Wyjazd dalej niż do Doliny Godryka normalnie wiązałby się z bardzo wieloma konsekwencjami. Przygotowanie się, rozeznanie dokąd jedziesz, nawet głupie spakowanie wymagałoby chociaż chwili. Przynajmniej Bletchley nie musiał się martwić tym, że zapomni szczoteczki do zębów. Strach i trwoga rządziła sercami Irlandczyków, a jego głowa produkowała tak nędzne żarty, jak zawsze. Jeśli życie człowieka było coś warte, to zanikało w obliczu tragedii. Krew, ciała i pytania "dlaczego". Przeciętnemu człowiekowi wydawało się, że najgorsze co go czeka to ta trwoga przebiegająca londyńskimi dzielnicami. Ta o Śmierciożercach i o tym, że mugole nie mogli czuć się bezpieczni. Nie spoglądali jednak dalej. Nie śledzili wszystkich wydarzeń. Największą reakcją byłoby gwałtowne nabranie tchu, pokręcenie głową, powiedzenie: biedni ludzie... Ano, biedni. I co dalej? Empatia umierała wraz z dorosłością. Im dłużej żyłeś tym bardziej niedołężniałeś emocjonalnie. Stawałeś się obojętny, bo świat i ludzie wokół ciebie byli obojętni.
Było coś dobrego w tym, że Atreus z nim jechał. Coś, bo nie wszystko. Bo dlaczego akurat on, a nie na ten przykład Victoria, która była bardzo dobra w zaklęcia osłaniające? Nie kwestionował jednak kuzynki, ciotki, czy jakkolwiek określić ich relację. Jego i Harper. Nie interesowało go do końca, z kim się tam znajdzie, dopóki nie była to osoba obca. Inna sprawa, że nie wiedział do końca, czy Atreusowi można ufać ze względu na ludzi, przy których się kręcił. Cała śmietanka podejrzanego towarzystwa. Nie winił go za to, ale paranoja, kiedy miałeś wrogów wszędzie, robiła swoje. Mimo to - cieszył się. Bo strach, widzisz, musiałby być wryty w przeświadczenie, że oberwanie nożem w plecy byłoby czymś strasznym. Dla Caina byłoby to tylko jego niedopatrzenie ludzkiego zachowania. Jego wielka wina. Śmierć jak śmierć - każda była beznadziejnie bezsensowna, a zawsze sądził, że to właśnie taką umrze. Nie jak bohater w bitwie, tylko ześlizgując się z piątego piętra na balkonie, albo z kosą w plecach w jakiejś zatęchłej uliczce. Gdyby dostał nią w mieszkaniu to pewnie stara sąsiadka zdążyłaby się poskarżyć dopiero policji, że chyba ktoś tu uprawia za dużo orientalnej kuchni i to dlatego tak cuchnie na całej klatce schodowej.
Wziął ze sobą tylko plecak z najbardziej potrzebnymi rzeczami. Potrzebował paru rzeczy tak oczywistych, jak nie rzucanie się w oczy i unikanie wszystkiego, co chce cię zabić. Czyli potencjalnie całego Belfastu, a jednak to właśnie w jego serce miał wkroczyć. Czy to naprawdę robota Czarnego Pana? Jeśli tak, to mogliby to zostawić Irlandzkiemu wywiadowi, bo w samym Londynie mieli więcej problemów, nie musieli się angażować tutaj. Łatwo mówić, bo przecież Ministerstwo odpowiadało za wyspy i każdą część tego grajdołka. Byłoby bardzo nieprzyjemnym na niego trafić i wplątać się w jeszcze jakąś większą intrygę. Tak czy siak narzekanie było częścią życia, chociaż Cain niekoniecznie lubił narzekać na głos. Lepiej rodzić takie lekkie myśli, bo wcale, tak naprawdę, nie chciał tego zostawiać w pizdu. Nie tam, gdzie zagrożone było ludzkie życie. I chociaż ktoś, kto by na niego spojrzał powiedziałby, że podchodzi do tego nieprofesjonalnie, zbyt lekko, to jeśli chodziło o Śmierciożerców, a nawet podejrzenie ich wystąpienia - nigdy nie przyjmował postawy ignorancji wobec przeciwnika.
Przygotowany świstoklik przeniósł go na miejsce - w okolice miasta, gdzie pojawienie się kogoś rzeczywiście nie rzucało się w oczy. Belfast nie był brzydkim miastem. Nie był nim, nim ktoś popierdolony postanowił wysadzić tutaj kilka bomb. Za swoje szczęście uważał życie wśród mugoli - poruszanie się po ich świecie nie było przez to takie straszne. Tak samo jak wiedza o tym, że karabin maszynowy i bomby mogą ci zrobić prawdziwą krzywdę i pod żadnym pozorem nie chcesz się z nimi spotkać. O ile poruszanie się w naturze było tragiczne, tak po mieście - wcale. Szczególnie, że w swojej głowie miał zapamiętaną całą mapę tego miejsca, a i aktualnie spoczywała (złożona) w jego dłoni. Bo bardziej ufał temu papierowi niż temu, że zetnie go ból głowy, kiedy będzie ją za bardzo przeciążał.
Idąc w kierunku miasta zawiązał lekką chustę na nosie i ustach, żeby niekoniecznie być wszem i wobec od razu rozpoznawalny, a dym nie gryzł tak w nos. Buchnięcia dymu z ogniem co jakiś czas podkreślały, że nie ma bardziej niebezpiecznego miejsca, w jakie można się udać, niż właśnie to. Zgodnie z posiadanymi informacjami udał się prosto na miejsca zdarzenia, żeby tam zacząć sprawę.