rynek Doliny Godryka
Poturbowana, poraniona Dolina Godryka, otulona szumnym cieniem przeklętej Kniei, próbowała zachować pozory normalności. Lato rozkwitało, to już nie była pobudka życia, a jego pełen rozkwitu taniec. Zbliżała się najkrótsza noc w roku i... Samuel nie zamierzał się na nią wybierać, a na pewno niezbyt dosadnie. Może się pokręci, może zgarnie garniec miodu i schroni się w przyjemnym cieniu bukowiny, żeby przypadkiem nie trafić na jubilatkę, która zwykła obchodzić to święto w Dolinie właśnie.
To brzmiało jak dobry plan.
Na razie dla odmiany korzystał z mugolskiego spontanicznego jarmarku. Jego ogłoszenia trafiły również do niemagicznej części społeczności i tak to się stało, że jeden z jego pracodawców — wyborny piwowar Jeremi z żoną, zaprosili go tego wieczora na małą potańcóweczkę pod gołym niebem i inne zabawy kupców i wytwórców Doliny. Ustawiono kramy w okrąg, rozwieszone kolorowe girlandy i lampiony, trzech grajków ze skrzypcami, cytrą i bębnami ustawiła się pod parawanem i rozpoczęły się tańce.
Samuel, przyjmując zaproszenie, wdepnął w pułapkę, bowiem Jeremiaszowi zależało na tym, aby spowinowacić swoją środkową córkę z dobrym rzemieślnikiem, co może spodnie ma podarte, ale fach w ręku i dobrze mu z oczu patrzyło. Zupełnie nieświadom tego mężczyzna, rozglądał się po straganach z glinianym naczyniem, szczególną uwagę przywiązując do glinianych figurek kaczek i niedźwiedzi. Wymieniał uprzejmości z tymi, których znał, witał się z tymi, których jeszcze nie znał. Rozpoznał kilka twarzy należących do czarodziei, ale skinęli sobie tylko głową. Dla nich to pewnie była wycieczka krajoznawcza "pośród mugoli", dla Sama nie było zbyt wiele różnicy. Człowiek to człowiek.
Plotka głosiła, że tego dnia ma przyjechać wędrowny teatr, który co prawda występować miał jutro, ale kto wie – może uda się jakiegoś kuglarza namówić na żonglerkę lub spluwanie ogniem. Nastroje były pozytywne, leczące niedawno zadane rany. Samuelowi udzielało się to, a kubek wybornego stouta niewątpliwie pomagał w przełamaniu lodów.