła, który chciał wyciągnąć ręce do twojego chorego ciała. Wyrysowałeś linię - chcesz i nie chcesz - jak to ująłeś? Chcę i nie chcę. Ani z tobą, ani bez ciebie. Tak było zdrowo. Dla kogo? Ludzkie wilcze doły zastawione na emocje nie sprawdzały się w codzienności, którą zwiesz jakże nieszczęśliwie - pracą. Lecz choć niewiele było siły to może udałoby się podzielić te dramaty zapakowane w paczki i kamienie przywiązane do stóp? Nie było Syzyfa między wami, dlaczego więc to była taka syzyfowa praca? Nie byliście Atlasem - czemu więc mięśnie dźwigały tak wiele? Nie otarłby tych łez - scałowałby je jak kapłan czoło w błogosławieństwie. Usiadł razem z tobą i przekonał - to nic złego. Odpocznij. Teraz to wszystko wydaje ci się zbyt ciężkie, ale uwierz mi - posiedzimy tu chwilę, a ja ci pokażę ci, jak z tych popiołów i martwicy gnijącej od spodu rodzi się nowe życie. Rozmasuję twoje ramiona i nogi, żebyś przekonał się, jak zimno wymienia się na ciepło. Dojrzysz, jak to niebo nad twoją głową, choć zachmurzone, przynosi dla ciebie to, co ludzie pośród bagien szukali. Spójrz. Deszcz też tworzył coś pięknego, bo gdy spotkał się z choć jednym promieniem słońca - powstawała tęcza. To mógł być i deszcz twoich gorzkich, cennych łez.

Chemia. Zachodzące w świecie procesy tłumaczone wpływaniem substancji na siebie wzajem, badanie zachodzących procesów, rozwikłanie tajemnic budowy i zasad. Działamy na siebie chemicznie - czy to coś złego? Na pewno. Dwie zniszczone istoty nie mogły pomóc sobie wzajem - taka prawda jawiła się w głowie Laurenta i przecięła tę rzeczywistość, w jakiej się spotkali, jasnym gromem. Stali naprzeciwko siebie pod chmurnym niebem. To była cicha burza. Nie słychać było jeszcze uderzeń. Były tylko błyski, a ten pierwszy rozjaśnił świat zostawiającym go klarownym. Brzydkim. Obnażenie brudów, blizn, niedoskonałości, których nie chciało oglądać społeczeństwo. Na tym polu jednak mieli oglądać każdy, najbardziej brzydki kształt, najbardziej wymięte i spaczone. Oblepione grzechem i smołą piekielną. Chemia - bo oddziaływali na siebie z natychmiastową precyzją. Reagowali na każde swoje słowo. Na każdy swój gest. Każdy przebłysk uśmiechu. Nie musisz pomagać sobie samemu wzbić się w powietrze. Zabiorę cię poza miasto, gdzie ginie zgiełk. Lasy, gwiazdy, zieleń traw i czerwone maki - to wszystko jest piękne. Nauczę cię tego. Nauczę cię, jak malować pejzaż. Fizyka. Oddziaływanie ciała na ciało, grawitacja. Twój upadek z nieba i zgięcie kolan. Zderzenie ciał niebieskich i... dotyk. Bardzo daleki dotyk. Dzielący ich stolik i lemoniada. Czy to był sok? Laurent już zapomniał wpatrzony w człowieka przed nim. Albo tylko wytwór jego wyobraźni. Czerwień przecież musiała wpleść się w nitki jego aury, kiedy myślał o tym, że jak ying i yang - spleceni stworzyli doskonałość.

- Hm... nie jestem pewny... - Stały się bardziej natrętne w ostatnim czasie. Wspinały się po jego kręgosłupie jak kot po drabinie, zostawiając po sobie zarysy ostrych pazurów. Dotknął nerwowo opuszkami palców paznokcia kciuka drugiej dłoni i zaczął po nim przesuwać. - Stały się bardziej natrętne w ostatnich miesiącach. Od Beltane wszystko zacząłem tracić nad tym kontrolę. -Tak, właściwie od czasu felernego święta bardzo wiele rzeczy zaczęło się sypać, jakby to był przycisk "start" dla jednej z Mojr. Pociągnięcie nitki przeznaczenia. Chyba nie mógł narzekać, jeśli pozwolono mu usiąść w fotelu kogoś tak wrażliwego? Bał się, że zobaczy przed sobą osądzające spojrzenie, twardość, że odbije się od ściany. Choć odrobinę się odbił. Racjonalizował to. Perseus ma rację, to jest wizyta lekarska. Chciał jednak powiedzieć, że w takim razie skończmy tę wizytę. Chciałbym cię poznać. Czy to będzie możliwe? - Presji. Szczególnie presji. Kiedy ktoś na mnie bardzo naciska, albo kiedy przychodzi uczucie, że... coś niedobrego mi grozi. - Że coś złego się stanie. Głównie psychicznie. - Nie pojawiło się to w sytuacji zagrożenia życia. Chyba adrenalina wtedy robiła swoje. Albo to determinacja, żeby bronić innych. Nie jestem pewien. - Uśmiechnął się ulotnie. - Czasami rozmywa mi się pole widzenia, przestaję dobrze widzieć. Mam delikatną wadę wzroku. Do czytania noszę okulary. - Może to było istotne, a może nie. Nie przeszkadzało mu to wcale w codziennym funkcjonowaniu, zresztą jakby się uparł to i by czytał bez nich. Ale po co, skoro oczy się bardziej męczyły. - Mocno uderza mi serce w klatce piersiowej. Boleśnie. Czasami jest to wrażenie, że wręcz pali... przestaję być zdolny do zbierania myśli. - Rozpływały się jakoś w tle. Formułowanie zdań stawało się czasem problematyczne. - Tak. Zaczyna się zazwyczaj przyśpieszonym oddechem i kołataniem serca. Przyjaciółka poradziła, żebym zjadł wtedy kawałek czekolady. Nie jestem zbytnim fanem słodkości, ale to rzeczywiście potrafi czasami mi pomóc się uspokoić. - Jeśli tylko nie pojawiał się dalej naciskający bodziec.

- Jest pan bardzo miły. - To chyba wykraczało poza "powinno tak być". Ale uśmiechnął się do niego ciepło, bo chciał mu wręczyć szalik z tych boskich wstęg, które czasem ściągał z nieba. Wplótłby w niego kilka swoich piór. - Przyszedłem tutaj świadom, że będę musiał mówić o tym, o czym mówić się boję i nie chcę mówić. Wydaje mi się jednak, że na takie coś nie da się być gotowym. Mimo to - dam z siebie wszystko. Może wtedy, po wszystkim, wezmę bukiet słoneczników do dłoni zamiast notesu i zadam panu to samo pytanie. - Zamknął oczy w tym ciepłym uśmiechu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#12
04.01.2024, 21:21  ✶  
Jakże rozkosznie byłoby wesprzeć się na cudzym ramieniu, przytulić policzek do czyjejś piersi i oddać się błogiej słabości odmierzanej rytmem drugiego serca; jakże wspaniale byłoby móc odnaleźć spokój w równomiernym kołataniu pomiędzy innymi żebrami, zamiast miotać się w chaotycznej kakofonii rozgrywającej się pod własną skórą - burzy, wściekłej i wyniszczającej. Jak tęsknił do tego, by na innych kolanach złożyć swą głowę, by przycisnąć swe ciało do drugiego ciała w miękkości polnych kwiatów i nie myśleć o tym, że baldachim gwiazd ponad ich głowami podobny jest do wieka trumny, całunu Nocy - nieodzownej towarzyszki Snu i Śmierci - okrywającej ich z czułością, jak najlepsza przyjaciółka. Jakże przyjemnie byłoby móc nauczyć się malować; pociągać raz za razem pędzlem, mozolnie, skrupulatnie, z pewną dozą namaszczenia, by móc oddać piękno, jakie widział w świecie. Bez jego zgnilizny. Bez popielatości.
Gdybym mógł mieć cię na obrazie - w akcie - ozdobionym prawdziwym złotem jak kolejne dzieło Klimta; gdybym skraść część swojego blasku tylko dla siebie, czerpać z niego przed snem i zaraz po przebudzeniu, to czy nadal czułbym się samotny?
Wystarczył tylko krok; dłoń napotykająca dłoń, ramiona nawzajem się oplatające. Wystarczył tylko krok, dyskretne postawienie stopy poza granicą, którą sam próbował nakreślić, by poczuć się wolnym, gdy ten chłopiec o seraficznym licu, istota podobna Jutrzence, wzniósł go ponad ziemię, obdarł ze wszystkich trosk, uczynił na powrót lekkim. Lecz jeśli ceną miałoby być późniejsze cierpienie tego Złotego Anioła, jego łzy wylane zamiast Perseusa, na cóż mu taki lot?
Drogi Brutusie, to nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.
Zatem ścieżką tą musiał podążać samotnie. Była stroma, pełna wyboistości życiowych trudów, nierzadko stawiała go na rozdrożu, zmuszając do podejmowania decyzji trudnych i coraz częściej czuł się zagubiony, a świadomość, że skręcił w złym kierunku siadała mu na ramionach i zaczepiała swoje ostre pazury w jego klatce piersiowej. Za późno jednak było na powrót, za późno na żal. Faber est quisque suae fortunae; każdy jest kowalem własnego losu. Ale też dum spiro, spero - póki oddycham, nie tracę nadziei. Jeśli bezustannie będzie skręcał w złym kierunku, w końcu zrobi kółko; wówczas ponownie stanie przed pierwszym rozstajem dróg i znów wybór będzie należał do niego - i tym razem wybierze właściwie.
Nie posiadł zdolności wdzierania się do cudzych umysłów, lecz Matka pobłogosławiła go darem widzenia ludzkich dusz; nienazwanej, nieukształtowanej w żadną konkretną myśl feerię barw, emocji pierwszych i czystych, pochodzących z wnętrza, nieprzefiltrowanych jeszcze przez sito rozsądku. Widział teraz czerwień pasji, szkarłatne nici przeplatającej się z niewinnością różu. Odruchowo spojrzał na swój mały palec u prawej dłoni, a później przeniósł spojrzenie na dłonie Laurenta, upewniając się, że nie są połączone akai ito przez żadnego kapryśnego boga; nie ujrzał jednak niczego i nie był już pewien, czy ta świadomość bardziej przyniosła mu ulgę, czy napełniła niepojętym smutkiem.
— Czyli jest to mechanizm obronny przed krzywdą psychiczną? — dopytał jeszcze, kreśląc notatkę na temat Laurenta, którą przecież mógłby zamknąć w słowach "zbyt dobry dla tego świata". Ale Perseus notował zawsze, analizował szczegóły, odświeżał je przed każdą kolejną wizytą. Był pewien, że nie zapomni młodego Prewetta - zdawał się za bardzo zaplątać w jego myśli - lecz nie tylko przyzwyczajenia okazały się silniejsze, a lęk przed uronieniem jego historii. Te kartki zapisane jego niezgrabnym, nieprzystającym arystokracie pismem, miały być swojego rodzaju trofeum, pamiątką tego, że tak jasna i piękna istota odwiedziła go tamtego dnia. Jego, właśnie jego, niegodnego łajdaka i oszusta. Bo przecież udawanie, że sobie radziło i układanie życia innym ludziom, podczas gdy samemu krążyło się bez celu, były jakąś formą oszustwa. Szarlatan, ot, czym jestem.— Czekolada to zdradliwy sojusznik — pokręcił głową — Zawarta w niej kofeina może sprawić, że atak będzie miał jeszcze gorszy przebieg. Podobnie działa alkohol i nikotyna, dlatego najbezpieczniej byłoby, jeśli unikałby pan wszystkich używek. A przynajmniej ograniczył je do minimum. Nie musi pan od razu żyć w ascezie. — życie jest wystarczająco trudne bez tego. — Przepiszę panu odpowiednie eliksiry. Nie ma pan żadnych problemów z ciśnieniem?
Bardziej surowiej się nie da? Lada moment, a zaczniesz recytować formułki, których uczyłeś się na magisterium, skarcił się w myślach.
— W tym gabinecie nikt nie będzie wywierał na panu presji. Nie oczekuję od pana natychmiastowych zmian; trzeba dać sobie czas — uśmiechnął się do niego jowialnie — Myślę, że słoneczniki mogłyby dodać temu gabinetowi nieco światła.
Ale błagam nie idź ich zrywać ich pełen nadziei w zimie. Nie ubieraj błękitnego fraku i żółtej kamizelki.


[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
04.01.2024, 23:36  ✶  

Zdradzę ci nie-sekret, który drążył całą ludzkość, że człowiek to egoista. Istota z natury stworzona na wyzysk, pasożytniczo pożerająca tę planetę, choć katalogowali nas jako ssaka. Dziwne. Laurent miał kiedyś piękny ogród. Pełen słoneczników, konwalii, frezji i żonkili. Rosły tu stokrotki i kończyny, szemrała woda i śpiewał cicho kos. Miejsce święte. Sacrum. Idylla przechadzała się tu z wiatrem, który głaskał satynowe płatki kwiatów i porywał je do tańca. Spodobałoby Ci się tutaj. Nie było nocy. Nie było czarnej krwi. Zostawialiśmy te pyszne myśli, twoje pakty podpisane z Diabłem, opary drogich cygar i brzmienie lodu w whiskey. To był kiedyś wielki ogród. Zapraszał do spacerowania po jego alejkach i odpoczywania na trawie pod kasztanowcami i dębami. Kwiaty rosły w swoich rządkach i chwiały się w ślicznych donicach wyrwanych z greckich akropolis. Tak, jak na obrazie, jak z obrazu! Tych ciągle przywoływanych, tych kochanych, tych wsadzanych w ramki na ścianach i przez nas przywoływanych - bo uwielbianych. Wiesz, co było potęgą tych obrazów?

Pozostawały niezmienne.

Mijał czas, zmieniały właścicieli, przenosiły się na inne ściany i ciągle były takie same. Jeśli tylko dobrze je przechowywałeś, dobrze zabezpieczyłeś, to nie traciły nawet ani krztyny koloru. Ale ten ogród nie był obrazem. Obiecane sacrum, nawiedzone przez człowieka, pochłonęło to, co najbardziej ludzkie. Stało się profanum. Ponieważ, widzisz, ludzkiej istocie nie wystarczył jeden podarowany słonecznik ani nawet ich bukiet. Nie zadowalali się sadzonką paprosi, która miała przynieść im szczęście ani paroma irisami o niebieskim kolorze. Widzieli te kwiaty - i chcieli ich więcej. Więcej, więcej, więcej. Zbiegali z alejek, wpadali między kwiaty, rwali je i deptali. Jeden. Drugi. Piętnasty. Zamierał uśmiech wraz z kolejnymi zniszczonymi kawałkami tego ogrodu. Bo każdy chciał coś dla siebie. Coś urwać, coś uszczknąć, a w końcu - chcieli jak najwięcej. Przecież to pozostawiało taką słodycz na języku móc powiedzieć mój, by na drugi dzień odepchnąć w drugą stronę. Zrobiłbyś to? Panie szarlatanie, Arlekinie z dzwoneczkami tańcującymi w rytmie kroków - zrobiłbyś? Och, ten selkie z rumieńcem na twarzy i uśmiechem wyciągałby swoje nogi i ramiona, pływając w złocie i rozmiłowanym uśmiechu. W dźwięk tego krótkiego słowa - mój. Bo to wcale nie było takie anielskie. Wcale nie było takie bezgrzeszne.

Pragnął tych spojrzeń, które niezmiennie kochałyby jego obraz.

Drogi Kasjuszu,
Do serca wezmę, co już powiedziałeś,
Co masz powiedzieć, wysłucham cierpliwie.

Bo człowieka to była, w istocie, nie gwiazd wina.

Perseusz spojrzał na swojego palca, a Laurent powędrował wzrokiem za nim. Co tam widział? Albo czego nie widział, a co spodziewał się znaleźć? Pierścionek zaręczynowy, czy ślubny, to przecież nie ten kierunek, nie to miejsce. A ślub dopiero miał nastać - z tą, która tu rządziła. Blondyn jednak zastanawiał się, czy to było zwykłe wybiegnięcie spojrzeniem? Bo o ślubie wiedział tyle, co nic. Toć i sam przeniósł wzrok na własną dłoń. W istocie - z pierścionkami. Lubił biżuterię, bo w swej małej, próżnej niedoskonałości - kochał złoto. Mógł jak smok spać na ich kopcach, tak bardzo nie chcąc się z nim rozstawać w nadmiarze. Złoto więc tam znalazł, w które chciałby go przybrać Perseusz, ale po czerwonej nici nie było nawet śladu. Amaterasu pozostawała ślepa, a Tsukuyomi zbyt zajęta swą wędrówką. Do jakiego boga mogliby się zwrócić, szukając sensu swego życiorysu? Powodu wspólnego połączenia?

- Chyba... tak. Najwyraźniej. - Nie pomyślał tak dokładnie o ubranie tego w tak... dosadne słowa. Dosadność go często przytłaczała i sprawiała, że wszystko stawało się ostre. A jak ostre to znaczy, że mogło zranić. Pewnie dlatego wszystko ubierał w słowa pełne porównań, szukał delikatności w najbardziej prostych jak i kuriozalnych rzeczach. Śmieszne, bo jeśli o kurioza chodzi to Prewett podnosząc wzrok na to chodzące pióro, które wprawiało go nieco w niepokój, wyobrażał sobie, jak pięknie Perseusz pisze. Jak poeta, jak artysta, bo przecież miał dłonie, którymi mógłby grać na fortepianie. Albo wyjątkowo pieścić skórę. Wyposażony w pazury - czy chciałby drapać? W kły - gryźć? Jeśli jego palce mogły być tak obsydianowe jak jego oczy, czarne jak jego krew, to Laurent był przekonany, że jego własna krew musiałaby być ze złota. Świetlista, by nie mógł tak łatwo zmyć tej krwi. Żeby zakochał się w jej wyglądzie, ale wcale nie chciał jej utaczać. Och, przynajmniej - nie za dużo... - Och... nie byłem tego świadom. - To raczej był magiczny sposób na skupieniu się na czymś. Jak dotąd zarówno Florence jak i, o zgrozo, Flynn, pomogli mu przez to, że pozwolili mu się skupić na czymś innym niż to, co uruchamiało ten piekielny proces jego organizmu. - To dość tragiczne, bo przyznam, że powrót do takich brzydkich nawyków jest nad wyraz kuszący w obecnym czasie. - Uniósł na chwilę kąciki ust, które zaraz opadły z powrotem. Gładko i równo, jak zsuwający się z nieba płatek śniegu roztapiający na skórze. - Widzi pan, jestem w połowie selkie. Słaba głowa do alkoholu jest u nas... gatunkowa. - Zawahał się przed użyciem tego słowa, ale jak inaczej miałby to określić? Rodzinna? - Nic o czym mi wiadomo. Ale mój organizm zawsze był dość słaby. Łatwo choruję. I mocno na mnie działają również eliksiry. - Jego lekarz wręcz czasami w zdumieniu patrzył, jak dziecięce dawki wystarczyły, żeby na niego zadziałać. - Ostatnie przyczynienie się stresu do problemów ze snem sprawiły, że nieco uzależniłem się od eliksirów nasennych. - To też mogło być istotne. Zresztą starał się niczego nie pomijać. To i tak były te najlżejsze zagadnienia, jakie mogliby poruszać. Bo przecież - doczesne. Nie sięgające tam, gdzie, jak to zostało obiecane - miały zostać dotknięte najmroczniejsze zakamarki jego duszy. Nie przeszkadzała mu tutaj ta profesjonalność, która została pokazana, wręcz wbiła w to przeświadczenie, że hej - tak, to jest lekarz. I aż prosiłoby się o dodanie, że niech więc pracuje... ale Laurent nie widział lekarza. Widział człowieka, którego miał czymś obciążyć. I miał wątpliwości, czy powinien.

- Tak poczułem. - Że nie będzie presji, krzyków, że nie będzie podcinania nóg, żeby paść na kolana. Bo jeszcze na tych kolanach gotów był iść przez zaspy śnieżne po bukiet ze słonecznych kwiatów. - Tak. Kocham te kwiaty. - Ciepło zabrzmiało aż w jego głosie, zadźwięczało jak skowronek wśród wiosen. - Wie pan, co najbardziej skłoniło mnie do przyjścia? Nie ataki paniki, nie ten strach przed imperfekcją, nie brak poczucia wartości. - To było właściwie wstydliwe, ale Perseus miał w sobie taki czar... taki urok, że chciał przed nim otworzyć swoje serce, bo chciał mu wierzyć. Chciał wierzyć, że ten cały brud nie sprawi, że przestanie być tym samym sobą, jakim chciał być. - Pierwszy raz w życiu miałem taką myśl, że to niesprawiedliwe. Że przytrafia mi się tyle złych rzeczy, że nie powinno tak być. Poczułem... złość. Frustrację. Poczułem się bardzo brudny z tymi odczuciami. Winny. Wystraszyło mnie to.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#14
06.01.2024, 22:40  ✶  

Perseus nie umiał przegrywać.

Krył się za tym jakiś chichot losu, bowiem zdawał się przegrywać bezustannie. Nie był pewien jednak, czy kierowała nim niedojrzałość, infantylna potrzeba znalezienia się w centrum uwagi i otrzymywania pochwał, czy też lęk przed niedoskonałością, tak dobrze mu przecież znany, który ojciec wpajał mu w zielonym pokoju. Och, jakże nienawidził tych ścian pokrytych zaklętym gobelinem; podczas niespokojnych nocy śnił o tym, jak zakrada się do niego z lampionem, jak zdejmuje jego pokrywę, a potem przysuwa nagi płomień do podobizny Polluxa. Ostrożnie, z niemalże chirurgiczną precyzją, a jego twarz zamienia się w ziejącą czernią pustkę, a później łapczywe języki ognia pochłaniają haft - cal po calu, metr po metrze, aż nie ma już nic, tylko nagie ściany pożerane przez pożogę. A na środku on, pogrążony w delirycznym transie, gdy gryzący dym wdziera się do jego płuc, wizja się rozmywa, a on upada na podłogę bezwiednie niczym marionetka, którą się znudzono. W tym śnie nigdy nie przychodziła Śmierć; spokojna i cicha, lecz budził się na swym łóżku, zlany potem, łapczywie łapiąc każdy oddech. A potem długie minuty wsłuchiwał się w rytm zegara na stoliku nocnym, tik-tak, tik-tak. Ży-ję, ży-ję.

Perseus nie umiał przegrywać i za punkt honoru postawił sobie odbudowę ogrodu Laurenta.

Stworzę ci nowy Eden nad którym nigdy nie zajdzie słońce, a kwiaty kwitną cały rok. W którym trawa będzie się przed tobą uwijać w ścieżki, zaś każde żywe stworzenie będzie cię pozdrawiać; będzie wśród nich wąż, serpentyna wijąca się u twoich stóp. Nie obawiaj się jej - to ja, lecz nie przyszedłem, aby cię skusić i zwodzić. To nie rumiane jabłka od których uginają się gałęzie są zakazanym owocem, ale ty sam; przynajmniej dla mnie. Dlatego będę trzymał się na uboczu, obserwował, by upewnić się, że nie grozi ci niebezpieczeństwo, a w razie potrzeby - będę kąsał kostki tych, którzy spróbują cię skrzywdzić. Będę atakował zaciekle, z całym swoim jadem. Wyplewię każdy chwast.

Ale czy nie przypominałoby to szklanego klosza? Złotej klatki, która zamknęłaby się wokół tego rajskiego ptaka, tylko po to, by móc podziwiać jego piękno? Czyż rolą Perseusa nie było wyleczenie jego złamanych skrzydeł i przygotowanie do lotu - samodzielnego wzniesienia się w przestworza. On mógł jedynie stać na ziemi, obserwować go z dołu i łapać w swe ramiona, gdyby zaczął spadać. Tylko tyle mógł dla niego zrobić. Aż tyle mógł dla niego zrobić.

Nie myślał o złotej obrączce jak o ciężarze - być może przez chwilę, w czasie trwania poprzedniego małżeństwa, postrzegał ją jako więzienie, jednakże zanim zdążył się do niego przyzwyczaić, był już wolny, a teraz uważał, że to naturalna kolej rzeczy. Przechodził przez to już raz, jego wybranka dwa i tym razem nie decydowali za nich rodzice i interesy rodów, a uczucie - miał nadzieję - piękne i wzniosłe. Amore totus ardeo. Miłością cały płonę. Dlaczego więc szukał czerwonej nici na palcu tego młodzieńca? Przygryzł dolną wargę, a metaliczny smak wypełnił jego usta; trucizna, na którą zdawał się być odporny.

Selkie. To oczywiste, że nie mógł mieć do czynienia ze zwykłym człowiekiem; spodziewał się jednak ujrzeć istotę z marmuru, z pajęczyną złotych żył rysujących się pod skórą (och, niezliczone westchnienia wyrywały się z piersi Perseusa, gdy jego wzrok napotykał męskie dłonie; duże i silne, a jednocześnie kruche, z błękitem przebijającym się przez alabaster), ze skrzydłami wyrastającymi z pleców i laurowy diadem na jego skroniach. Był selkie, pięknym selkie, o oczach jak morskie głębiny - nic dziwnego, że tonął w jego spojrzeniu.

Pozwolisz mi złożyć swoją głowę na swoich kolanach i zaśpiewasz mi najpiękniejszą pieśń, jaką słyszałem w życiu? Nawet jeśli pod jej wpływem miałbym rzucić się za burtę, wprost w kadź spienionego oceanu - zrób to.

Uśmiechnął się ze zrozumieniem - powiedział przecież, że byli ulepieni z tej samej gliny - jednak zaraz potem jego twarz spoważniała, spochmurniała, a uśmiech zastąpił pełen zatroskania wyraz.

— Przyznam szczerze — zaczął niepewnie, wodząc spojrzeniem po jego sylwetce; ile wycierpiałeś, Aniele?, cisnęło się na usta — Że uzależnienie od eliksirów nasennych brzmi dla mnie niepokojąco, zwłaszcza, że jest pan bardzo młodą osobą. Zrobimy tak; zamienimy środki nasenne na uspokajające. Zażywane przed snem powinny wyciszyć myśli. Chciałbym również pana zbadać. Niewykluczone, że pomiędzy pańskimi problemami ze snem, a atakami paniki, podczas których nie może pan oddychać, istnieje swego rodzaju korelacja. Nie musi mieć ona podłoża psychicznego, a somatyczny, dlatego w pierwszej kolejności powinniśmy to ustalić.

Odłożył swój notes, ale jeszcze nie podrywał się z miejsca. Bał się, że jeśli wsłucha się w rytm jego serca, nie będzie w stanie przestać. Przerażała go myśl, że mógłby znaleźć ukojenie przy innym sercu, niż to, przy którym każdej nocy zasypiał.

— Ja najbardziej lubię konwalie — wyznał — Jest coś wzruszającego w ich czystości i bezbronności. Chyba mam słabość do rzeczy kruchych. Pomyślałem, że wyglądałyby pięknie na tym stole, zwłaszcza dzisiaj, ale niestety, sezon na nie już minął. — uśmiechnął się przepraszająco; trudno jednak powiedzieć, czy z powodu swojego niepotrzebnego wywodu, czy też osłonięcia się ze swoimi emocjami. Słabość do rzeczy kruchych - to przecież oczywiste, że chodziło mu u Laurenta. Zaraz potem pochylił się do przodu, uważnie wsłuchując się w jego słowa.

Och, zbłąkany Serafinie, nie pasujesz do brudu tego świata, choć jesteś bardziej ludzki niźli wszyscy ludzie na świecie razem wzięci, pomyślał poruszony.

— Nie musi się pan obawiać emocji, które są naturalne dla każdego człowieka. To mechanizm obronny Ego, który próbuje uchronić pana przed kolejnym nieszczęściem. Złość i frustracją są jak... słyszał pan kiedyś o mugolskich bombach? Złość i frustracja są takimi tykającymi bombami. Można je rozbroić, przecinając odpowiedni... sznurek? Kabel? Ale aby to zrobić, należy poznać ich budowę - w tym przypadku przyczynę — odpowiedział ze spokojem, niepewny tego, czy te osobliwe przenośnie trafią do młodego Prewetta, a później wstał, sięgnął po różdżkę i wolno do niego podszedł — Mogę pana osłuchać?

Nogi miał drżące, a serce zdawało się grozić, że zaraz wyskoczy z piersi.



[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
07.01.2024, 14:04  ✶  

Laurent przegrywał z godnością.

Nie zależało mu na laurach, na złotym diademie na skroniach. Och, no dobrze, na tym drugim może tak, ale to tylko po to, żeby trochę mocniej lśnić. Przecież słońce kochało złoto, odbijając się w nim jak ludzkie oczy w lustrach. Mógł startować w partii szachów tylko po to, żebyś ucieszył się z wygranej. Przyniósłby skradziony płomień z rydwanu Heliosa jak Prometeusz, żebyś mógł ogrzać się od ognia płonącego gobelinu. Tylko proszę, nie stój tam za długo. Daj się od niego odciągnąć. Nie upadaj na deski - to jeszcze za wcześnie. To niebezpieczne. Ogień, którym podpaliłeś swój most, pogrzebie cię ze sobą. Proszę, uważaj. Są takie sny, które ulegają urzeczywistnieniu i okazuje się, że nie pozostawiają niczego oprócz unoszącego się popiołu, który drażni twoje usta. Osiada na wargach i parzy, dostaje się do płuc i poddusza, wpada do twoich oczu i nagle przestaje cię cieszyć widok płomieni. Jest właśnie to - pustka. Kosmiczna czerń, Chaos w swej pierwotności. Nie powinniśmy się do niego cofać. Przeszliśmy do punktu, w którym ludzkość dzierży płomień w swoich dłoniach, gdzie ten ogień gobelinu oświetla ci drogę, którą możesz podążyć. Zobacz - przecież to sen. Zamiast ściany za gobelinem możesz zrobić sobie przejście. Teraz to jednak rozumiesz, prawda? To przeszłość. Ideałem nadal musiałeś być, ale już nie budziłeś się w samotności każdego poranka. Był ktoś, kto mógł dla ciebie zapalić lampkę obok łóżka. Kto mógł położyć dłoń na sercu i uśmiechnąć się pokrzepiająco. Czy wtedy serce biło w rytmie zegara, czy może w rytmie tego drugiego serca?

Nie było stworzenia w tym ogrodzie, które nie zostałoby ukochane. Wąż, który tak kojarzył się ze zdradą i wygnaniem, który kusił do złego i pokazywał uginającą się pod ciężarem owoców jabłoń, w oczach właściciela tego Edenu był piękną, pełną majestatu istotą. Któż był w końcu bardziej zbliżony do dumnych smoków, jeśli nie one? Łatwo w obliczu grozy grzechu porzucić wizje, że przecież eskulap był symbolem uzdrowienia. Medycyny. Podniósłby więc ciebie w zachwycie i usadził na ramionach, żebyś nie musiał oglądać tego świata od spodu. Tej siły wystarczyłoby nawet i dla was obojga - żeby wzlecieć. Skowronki chowane w złotych klatkach sądziły, że latające ptaki to choroba. Te kraty nie były jednak miejscem bez wyjścia. Wszystko, co posiadało skrzydła, powinno mieć wolność wyboru. To, co nie miało skrzydeł również. Jeśli nie potrafisz latać - to nic nie szkodzi, kochany Wężu. Podzielimy się rolami. Zabiorę cię czasami do lotu, a ty zadbasz o to, żeby nikt już nie zniszczył naszych kwiatów, dobrze? Tak będziemy żyć - jak noc i dzień - w ciągłej harmonii i zgodzie. Będę jak biały gołąb przysiadający przy twojej chłodnej norze pod hebanem, a ty będziesz odwiedzał moje gniazdo na szczycie drzewa. Będziemy wędrowali pośród słoneczników i konwalii. Tylko proszę - podaruj mi ten Eden.

Kruk. Posłaniec Śmierci, jej wierny towarzysz. Najmądrzejszy i najbardziej inteligentny z ptaków, który wiązał się w pary na całe życie... jeśli tylko znalazł odpowiedniego partnera. Piękny i majestatyczny w swojej czerni. O tych niezwykłych ślepiach, które wpatrywały się w ciebie tak, jakby dotykały dna twojej duszy. Laurent potrafił sobie wyobrazić, że ciało Perseusa mogło być za ciężkie do wzniesienia się ponad ziemię, bo coś pętało jego nogi i przytwierdzało go gleby. Posiadał jednak taką łagodność w swoich ruchach, że nie potrafił powiedzieć sobie, że jego kości nie były puste w środku i przystosowane właśnie do tego, żeby latać. Perseus wydawał się fizycznie taki słaby i delikatny, że chciało się go podeprzeć i pomóc, zapytać, czy go... boli. Chociażby ta noga, która nie pozwalała mu swobodnie się przemieszczać. Jego spojrzenie wędrowało z tym w parze. Kiedy tak sztywno wypytywał o pewne biologiczne reakcje, kierowany czystą wiedzą, kiedy się skupiał na słowie pisanym to na moment to wrażeni znikało. Ale potem to spojrzenie uniósł. I był jak połamana róża, która wypalała żal po jej złamaniu na skórze Laurenta. Bo przecież szkoda. Bo przecież złamanej róży nie dało się tak po prostu naprawić. Można było tylko zadbać o to, żeby zakwitła jeszcze raz. Wystarczy odrobina czułości, wody i kilka promieni słońca...

Gdyby ta jadeitowa czerń oczu Perseusa była satyną - czy nie wyglądaliby razem idealnie, gdyby mógł się na tej satynie rozciągnąć..?

- Oczywiście. - Niby wiedział, że lekarzom można ufać, a jednak zawsze w jego głowie była wątpliwość. Wątpliwość, że coś pójdzie nie tak i wszystkie te słowa wyleją się na zewnątrz. Ile trzeba było zapłacić człowiekowi, żeby lekarskie milczenie przestało mieć znaczenie? Ile trzeba kłopotu, żeby włamać się do akt i pewne rzeczy wyciągnąć? Nie chciał tak się tego bać i tak myśleć. Ale to, jak zachowywał się Perseus, jak do niego mówił, jego głos, który wślizgiwał się do jego głowy jak boski głos Pavarottiego zachwycający tłumy. A tu i teraz ten głos był tylko dla niego. - Na początku czerwca zostałem zaatakowany i w wyniku wypadku... w wyniku wypadku zawaliło się na mnie rusztowanie. Na miejscu pomogła mi jedna dziewczyna, która zabrała mnie do szpitala. Dwa dni później stałem się celem ataku mordercy witającego w snach swoich ofiar. - Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem, które było zabarwione niedowierzaniem, kiedy o tym mówił. - Mój lęk przed snem i te ataki właściwie zaczęły się w tamtym miejscu. Wcześniej nawet jeśli bywało ciężko to nigdy nie dusiło mnie do takiego stopnia. - To były raczej istotne aspekty jeśli chodzi o diagnozowanie problematyki przyczyn takiego stanu rzeczy. "Pech". Po prostu miał pecha. I ten pech był niesprawiedliwy. Rodził... nienawiść.

Teraz jednak zamiast nienawiści narodził się zdrowy i urokliwy rumieniec na jego policzku. Nie dlatego, że powiedział "konwalie". Dlatego, co powiedział po tym. Może jak zwykle nadinterpretował słowa. Za dużo w nich widział. Dla Ciebie sezon na konwalie mógłby być cały rok, przysięgam. Znalazłbym je wszędzie. Zasadził we własnych dłoniach, gdyby była taka potrzeba.

- Jest pan bardzo wrażliwy. - Chciał powiedzieć, że na piękno, ale to by zabrzmiało nie tak, jak chciał, by wybrzmiewało. Czasem nie trzeba mówić więcej. Niekiedy wystarczy parę słów, żeby przekaz płynął wraz z południkowym wiatrem, niosąc ze sobą ciepło doświadczeń.

- Chyba... chyba słyszałem. - Zawahał się przez moment, bo właściwie nie miał doświadczenia ze światem mugolskim, a jakoś jego towarzystwo też niekoniecznie wielce się tam obracało. Chyba jedna Olivia była taka zafascynowana ich światem... - Rozumiem. To po prostu bardzo... dyskomfortowe. Jakbym nie był sobą. - Tylko kimś innym. Strąconym i wygnanym z tego Eden, które zostało mu obiecane. - Och... tak, proszę. Powinienem wstać? - Podejść, rozebrać się, naprostować? Ściągnął nawet nogę z nogi, trochę niepewny procesu, bo kiedy lekarz chciał go osłuchiwać to raczej wymagało to ściągnięcia koszuli. Głupie, zdradliwe serduszko... czemu szybciej bijesz? Uspokój się... Przecież na śpiewanie i tańczenie nie była teraz pora.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#16
05.02.2024, 14:19  ✶  

Kochać i być kochanym.

To było największe i - jak sądził przez lata - nieosiągalne marzenie Perseusa. Sam potrafił kochać miłością bezgraniczną i pełną pięknych wzniosłości, jakie otwierały przed nim czytane powieści; nocą, w duchocie narzuconej na głowę kołdry, z różdżką jako jedynym źródłem światła i pąsowiejącymi policzkami. Nie przyznawał się do tego nigdy nikomu - ani do książek, ani do swoich mrzonek snutych podczas samotnych nocy. Uważał bowiem, że na miłość powinien zasłużyć. Że powinien być godny, powinien się wykazać i bezustannie starać, aby pokazać, że jest właściwą osobą do obdarzenia uczuciem. Nawet teraz, gdy za niespełna dwa tygodnie ponownie miał stanąć przed ołtarzem, rozważał, czy rzeczywiście uczynił wszystko, aby Vespera chciała z nim być, a jeśli tak, to czy dlatego, że zależało jej na Perseusie - żałosnym i pokracznym - czy zgodziła się za niego wyjść z czystej pragmatyczności? Czy samo myślenie w ten sposób nie było okrucieństwem względem narzeczonej? Ale on nic nie mógł na to poradzić; to nie z nią zresztą prowadził wojnę, a z głosem w swojej głowie, który powtarzał mu, że nie jest wart uczucia.  Ona była jak onyksowa bogini, która zeszła na ziemię i obdarzyła go swoją uwagą; piękna, tajemnicza i pełna gracji, zupełnie nieporównywalna z jego koślawością.

Ile jest człowieka w człowieku? Ile waży twoja dusza?

Wydaje się lekka i eteryczna jak cała twoja sylwetka, jednak im dłużej ci się przyglądam, tym bardziej dostrzegam jej ciężar; jest jak ołów osiadający na twoich ramionach i piersiach, ugina pod tobą kolana i odbiera ci oddech. Czy czujesz, jak pokrywa metaliczną szadzią twoje skrzydła? Nie jesteś stworzony do znoszenia takich trudów - ty, chłopiec z alabastru i kości słoniowej. Nie jesteś stworzony do tego, by dźwigać mnie, człowieka z cierni i obsydianu. Jakkolwiek idylliczną nie byłaby wizja wspólnego Edenu, to nie jest to miejsce dla mnie. Nie mogę mieć pod opieką czegoś tak pięknego; nie ja, który sam jestem błędem Stwórcy. Który zna jedynie szczeliny, w które może wpełznąć, dym i zapach siarki. Nie boisz się, Aniele Srebrnoskrzydły, że biorąc mnie na ramiona, mógłbyś stać się moją kolejną ofiarą? Że zacisnąłbym wokół twojej kruchej szyi swoje zimne, oślizgłe ciało, odciął ci dostęp do tlenu, przysłonił świat i zmusił do patrzenia tylko dla mnie? Musisz wiedzieć, że jestem istotą niezwykle zachłanną. Lepiej więc zostaw mnie w spokoju, gdzieś pod cieniem rozłożystej jabłoni, pozwól mi żyć z tobą w symbiozie i nie wyciągaj rąk ku ogniu, którym możesz się sparzyć.

Rzucił mu pełne zmartwienia spojrzenie. Atak brzmiał poważnie; miał ochotę zapytać, czy wciąż go boli, upewnić się, że na jego ciele nie pozostał najmniejszy nawet ślad tamtego wydarzenia. Ale to było prawie dwa miesiące temu, rany z pewnością zdążyły się zasklepić - przynajmniej te na skórze - a on nie przyszedł do Perseusa po to, by leczyć tego typu obrażenia. Och nie, on przyszedł leczyć duszę. Była jeszcze jedna kwestia, która niepokoiła magipsychiatrę. Morderca odwiedzający ludzi w snach? Gdyby nie byli czarodziejami, uznałby to za mało prawdopodobne i z pewnością skierowałby chłopaka na dodatkowe badania - tylko po to, aby się upewnić, czy to nie stres, w którym żyje od jakiegoś czasu nie płata jego umysłowi dodatkowych figli. Tymczasem z magią wszystko było możliwe; magia potrafiła ułatwić życie, ale też niezwykle je skomplikować.

— W pewnym sensie wrażliwość jest wpisana w mój zawód — odparł spokojnie, starając się brzmieć neutralnie, ale kąciki jego ust mimowolnie powędrowały ku górze, a w oczach pojawiły się jadeitowe iskierki. Och, jakże wielką radość sprawił mu Laurent, mówiąc te słowa! Perseus sądził już, że nie ma w sobie dawnej łagodności - słabości, jak nazwałby to jego ojciec.

— A może właśnie teraz jest pan bardziej sobą, niż przez całe życie? Może właśnie odkrywa pan tę część swojej psychiki, o której nie miał pan wcześniej pojęcia? — zapytał zaczepnie, choć próżno było doszukiwać się w jego głosie agresji — Spróbujemy się tego dowiedzieć. Proszę, niech pan rozepnie tylko mankiet lewego rękawa. Zmierzę przy okazji panu ciśnienie.

Nie chciał, aby Laurent się rozbierał. Po pierwsze, cienki materiał koszuli w żaden sposób nie przeszkadzał Perseusowi w badaniu - nie był lekarzem ciała, by doszukiwać się nieprawidłowości w rytmie jego serca, nie umiałby zresztą ich określić, nawet gdyby dla specjalisty były oczywiste. Po drugie, bał się widoku tej nagiej skóry, nieodpowiedniości myśli, która mogłaby zakiełkować w jego głowie, swoich własnych słabości i niezręczności. Ten chłopak przyszedł do niego po pomoc, na Merlina.

Wstał ze swojego miejsca i wyjął z szuflady biurka stetoskop i ciśnieniomierz, a potem podszedł do niego - starał się przy tym chodzić prosto i naturalnie, udawać, że bez laski też jest w stanie utrzymać równowagę, że jego stopy wcale nie rozdziera ból podobny tysiącom odłamków rozbitego szkła, po których stąpał. 

— Proszę oddychać spokojnie — nakazał, wsłuchując się w przyśpieszone bicie jego serca. I później, gdy zaciskał na jego ramieniu opaskę. Przeczytał kiedyś, że ludzkie serca są niczym dzikie zwierzęta, dlatego nie bez powodu nazywano żebra klatkami. Teraz miał okazję przekonać się do słuszności tego stwierdzenia. W Laurencie szalała burza - dzika i groźna. — Często ma pan tak wysokie ciśnienie, czy to moja wina? — w domyśle: czy stresuje pana pierwsza wizyta u magispychiatry?, ale zanim zdążył zdać sobie sprawę z brzemienia, jakie niosły ze sobą słowa, zdążyły już pójść eter.



[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
05.02.2024, 19:23  ✶  

Zamknięte tajemnice za obsydianem jego oczu chciały zostać rozstrzygnięte. On chciał zostać rozstrzygnięty. Pokarany Boską wolą. Już rozumiał, co oznaczała dawka zieleni w jego oczach. Była jak trucizna, która wystrzeliła ze szczelnie zamkniętej Puszki Pandory. Puszki, którą było jego wnętrze. Ktoś uchylił wieko i niebezpiecznie zbliżył się do sekretów i sekrecików, do jego pragnień i potrzeb, podszedł za blisko dzieła Boskiego Stworzenia, co spadło z trzaskiem prosto na dno Ziemi. Jedni twierdzili, że znajduje się tam jądro Ziemi, inni - Piekło. Wiła się więc zieleń i błyskała od czasu do czasu. Naiwnie i mylnie myślano, że to tylko refleks światła! Taki dar, błogosławieństwo, by uczynić kogoś zmęczonego życiem piękniejszym, ale to było coś więcej. Fantazje głowy łatwo dopisywały historię tam, gdzie chciało się poszukiwać zbliżenia. Choć Laurent miał to przedziwne uczucie, że to zbliżenie istniało od pierwszego spojrzenia w te oczy. I kiedy teraz się nad tym zastanawiał, to w tym wspomnieniu ta zieleń była tak jasna jak migoczące na granacie nieba gwiazdy. Migotała do niego. Sądzisz, że przynależy mi się tylko to, co anielskie? On nie chciał anielskich uciech. Chciał wyrwania. Gwałtownego łapania oddechu w nienadążaniu za zmiennym scenariuszem. Chciał zapamiętać drogę, by móc wrócić do pięknych i sprośnych chwil i miejsc, jego ciało mogło być do tego mapą. Chciał być płótnem, na którym można wszystko namalować. W rozmowie z sobą samym przegrał tę walkę strachu z podnieceniem. Pomylił drogę pomiędzy bezpieczeństwem a pragnieniami serca, bo tylko one potrafiły zabrać z powrotem do nieba. Nie musiał wtedy łapać promieni słońca, myląc je ze wstęgami łaski Boga. Gdyby wstęgi naprawdę zostały mu podarowane, splótłby z nich warkocz i pewnie powrócił do Nieba, ale Laurent nigdy nie szukał do niego drogi. Chciał zostać tutaj, na tej ZiemoPiekle. Jeśli jesteś Błędem, a ja Idealną Kreacją, czy nie tworzymy razem Perfekcji? Mądrzejsi od nas dawno wiedzieli, że świat musi dążyć ku równowadze. Och, jak dobrze byłoby zmieszać czerń Perseusa z jego bielą... Błękit z zielenią. Przecież czerń była elegancka, a przecinające ją pasy bieli i błękitu dodałyby jej czystości. Krople rozpływałyby się jak atrament wsiąkający w białą kartkę. Ależ symbioza istnieje tam, gdzie jeden chce pochłaniać - a drugi zostać pochłoniętym. Zachłanność Perseusa nie wychodziła na zewnątrz, pozostawała właśnie tam - w ciemnych przebłyskach zieleni, która przywodziła do wyobraźni Laurenta wizję węża, którego większość ludzi kojarzyła tylko ze zdradą, z czymś złym, z trucizną. Ale to były piękne stworzenia. Czy nie wyglądałby pięknie ten Wąż z Edenu na jego ramionach? No gryź. Zostaw swoje jadowe kły w jasnej skórze ledwo muśniętej słońcem. Zostaw nawet po sobie blizny. Jeśli ugryziesz Ty, to nie zrobi tego już nikt inny... prawda? Jeśli ta zachłanność była w mocy, jeśli nie była tylko fraszką między łąkami Elizy Orzeszkowej, to czy nie sprawiedliwym wydawało się podpisanie paktu z Diabłem, by już żadna inna głodna hiena i samotny wilk nie rzucił się do anielskiej nóżki?

Tymczasem Perseus Black wydawał się jedną z najbardziej łagodnych osób, jakie spotkał w swoim życiu. Wydawał się taki otwarty, choć Laurent znał takie przypadki - ta otwartość ukrywała za swoją płachtą brzydką niedoskonałość. Człowiek zbliżający się do niego zasłonił kurtynę swojego życia i nie pozostało mu nic innego jak przyglądać się temu materiałowi. Czasem się poruszył, zupełnie jakby żył za nim potwór, który gotów był pożreć cały świat, jeśli tylko pozwolić mu wyjść zza krat. Czasem słyszał westchnięcie, jakby tęskne. Ale w swojej głowie to westchnięcie było niemal miłosne. Romantyzm padał na deski tego forum jak śnieg. Nie, wróć, przecież mamy lato. Może jak te dmuchawce, które dawno już opuściły mlecze? Nie było powodu, żeby nie wierzył temu stwierdzeniu - że to wpisane w zawód, ale wątpił i tak. W zawód Laurenta też powinna być wpisana miłość do zwierząt i wrażliwość na nie, a mógłby wyliczyć na palcach jednej dłoni takie osoby, które naprawdę robiły to z powołania i miłości. Na krańcu języka nie tańczyło mu jednak zaprzeczenie, a pochwalenie uśmiechu. Powinien Pan się częściej TAK uśmiechać - nie powiedział nigdy. Powiedziały to jego oczy, jego odwzajemniony uśmiech pełen ciepła, kiedy zobaczył ten promieniejący wyraz. Akcja-reakcja. Nie było mowy o tym, żeby gąbka, którą był Laurent, pozostała pusta. Ona zawsze była czymś przesiąknięta.

- Oby nie. - Wtedy okazałby się bardzo zepsutym człowiekiem. Przeszytym hedonizmem do cna. Dążącym do zatracenia się w codzienności świata. Choć rozumiał, co Perseus miał na myśli, to zaprzeczenie temu i nadzieja, by tak nie było, było jedyną możliwą dla niego reakcją zwrotną w tym momencie. Bo nie chciał taki być. Nie chciał odbiegać od ideału, o którym mówił świat. I jednocześnie nie pragnął niczego bardziej jak przewrócić ten ideał, pokazać ten brud, ten syf, to rozgoryczenie. Krzyczeć, choć nie było w gardle sił. Podniósł rękę, by podwinąć rękaw, spoglądając na Perseusa teraz z uwagą, która była oczywista do określenia - ostrożność. Prawie jakby mężczyzna wziął do dłoni skalpel, którym mógłby go skrzywdzić, a przecież to była tylko aparatura do mierzenia ciśnienia. Sekret nie krył się w obawie przed badaniem. Krył się w obawie przed tym, co przyjdzie powiedzieć z wytłumaczenia się z wyniku badania. Drugi sekret był tam, gdzie nawet trochę zsunął się z fotela, bo chciał wstać, bo chciał pomóc, powiedzieć, że przecież nie musi, że on pomoże. Tylko czy to byłoby dobre, czy byłoby nadgorliwością? Nie potrafił jeszcze określić, gdzie leżała duma tego człowieka, a gdzie kryła się potrzeba, żeby ktoś wyciągnął dłoń. Łatwo było popełnić błąd i nadgorliwością zrobić komuś krzywdę. A Laurent bardzo nie chciał temu człowiekowi jakiejkolwiek krzywdy wyrządzić.

Tak i starał się spokojnie oddychać, udostępniając swoją lewą dłoń.

- Pana, choć nie w tym rozumieniu, o jakim pan myśli. - Nie spoglądał na niego, ale teraz spojrzał. Zajrzał w te nieziemskie oczy, które mrugały do niego i przyciągały. Czarowały i zamykały w świecie z drobiną świateł, gdzie wszystko było tajemnicze, bardziej intymne. Gdzie tylko głupiec nie chciałby się znaleźć. - Ciężko być spokojnym w obliczu takiego piękna, którego nie można dotknąć.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#18
21.02.2024, 00:29  ✶  

W swych emocjach był jak wahadło wróżbity rozkołysane nad dłonią, jak zepsuty metronom wpędzający muzyka w furię, jak spienione fale rozbijające się o klify; zmienny, nieprzewidywalny, zbyt rozedrgany. Chciał być zrozumiany - chciał zrozumieć sam siebie - a jednocześnie lękał się, żył w ciągłym przeświadczeniu, że jeśli się przed kimś otworzy, że jeśli pozwoli komuś dotknąć najbardziej newralgicznych fragmentów swej duszy, na jaw wyjdą wszystkie obmierzłości jakich się dopuścił, grzechy plamiące jego duszę czernią, głęboką jak otchłań, z której nie ma powrotu. On także któregoś dnia tam trafi; nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

Bowiem Perseus był wyklęty we wszystkich religiach. Był człowiekiem, przed którym przestrzegali kapłani pod wysokimi sklepieniami świątyń i kaznodzieje głoszący swe prawdy przy autostradach. Potępiony, przeklęty, skazany na męki.

Jadeit skrzący się w oczach był znakiem ostrzegawczym; drobnym mankamentem nadanym mu przez Matkę ku przestrodze dla tych, którzy zanadto zbliżą się do Blacka, rodzicielskim palcem wskazującym na niego ze słowami "trzymaj się od takich ludzi z daleka". Perseus bowiem był zachłanny, był jak pasożyt owijający się wokół swej ofiary, zachłannie czerpiąc ze wszystkiego, co mu się zaoferowało, bezczelnie wyciągając ręce po więcej, i więcej. Każdy zasługuje na to, co anielskie. Każdy, tylko nie ja. Bo nie uważał się za dobrą osobę, bo gardził sobą bardziej, niźli wszyscy jego wrogowie razem wzięci byli w stanie, bo nienawidził twarzy, którą oglądał w lustrze, więc po wyprowadzce byłej żony zakrył wszystkie lustra w domu, by ten blady, żałosny człowiek z podkrążonymi oczami nie straszył go swoją obecnością.

Sądzisz, że jest dla mnie wybawienie? Że to ty jesteś w stanie mnie ocalić? Nikt nie potrafi. Nikt nie powinien, zwłaszcza ty, Synu Afrodyty, któremu pisane jest światło. Wiem, że jesteś splamiony swymi własnymi winami, wiem, że ta śnieżna biel twego odzienia ma powierzchownie przywrócić ci niewinność, lecz czegokolwiek się nie dopuściłeś, nie szukaj we mnie swojego odkupienia. Nie wystawiaj swych wiotkich dłoni na moje kły. Ratuj w pierwszej kolejności siebie, nie mnie, spisanego już na straty!

Pytany o swą pracę potrafił ubrać w szaty eufemizmów koszmary, z którymi musiał się zmagać. Beznamiętnie opowiadać o tragediach, które rozgrywały się na jego oczach. Umiał przedstawić siebie jako bohatera, który wyciąga dłoń do tych, którzy zbłądzili w mroku. W rzeczywistości jednak Perseus sam tkwił w ciemności; w tym ciemnym pokoju bez wyjścia, w którym ściany z każdą chwilą napierały na niego coraz mocniej i mocniej, aż czuł, że brakuje mu tchu. Spotykając inną zagubioną duszę mógł jedynie pokazać jej, jak nie oszaleć we wszechobecnej ciemności, jak utrzymywać się na powierzchni w morzu wszechogarniającej rozpaczy; nigdy jednak jak przez nie przepłynąć. Mógł uczynić ból bardziej znośnym, popchnąć w stronę nikłego światła, które migotało w oddali od czasu do czasu. Sam nie chciał opuszczać ciemności. Ona bowiem była wszystkim co znał, światem, w którym nauczył się jak funkcjonować, dokładnie tym, na co zasługiwał. Ciemność była bolesna, lecz niosła ze sobą także swoisty komfort; potrafiła ukryć go pod swym czarnym woalem, zamaskować to, jak bardzo kruchą i przerażoną istotą był Perseus.

Laurent Prewett budził w nim bardzo sprzeczne ze sobą uczucia. Z jednej strony chciał skryć go pod swymi żałosnymi, poranionymi skrzydłami. Zamknąć w swoich dłoniach i chronić jak iskrę niesioną tym, którzy jej potrzebowali. Sam jej przecież potrzebował; jej ciepła i blasku, dzięki którym łatwiej byłoby przetrwać ten trawiący go mrok. Z drugiej jednak strony całe ciało magipsychiatry napinało się w geście niewypowiedzianego protestu, jakby to, co ten chłopak mówił, stanowiło jakąś obrzydliwość. Przestań, ja na to nie zasługuję, chciał powiedzieć, wykrzyczeć mu w twarz. Przestań być dla mnie dobry. Przestań mi wmawiać, że zasługuję na coś więcej niż splunięcie w zaułkach Nokturnu.

— W takim razie znajdziemy przyczynę tych emocji — odpowiedział serdecznie, przeklinając się w myślach za to, że w ogóle podsunął mu taki pomysł. Nie chciał, aby chłopak przeżywał to samo, co on, tę palącą nienawiść do samego siebie, zżerającą go do środka. Emocję zbyt trudną, by stłamsić ją w swoim wnętrzu, więc kierowaną na zewnątrz, do świata, do innych ludzi. Nie chciał, by Laurent stoczył się w dół, by spadał bezbronny tego samego zbocza, z którego niegdyś spadł Perseus. 

Zaraz jednak na jego twarzy wykwitł smutek; westchnął zrezygnowany i usiadł na tym nieszczęsnym stoliku do kawy naprzeciwko chłopaka. Przez moment nic nie mówił, patrzył tylko na niego przenikliwie tymi swoimi czarnymi jak węgiel oczami, a w dłoniach nerwowo obracał stetoskop. Toczył właśnie bardzo ciężką walkę z samym sobą; z jednej strony pragnął jego uwagi, jego uwielbienia i gotowości do ruszenia mu na ratunek. Pragnął poczucia, że jest dla kogoś ważny i że może się przy kimś czuć bezpiecznie (co było właśnie objawem jego zachłanności, ponieważ jego relacji z prawie-żoną nie można niczego zarzucić, a z pewnością próżno doszukiwać się w niej jakiegoś emocjonalnego deficytu doznawanego przez Perseusa). Nie mógł jednak pozwolić Laurentowi na więcej; nie tylko ze względu na etykę zawodową, swoją renomę i zbliżający się ślub, lecz także ze względu na samego Laurenta. Black nie był mężczyzną dla niego. Nie byłby nim nawet, gdyby spotkali się w innym czasie, w innych okolicznościach.

Wziął kilka głębokich wdechów zanim zadecydował co powinien powiedzieć. Miał wrażenie, że jego żołądek nieprzyjemnie się kurczy, jakby miał zaraz wyrzucić z siebie całą swoją skromną zawartość. Zamknął na chwilę powieki, jakby mając nadzieję, że wszystko to jest jedynie jakimś snem, przykrą i niezręczną marą, z której zaraz się wybudzi, lecz kiedy ponownie otworzył oczy, a chłopak dalej się w niego wpatrywał, Perseus zrozumiał, że to dzieje się naprawdę.

Najbardziej obawiał się tego, że go skrzywdzi.

— Panie Prwett... — zaczął swym łagodnym barytonem, czując bolesne ukłucie w sercu; oto moment, w którym musi zadać cios także i temu niewinnemu stworzeniu — Jeśli mam panu pomóc, nie może pan zachowywać się w stosunku do mnie w ten sposób. Proszę nie zrozumieć mnie źle; w innych okolicznościach pańskie słowa sprawiłyby mi ogromną radość. Teraz jednak znajdujemy się na sesji terapeutycznej, a to wymaga od nas wytyczenia i trzymania się pewnych granic.

Upuścił stetoskop, ale nie kwapił się do tego, aby go podnieść. Zamiast tego pochylił się w stronę Laurenta, ujął jego dłonie i...

— Nie mogę uleczyć pańskiej samotności, ale zrobię wszystko, by była dla pana mniej straszna.



[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#19
19.03.2024, 17:31  ✶  

Wnętrze pełne newralgicznych miejsc. Newralgiczne miejsca nabrzmiałe od wrzodów, wypełnione pęcherze skóry ropą, dotknięte zgnilizną kawałki mięsa. Możesz wyjść z takiej sytuacji? Nie wystarczą już maści, lód przyłożony do skóry tylko na chwilę ukoi twoje cierpienie. Będzie zimno. Będzie gorąco. Okręcą się wokół tobie wszystkie demony bólu, poszarpią za włosy, będą chciały wycisnąć łzy spod powiek i odkryjesz wtedy: czemu nie płaczę? Tylko w chwili połączenia się Sol z Selene upuścisz jedną z nich po tym porcelanowym licu. To niesprawiedliwe, wiesz? Gładka skóra na twarzy opatrzone zmęczeniem niezbyt przespanych nocy (nie wiem, czy źle spałeś wczoraj, czy dziesięć lat temu, ale to zmęczenie utknęło w Twoich oczach), a potem ta noga, która odbierała jakiś kawałek symetrii ideału boskiego stworzenia. Boże, jak to się stało, że ten chłopak ze snów o palonych gobelinach doszedł właśnie do tego miejsca? Gdzie spojrzenie było klarowne, ale oczy już całkiem mętne. Gdzie myśl o prawdzie i fałszu, pragnieniach i obowiązkach, mieszała się ze sobą w kotle wspomnień i przyszłości. Jakoś nie było perspektyw, kiedy każda minuta mogła zostać okolona smutkiem i bólem. Gdy poruszasz się tak, żeby nie naciągnąć mięśni objętych zgnilizną i nie możesz ocierać za mocno ręki o własne ciało, bo podrażnisz pęcherze. Smród ropy był paskudny, tymczasem Perseus Black pachniał zakazanym snem, którego chciało się dosiąść, wejść w niego, zanurzyć. Lub pozwolić jemu zanurzyć się w sobie samym. We śnie... czy jednak w swoim ciele? Ten piżmowy zapach, któremu Laurent był tak uległy, był tak samo ciężki jak wszystkie myśli o tym, że mógł uciec z burdelu, ale burdel... chyba niekoniecznie uciekł z niego. Jakby jego ciało pamiętało, jakby zostało nauczone, jakby ciągle chciało upajać się seksem, uśmiechać się od nocnego tańca dwóch ciał, ogrzewać swoje ciało kroplami potu, nawet kiedy każdy normalny szukał ukojenia w chłodzie przy najbardziej upalnych latach. Zgnilizna mięśni i wrzody mogły zostać uleczone. Mógł przeprowadzić wiwisekcję żywego człowieka, którym był Perseus Black i z precyzją chirurga sięgnąć po zepsute miejsca. Wyciąć je? Nie. Człowiek składa się z zepsucia, ale nie powinien go wycinać - wraz z nim wycinałeś też żywą tkankę. Takie mieliśmy życie - nie pozbędziesz się całkiem brudu nie pozbywając czegoś czystego. Co za smutne, ludzkie ciała nam się trafiły.

Byłoby coś groteskowego w białej sylwetce z welonem skrywającym twarz klęczącej w świątyni Diabła. Coś niepoprawnego w niewielkim człowieku przed powyginanym potworem w karykaturalnej pozie człowieka, który chce pochwycić tę Drobnostkę w swoje palce i ramiona. Zniszczyć? Władza nad drugą osobą dawała zaskakująco dużo eskcytacji. Unosiła uczucia w górę i znosiła człowieczeństwo w dół - wszystko to jednocześnie. Potwór, którego należało się obawiać. Potwór, przed którym ostrzegała cię matka, która kręciła głową, pacierz zmawiała na dobranoc, żeby wygonić koszmary o takich ludziach. A Laurent o nich śnił. Nie wiedział, czy byli marzeniem czy romantyzmem, ale śnił. Niektóre ze snów były tak intensywne, że nawet nie dorównywały uniesieniom męskich ramion zostawionych w tyle historii. Bo dobry, miły pan może uśmiechnąć się czule, może czule potraktować twoje ciało, może być uprzejmy i kulturalny. Ale co zrobiłby ten Demon o jadeitowym błysku w oku..? Jak piękne byłyby te oczy otulone mętnością chwili, w których przychodziło spełnienie i znikały wszystkie myśli? Jak mocno mógłby zaciskać swoje szpony, jak bardzo mógłby drapać, jak... Jak bardzo można bać się bólu i jednocześnie pragnąć go w drodze do spełnienia?

Czy to więc miał być nadal ratunek, czy może wspólne ściągnięcie w dół?

Upadek w grzechu.

Szukajmy więc emocji. Nie, powiedziałeś, żebyśmy szukali przyczyn tych emocji. Ich początku, ich drogi, kiedy się rozwijały, kiedy człowiek był w największej słabości i nie miał szans na oparcie się upadkowi, w jakim tkwił. Kiedy światełko było światełkiem, a kiedy przerodziło się w czerwoną latarnię z podłej dzielnicy miasta, gdzie kobiety w zbyt kusych sukienkach prezentowały swoje długie nogi. Ciemność była tam królową. Pochłaniała, bo każdy chciał dać siebie samego pochłonąć. Chciał odlecieć, odejść, uniknąć blasku poranka, który kuł w oczy. Potrafił bardzo razić, szczególnie tych przyzwyczajonych do spokoju nocy. I były te latarenki, które chwiały się na wietrze i wabiły obietnicą ciepła i czegoś prawdziwego. Bo czy było coś bardziej realnego od bliskości ludzkiego ciała? Czy światło mogło być kiedykolwiek jaśniejsze? Mogło. Mogło być prawdziwe. Mogło być niesione na skrzydłach ćmy, zamiast wabić czerwienią ćmę do siebie i ją spalać. Mogło być miłym, czystym uczuciem, a nie tym niesionym przez ludzkie ciało. Właśnie tym, które teraz sprawiało, że Laurent musiał bardzo mocno siebie kontrolować, żeby nie robić ruchów, które zamieniłyby go w tę latarenkę. Żeby nie stać się płomieniem dla ćmy. To byłoby niepoprawne, niemoralne nawet dla niego. Mógł jednak kontrolować swoje ciało, ale nie potrafił tego zmazać ze swoich oczu, kiedy spoglądał teraz na tego pięknego mężczyznę siedzącego tak blisko. Persues zostawił na nim tylko pocałunek swoich perfum, a on bardzo chciał poczuć jego dłoń na swoim udzie. Tak właśnie węgiel spotykał się z morskimi falami, ale chyba nie mógł być przez niego obmywany. Ten smutek sięgał za głęboko, Laurent widział to wyraźnie. Perseus Black został dotknięty przez najgorszą rzecz, jaka można dotknąć mężczyznę - został złamany.

Laurent drgnął lekko, rozchylił swoje wargi, które nawet uniosły się w minimalnym uśmiechu. Ale to nie był uśmiech rozbawienia. Raczej ten rodzaj smutnego uśmiechu, kiedy człowiek w pełni zdaje sobie sprawę z tego, co usłyszał, ale jedyne, co może zrobić, to płakać nad tym, albo się z tego śmiać. Te rozchylone wargi trwały tak przez jeden, dwa, trzy oddechy. Może nawet cztery.

- Zdaję sobie z tego sprawę. - A rozbawiło go trochę to, w ten bardzo krytyczny sposób, w jaki Persues ujął te słowa. Tak, odrzucenie. Odrzucenie było najgorszym z uczuć, prawda? Było tylko stopniowane w swoim doznaniu - może cię odrzucić ktoś bliski, a może cię odrzucić ktoś, kogo jeszcze nie znasz. Niby nie znasz... było w Persuesie coś bardzo... BARDZO znajomego. Coś... jakby klikało w odpowiednim miejscu? Jakby puzzle same się wsuwały w wypustki, dobierały kolorami? Jakby zmieszanie jadeitu i morskich fal było ideałem doboru farb dla malarza? Może powstałby z tego chory obraz Beksińskiego, a może doznalibyśmy pasteli dzieł Moneta - sam nie wiem. Laurent drgnął drugi raz, kiedy upadł stetoskop, a dłoń Persuesa znalazła drogę do jego dłoni. Zelektryzowała całe jego ciało. Otworzyła szerzej oczy. Na moment Laurent zapominał, że powinien oddychać. Bał się poruszyć palcami, aż w końcu je leciutko zgiął w tym łagodnym uścisku. To były miłe dłonie. Pasowałyby do jego talii, gdyby je tam naprowadził. - Jakie to szczęście, że jest wiele osób gotowych moją samotność leczyć. - Wyrwało mu się to z ust szybciej, niż pomyślał, co w ogóle mówi. Ale chociaż na sekundę widać było zaskoczenie po nim samym, to nie nadszedł po nim wstyd. Nie było przeprosin. Bo to... była prawda. Gorzka, tak i w jego tonie słychać było tę nutę goryczy. - Ciężko szukać miejsca balansu, kiedy pana również rozdziera samotność. - Stój. Bardzo, BARDZO mocno skupił się na zatrzymaniu siebie samego, na to, żeby nie zamienić się w tego Diabła, który chciał kusić, którego każda komórka ciała chciała się nastawić na to, żeby ramiona mężczyzny przed nim się otworzyły, żeby uległ. To był wręcz tytaniczny wysiłek, który nieświadomie nieco napiął jego mięśnie. - Cóż, nawet moja matka powtarza, że jestem zwykłą kurwą, nie pracuję ciężko na zmianę jej opinii. - Otrząsnął się lekko z tego wrażenia, z tej fali uczuć, ale nie odważył już podnieść twarzy, żeby spojrzeć ponownie w te artystycznie czarne oczy złożonych z marzeń sennych. Ten chwilowy uśmiech na jego twarzy był wymuszony.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
corbeau noir
— light is easy to love —
show me your darkness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Gdyby Śmierć przybrała ludzką postać, wyglądałaby jak Perseus; wysoki i szczupły, o kredowym licu oraz zapadniętych policzkach. Pojedyncze hebanowe kosmyki opadają na czoło mężczyzny; oczy zaś, czarne jak węgiel z jadeitowymi przebłyskami, przyglądają się swym rozmówcom z niepokojącą natarczywością. Utyka na prawą nogę, w związku z czym jego stały atrybut stanowi mahoniowa laska z głową kruka.

Perseus Black
#20
03.04.2024, 20:12  ✶  

Oto kim naprawdę był Perseus Black; za fasadą jadeitu, pod alabastrem pachnącej piżmem i opium skóry czaiła się obmierzłość ropiejących wrzodów, smród zgnilizny, zaschnięta krew i lepki brud. Był zbrukany, doszczętnie zniszczony przez wyzute z moralności pragnienia wypełzające z najciemniejszych zakamarków jego psyche. Powinien być jego Obrońcą, Sztandarem i Tarczą, Schronieniem podczas zawieruchy oraz Drogowskazem na rozdrożu. A nawet jeśli nie udałoby mu się zostać żadnym z nich, to ślubował wszakże, by przede wszystkim nie szkodzić.

Trigger Warning: myśli przeróżne (erotyka) (Odkryj)

Tymczasem myśli Perseusa oscylowały wokół jednego; niszczenia. Chciał zniszczyć tego młodzieńca, tak samo jak on niszczony był przed laty przez innych mężczyzn. Pragnął wsunąć palce w jego włosy, te piękne blond włosy, upodabniające go do cherubina, z pełną czułości łagodnością, tylko po to, by w następnej chwili pociągnąć go za jasne pukle i rzucić na kolana. Niech lazur jego spojrzenia zalśni pełnym zdziwienia wyczekiwaniem, niech policzki spąsowieją, gdy pewnie chwyci jego podbródek. A te usta - kształtne i z pewnością miękkie - rozchylą się, by go przyjąć i oczy zaszklą się łzami, gdy wypełni go cały. Och, jakże pięknie wyglądałby z rękoma związanymi za plecami, oparty o mahoniowe biurko, przyciskany do rozrzuconych nań stert papieru. Nie... Nie tak, wolałby widzieć jego twarz; czerwoną i mokrą. Patrzeć, jak to anielskie lico kruszeje i staje się ludzkie, jak smukłe ciało wije się w jego stalowym uścisku, gdy zanurzał się w nie głębiej. Jakże wspaniała musiałaby brzmieć harmonia jego przepełnionych rozkoszą westchnień i przyśpieszonego oddechu.

Ale to Perseus oddychał teraz szybko.

Mam narzeczoną, karcił się w myślach, jakby samo słowo "narzeczona" miało nadprzyrodzoną moc, stanowiło barierę dla jego wyuzdanych pragnień. Cóż za nonsens! Nawet była żona nie była w stanie ich powstrzymać, gdy mówił jej, że ma nocny dyżur, podczas gdy spędzał wieczór w ramionach kochanka. Ale to była inna sytuacja, usprawiedliwiał się - w rozkołysanych wiatrem trawach podczas Beltane poprzedzającego ich determinowane wolą rodziców zaręczyny obiecywał, że nie będzie czynił jej wyrzutów, jeśli dyskretnie będzie spotykała się z kimś innym. W domyśle: jeśli ona sama przymknie oko na jego chwiejny krok nad ranem. To był, jak mu się wydawało, uczciwy układ; wypełnili wolę ojców, zachowując przy tym resztki swojego własnego ja. Jednak kilka dni po ich ślubie zapytała, czy coś z nią nie tak, skoro noce woli spędzać na kanapie. Pamiętał, jak podniósł na nią swój mętny wzrok i ledwo powstrzymał się przed rzuceniem jej, że wszystko. A przecież nie było winy Eunice w tym, że nie była swoim bratem, do którego - mimo upływu lat - wciąż boleśnie wyrywało się serce. Zaczął ją więc oszukiwać.

Z Vesperą było inaczej; Vespera była słońcem jaśniejącym nad jego żałosną sylwetką. Była dla niego dobra - zdecydowanie zbyt dobra, dla tej pokracznej imitacji człowieka, jaką był Perseus - i w żaden sposób nie zasługiwała na obmierzłości czające się na dnie jego psyche. Chciał być lepszy; dla niej, dla dziecka, którego jeszcze nie znał, choć był pewien, że kochał je całym sobą, i trochę dla samego siebie, bo dość miał już lepkiego brudu na swoim sumieniu.

On jest w połowie selkie; to naturalne, że tak na mnie oddziałuje, tłumaczył mu łagodny głos. Ramiona Blacka uniosły się i opadły w głębokim westchnieniu, jakby chciał strząsnąć z siebie tę myśl. Niedojrzałym było zrzucanie winy za swe emocje na drugiego człowieka, a Perseus - wbrew obiegowej opinii - wcale nie był człowiekiem niedojrzałym. Nieco zagubionym w otaczającej go rzeczywistości, o osobliwym, niekiedy zahaczającym o infantylizm poczuciem humoru, dziwakiem, którego najlepiej omijać szerokim łukiem, ale nie, na Merlina, niedojrzałym. Tkwił raczej pomiędzy. W miejscu, w którym rozsądek zlewa się z emocjami.

Gdy ich dłonie się spotkały, również i jego ciało przeszedł dreszcz, podobny iskrze pełzającej pod skórą. Wstrzymał na moment oddech, przyglądając się Laurentowi z mieszanką lęku i niezrozumienia. Nigdy wcześniej nie zaznał podobnego uczucia w kontaktach z pacjentami; było przyjemne jak czerwcowy deszcz i jednocześnie przerażające, bowiem z jakiegoś powodu odniósł wrażenie, że to, co czuje jest niewłaściwe. Ale... Ale dlaczego właściwie to uczucie było złe?

Bo było zbyt poufałe.

W atawistycznym odruchu chciał cofnąć dłonie, a jednocześnie w swej zachłanności pragnął nadal chłonąć ciepło skóry Laurenta, tak niepodobne do chłodu jego własnych rąk. Ten chłopak był jak leniwe lipcowe dni na południu Francji, myślał rozgorączkowany, ponownie tego dnia tonąc w jego oczach. Wspomnienia zaczęły mieszać się z fantazjami; nie był już pewien, czy leżał w winnicy z Elliottem, czy z Laurentem, czyje usta wtedy całował, komu szeptał na ucho tu as des yeux comme l'azur de la mer Adriatique.

Strach zwyciężył. Puścił jego dłonie, choć niechętnie, z ociąganiem.

— Czy to remedium działa? — zapytał po chwili, głosem nienaturalnie ochrypłym, jakby przez cały czas jakaś niewidzialna ręka zaciskała się na jego gardle — Gdy uniesienia już opadną, nie czuje się pan samotny?

Nie musiał pytać. Patrząc na młodego Prewetta odpowiedź nasuwała się sama. Sięgnął do jego ręki, ale nie złapał jej jak wcześniej; zamiast tego musnął jego palce. Delikatnie. Pocieszająco. Jadeit tęczówek zdawał się nieco przygasnąć; zastąpił go głęboki obsydian smutku oraz troski. Rozchylił usta i nabrał powietrza w płuca, by zaprotestować i powiedzieć, że wcale nie jest samotny, ale tak, jak Perseusowi zdawało się, że odczytuje Laurenta, tak i on czytał z niego jak z otwartej księgi.

— Nie nazwałabym tego samotnością — bo przecież zarówno na poziomie sensualnym, jak i emocjonalnym, potrzeba bliskości została u niego spełniona. To było coś więcej, coś ponad i głębiej, czego nie potrafił opisać słowami. Wiedział tylko, że boleśnie ciążyło mu na sercu. Zupełnie tak, jakby ktoś położył na jego klatce piersiowej ogromny kamień, którego nie był w stanie przesunąć samodzielnie. — To tęsknota za czymś, czego nie umiem nazwać. Mrzonka zupełna, którą pan nie powinien się przejmować.

Kąciki jego ust drgnęły. Nie z pogardy, ani obrzydzenia, lecz w grymasie, który miał być pełnym wyrozumienia uśmiechem. Pod tym względem chyba niewiele się różnimy, pomyślał z rozpaczą.

— Nie jest sprawą pańskiej matki, co i z kim robi pan w pościeli — odpowiedział — Ale jest pan zawiedziony jej oceną, prawda?

Już jakiś czas temu zauważył skupienie odznaczające się na twarzy Laurenta, dostrzegł także napięcie, jakie uniosło jego ramiona - Laurent nawet nie musiał być tego świadom. Nie reagował wcześniej, aby go nie peszyć, lecz teraz... teraz wydawało mu się, że i jemu udziela się to poruszenie.

— Spójrz na mnie. Oddychaj głęboko. O czymkolwiek myślisz, opuść gardę.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, do czego go namawia.



[Obrazek: 2eLtgy5.png]
if i can't find peace, give me a bitter glory



« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (11823), Perseus Black (10053)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa