24.03.2024, 08:59 ✶
Roselyn zmarszczyła brwi. Mężczyzna, który siedział przed nią, wydawał się nieco... Zagubiony? Może przygłupi? Nie, to drugie nie. Pasowało do niego raczej określenie "wykluczony". Wykluczony z pewnych ram, co zapewne było spowodowane tym, co mówił - że mieszkał tu od zawsze.
- Bo to nasza ziemia - powiedziała w końcu, odrobinę przekrzywiając głowę. Nie było sensu, by dalej udawała, zwłaszcza że zdradziła się już na samym początku z tym, kim jest. I może tego nie zarejestrował wtedy, ale nie widziała w zasadzie powodu, dla którego miałaby to ukrywać. - Zarówno w formie prawnej, jak i magicznej. Knieja to nasza część, a my to część Kniei.
Nie chciała, żeby zabrzmiało to tak, że mają coś podpisane na papierze i teraz się czepiają każdego, kto tylko postawi stopę między drzewami. Bo to nie tak działało. Greengrassowie byli związani z Knieją w zupełnie inny sposób, chociaż oczywiście papierologia również tutaj wchodziła w grę. Skoro jednak mówił, że mieszkał tu jego dziadek, a potem matka... Roselyn zmarszczyła brwi, próbując sięgnąć pamięcią do rozmów z ojcem, ale bezskutecznie. Być może za bardzo się skupiła na badaniach i po prostu życiu, że nie zarejestrowała tego, co mówił do niej ojciec? To też była jedno z tych prawdopodobieństw, które rozważała wcześniej.
- Drzewa w Kniei to nasi przodkowie - powiedziała w końcu cicho, chowając różdżkę. Doszła do wniosku, że Samuel nie stanowi dla niej zagrożenia. Ostrożnie podeszła do mężczyzny i usiadła naprzeciwko - zachowywała jednak odpowiedni dystans, w razie gdyby jednak okazało się, że dokonała błędnego osądu. - Jeżeli mieszkał tu twój dziadek a potem matka i ty, to by tłumaczyło, czemu miałam się nie zapuszczać w te rejony. Kim jesteś?
Dodała po chwili zastanowienia, ogniskując na nim błękitne spojrzenie. Wcześniej myślała, że miała uważać tak po prostu - ot, kwestie bezpieczeństwa. Ale najwyraźniej miała unikać tej części lasu żeby może ich nie niepokoić? Będzie musiała o to zapytać ojca, bo nawet po jej minie widać było, że nie odpuści tematu.
- Bo to nasza ziemia - powiedziała w końcu, odrobinę przekrzywiając głowę. Nie było sensu, by dalej udawała, zwłaszcza że zdradziła się już na samym początku z tym, kim jest. I może tego nie zarejestrował wtedy, ale nie widziała w zasadzie powodu, dla którego miałaby to ukrywać. - Zarówno w formie prawnej, jak i magicznej. Knieja to nasza część, a my to część Kniei.
Nie chciała, żeby zabrzmiało to tak, że mają coś podpisane na papierze i teraz się czepiają każdego, kto tylko postawi stopę między drzewami. Bo to nie tak działało. Greengrassowie byli związani z Knieją w zupełnie inny sposób, chociaż oczywiście papierologia również tutaj wchodziła w grę. Skoro jednak mówił, że mieszkał tu jego dziadek, a potem matka... Roselyn zmarszczyła brwi, próbując sięgnąć pamięcią do rozmów z ojcem, ale bezskutecznie. Być może za bardzo się skupiła na badaniach i po prostu życiu, że nie zarejestrowała tego, co mówił do niej ojciec? To też była jedno z tych prawdopodobieństw, które rozważała wcześniej.
- Drzewa w Kniei to nasi przodkowie - powiedziała w końcu cicho, chowając różdżkę. Doszła do wniosku, że Samuel nie stanowi dla niej zagrożenia. Ostrożnie podeszła do mężczyzny i usiadła naprzeciwko - zachowywała jednak odpowiedni dystans, w razie gdyby jednak okazało się, że dokonała błędnego osądu. - Jeżeli mieszkał tu twój dziadek a potem matka i ty, to by tłumaczyło, czemu miałam się nie zapuszczać w te rejony. Kim jesteś?
Dodała po chwili zastanowienia, ogniskując na nim błękitne spojrzenie. Wcześniej myślała, że miała uważać tak po prostu - ot, kwestie bezpieczeństwa. Ale najwyraźniej miała unikać tej części lasu żeby może ich nie niepokoić? Będzie musiała o to zapytać ojca, bo nawet po jej minie widać było, że nie odpuści tematu.