20.04.2024, 00:03 ✶
Flynn uśmiechnął się szerzej, wpatrując się w Alexandra ciepło. To nie było sprawiedliwe. Ludzie tacy jak on nie zasługiwali na oddanie, jakie nieustannie było mu oferowane, nie powinien móc czuć tego ciepła rozchodzącego się po ciele... A jednak dostał tę szansę. I chociaż próbował prowokować starszego Bella do wzięcia udziału w swojej grze, ten wydawał się być najbardziej opornym na to przypadkiem. Czy to dlatego tak łatwo było do niego wracać? Ostatnie słowa Prewetta, te o tym, że może kiedyś przestanie to robić - tak powiedzieć mógł chyba tylko ten, kto nie miał okazji znaleźć się w objęciach jego brata. To nie miało znaczenia, że się nie rozumieli, oh nie. I chociaż często krytykował go i karcił w swoich myślach... Co z tego?
- Chlasnąłem się, żeby wrócić do rzeczywistości. - Po części powiedział prawdę - bo cięcie się faktycznie pomagało mu powrócić do tu i teraz przy ataku histerii, ale przecież ta rana znaczyła coś więcej. W tamtej chwili miała być karą. Za kolejną, paskudną zdradę. Obietnicę zbudowania domu komuś, kto nie powinien go obchodzić. - Ale już nie krwawi. - Zajął się nią przecież Laurent. Na tyle dobrze, żeby mógł ściągnąć opatrunek przed założeniem spodni. - Myślałem o tobie - powiedział, chociaż Alexander poganiał go do wstania, więc powinien się ruszyć... - O nas. - O tym wszystkim co ich łączyło i co prawdopodobnie zaprzepaścił pchając się pomiędzy nie te nogi co trzeba. - O tym jak kochasz. - Bezgranicznie, ciepło. Odpowiadając dobrze na nawet największą jego zachłanność - zupełnie jakby Flynn nie był bezdennym workiem, pożerającym wszystko i wszystkich w całości, zawsze chcącym więcej, intensywniej, inaczej. - Do bani jest bycie czarnym charakterem, kiedy się wie, że po powrocie do domu czeka go spotkanie z kimś takim jak Alexander Bell... Nieważne jak bardzo zmarszczę brwi, kiedy cię widzę, serce mi jakoś mięknie. - Serce, którego podobno nie miał posiadać. Taką opinię o jego osobie przynajmniej by wystawiono, gdyby ktoś o nią poprosił w miejscach, gdzie przebywał zanim zaszył się w cyrku.
Ostatecznie jednak wstał. Miał ochotę owinąć się ręcznikiem szczelniej, ale jakoś musiał stąd wyjść, a żadne z ubrań jakie na siebie zakładał nie nadawało się do noszenia... Zawiązał więc sobie ten ręcznik w pasie, żeby jakoś przejść do wozu i kichnął. Naprawdę będzie chory? Cholernie tego nie chciał.
Był tak naprawdę gotowy do pójścia sobie stąd, więc czekał. Bo nie wiedział co więcej mógłby powiedzieć. Nie potrafił rozwinąć tej myśli, odrobinę się też tego wstydził, poza tym... Mówiłam dzisiaj cholernie dużo i gdyby miał wybrać co będzie robił przez resztę wieczoru, było to milczenie. Razem. W łóżku. Tam gdzie zawsze czuł się bezpiecznie.
- Chlasnąłem się, żeby wrócić do rzeczywistości. - Po części powiedział prawdę - bo cięcie się faktycznie pomagało mu powrócić do tu i teraz przy ataku histerii, ale przecież ta rana znaczyła coś więcej. W tamtej chwili miała być karą. Za kolejną, paskudną zdradę. Obietnicę zbudowania domu komuś, kto nie powinien go obchodzić. - Ale już nie krwawi. - Zajął się nią przecież Laurent. Na tyle dobrze, żeby mógł ściągnąć opatrunek przed założeniem spodni. - Myślałem o tobie - powiedział, chociaż Alexander poganiał go do wstania, więc powinien się ruszyć... - O nas. - O tym wszystkim co ich łączyło i co prawdopodobnie zaprzepaścił pchając się pomiędzy nie te nogi co trzeba. - O tym jak kochasz. - Bezgranicznie, ciepło. Odpowiadając dobrze na nawet największą jego zachłanność - zupełnie jakby Flynn nie był bezdennym workiem, pożerającym wszystko i wszystkich w całości, zawsze chcącym więcej, intensywniej, inaczej. - Do bani jest bycie czarnym charakterem, kiedy się wie, że po powrocie do domu czeka go spotkanie z kimś takim jak Alexander Bell... Nieważne jak bardzo zmarszczę brwi, kiedy cię widzę, serce mi jakoś mięknie. - Serce, którego podobno nie miał posiadać. Taką opinię o jego osobie przynajmniej by wystawiono, gdyby ktoś o nią poprosił w miejscach, gdzie przebywał zanim zaszył się w cyrku.
Ostatecznie jednak wstał. Miał ochotę owinąć się ręcznikiem szczelniej, ale jakoś musiał stąd wyjść, a żadne z ubrań jakie na siebie zakładał nie nadawało się do noszenia... Zawiązał więc sobie ten ręcznik w pasie, żeby jakoś przejść do wozu i kichnął. Naprawdę będzie chory? Cholernie tego nie chciał.
Był tak naprawdę gotowy do pójścia sobie stąd, więc czekał. Bo nie wiedział co więcej mógłby powiedzieć. Nie potrafił rozwinąć tej myśli, odrobinę się też tego wstydził, poza tym... Mówiłam dzisiaj cholernie dużo i gdyby miał wybrać co będzie robił przez resztę wieczoru, było to milczenie. Razem. W łóżku. Tam gdzie zawsze czuł się bezpiecznie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.