• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[13.01.67] Czy leczyłbyś mnie nawet, gdybym była robakiem?

[13.01.67] Czy leczyłbyś mnie nawet, gdybym była robakiem?
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
05.04.2024, 22:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2024, 17:02 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V

Był piątek trzynastego.
Brenna nigdy nie była przesądna, dlatego nie zwalała na ten fakt ani tego, że od rana padał rzęsisty deszcz, ani że ktoś dosypał jej do kawy w pracy soli zamiast cukru, ani nawet nagłego wezwania do sąsiedzkiej kłótni, która okazała się sąsiedzką napaścią i zakończyła się ogromną awanturą, wymianą zaklęć, kilkoma aresztowaniami oraz wizytą w Mungu u boku jednego z aresztowanych właśnie. To był zwykły dzień, po prostu odrobinę dziwniejszy niż zwykle.
Pytaniem pozostawało, czy Basilius Prewett, na którego czekała w jednej z sal kliniki - bo pacjent nie mógł niestety czekać pod gabinetem, a istniała duża szansa, że będzie musiał zostać tutaj dłużej, ze względu na swój status zatrzymanego zapewne pod opieką jeżeli nie Brenny, to innego Brygadzisty - spojrzy na to podobnie.
- Cześć, Basilius! - rzuciła na powitanie, gdy uzdrowiciel pojawił się w progu. Brenna właśnie studiowała uważnie wywieszoną na ścianie za szkłem instrukcję udzielania pierwszej pomocy w przypadkach, w których doszło do obrażeń wywołanych magicznie, ciekawa, czy znajdzie tam jakieś porady dotyczące sytuacji, do jakiej doszło tego dnia.
Zgodnie z przewidywaniami - odpowiedź brzmiała "nie".
– Tym razem to nie ja jestem pacjentką – dodała, odwracając się do uzdrowiciela i  obdarzając go uśmiechem. Miała ponabijane kilka siniaków, a także parę zadrapań tu i ówdzie, ale nie stało się jej nic, co wymagałoby pilnej (albo jakiejkolwiek innej) interwencji medyka. – Przyprowadziłam za to jego – oświadczyła, wskazując ręką na posłanie.
Na posłaniu leżał robak.
To był duży robak: tak na oko mający około metr siedemdziesiąt długości i ważący minimum z siedemdziesiąt kilo. Pod każdym innym względem wyglądał jednak… no na robaka, chociaż Basilius na pewno nie mógł sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek uczył się o magicznej kreaturze tego typu (magicznej, bo chyba w mugolskiej faunie nie występowały robaki aż takich rozmiarów…). Biały, odrobinę oślizgły, z czułkami. Śluz zresztą pokrył prześcieradło, na którym ułożono istotę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że Brenna przywlekła do Munga po prostu robaka i domagała się jego leczenia. Pytaniem pozostawało tylko, dlaczego w takim razie wpuszczono ją z nim na salę i faktycznie ktoś posłał po uzdrowiciela.
Odpowiedzią nie była jednak jakaś nadzwyczajna charyzma (której Brenna nie posiadała), szaleństwo (wobec którego recepcjonista mógłby bać się zareagować) czy przekupienie kogoś (stosowała ten sposób chętnie, ale przecież nie dla robaka!). Po prostu na łóżku w istocie spoczywał człowiek, transmutowany w robaka, i to za sprawą i zaklęć, i eliksirów, przez co jakoś sam z siebie nie wracał do właściwej postaci. A niestety, zakucie takiego w kajdanki i wepchnięcie do aresztu byłoby źle widziane, nie mówiąc już o tym, że Brenna powinna go przesłuchać. W swoim obecnym stanie zaś mężczyzna… to znaczy, ehem, robak… zupełnie do przesłuchania się nie nadawał, choćby dlatego, że nie miał ust.
– Recepcjonistka mówiła, że najlepiej poradzisz sobie z tym problemem.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#2
06.04.2024, 13:25  ✶  
Przez te siedem miesięcy, które minęło od ich ostatniego spotkania naprawdę sporo się zmieniło. Po pierwsze oficjalnie został uzdrowicielem. Po drugie uznał, że lepiej wygląda w zaroście. Po trzecie doskonale zrozumiał, że w Świętym Mungu należy żyć na dobrych warunkach nie tylko z innymi magimedykami, ale i resztą personelu w tym z recepcjonistkami. A to szło mu świetnie. Szybko zorientował się, które z nich miały najwięcej do powiedzenia i do których należy się zawsze miło uśmiechać i przynosić czekoladki na dzień recepcjonistki, który zaczerpnął z mugolskiego kalendarza, a potem przekonał wszystkich, że warto go było obchodzić i że to skandal, że wcześniej nie było takiej tradycji.
I jego zaangażowanie się opłaciło. Dosłownie dzień wcześniej udało mu się uniknąć naprawdę nieprzyjemnego, chociaż niegroźnego, przypadku wymiotowania błotem, bo pani Poppy specjalnie pokierowała nieszczęsnego pacjenta do innego gabinetu.
Nie rozumiał więc czemu dzisiaj ta sama kobieta zafundowała mu to.
A powinien był wiedzieć, że coś było nie tak. Po pierwsze recepcjonistka uśmiechnęła się do niego jakoś dziwnie – najwyraźniej nie dość, że wierzyła w jego umiejętności to też założyła, że przypadek ten był na tyle dziwny, że Basilius będzie nim zachwycony. Po drugie pacjenci czekający w okolicy sali, do której właśnie zmierzał mieli nietęgie miny, jakby zobaczyli niedawno coś, czego nigdy w życiu nie chcieliby widzieć. Po trzecie, zanim otworzył drzwi, podeszła do niego magipielęgniarka, otworzyła usta, aby coś powiedzieć, a potem zamknęła je i odeszła mówiąc tylko, że na pewno będzie dobrze, ale gdyby czegoś potrzebował to prosi, aby ją zawołał.
Dziwne.
Wszedł do środka i… Przez chwilę miał bardzo dużą nadzieję, że pomylił pokoje i to jednak nie jego oczekiwała czarownica. Niestety nie miał takiego szczęścia.
– Brenno – rzucił już zmęczony, przyglądając się olbrzymiemu robakowi, wyglądającemu jeszcze paskudniej, niż oficjalne szaty uzdrowicieli, które właśnie miał na sobie.
Po chwili szoku przyszły mu do głowy dwa rozwiązania. Albo Brenna jakoś magicznie złączyła się z tym robakiem i przyszła na zły dział, co raczej było mało prawdopodobne skoro robak nie leżał wgryziony w jej ramię, albo czarownicę dosięgło schorzenie Longbottomów, o którym dużo się mówiło w jego rodzinie, o nazwie rzuciło mi się na mózg i teraz chcę pomagać wszystkiemu co się rusza, oszalała i uznała, że robak potrzebuje pomocy, gdy tak naprawdę to nie stworzenie było pacjentem. To by wyjaśniało jej siniaki. Pewnie jeszcze walczyła z tym, by to tutaj przynieść. Hah… A więc oficjalnie Longbottomowie jednak oszaleli. To by wyjaśniało też czemu skierowano ją do niego, skoro się znali.
– Brenno – powtórzył jej imię, tym razem łagodniej, jakby była dzieckiem, lub kimś po ciężkim wypadku. – Jesteś pewna, że ty i twój… ekhem przyjaciel jesteście w odpowiednim miejscu? – Podszedł do czarownicy, próbując dopatrzeć się na jej twarzy oznak niepoczytalności. A może po prostu uderzyła się w głowę? – Proszę cię usiądź. Może chcesz się napić herbaty? Mogę kogoś poprosić o jej zrobienie, a my porozmawiamy, gdzie go znalazłaś i czemu potrzebuje pomocy, dobrze? – Musiał się najpierw upewnić, czy jej stan nie był wywołany jakimś zaklęciem, a dopiero później skierować ją do Lecznicy Dusz – Czy ktoś jest tutaj z tobą? Możesz mi powiedzieć wszystko. – mówił, jednocześnie rozglądając się, czy ktoś nie zostawił jakiejś kartki z wyjaśnieniem, co tak naprawdę dolega dzisiaj Brennie.
Miał tylko nadzieję, że zaraz w drzwiach nie zjawi się jakiś oburzony urzędnik z Ministerstwa Magii krzyczący, że jest to jakiś naprawdę ważny magiczny robak i Brenna ma go oddać w tym momencie.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#3
06.04.2024, 14:05  ✶  
Krew Prewettów nie woda – zawsze ujawni się w ten czy inny sposób. W przypadku Basiliusa objawiała się czekoladkami i dniem recepcjonistki, które pozwalały mu uniknąć niektórych paskudnych przypadków… ale najwyraźniej pewne rzeczy były niektórym przeznaczone i nad głową Basiliusa Prewetta zawisło swego rodzaju fatum.
Przekrzywiła nieco głowę, trochę jakby psim gestem, obserwując go z pewnym zaintrygowaniem. Ludzie – także uzdrowiciele – zwracali się już do niej tym tonem nie raz, nie dwa, nie dziesięć i nauczyła się go rozpoznawać. Zwykle robili to wtedy, gdy uważali, że trochę jej odbiło, chociaż jako żywo, tym razem przecież to nie tak, że to wszystko była jej wina – nie transmutowała ludzi w robaki dla zabawy! Tak ogólnie to w ogóle nie transmutowała tego konkretnego człowieka w robaka! Gdy dotarła na miejsce, biedny pan Collins właśnie się przekształcał, zlany całym kociołkiem eliksiru, a ona musiała powstrzymać jego rozhisteryzowaną żonę przed próbami odczarowania go, które przyniosły tylko gorszy skutek, wchodząc chyba w reakcję z miksturą, i jego wściekłego brata przed zamordowaniem sąsiadki… A jeszcze sąsiadka i jej siostra zabarykadowały się w domu i ciskały eliksirami w każdego, kto chciał podejść, a potem zarzekały się, że ten kociołek na pana Collinsa został wylany, bo to on napadł rzeczoną sąsiadkę i… i tu sprawa się trochę komplikowała, bo wydobycie zeznań z pana Collinsa, dlaczego to zrobił, było nieco trudne.
– Recepcjonistka skierowała nas do tej sali, więc hm, jeśli ona się nie pomyliła, to chyba tak? – zaryzykowała. Może Prewett sugerował, że jednak powinna iść z panem Collinsem na dział zatruć eliksirami? Ale tu w sumie niby użyto eliksiru, ale użyto też zaklęć, więc w efekcie sprawa była trochę międzydyscyplinarna, a poza tym pan Collins się nie zatruł on tylko… no… zamienił się w wielkiego robaka.
– To bardzo miłe z twojej strony, ale myślę, że pan Collins wolałby w miarę szybko przestać być robakiem, więc szkoda tracić czasu na herbatę – zapewniła Brenna. – Znalazłam go w ogródku jego sąsiadki. Miejsce jest istotne? – zdziwiła się szczerze Longbottom, bo chyba gdyby wszystko działo się w jego własnym domu albo na środku ulicy Pokątnej, to efekty byłyby takie same? Ale gdy uzdrowiciel pyta, to odpowiadasz, tę prawdę Brenna dawno przyswoiła. Odpowiadała na pytania, nie ruszała się, gdy kazali siedzieć spokojnie, ba, nawet milczała, gdy prosili o ciszę i ignorowała tylko takie głupie zalecenia jak „musisz poleżeć trzy dni” (gdy mówili o trzech dniach, jeden zawsze wystarczył) albo „powinnaś więcej sypiać” (przecież wyśpi się w grobie, prawda?). – Potrzebuje pomocy, bo hm… no jest robakiem – wyjaśniła, trochę bezradnie, niepewna, w jaki inny sposób ująć problem. To znaczy pan Collins był chyba dość nieprzyjemnym mężczyzną. Może Basilius go znał. Może uważał, że wcale nie należy go odczarowywać. – Zakładam, że chciałby przestać nim być, a mnie bardzo zależy, żeby z nim porozmawiać.
Nie miał teraz uszu. Brenna miała wrażenie, że skoro nie ma uszu, to aresztowanie nie będzie skuteczne, bo przecież nie mógł usłyszeć, jak odczytała mu jego prawa. Nie wspominając o tym, że wolałaby też poznać przebieg wydarzeń z jego perspektywy.
– I przyszłam tutaj z drugim Brygadzistą, ale on odprowadził przed chwilą panią Smith do innego gabinetu, biedaczka jest poparzona.
Któryś z panów Collins użył najwyraźniej na niej ogniowego zaklęcia, na całe szczęście jednak kula ognia nie trafiła kobiety bezpośrednio.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#4
06.04.2024, 16:01  ✶  
– Nie – westchnął cicho, godząc się powoli z możliwością, że do żadnej pomyłki nie doszło, a on będzie musiał samodzielnie ogarnąć ten przypadek. – Pani Poppy... Raczej się nie myli. – Nie bez powodu wszyscy recepcjoniści darzyli ją szacunkiem. Kobieta samotnie wychowała czwórkę dzieci po tym jak mąż ją zostawił, teraz każde z nich pracowało w Ministerstwie Magii, przeżyła dwukrotną próbę morderstwa z rąk swojego kochanka i jeszcze samodzielnie dokonała jego zatrzymania – wiedział, bo pozwalał, by opowiadała mu swoje historie życiowe w nadziei, że jeśli kiedyś zjawi się tutaj ktoś nie do końca stabilny, twierdząc że jego nowe zwierzątko domowe potrzebuje pomocy, to kobieta nie skieruje go tutaj. Najwyraźniej jednak się mylił.
– Pan Collins? – Brew uzdrowiciela powędrowała do góry. Na Matkę ona go już nazwała. A przecież wszyscy wiedzieli, że ciężej jest zabrać komuś zwierzątko jeśli ten ktoś już je nazwał. I jeszcze ukradła go jakiejś sąsiadce. Gdyby nie to, że był w pracy i musiał sobie z tym sam poradzić, to nawet by się zaśmiał. To był jeden z tych przypadków, o których uwielbiałby usłyszeć, ale nie cierpiał grać w nim pierwszych skrzypiec. Może powinien szybko posłać po kogoś z jej rodziny? A potem polecić kogoś dobrego z Lecznicy Dusz. Znał parę zdolnych uzdrowicieli z tego miejsca. Tak zdolnych, że wołał z nimi za długo nie rozmawiać w obawie, że zaczną się pytać, jak on się czuje.
– Tak – powiedział, ponownie wracając do swojego delikatnego tonu głosu. – Tak, pan Collins jest robakiem – zgodził się. – Obawiam się jednak, że Pan Collins... – Urodził się jako robak i chętnie nim pozostanie, więc może zanieśmy go do ogródka i wezwijmy twojego brata, by cię odebrał, a jeśli bardzo chcesz porozmawiać z jakimś zwierzęciem, to mogę ci załatwić pogawedkę z abrakasem, jak już poczujesz się lepiej... Zaraz... Czy ona powiedziała, że przyszła tutaj wraz z innym Brygadzistą? I ktoś był poparzony?
Wpatrywał się w nią przez chwilę, wyraźnie myśląc.
– Pan Collins nazywa się pan Collins, bo tak naprawdę jest człowiekiem, prawda? – spytał, czując, że po tym konkretnym spotkaniu z Brenną będzie musiał zakupić mocny eliksir farbujący siwe włosy, bo na pewno jakieś się pojawią.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#5
06.04.2024, 16:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 17:00 przez Brenna Longbottom.)  
– W takim razie jestem we właściwym miejscu – odparła Brenna.
Nie była może najbardziej inteligentną osobą w Anglii, ale łączyć fakty jako tako potrafiła. Ten ton, urwana nagle wypowiedź i pytanie – czy się jej wydawało, czy przepełnione pewnym poczuciem beznadziei? – dlaczego pan Collins nazywa się pan Collis, prowadziły do wniosku, że zdaniem Prewetta przyniosła tu wielkiego robaka. Ktoś inny może by się oburzył, ale Brenna uśmiechnęła się tylko, starając się zwalczyć absolutnie niestosowane rozbawienie i poprzestać na tym przyjaznym uśmiechu, zamiast wybuchnąć śmiechem.
Czy naprawdę wyglądała na kogoś, kto nie tylko adoptowywał wielkie robaki, ale jeszcze przynosił je po leczenie do świętego Munga?
– Tak, obawiam się, że tak. A przynajmniej był człowiekiem do tego ranka. Edward Collins, lat trzydzieści siedem, zamieszkały w Little Hangleton. Wszystkie najdziwniejsze rzeczy dzieją się w Little Hangleton – westchnęła Brenna, wskazując przy tym ponownie na robaka… na pana Collinsa, znaczy się, chyba nie wypadało myśleć o nim jak o robaku. – Dziś rano zaatakował swoją sąsiadkę, Margie Smith. Jeżeli dobrze zrozumiałam sytuację, do napaści doszło ze względu na fakt, że hodowane przez nią przy płocie rośliny zadusiły jabłonkę pana Collinsa. Pani Smith, jak utrzymuje w ramach samoobrony, wylała na niego cały kociołek eliksiru. Była to substancja, która miała pozbywać się robaków, ale jeszcze nie została ukończona… Być może nie byłoby tak źle, ale kiedy tam dotarliśmy, żona pana Collinsa próbowała udzielić mu pomocy. Pana Collinsa, którego ręce właśnie, hm, transmutowały w coś dziwnego, potraktowała kilkoma zaklęciami, próbując przywrócić go do normy… Obawiam się, że pani Collins nie jest najlepsza w transmutacji, w każdym razie doszło do jakichś reakcji zaklęć z eliksirem i no… no dostaliśmy to.
Istniała całkiem spora szansa, że próbując transmutować z powrotem ręce męża, pani Collins czy to ze zdenerwowania, czy z braku umiejętności, zamieniła go w robaka, a nieukończony eliksir z kolei utrwalił efekt. Ewentualnie czary weszły w reakcję z eliksirem, którego zapewne składnikiem były robaki.
- Zostawiłam recepcjonistce... pani Poppy, znaczy się, próbkę tego eliksiru, miał trafić do kogoś z odpowiedniego wydziału, a jego kazała przetransportować tutaj. Może czary rozpraszające by podziałały, ale po prawdzie, to wolałam nie próbować, bo uznałam, że to mogłoby być trochę ryzykowne... i gdybym postanowiła przygarnąć wielkiego robaka, nie nazwałabym go pan Collins. Wybrałabym jakieś bardziej odpowiednie imię, na przykład... kurczę, nie jestem pewna, nigdy nie wybierałam imienia dla wielkiego robaka. Może Jabberwocky? – zastanowiła się na głos, chociaż rzecz jasna ktoś nie zaznajomiony dobrze z Alicją Carolla, nie mógł się domyśleć, skąd akurat taki pomysł…


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#6
08.04.2024, 00:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 00:59 przez Basilius Prewett.)  
W takim razie niestety rzeczywiście była we właściwym miejscu. Niestety.
Wysłuchał jej, jakimś cudem zachowując kamienna twarz, a jednocześnie w myślach skreślił Little Hangleton jako potencjalne miejsce na wypoczynek.
Brenna mogła zauważyć, jak medyk ewidentnie się ożywia na słowa zaatakował swoją sąsiadkę, a potem nieco traci zainteresowanie, gdy okazało się, że cały spór był spowodowany jakimiś jabłonkami. Westchnął cicho. Ta sprawa miała w sobie cztery rzeczy, za którymi nie przepadał. Olbrzymie paskudne robaki, irytujących sąsiedów, brak znajomości podstawowych zasad pierwszej pomocy i Brennę w jego gabinecie. A może nie chodziło konkretnie o Brennę. Może po prostu nie przepadał za obecnością Brygadzistów tym miejscu. Albo Longbottomów.
I czemu on dostał robaka, a ktoś poparzoną staruszkę? Kto w ogóle zajmował się poparzoną staruszką? Pewnie Thomas Schatz. Thomasowi Schatzowi jakimś cudem udało się wyrobić sobie opinie magimedyka, który świetnie zajmuje się poparzeniami, co było bujdą, bo nawet dziecko potrafiłoby się zająć jego przypadkami. Poza tym Basilius miał teorię, że Thomas Schatz lubił poparzenia, bo sam był piromanem. Na Matkę, jak on nie lubił Thomasa Shatza.
Nie że to było teraz ważne. Teraz miał człowieka do odrobaczenia.
– Czy pani Collins jest gdzieś tutaj? Albo powiedziała ci chociaż jakich zaklęć użyła? Cokolwiek? – Rozumiał, że transmutacja nie była mocną stroną każdego. Ale czemu w takim razie pani Collins nie mogła po prostu poczekać do przyjazdu profesjonalistów, zamiast działać na własną rękę?
Zaśmiał się cicho na jej propozycje imienia.
– Albo Gregor Samsa – rzucił rozbawiony, ujawniając tym samym, że Krukon z dużą ilością dziwnej wiedzy na zawsze pozostanie Krukonem z dużą ilością dziwnej wiedzy, a jego głowa od razu podrzuciła mu nawiązanie do opowiadania pewnego mugolskiego pisarza. Nie ważne, czy Brenna załapie. Jego bawiło. W przeciwieństwie do robaka, który nagle zaczął szaleńczo machać swoimi odnóżkami, co sprawiło, że zaskoczony Basilius nieco odsunął się od niego.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#7
08.04.2024, 15:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 15:22 przez Brenna Longbottom.)  
Brenna chyba nawet by go nie winiła, gdyby wiedziała, jak bardzo nie chciał jej tutaj widzieć - to znaczy starała się być zawsze dla niego miła, ale też za dużo gadała i niektórzy mieli tego dość, a poza tym szła o zakład, że w rodzinnym domu słyszał niekiedy pomstowania na Longbottomów. Ich rodziny należały do jednego świata, krewni stykali się ze sobą na tych samych wydarzeniach i korytarzach Ministerstwa, tu i ówdzie w drzewie genealogicznym boczne gałęzie się splatały - w rodach czystej krwi nie dało się tego uniknąć, jeżeli nie chciało się skończyć z dziećmi bez nosów - a jednocześnie istniała między nimi pewna głęboko zakorzeniona niechęć.
Brenna właściwie miała za to chyba pewną słabość do Prewettów. Może dlatego, że sporo w niej było z Potterówny, a Potterowie lubili niekiedy uważać, że pewne zasady ich nie dotyczą. Były jak płot: wilki przeskakiwały górą, węże przechodziły dołem, i tymi, których miały zatrzymać, pozostawały owce.
Prewettowie patrzyli na to całkiem podobnie.
- Nie, pani Collins nie ucierpiała, za to wpadła w histerię, kiedy zobaczyła, że jej mąż wygląda... - Brenna urwała, spoglądając na pana Collinsa. Pomyślała, że być może ich słyszał i rozumiał: i że w takim wypadku chyba nie powinna używać niektórych określeń w jego obecności. - Nie najlepiej - dokończyła. - Nie była w stanie się z nami komunikować, ale na podstawie tego, co zdążyłam zobaczyć... powiedziałabym, że próbowała transmutować jego ręce z powrotem w normalnie dłonie. Tyle że bardzo trzęsła się jej dłoń, prawdopodobnie więc mamy tutaj efekt niewłaściwie użytego czaru transmutującego żywe w żywe... - powiedziała, ale rozłożyła przy tym ręce, nieco bezradnie. Z transmutacji była dobra, rozpoznała więc zaklęcie, jakie pani Collins rzucał, ale nie była pewna, co działo się wcześniej, a nie będąc uzdrowicielem niewiele ponad to potrafiła powiedzieć. - Tyle że nie jestem wcale pewna, czy pani Smith nie rzuciła w niego czegoś jeszcze. Zarzeka się, że nie, ale nie mogę tego potwierdzić. To mógłby zrobić tylko pan Collins.
A pan Collins był niestety bardzo mało rozmowny, za to z wielkim zaangażowaniem poruszał... Brenna nie była pewna, czym właściwie - mackami? Odnóżami? Uśmiechnęła się do Basiliusa, odrobinę zakłopotanym uśmiechem.
- Chyba nie lubi mugolskiej literatury.
Nazwisko podane przez Prewetta skojarzyła, chociaż akurat Przemiany Kafki nie przeczytała, jedynie przekartkowała pewnego dnia w księgarni - częściej sięgała po powieści fantastyczne czy obyczajowe, bo te po prostu prościej jej było zrozumieć, przynależąc do zupełnie innego świata. Alicja była Brennie jednak bliższa.
- Jesteś w stanie go... odrobaczyć? - zapytała, spoglądając na panna Collinsa, który poruszył niespokojnie czułkami. I Longbottom zrobiło się go żal, bo chyba jednak ten doskonale rozumiał, co działo się wokół… - Wszystko będzie dobrze, panie Collins, w klinice pracują specjaliści - zapewniła Brenna uspokajającym tonem.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#8
08.04.2024, 16:01  ✶  
Westchnął cicho, próbując pozbierać to sobie w całość. No dobrze. Może nigdy wcześniej nie miał w swoim życiu doczynienia z kimś zaklętym w robaka, ale to nie tak, że nigdy nie spotkał się z przypadkiem nieudolnej transmutacji. Ta po prostu różniła się od innych ilością odnóży i czułków. Trochę żałował, że pani Collins nie było gdzieś w pobliżu dla udzielenia dalszych pytań, ale skoro kobieta była teraz strasznie roztrzęsiona to pewnie i tak nie miałoby to teraz najmniejszego sensu.
Zerknął na roba... To znaczy na swojego pacjenta.
– Panie Collins? – zapytał i miał dziwne wrażenie, że zmieniony czarodziej czeka, aż usłyszy pytanie. – Czy pan... Czy może pan zamachać swoimi odnóżami jeśli wie pan, że pani Smith rzuciła na pana jeszcze jakieś zaklęcie? – Sam się zdziwił, jak profesjonalnie zabrzmiał jego ton. Pan Smith niestety się nie odpowiedział. Albo nie wiedział, albo nie rozumiał, co się do niego mówiło.
Za to na pewno nie lubił książek. W sumie to wygladał na kogoś kto nie lubił czytać.
– A ty? – zapytał Brennę, bo jednak musiał wiedzieć, czy chociaż ona doceniła jego żart w przeciwieństwie do leżącego przed nimi pacjentami. Nie że to teraz było ważne.
Przez chwilę nic nie odpowiadał, wpatrując się w milczeniu w robaka spod zmarszczonych brwi.
– Tak – odpowiedział w końcu. – Poradzimy sobie. – Z tymi słowami skinął w stronę pana Collinsa i podszedł do jednej z szafek, by wyciągnąć bardzo dużą ilość eliksirów, które następnie ustawił przy kozetkę, by mieć już je w pogotowiu, a następnie wyciągnął różdżkę.
Zerknął na Brennę i się zawahał. Teoretycznie mógłby powiedzieć jej już, że może poczekać na zewnątrz, a on poradzi sobie dalej sam. Z tym, że mógł potrzebować pomocy, a, nawet jeśli nie lubił kiedy pojawiała się w jego gabinecie, bo oznaczało to problemy, to ufał w jej kompetencje na tyle, by wiedzieć, że będzie dobrym wsparciem. No i pan Collins ewidentnie uspokoił się na jej słowa.
– Czy mogłabyś zostać na chwilę? Przydałby mi się ktoś kto w razie czego pomoże mi uspokoić naszego pacjenta, lub zawołać magipielęgniarkę. – A jeśli zacznie go wkurzać to najwyżej każe jej wyjść i czekać w poczekalni. Lub przed szpitalem.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#9
08.04.2024, 17:33  ✶  
Gdy Basilius zadał pytanie panu Collinsowi, Brenna skupiła spojrzenie na roba… podejrzanym, uważnie obserwując jego odnóża. A potem zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy brak ruchu oznacza „nie” czy tylko brak zrozumienia.
– Panie Collins? Jeżeli pan nas rozumie… bardzo proszę, niech pan poruszy odnóżami albo czułkami – poprosiła, „pacjent” jednak leżał spokojnie, i tylko ociekał sobie śluzem. Brenna nie była pewna, czy odetchnąć z ulgą (chyba wolałaby nie być świadoma, gdyby zamieniono ją w wielkiego robaka), czy się zmartwić (bo czy to oznaczało, że już mu tak zostanie, nawet jeżeli zwrócą mu właściwą postać? A może… – Nie jestem pewna, czy on ma teraz uszy – skomentowała ten brak reakcji i teraz przybrała nieco zmartwiony wyraz twarzy. To oznaczało, że aresztowanie nie było skuteczne, bo nie mógł usłyszeć odczytanych mu praw. Trzeba będzie przeprowadzić je drugi raz, gdy odzyska właściwą postać.
– Kafka – stwierdziła, na moment unosząc wzrok na Prewetta i posyłając mu uśmiech. Zupełnie nie spodziewałaby się takich zainteresowań po kimś z tej rodziny. Ale właściwie, skoro rozpoznał tego „Jabberwocky”, mógł się chyba spodziewać odpowiedzi. – Chociaż jego wielbicielką raczej nie jestem, obawiam się, że za mało znam świat mugoli, żeby go docenić, przeglądałam zbiór opowiadań w księgarni – przyznała.
Czy była to absurdalna konwersacja nad łóżkiem podejrzanego i pacjenta w jednym, zamienionego w wielkiego robaka, toczona przez Brygadzistkę i uzdrowiciela? Oczywiście, że tak. Czy sytuacja wydawała się Brennie dziwna?
Ani trochę.
Ona w ogóle rzadko czemukolwiek się dziwiła.
– Doskonale. Pani Collins na pewno się ucieszy. A mnie bardzo ułatwi prowadzenie dochodzenia, jeśli uczestnik zdarzenia będzie miał uszy, usta i sprawny mózg – oświadczyła Brenna, odsuwając się nieco od łóżka, i robiąc Basiliusowi miejsce, by mógł zacząć działać ze swoją magią.
– Wiesz, nawet powinnam. Oficjalnie pan Collins jest zatrzymany… to znaczy… no powinien być zatrzymany, ale nie jestem pewna, jak wyglądają procedury w sytuacji, gdy podejrzany o napaść nie jest w stanie zrozumieć przysługujących mu praw, bo jest robakiem. Będę musiała to sprawdzić – powiedziała Brenna, marszcząc brwi, zła na samą siebie, że nie wpadła na to, aby dowiedzieć się tego wcześniej. Ale nie było takich rzeczy w podstawowym instruktażu, nikt nie wspominał o nich na szkoleniu i w ogóle skandalicznie pomijano tego typu wątki! – W każdym razie, nie powinnam zostawiać go w szpitalu tak po prostu samego.
Ktoś z nich musiał pilnować, by pan Collins po odrobakowieniu się nie postanowił uciec na przykład do Australii, by uniknąć oskarżeń o napaść.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#10
09.04.2024, 04:10  ✶  
– Hm... – mruknął, próbując doszukać się czegokolwiek uszopodobnego. – Teoretycznie roba.. To znaczy ekhem, tego typu przedstawiciele stawonogów, mogą mieć uszy wszędzie. Nawet na kolanach, więc to nic nie znaczy. Z drugiej strony pan Collins nie jest prawdziwym stawonogiem, więc może rzeczywiście jego narząd słuchu nie wykształcił się podczas transmutacji. – Albo po prostu był robakiem, więc nie myślał. Albo zrozumiał, że jest robakiem i uznał, że jego życie nie ma już sensu, więc po prostu postanowił nic nie odpowiadać.
– Tak. Kafka — Przytaknął z uśmiechem. Chętnie wdałby się z nią w dyskusje na ten temat... Ale nie w tej chwili. Zaraz. Czy ona powiedziała, że nie jest jego wielbicielką? Przecież... Nie. Nie. Nie w tej chwili.
– Świetnie. W takim razie po prostu proszę łap go jeśli zacznie uciekać – rzucił jeszcze, a potem zajął się na leczeniem. Brenna mogła zobaczyć, jak na jego twarzy pojawią się skupienie, pomieszane z troską. Pan Collins wydawał się być dupkiem, ale nie zasługiwał na taki los, a Basilius naprawdę nie chciał dopuścić do sytuacji, w której jego pacjent pozostałby robakiem, lub co chyba gorsze, pozostałby z mózgiem robaka. Jeszcze zanim zaczął odrobaczanie, jego wzrok natrafił na kalendarz z dzisiejszą datą. Hah... Czyli jednak piątki trzynastego były pechowe.
Pierwsze zaklęcie. Nic. Prawdę mówiąc to trochę się tego spodziewał, więc na razie nie zamierzał się tym martwić. Szybko chwycił jeden eliksir w postaci mgiełki, popryskał nim robaka, jakby to były perfumy i rzucił kolejne zaklęcie. Skóra pana Collinsa zmieniła kolor na nieco bardzo ludzką, co chyba było dobrym sygnałem.
– Świetnie – rzucił sam do siebie i odwrócił się na chwilę, by sięgnął po kolejny eliksir, gdy nagle roba... Pan Collins wydał z siebie dziwny, chropowaty dźwięk.
Cholera
Basilius natychmiast odwrócił się z powrotem, patrząc na Brennę, szukając potwierdzenia, czy jego pacjent przed chwilą przeklnął, czy też mu się tylko wydawało.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Basilius Prewett (3549), Brenna Longbottom (4203)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa