Longbottoma bawiła konsternacja ludzi, gdy łączyli praworządność rodowego imienia z intensywnością spojrzenia Niewymownego. Już sama jego praca, milcząca i tajemnicza, sprawiała, że nie wpisywał się w te same rubryki konotacji i brzmienie jego nazwiska zdawało się nosić inne znaczenie, niż w reszcie Ministerstwa. Zresztą, Morpheus nosił swojego rodzaju mrok w sobie i nosił go dobrze, jako część klątwy swojego daru, nawet jeśli w gruncie rzeczy był dobrą osobą. Empatyczną, współczującą. Nie tej nocy, tej nocy pragnął i zamierzał być egoistą.
Adoracja Loretty nosiła ślady narcystycznego pożądania. Stojąc obok siebie, patrząc na siebie nad płomieniem papierosa, wyglądali jak byk i łania tego samego gatunku. Te same, sarnie spojrzenia i obłąkańcza miłość do życia. Wiadomo wszak, że nic nie kocha śmierci bardziej niż ekstaza egzystencji. Płomień, który rozświetlił majową noc, wydobył cienie z twardo ociosanej twarzy czarodzieja, pogłębiając te już istniejące, wieczne pod oczami, stworzone przez sny niewypowiadalne. Uniósł jedną brew na bezczelną aneksję jego papierosa przez usta Loretty. Gdy rozjarzył się dość, aby płonąć, przejął go w dwa palce, niemalże dotykając karmazynowych warg i odbierając, co jego. Przyłożył swoje własne usta w miejsce, gdzie zostawiła ślad szminka, prawie mogąc posmakować tego, czego jeszcze sobie nie wziął.
Zatrzymał dym w ustach.
Nie chciał kokieterii Loretty, chciał się z nią pieprzyć, więc nachylił się, wciąż na wdechu i pocałował ją, wtłaczając smoczy dym w jej płuca. Palił ciężkie papierosy, siny dym był gęsty i bardzo gryzący. To nie były papierosy kogoś, kto robi to tylko towarzystwo, a pocałunek nie należał do kogoś, kto się zakochuje. Morpheus znajdował się w mrocznym momencie swojego życia, nie z powodu wojny, a z powodu alienacji w rodzinie. Nie celowej, to wiedział, bo wiedział za dużo. Chciał zapełnić rosnącą pustkę w swoim sercu. Dlatego pocałunek był agresywny, zaborczy i nieco dominujący. Zupełnie, jakby chciał wziąć ją w tym miejscu, na chodniku, na oczach przechodniów, którzy jeszcze pojedynczo pojawiali się na ulicach, zdążając do wieczornych aktywności, odziani w odświętne etole lub do domów, z teczkami pracy i trosk.