To był kolejny obrzydliwie nudny dzień w Londynie. Jak zwykle w tym mieście - i w ogóle w Anglii - pogoda postanowiła spłatać wszystkim figla, prezentując mieszkańcom ni to deszcz, ni brak deszczu. Z nieba sączyło się mokre gówno, które nazywano mżawką. Za słabe na parasol czy kaptur, ale na tyle mocne, że psuło fryzury i moczyło włosy. Rodolphus westchnął, przeczesując szczupłymi palcami czarne jak smoła, mokre włosy. Jak bardzo kochał magiczną część tego miasta, jak czasem miał wrażenie, że wiało tu… Nudą. Ten niby-deszcz był idealnym podsumowaniem ostatnich wydarzeń.
Londyn bywał interesujący, ale ostatnio stał się dla młodego Lestrange mdły. Spodziewał się czegoś zupełnie innego po ostatnich wydarzeniach. Strachu? Nie, jeszcze nie. Ale jakiejś ekscytacji, ukradkowego oglądania się przez ramię, charakterystycznego napięcia w ciele, gdy ludzie przechodzili mokrymi uliczkami Pokątnej. A tu jedno wielkie rozczarowanie. Życie toczyło się powoli i zupełnie zwyczajnie. Pełno mugolskich rodzin (aż dwie!) właśnie minęły Rolpha, wywołując na jego szczupłej, bladej twarzy skurcz jednego mięśnia. Niezauważalny dla nikogo innego, ale odczuwalny dla niego samego. Ile jeszcze zdąży się powstrzymywać przed reakcją?
Na chwilę przystanął, pozwalając by mżawka spowiła jego gruby, czarny płaszcz i zmoczyła mu buty. Rodolphus odwrócił głowę, by otaksować rodzinę, znikającą w jednym ze sklepów. Zmarszczył brwi, widząc wystające z kieszeni spodni różdżki. Mugolska moda… Lestrange prychnął pod nosem, odruchowo poprawiając srebrne guziki aksamitnej, szmaragdowej jak płomienie fiuu kamizeli. Obrzydliwe, powyciągane swetry pasowały do charakterów wielbicieli mugolaków. Byli powyciągani jak te łachy, które nosili.
Nagle jednak usta Rodolphusa wygięły się w uśmiechu. Stalowoszare tęczówki w ostatniej chwili wychwyciły znajomy ruch, a ciało zareagowało instynktownie. Usuwając się z drogi przed niską, wątłej postury kobietą o włosach czarnych jak jej dusza, odruchowo pochylił głowę, jakby chciał zrobić wymuszony ukłon.
- Co cię wygnało w taką pogodę, Loretto? - Rolph wyciągnął rękę i delikatnie przytrzymał jedno z płócien, które niosła pod pachą Loretta. - Ktoś o twej reputacji nie powinien biegać po Londynie jak byle skrzat domowy. Pomogę.
Nie było to pytanie, a w oczach Rodolphusa pojawił się ciężki do zinterpretowania błysk.