10.04.2024, 18:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2024, 18:47 przez Alexander Mulciber.)
- ...Muszę na to zapracować? - roześmiał się nagle, pełną piersią, a reakcja jego ciała zaskoczyła Mulcibera równie przyjemnie, co ta Ósemka Denarów; przez jeden dzień w towarzystwie McKinnon zdażył uśmiechnąć się więcej razy niż przez ostatnie pół roku.
Czasem, Alexander czytał karty bardzo dosłownie - uwielbiał, co prawda, wnikać w meandry ich znaczeń i rozmyślać o ich zawiłej symbolice, w nieskończoność analizując potencjalne znaczenie rozkładu - ale czasem, to pierwsze wrażenie było dlań najważniejsze; ten pierwszy rzut oka na kartę, pierwsza myśl, niczym boska premonicja, objawienie, które spychało na bok inne znaczenia. Czasem to było słowo, frazes, całe zdanie, tak jak teraz; czasem to był obraz, czasem dźwięk, zapach, a czasem konkretne wspomnienie. - Rozumiem, że to znaczy "tak"... Dobrze, Rosie - dodał, oddając jej kuksańca w bok. - Następnym razem nie każę ci prosić - gdy tak obiecał, cwany uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
Zawsze była taka elokwentna - dlaczego teraz się wstydziła i odpowiadała mu półsłówkami? Nie zamierzał jej darować tak łatwo, musiała użyć słów, tak jak on musiał... Zapracować.
Żyjąc, a nie umierając.
Gdy zobaczył następną kartę, poczuł, jak uśmiech znika z jego twarzy.
Ten jebany Cesarz.
Bardzo chciał myśleć o pozytywnych rzeczach, które kojarzyły mu się z tą kartą. O Morpheusie, który uosabiał wszystkie najlepsze cechy nobliwego władcy; o dumnym uśmiechu ojca; o tym szczególnym uczuciu, kiedy uniesiona w palce pięść trafiała w ciało przeciwnika, a choć adrenalina paliła jego żyły niczym ogień, był opanowany i skupiony, bo w piersi czuł tylko zimną satysfakcję.
Niestety, zbyt często Cesarz przypominał Alexandrowi o tym, jakim mężczyzną mógłby być - jakim powinien być - ale w przeciwieństwie do optymistycznej Ósemki Denarów, w ostrym spojrzeniu władcy nie było miejsca na popełnianie w nieskończoność tych samych błędów; Cesarz wymagał perfekcji, zdecydowania, porządku i stabilności.
Alexander był ostatnim człowiekiem, którego można by było nazwać stabilnym, a jednak... Jego zainteresowania, poglądy, towarzystwo pozostały niezmienne od lat. Wbrew temu, co sam o sobie mówił, lubił też rutynę. Rutynę z gatunku tych niekrępujących: uwielbiał swoją pracę, bo codziennie mógł zajmować się tym, co kochał najbardziej - czyli jasnowidzeniem - nie była to nużąca urzędnicza robota, jak zwykł myśleć, tylko nieustanny pęd do wiedzy; jego najpiękniejsze wspomnienia związane były z podróżami, gdy w młodości zajmował się poszukiwaniem artefaktów, a później studiował pod okiem słynnych wróżbitów, bo każdego dnia mógł zobaczyć coś nowego; wreszcie, kochał Ambrosię, bo inspirowała go jak ta Ósemka Denarów; ciągle chciał jej imponować, czuł, że sama jej obecność zmusza go do bycia lepszym.
Mógł robić to samo w nieskończoność, jeżeli tylko wiązało się w nieskończoność z nowymi doznaniami.
Nieważne, czy dobrymi, czy złymi.
Może dlatego jego związek z Lorettą funkcjonował tak dobrze: ciągnęli się wzajemnie w dół, ciągle wynajdując coraz to nowe sposoby na rozpierdalanie sobie życia, bo skoro Mulciber musiał się zadowolić gorszą opcją, to postanowił przynajmniej wybrać taką, która nie będzie mu zanadto przeszkadzać w kontemplacji widoku kolejnych kręgów piekła, kiedy spadał na same jego dno.
Może dlatego po tym ślubie wszystko zaczęło im się sypać. Miał ją - swoją osobistą, mroczną kurewkę, obsydianową wiedźmę z oczami przypominającymi otchłanie ciemności - na każde skinienie... Ale nagle założył jej na palec pierścionek, wszystko się zmieniło.
Może to nie tyle ślub, co samo użycie słowa "żona" obudziło jego naturę konserwatysty. Tego jebanego Cesarza, który u Alexandra zawsze objawiał się w swoim najgorszym aspekcie dogmatycznego tyrana, oczekującego posłuszeństwa i porządku od wszystkich dookoła, tylko nie od samego siebie. Słowo "Loretta" mogło być synonimem do "heroina" - a kiedy się bardzo postarał, może i nawet do słowa "miłość" - stało jednak w kompletnej antytezie do słowa "żona".
Była teraz jego żoną, nie jakąś tam kurwą na boku, do której obsesyjnie wracał, by usłyszeć magiczne "kocham cię", jak do ulubionego dilera, by wręczył mu kolejną działkę, która uśmierzy prymitywny głód.
Była teraz jego żoną, więc nie powinien zachowywać się w stosunku do niej w taki sposób, w jaki zachowywał się do tej pory.
Nie był dumny z rzeczy, które jej mówił - a jeszcze bardziej z tych, które jej robił.
Gdy myślał o małżeństwie, widział w głowie ładny obrazek pełen harmonii i szczęścia: myślał o tym, że żona powinna czcić męża, a mąż szanować żonę i stawiać ją na piedestale... Cóż.
Jedynym, co mogła czcić Loretta, był jego chuj - bo, raz, był to jedyny piedestał jaki mógł jej postawić (zazwyczaj), dwa, tylko to w nim lubiła (wcale się temu nie dziwił) - zaś sam Alexander nie miał do niej choćby krzty szacunku.
Bo skoro była teraz jego żoną, logicznym było, że powinna zachowywać się tak, jak na jego żonę przystało, to jest odrzucić kompletnie swoją prawdziwą naturę i stać się porządną, godną szacunku i podziwu kobietą, która wiernie stałaby u jego boku. Powinna stać się ideałem. Powinna stać się Ambrosią.
Zamrugał gwałtownie. Posłał kobiecie, która wciąż tkwiła w jego objęciach, nieco zmęczony, przepraszający uśmiech, gładząc jej ramię w uspokajającym geście.
Chciał ją widzieć właśnie taką - z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy i iskierkami w oczach - ale nie dlatego, że przypominało mu to dawne czasy, kiedy łączyło ich coś więcej niż przyjaźń. Alex po prostu chciał, by Rosie była szczęśliwa - by jej życie oświetlał blask tysięcy Słońc, które to wyciągał dla niej z talii.
- Pamiętam. - Jakże mógłby zapomnieć? Pokręcił głową, jakby w niedowierzaniu, że w ogóle pyta go o coś takiego, i wrócił do tasowania kart. Jego dłonie poruszały się w dobrze wyćwiczonych ruchach, a on sam wszedł w dobrze wyćwiczoną rolę mężczyzny, którym był u boku Ambrosii. - Ładnemu we wszystkim ładnie - stwierdził lekko. - Zrób mi tę przyjemność, i załóż ją, jak będziemy wychodzić, dobrze?
Oddał jej potasowaną talię, z jego Głupcem na wierzchu i Kochankami na samym spodzie.
Czasem, Alexander czytał karty bardzo dosłownie - uwielbiał, co prawda, wnikać w meandry ich znaczeń i rozmyślać o ich zawiłej symbolice, w nieskończoność analizując potencjalne znaczenie rozkładu - ale czasem, to pierwsze wrażenie było dlań najważniejsze; ten pierwszy rzut oka na kartę, pierwsza myśl, niczym boska premonicja, objawienie, które spychało na bok inne znaczenia. Czasem to było słowo, frazes, całe zdanie, tak jak teraz; czasem to był obraz, czasem dźwięk, zapach, a czasem konkretne wspomnienie. - Rozumiem, że to znaczy "tak"... Dobrze, Rosie - dodał, oddając jej kuksańca w bok. - Następnym razem nie każę ci prosić - gdy tak obiecał, cwany uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
Zawsze była taka elokwentna - dlaczego teraz się wstydziła i odpowiadała mu półsłówkami? Nie zamierzał jej darować tak łatwo, musiała użyć słów, tak jak on musiał... Zapracować.
Żyjąc, a nie umierając.
Gdy zobaczył następną kartę, poczuł, jak uśmiech znika z jego twarzy.
Ten jebany Cesarz.
Bardzo chciał myśleć o pozytywnych rzeczach, które kojarzyły mu się z tą kartą. O Morpheusie, który uosabiał wszystkie najlepsze cechy nobliwego władcy; o dumnym uśmiechu ojca; o tym szczególnym uczuciu, kiedy uniesiona w palce pięść trafiała w ciało przeciwnika, a choć adrenalina paliła jego żyły niczym ogień, był opanowany i skupiony, bo w piersi czuł tylko zimną satysfakcję.
Niestety, zbyt często Cesarz przypominał Alexandrowi o tym, jakim mężczyzną mógłby być - jakim powinien być - ale w przeciwieństwie do optymistycznej Ósemki Denarów, w ostrym spojrzeniu władcy nie było miejsca na popełnianie w nieskończoność tych samych błędów; Cesarz wymagał perfekcji, zdecydowania, porządku i stabilności.
Alexander był ostatnim człowiekiem, którego można by było nazwać stabilnym, a jednak... Jego zainteresowania, poglądy, towarzystwo pozostały niezmienne od lat. Wbrew temu, co sam o sobie mówił, lubił też rutynę. Rutynę z gatunku tych niekrępujących: uwielbiał swoją pracę, bo codziennie mógł zajmować się tym, co kochał najbardziej - czyli jasnowidzeniem - nie była to nużąca urzędnicza robota, jak zwykł myśleć, tylko nieustanny pęd do wiedzy; jego najpiękniejsze wspomnienia związane były z podróżami, gdy w młodości zajmował się poszukiwaniem artefaktów, a później studiował pod okiem słynnych wróżbitów, bo każdego dnia mógł zobaczyć coś nowego; wreszcie, kochał Ambrosię, bo inspirowała go jak ta Ósemka Denarów; ciągle chciał jej imponować, czuł, że sama jej obecność zmusza go do bycia lepszym.
Mógł robić to samo w nieskończoność, jeżeli tylko wiązało się w nieskończoność z nowymi doznaniami.
Nieważne, czy dobrymi, czy złymi.
Może dlatego jego związek z Lorettą funkcjonował tak dobrze: ciągnęli się wzajemnie w dół, ciągle wynajdując coraz to nowe sposoby na rozpierdalanie sobie życia, bo skoro Mulciber musiał się zadowolić gorszą opcją, to postanowił przynajmniej wybrać taką, która nie będzie mu zanadto przeszkadzać w kontemplacji widoku kolejnych kręgów piekła, kiedy spadał na same jego dno.
Może dlatego po tym ślubie wszystko zaczęło im się sypać. Miał ją - swoją osobistą, mroczną kurewkę, obsydianową wiedźmę z oczami przypominającymi otchłanie ciemności - na każde skinienie... Ale nagle założył jej na palec pierścionek, wszystko się zmieniło.
Może to nie tyle ślub, co samo użycie słowa "żona" obudziło jego naturę konserwatysty. Tego jebanego Cesarza, który u Alexandra zawsze objawiał się w swoim najgorszym aspekcie dogmatycznego tyrana, oczekującego posłuszeństwa i porządku od wszystkich dookoła, tylko nie od samego siebie. Słowo "Loretta" mogło być synonimem do "heroina" - a kiedy się bardzo postarał, może i nawet do słowa "miłość" - stało jednak w kompletnej antytezie do słowa "żona".
Była teraz jego żoną, nie jakąś tam kurwą na boku, do której obsesyjnie wracał, by usłyszeć magiczne "kocham cię", jak do ulubionego dilera, by wręczył mu kolejną działkę, która uśmierzy prymitywny głód.
Była teraz jego żoną, więc nie powinien zachowywać się w stosunku do niej w taki sposób, w jaki zachowywał się do tej pory.
Nie był dumny z rzeczy, które jej mówił - a jeszcze bardziej z tych, które jej robił.
Gdy myślał o małżeństwie, widział w głowie ładny obrazek pełen harmonii i szczęścia: myślał o tym, że żona powinna czcić męża, a mąż szanować żonę i stawiać ją na piedestale... Cóż.
Jedynym, co mogła czcić Loretta, był jego chuj - bo, raz, był to jedyny piedestał jaki mógł jej postawić (zazwyczaj), dwa, tylko to w nim lubiła (wcale się temu nie dziwił) - zaś sam Alexander nie miał do niej choćby krzty szacunku.
Bo skoro była teraz jego żoną, logicznym było, że powinna zachowywać się tak, jak na jego żonę przystało, to jest odrzucić kompletnie swoją prawdziwą naturę i stać się porządną, godną szacunku i podziwu kobietą, która wiernie stałaby u jego boku. Powinna stać się ideałem. Powinna stać się Ambrosią.
Zamrugał gwałtownie. Posłał kobiecie, która wciąż tkwiła w jego objęciach, nieco zmęczony, przepraszający uśmiech, gładząc jej ramię w uspokajającym geście.
Chciał ją widzieć właśnie taką - z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy i iskierkami w oczach - ale nie dlatego, że przypominało mu to dawne czasy, kiedy łączyło ich coś więcej niż przyjaźń. Alex po prostu chciał, by Rosie była szczęśliwa - by jej życie oświetlał blask tysięcy Słońc, które to wyciągał dla niej z talii.
- Pamiętam. - Jakże mógłby zapomnieć? Pokręcił głową, jakby w niedowierzaniu, że w ogóle pyta go o coś takiego, i wrócił do tasowania kart. Jego dłonie poruszały się w dobrze wyćwiczonych ruchach, a on sam wszedł w dobrze wyćwiczoną rolę mężczyzny, którym był u boku Ambrosii. - Ładnemu we wszystkim ładnie - stwierdził lekko. - Zrób mi tę przyjemność, i załóż ją, jak będziemy wychodzić, dobrze?
Oddał jej potasowaną talię, z jego Głupcem na wierzchu i Kochankami na samym spodzie.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat