22.02.2024, 18:56 ✶
Uśmiechnęła się mimowolnie, dostrzegając minę Mills. Ludzie lubili, gdy ktoś dostrzegał ich mocne strony i ich chwalił. Brenna o tym wiedziała i być może to, że to dostrzegała, było na swój sposób ślizgońskie. Jednocześnie jednak może dlatego, że jeśli o czymś takim mówiła, to tylko szczerze, ostatecznie była dużo bardziej Gryfonką.
- Mój ojciec. Mav - mruknęła Brenna, która z tą drugą porozmawiała od razu, a ten pierwszy... no, był zwolennikiem Dumbledore'a już od czasów Grindewalda. Erika pominęła dyplomatycznym milczeniem, bo ten chyba uznał, że Brenna bredzi, kiedy próbowała z nim porozmawiać. - Wuj Derwin. Wujek Morpheus... nie jest wojownikiem.
Brenna nie była w końcu tutaj żadną szefową, jednym z szeregowych, na razie nielicznych członków. Na razie nie miała okazji zaprosić wielu osób do Zakonu Feniksa i nie zastanawiała się nawet, czy taką propozycję powinien otrzymać Morpheus, w swoich mrokach Departamentu Tajemnic: tę decyzję pewnie podejmą jego bracia.
A przynajmniej tak sądziła.
- Co do Caina, mówiąc szczerze, nie wiem, ale sądzę, że Alastor nie będzie długo się zastanawiał - przyznała, bo Bletchley zdawał się dość naturalnym wyborem. Nie tylko dlatego, że nie było szans, aby nie zorientował się, że Patrick i Alastor "coś knują".
Omal nie roześmiała się, kiedy Millie zaczęła pytać o "ksywki" i jakoś rozluźniła się w tym momencie: pewna sztywność, która wkradła się w mięśnie ramion, ustąpiła jak ręką odjął i Brenna wygodniej usiadła na krześle.
Może nie powinno jej to bawić, ale bawiło. Myśl o tym, jak mieliby się do siebie zwracać „po ptasiemu”. Albo nazywając się nawzajem szybkimi miotłami i tym podobne.
Być może Brenna jeszcze nie była w stanie pojąć powagi sytuacji – i zrozumieć, że aż taka konspiracja pewnego dnia faktycznie może okazać się potrzebna.
Ewentualnie po prostu cieszyła się, że w tej nadchodzącej ciemności wciąż istnieje światło i dalej mogą się uśmiechać.
- Nikt mi nic nie wspominał o żadnych pseudonimach. Ale jeśli jakieś będziemy wybierać... różnie ja zaklepuję naczelnego pajaca.
- Mój ojciec. Mav - mruknęła Brenna, która z tą drugą porozmawiała od razu, a ten pierwszy... no, był zwolennikiem Dumbledore'a już od czasów Grindewalda. Erika pominęła dyplomatycznym milczeniem, bo ten chyba uznał, że Brenna bredzi, kiedy próbowała z nim porozmawiać. - Wuj Derwin. Wujek Morpheus... nie jest wojownikiem.
Brenna nie była w końcu tutaj żadną szefową, jednym z szeregowych, na razie nielicznych członków. Na razie nie miała okazji zaprosić wielu osób do Zakonu Feniksa i nie zastanawiała się nawet, czy taką propozycję powinien otrzymać Morpheus, w swoich mrokach Departamentu Tajemnic: tę decyzję pewnie podejmą jego bracia.
A przynajmniej tak sądziła.
- Co do Caina, mówiąc szczerze, nie wiem, ale sądzę, że Alastor nie będzie długo się zastanawiał - przyznała, bo Bletchley zdawał się dość naturalnym wyborem. Nie tylko dlatego, że nie było szans, aby nie zorientował się, że Patrick i Alastor "coś knują".
Omal nie roześmiała się, kiedy Millie zaczęła pytać o "ksywki" i jakoś rozluźniła się w tym momencie: pewna sztywność, która wkradła się w mięśnie ramion, ustąpiła jak ręką odjął i Brenna wygodniej usiadła na krześle.
Może nie powinno jej to bawić, ale bawiło. Myśl o tym, jak mieliby się do siebie zwracać „po ptasiemu”. Albo nazywając się nawzajem szybkimi miotłami i tym podobne.
Być może Brenna jeszcze nie była w stanie pojąć powagi sytuacji – i zrozumieć, że aż taka konspiracja pewnego dnia faktycznie może okazać się potrzebna.
Ewentualnie po prostu cieszyła się, że w tej nadchodzącej ciemności wciąż istnieje światło i dalej mogą się uśmiechać.
- Nikt mi nic nie wspominał o żadnych pseudonimach. Ale jeśli jakieś będziemy wybierać... różnie ja zaklepuję naczelnego pajaca.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.