• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[29.07] Deszcz jak siwe łodygi, szary szum

[29.07] Deszcz jak siwe łodygi, szary szum
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
14.04.2024, 11:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 14:54 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Piszę więc jestem
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

—29/07/1972—
Anglia, Little Hangleton
Erik Longbottom & Anthony Shafiq
[Obrazek: 2pL1sOp.png]

Deszcz jak siwe łodygi, szary szum,
a u okien smutek i konanie.
Taki deszcz kocham, taki szelest strun,
deszcz - życiu zmiłowanie.
Dalekie pociągi jeszcze jadą dalej
bez ciebie. Cóż? Bez ciebie. Cóż?
w ogrody wód, w jeziora żalu,
w liście, w aleje szklanych róż.
I czekasz jeszcze? Jeszcze czekasz?



Była ciemna deszczowa noc.

Spiekotę lipcowego dnia koił chłodny okład nieprzerwanych kropel płaczących nad dziennym znojem płodnej ziemi. Ukojenie spływało po liściach, obmywało korę wisielczych drzew niewielkiej miejscowości Little Hangleton, znanej z rozległych posiadłości bardzo specyficznych ludzi. Przez niebo co jakiś czas przetaczał się grom, choć nie rozświetlał dróg lepiej od kilku poustawianych żeliwnych lamp wskazujących kluczowe punkty do pieszej wędrówki.

Któż przemieszczałby się po Little Hangleton pieszo, skoro służba niewidzialną drogą załatwiała swoje sprawunki, a właściciele domów i ich goście z kaprysu odczuwania drogi prędzej wybraliby karocę, aniżeli własne nogi...

Jedna z posiadłości osadzona raczej na uboczu, odznaczała się prostotą stylu, nawiązującą do pomysłów architektonicznych starożytnego rzymu. Daleko jej było do wiktoriańskich zameczków, wymyślnych pałacyków otoczonych angielskimi ogrodami. Gospodarz dość ekscentrycznie kilka lat temu przebudował całość podług własnego kaprysu, ignorując kwestie związane z pogodą, której bardzo daleko było do śródziemnomorskich standardów. Wszechobecne kolumny, rzeźby, symetryczne ogrody w dwóch rozległych atriach oblewane teraz obficie płaczem niebios.

Pomimo jasnych, błyszczących nawet nocą ścian elewacji i rozległego podjazdu przed głównym, dwudrzwiowym wejściem, pomimo sobotniego wieczoru zachęcającego do zabaw i śmiechu, wewnątrz pomieszczenia panował mrok. Tylko na piętrze jedno z okien było otwarte na oścież i choć kotary przysłaniały w większości widok do wnętrza pomieszczenia, nie były wstanie powstrzymać wydobywającego się z wnętrza dźwięku.

Ckliwa melancholią melodia rozpływała się przy akompaniamencie pojedynczej nuty, uporczywie wbijającej się w umysł jak krople opadającego deszczu. Muzyka fortepianu zlewała się z poszumem zaistniałej w rzeczywistości letniej burzy, barwne arabeski ozdobników kreśliły fantazyjne linie niczym krople wyznaczające swoje ścieżki po perfekcyjnych twarzach ustawionych w ogrodach rzeźb. Nie wiadomo kiedy w melodię wkradł się też i mrok. Ostinatowy ton pozostał, niczym upływające sekundy bezwzględnie wyznaczające czas prowadzący ku żałobnej procesji. Napięcie wzmagało, ciężkie dłonie kaleczyły łagodność pieśni wobec wzmagającego smutku, próżnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości. Opadającym ciężkim oktawom musiała przyjść w końcu żałosna konstatacja, pogodzenie się z losem, wymuszone rozgrzeszenie, przepełnione żalem odpuszczenie win. Łagodna melodia wróciła w zapętleniu, fałszywie lecząca, uciszająca gniew. Pętla, niekończąca się pętla... grający za nic miał dobrostan swoich sąsiadów, nie zamykał muzycznej myśli lecz grał i grał ją w koło nie dając sobie i wisielczym drzewom chwili oddechu.

Kamienny blok ociosany w kształt postaci, być może pozłocony i wyłożony drogimi kamieniami. W oczach wyznawców ożywa i dysponuje realną mocą. W jego kształtach widzą to, co chcą zobaczyć – boga – lecz w istocie to tylko bryła kamienia. Bóg żyje w ich wyobraźni. Dzicy oddają cześć idolom z drewna i kamienia; ludzie cywilizowani – idolom z krwi i kości.

Cóż ma ze sobą zrobić posąg, który nigdy nim nie był i nie chce być dłużej tak patrzony? Czy wystarczy zejść z postumenta, odłożyć złoto i szmaragdy do ofiarnej misy i odejść? Czy nie żal będzie, jeśli wpatrzone dotąd w idole oczy nie odwrócą się za nim choćby po to, by pożegnać się należycie? Cóż jeśli domaga się od Ciebie głos autentyzmu, lecz gdy tylko stracisz blichtr, to samo gardło wyśpiewa z siebie pieśń pochwalną ku ciału przyobleczonemu diamentami, niepomne własnej prośby, własnego żądania?

Popełniłem błąd, gnany nostalgią i tęsknotą za rozkoszą bezmyślności, za słodkim nektarem skrytym pośród gałęzi. A te odsuwają się ode mnie, gdy ku nim sięgam. Dni upływają w roztargnieniu, w moim własnym prywatnym Tartarze, a wszystko czego tkną się moje ręce, obraca się w niwecz. Paroksyzmy dawnego afektu upośledzają jakiekolwiek działania, wspomnienia atakują mnie teraz ze zdwojoną bezładną siłą. Lękam się kłaść głowę na poduszkę. Jak nie śniłem kiedyś, tak teraz zdaje się, że sny skoro nie mogą dopaść mnie nocą, atakują na jawie. Ni hartowanie ciała, ni małe sztuczki bez posiłkowania się cisową witką, które udaje mi się powoli opanowywać dzięki wzmożonym wysiłkom mej mistrzyni, ni nawet opieka nad umiłowanym przyjacielem... Nic nie pozwala mi zapomnieć. Ukojenie znajduję tylko w dźwiękach zakurzonego fortepianu, który teraz znosić musi moje odwykłe od gry palce.

Dziś nie widać księżyca, przynosi to wątpliwą ulgę. W każdej chwili jego garb może wyłonić się zza ołowianych chmur. W każdej chwili jego blask może wpaść między zasłony i znów, znów nękać koszmarem tkanym nokturnem zapomnienia.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Realizuję prompt letni: Burzowe chmury
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#2
17.04.2024, 22:21  ✶  
Po ostatnich tygodniach upalnego lata Wielka Brytania z całą pewnością zasłużyła na ulgę niesioną przez intensywne opady deszczu. Szkoda tylko, że ulewa nawiedziła Little Hangleton tuż po tym, jak Erik Longbottom zawitał do miasteczka, dosyć skutecznie krzyżując jego plany. Tuż po opuszczeniu dworca czarodziej planował urządzić sobie małe tournee po okolicznych pubach i barach, jednak ledwo zawitał do pierwszego z nich, a nocne niebo pokrył gęste czarne chmury, aby zaraz posłać ku ziemi całe hektolitry deszczu, którym towarzyszyły okazjonalne odgłosy gromów niosących się ponad wzgórzami okalającymi wioskę czarodziejów.

Popijając najtańszy dostępny w lokalu alkohol, detektyw Longbottom zastanawiał się, czemu przydarzyło się to akurat jemu. To musiało być jakieś fatum. Ledwo wypełzał z jednej dziury, to zaraz wpadał w drugą. A dzisiaj to już miał kompletnie wszystkiego dosyć, po tym, jak widział się z rana ze swoim byłym. Z rana, pomyślał prześmiewczo, upijając nieco szczyn, którym właściciele pubu nadali miano piwa. Rano był w niewiele gorszym stanie niż teraz. A może lepszym? Podczas popijawy z Morfeuszeum i Norą przynajmniej przez większość nocy towarzyszył mu dobry humor, a teraz? Szukał drogi ucieczki, z uporem maniaka pragnąc znaleźć zapomnienie, które nie nadchodziło.

Panujące we wsi pogoda zaczynała dawać się we znaki nie tylko Erikowi; w lokalu pojawiało się coraz więcej obcych twarzy, które wbrew pozorom zdawały się rozpoznawać jego facjatę. A akurat tego typu atencją mężczyzna nie był tego wieczora zainteresowany. Dopiwszy tanią podróbę piwa, opuścił lokal, wychodząc na opustoszałą drogę. Tu i ówdzie migały mu pojedyncze sylwetki okryte płaszczami przeciwdeszczowymi lub trzymające parasolki ponad swymi głowami. Inne, zapewne młodszy, naciągały kaptury na głowy, skrywając twarz przed opadami. A Longbottom? Cóż, on nawet nie miał czym się okryć.

Gdyby nie przekrwione oczy, ociężały ruchy, zmęczenie podróżą kolejami czarodziejów i rajd po londyńskich barach, jaki zakończył wizytą w pubie w Little Hangleton, wyglądałby jak milion galeonów. Taki przynajmniej był zamysł, gdy opuszczał rano Warownię na spotkanie z Laurencem. Granatowa swetrowa koszula z krótkim rękawem opinała się ciasno na jego piersi i szerokich ramionach kontrastując z jasnymi, prawie że białymi spodniami. Brązowe mokasyny stanowiły w tym zestawieniu jedynie dodatek, jednak równie ważny - Erikowi wyraźnie zależało na tym, aby pokazać się z jak najlepszej strony i sięgnął po najlepsze ciuchy. Nie najdroższe, jakie miał w szafie, ale takie, w których wiedział, że wygląda dobrze.

Teraz, te kilka godzin później, wyglądał zgoła inaczej. Chociaż w drodze do Little Hangleton nie zgubił żadnych ciuchów, tak zdążył je już przepocić i pobrudzić, przez co na koszuli i spodniach można było znaleźć drobne plamy po trunkach czy tłustych przekąskach. Zapach drogich perfum z drogerii Potterów, jakimi spryskał się z rana, zdążył już kompletnie zwietrzeć i został zastąpiony przez nieprzyjemną woń taniego alkoholu. Zupełnie jakby opuścił najpodlejszą gorzelnię w okolicy po całym dniu pracy. Nawet okulary przeciwsłoneczne gdzieś mu się zawieruszyły.

Nie szukał żadnego konkretnego schronienia. Snuł się po wiosce, kierując się instynktem czy mglistymi wspomnieniami nielicznych wizyt w wiosce. Aż w końcu po parunastu minutach drogi zatrzymał się przy nieco odizolowanej od reszty społeczności posiadłości. Uniósł wzrok, przyglądając się z namysłem fasadzie budynku. Shafiq. Dom Anthony'ego. Momentalnie poczuł gulę w gardle, przypominając sobie swoją poprzednią wizytę w tym miejscu. Zdecydowanie mógł być wówczas milszy. Pozwolić sobie na nieco więcej. Czy był wówczas chłodny? Może... A może to jego wyobraźnia płatała mu teraz figle.

A jednak coś popchnęło go do okazałego podjazdu, na którym zdążyły już uformować się sporych rozmiarów kałuże. Jakaś siła wyższa pokierowała go do drzwi frontowych, aby następnie zastukał parę razy do drzwi frontowych i zadzwonił dzwonkiem. Gdy te w końcu się uchyliły, w progu nie spotkał jednak Anthony'ego, a... Wergiliusza. Skrzata. Mimowolnie cofnął się o pół kroku, walcząc ze sobą, czy nie uciec w ostatniej chwili lub się nie wycofać.

— Ja do — Ledwo zaczął, a powietrze przeszył odgłos kolejnego grzmotu. — Ja do pana Shafiqa.

Powinien go poznać. Malwa by zapamiętała. Miała głowę do takich rzeczy, biorąc pod uwagę, że niezliczoną ilość razy brała udział w przygotowaniach do różnego rodzaju bali, przyjęć i hucznych spotkań. Czy ten tutaj miał podobne doświadczenie. Ku własnemu zaskoczeniu, Erik koniec końców został zaproszony do końca, a skrzat pokuśtykał po schodach na górę, zapewne po to, aby zawiadomić swego mistrza o przybyciu gościa.

— To ja poczekam w ogrodzie — rzucił za nim, jednak nie był pewien, czy skrzat go w ogóle usłyszał.

Pamiętał drogę, toteż chwilę później znalazł się na zewnątrz. Dalej padało. Wielkie zaskoczenie, czyż nie? Chociaż wiedział, że powinien trzymać się zadaszenia, tak mimowolnie powędrował, jak zahipnotyzowany w stronę basenu, wiedziony ku niemu odgłosami rozbijających się o tafle wody kropli deszczu. Nachylił się, aby przyjrzeć temu, co znajdowało się w wodzie, jednak wtedy do jego uszu dotarł także dźwięk muzyki dobiegającej z jednego z otwartych okien, więc... Spróbował nagle się obrócić i poślizgnął na mokrym brzegu i... Wpadł do basenu.

— NOSZ KURWA JEGO...!

Kolejny grzmot tym razem rozległ się o wiele bliżej, skutecznie zagłuszając dalszą wiązankę przekleństw, jaka wydobyła się z ust Longbottoma. Może to i lepiej? Właściciel rezydencji raczej nie byłby zadowolony, że jego gość używa tak pospolitego języka z tak błahego powodu.



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
18.04.2024, 15:11  ✶  
Wergiliusz, niski domowy skrzat odziany w eleganckie miniaturowe szaty lokaja, skłonił się nisko przed Erikiem. Poznał go bez najmniejszego trudu, mimo że wyglądał i pachniał tak... inaczej niż ostatnio. Zaprosił go do środka, poprowadził dość szerokim korytarzem do pierwszego udającego atrium kwadratowego holu wyłożonego w czarnobiałą szachownicę. To była starsza część rezydencji, obecnie przeznaczona tylko do użytku prywatnego. Zgodnie z tym co opowiadał Anthony poprzednim razem, cały ciężar przyjęć został przeniesiony na ogród urządzony w całości w stylu rzymskim, w którym z resztą podjęli pierwszą lekcję fechtunku.

Erik znał więc tę drogę na przestrzał, prostą w założeniu do ogrodu właśnie, do drugiego bliźniaczego temu którym wchodził korytarza, ułożonego w symetrii tak, aby nawet bardzo pijani goście mogli nie zgubić się, wychodząc do podstawionych karoc. Niezapowiedziany gość musiał przejść tylko obok olbrzymiej fontanny przedstawiającej kłębiące się wokół kuli wielkie cielsko Urobosa – nordyckiego smoka pożerającego własny ogon, symbol życiowego cyklu, śmierci odrodzenia. Zwiastun Ragnaroku, bestia, której przeznaczeniem miało być ostateczne pożarcie całego świata. A jednak, kula, którą oplatał nie była ziemią, a złocistym lustrem przywodzącym na myśl słońce, lśniącym w świetle żeliwnego żyrandola niknącego w magicznej iluzji zachmurzonego nieba. Skrzat, pozostawiając go samego sobie, wszedł na marmurowe schody, krocząc po nich niespiesznie, zdążając na piętro gdzie najwidoczniej przebywał zapodziany w dźwiękach preludium i własnych myśli gospodarz.

Napowietrzny zbiornik wodny otoczony strzelistymi cyprysami i rzeźbami bezimiennych obserwatorów upadku mężczyzny, był centralnym punktem parterowej konstrukcji przeznaczonej głównie dla gości właśnie. Otoczony marmurowymi tarasami, skrytymi pod rzędami kolumn arkadami, mógł podsłuchiwać poprzednią wymianę zdań Erika i Anthony'ego, gdy widzieli się poprzednim razem. To właśnie tam, skryci pod dachem spotkali się na krótki instruktaż używania ostrza dłuższego niż nóż do cięcia papieru. To właśnie tam, wymienili w kontrastującym do lipcowego słońca chłodzie kilka uprzejmości i kąśliwych uwag, choć pod tym względem zdecydowanie przodował instruktor, wobec mocno wycofanego i milczącego ucznia.

Byli wtedy tuż obok drzwi do znajdujących się bliżej głównego budynku bawialni i łaźni, w kontrze do znajdującej się po drugiej stronie niewielkiej jadalni i otwartej przestrzeni relaksu z ławami, pufami i kamiennymi stolikami do gry w szachy. Im dalej od domostwa, tym drzwi były mniejsze i ustawione coraz bliżej siebie. Anthony wyjaśnił mu wtedy, że to prywatne przestrzenie dla ludzi pragnących zostać po bankiecie do rana. Owe sypialnie zdawały się pozornie skromne, wystarczyło jednak przypatrzeć się bliżej misternym mozaikom, dotknąć drewnianych mebli i miękkiej pościeli, aby wiedzieć że nie żałowano złota na jakość i wykończenie tego miejsca.

Erik nie dotarł nawet w tamte rejony, ani wtedy, ani dziś, pozostając w wodzie, w której jeśli ktoś chciałby pływać, to mógłby tylko położyć się na plecach i unosić naturalną wypornością ludzkiego ciała. Ów rozległy zbiornik nie był bowiem marmurowym basenem, jak mogłoby się pierwotnie zdawać. Pełnił przede wszystkim rolę dekoracyjną. Miało to miejsce zwłaszcza gdy zatrudnieni sztukmistrzowie wzbijali drobinki wody w niebo, dając zebranym dostęp do przyjemnie nawilżającej i chłodzącej mgiełki w czasie upalnych dni, zachwycając ich dodatkowym mirażem tęczowych świateł nocą. Półmetrowa głębokość groziła więc obitymi kolanami i zwichniętymi nadgarstkami przy mocniejszym zamachnięciu. Cóż, dziwnym byłoby, aby ktoś kto tak bardzo boi się wody miał w swoim domu perfekcyjne narzędzie zbrodni. Z drugiej strony... mógł nie mieć ów wody wcale. Kto wie, może tak chciał zaprezentować światu swoją odwagę? A może o jego słabości bynajmniej, nie wiedziało tak wielu?

Muzyka unosiła się nad wodą jeszcze przez chwilę, tańcząc z kroplami, wnikając organicznie w przestrzeń tak, że gdy umilkła, zdawać się mogło, że nadal trwała, pośród kolumn i poszumu deszczu mącącego taflę w starożytnej enklawie. Po kilku, kilkunastu minutach do wodnej, osieroconej dźwiękami fortepianu serenady dołączył bardziej prymitywny, choć porównywalnie równomierny w pulsie, niespieszny stukot drewna o kamień.

Zatrzymał się tuż przy swoim wieczornym gościu, otoczony nimbem niewidocznego parasola, utrzymywanej magią sferycznej tarczy. Ani jedna kropla nie spadła na szczupłą, szlachetną w rysach twarz, ani jedna kropla nie zrujnowała wystylizowanej fali pojaśniałej od słońca włosów. Ani jedna kropla nie wsiąkła w błyszczący czarny jedwab zdobny obficie wijącymi się chińskimi czerwonymi smokami, okrywający równie czarną, choć matową bawełnianą yukatę, wyglądającą obcą wobec konsekwentnej stylistyki otoczenia. Jego bose stopy wsunięte były w geta - z drewnianej, podwyższanej podeszwy wychodziły dwa plecione czarne pasy uniemożliwiające nieformalnemu obuwiu ucieczkę.

Anthony roztoczył i nad Erikiem ochronną przed deszczem sferę, choć w przypadku tego drugiego nic już za bardzo nie mogło pomóc. Lepiące się do ciała, chłodzące go bezlitośnie ubranie wskazywało, że nie ma na nim ani jednej suchej nitki. Gospodarz ukrył dłonie w przepastnych rękawach i przekrzywił na moment głowę w stoickim zastanowieniu, patrząc się nieprzerwanie w umęczone oblicze swojego "nauczyciela".
– To rzeczywiście Ty Eriku – zauważył cicho, a w jego słowach można było wyczuć posmak zaskoczenia. Zupełnie, jakby nie uwierzył Wergiliuszowi na pierwsze słowo i sam musiał sprawdzić, któż też postanowił zburzyć jego spokojność tego wieczora, który najwidoczniej nie obfitował w nadmiar atrakcji innych od pijanego pływaka prosto z ulic Little Hangleton.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#4
18.04.2024, 22:17  ✶  
Rezydencja Shafiqa robiła wrażenie, chociaż charakteryzowała się również tym, co Erik zauważał w całkiem sporej części rezydencji wzniesionych przez czarodziejów czystej krwi. Wyglądała jak muzeum, niż miejsce, w którym faktycznie ktoś mieszkał i które kształtował pod swoje potrzeby i zachcianki z codziennego życia. Wnętrze było okazałe i zdecydowanie podkreślało status Anthony'ego; jego nazwisko, jego sukces, a po części nawet i zainteresowania. Czuł się, jakby zstąpił do innego świata, jednak czy faktycznie na pierwszy rzut oka nazwałby to miejsce domem?

Na pewno nie nazwałby tak parteru i ogrodu. Gdyby przemierzał kolejne pokoje i komnaty, zapewne dalej towarzyszyłoby mu poczucie, że to wszystko było pokazem - swego rodzaju spektaklem, który miał pokazać Shafiqa z jak najlepszej strony i ukazać odwiedzającym bogactwo, styl, a może nawet i ekscentryczność gospodarza. Może zdanie Longbottoma na temat wystroju posiadłości nie było zbyt pochlebne, tak nie było też tu zupełnie tragiczne. Nie było chłodno, tak jak czuł się podczas wizyty na stypie w rodowej rezydencji Malfoyów. Tam czuł się wręcz przytłoczony przepychem panującym w trzewiach budynku. Tutaj było cieplej, jednak nie powiedziałby, że z każdego kąta biło światło. Może na piętrze było inaczej?

Nie dane mu było w pełni docenić dosyć oczywistych walorów estetycznych, jakimi cechował się basen, do którego wpadł. Chociaż sam zbiornik wodny nie okazał się wyjątkowo głęboki, tak sam szok wylądowania w wodzie wystarczył, aby Longbottom kompletnie spanikował, rzucając w niebo coraz to bardziej wymyślne przekleństwa. Te, chociaż potencjalnie miały szansę dotrzeć do uszu gospodarza, ginęły pośród bębnienia deszczu o najróżniejsze powierzchnie i odległych gromów, zdających się stanowić ostrzeżenie o nadchodzącej burzy.

Jakby mogło być jeszcze gorzej, pomyślał Longbottom, gdy zdołał się w końcu wygrzebać z wody i przysiąść tuż na brzegu. Jeden z jego butów spadł mu ze stopy i teraz dryfował w basenie, poza zasięgiem jego rąk. Wyglądał tragicznie, a ta mała kąpiel wcale go nie otrzeźwiła. No, może na kilka sekund, jednak gdy pierwszy szok przeszedł, zostało tylko zimno. Cały się trząsł i próbował wycisnąć nadmiar wody z ubrań. Przez chłód zaczął szczękać zębami tak mocno, że prawie ugryzł się parę razy w język, a po ciele rozlała mu się gęsia skórka. Mimowolnie pocierał dłońmi o swoje ręce. Przez otumanienie nie wiedział za bardzo co ze sobą zrobić.

Drgnął, dopiero gdy tuż za soba usłyszał znajomy głos. Poderwał głowę, po czym odwrócił się powoli, pozwalając, aby Shafiq zobaczył go prawdopodobnie w jednej z najgorszej odsłon, jaką miał okazję, jak dotąd go ujrzeć. Mokre ubrania, odór taniego alkoholu, lepiące się do czoła włosy i twarz, która wskazywała, że miał za sobą długi dzień... I zdecydowanie nie spędził go na salonach.

— C-cóż, j-jest w w-wiosce tylko j-jeden Shafiq, j-jakiego tu z-znam — rzucił, starając się powstrzymać zgrzytanie zębów. Wycarowanie niewiedzialnego parasola przyniosło na moment ulgę, gdy krople deszczu przestały obijać się o jego ciało. Uniósł wzrok na starszego czarodzieja, zwracając większą uwagę na jego ubiór, a przede wszystkim szlafrok i obuwie. — W-wyglądasz a-a-absurdalnie, A-antoniuszu.

Inaczej tego nie potrafił nazwać, chociaż wygląd wychowanka Ravenclaw bardzo kojarzył mu się ze strojami w jakich Morfeusz zwykł czasem paradować po domu. Nie licząc tych dziwnych butów na wysokiej - i to drewnianej - podeszwie. Erik podniósł się niezgrabnie, dalej drżąc z zimna.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
18.04.2024, 23:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2024, 21:20 przez Anthony Shafiq.)  
Jedwab miał wiele zalet, poza oczywistą sławą, którą się cieszył nieprzerwanie od setek lat. Nie rozciągał się, był odporny na roztocza i pleśnie, w dzień mógł dać wrażenie lekkiego chłodu, podobnie w nocy niósł ukojenie, a jedwabne pościele były podstawą dobrego snu, zwłaszcza w tak upalny lipiec. Ale niestety... jedwab nie nadawał się absolutnie jako zastępstwo ręcznika, czy nawet koca.

Szare oczy były kiepsko widoczne w cieniach nocy, skoro to za plecami Anthony'ego było jedyne źródło światła i tak oszczędne, przytłumione dodatkowo niekończącym się opadem. A jednak, ów szarość nie opuszczała Erika ani na krok, nie przepuszczała żadnego z jego ruchów podczas wstawania, nie ominęła jego drżenia, ani absolutnie żałosnego położenia. W spojrzeniu Anthony'ego nic się nie zmieniło z początkowego niedowierzania, nawet gdy stanęli obaj na przeciwko siebie, niemal równi z powodu drewnianych koturnów. Nie skrzywił się na odór trawionego i świeżo wlanego w erikowe trzewia alkoholu, nie odsunął od ociekającego wodą mężczyzny na wypadek, gdyby miał go pochlapać. Zamiast odrazy czy niechęci, po twarzy błąkał się dziwnie znajomy, dawno niewidziany uśmiech. Znajomy bardziej z ich wspólnych wypraw, godzin rozmów o sztuce czy polityce, właściwy tym momentom gdy Erik mówił coś zaskakująco trafnego, albo zabawnego, a zamiast spodziewanej salwy śmiechu czy winszujących mu komplementów dostawał właśnie to. Ten uśmiech.

– Ty również. – odpowiedział mu, nie pozwalając sobie na ześlizgnięcie się wzroku po całej sylwetce, tak wyraźnie odciśniętej w mokrym ubraniu, że z pewnością kilka rzeźb należących do Shafiqa mogłaby spąsowieć z zazdrości w tym rychle przegranym dla nich porównaniu. Nie odwrócił też wzroku na but, choć przecież zachodząc mężczyznę od tyłu musiał widzieć tę samotną skórzaną łódkę ruszającą na podróż w nieznane po nieprzychylnych morzach i oceanach rzymskiego ogrodu.

Potem Anthony rozsunął przestronne rękawy i wyciągnął dłoń, a gałąź nie umknęła spod ciepłych opuszków. Złapał Erika delikatnie, za zlodowaciałe palce, tak jak podczas ich pierwszego prawdziwego spotkania w gąszczu ludzkich spraw, aby nadać mu pęd i kierunek wraz z sobą, na powrót do głównej rezydencji, pozostawiając przy tym za sobą część gościnną. A przecież była tam łaźnia z kamienną wanną, jeden z pokoi czekał z pewnością w gotowości. Dwa, trzy kroki w bok, pod daszkiem opartym na kolumnach.

– Chodźmy, musimy Cię ogrzać. Jadłeś coś? Może masz ochotę na jagnięcinę? Albo kaczkę?– zapytał zmierzając tym samym miarowym krokiem do korytarza, do holu z Urobosem, z którego ledwie przed momentem Erik przecież wyszedł. Może dobrze, że gospodarz to powiedział, bo w sumie ta sama droga prowadziła wprost za drzwi wejściowe. Anthony jednak zamierzał od razu jednoznacznie odbić ku marmurowym schodom, po których wcześniej wspinał się skrzat. – Pozwolę sobie spytać... masz jakieś bagaże, którymi Wergilusz mógłby się zająć? – dodał, możliwie lekko, wyzbytym oceny tonem.
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#6
20.04.2024, 19:00  ✶  
Spojrzenie zielonych oczu przeskakiwało gorączkowo między twarzą starszego czarodzieja a mokrym trawnikiem, jakby Erik nie potrafił się zdecydować, czy jest gotów na jakąkolwiek konfrontację z Anthonym. Zazwyczaj nie pokazywał się w takim stanie publicznie, nawet jeśli widownia ograniczała się do jednej osoby. Wyjątki od tej reguły stanowiły co najwyżej Brenna i Nora, które widziały go w najróżniejszych sytuacjach na przestrzeni lat, a teraz... Najwidoczniej mógł dopisać do tej listy Shafiqa.

Nie był z tego dumny. Nie czuł też jakiejkolwiek ulgi z tego, że pokazał mu się w takim stanie, chociaż teoretycznie znalazł się w swego rodzaju azylu. Obrzucił podwórko uważnym spojrzeniem niczym osaczone zwierzę szukające najszybszej drogi ucieczki na wypadek, gdyby sytuacja eskalowała. Może powinien się wycofać. Może powinien rzucić jakąś wymówką i zaryzykować teleportację w tym stanie albo zaszyć się na jakimś przystanku autobusowym, dopóki nie wydobrzeje. Zawsze mógł przecież wrócić na dworzec i tam przeczekać, jednak... Był zmęczony. Tak cholernie zmęczony, że nie miał siły oponować przed żadnymi sugestiami.

— Więc oboje nie jesteśmy w szczytu formy — rzucił burkliwie na komentarz Shafiqa.

Przynajmniej ja nie noszę takich kiczowatych butów, pomyślał przytomnie, bo akurat był to jeden ze szczegółów, który zupełnie ich od siebie różnił. Nie, żeby właśnie nie utopił własnego buta w basenie, co nie? Nie mógł się nadziwić, że Anthony nosił się w taki sposób. A może był za bardzo przyzwyczajony do jego wyidealizowanej i dopasowanej na każdą okazję garderoby, jaką znał ze wspólnych delegacji i na dobrą sprawę nie znał jego codziennych zwyczajów? Przeszło mu też przez myśl, że być może był to efekt dłuższego wyjazdu do krajów azjatyckich. Czyżby nasiąkł tamtejszymi zwyczajami?

Mimowolnie napiął mięśnie, gdy Anthony chwycił go za rękę, jednak ciało stosunkowo szybko przegrało walkę z chłodem, sprawiając, że znowu zaczął drżeć z zimna. Przyspieszył kroku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w środku. Najlepiej przy kominku; nie miało znaczenia czy były prawdziwy, czy wyczarowany.

— Frytki i precle w Dziurawym Kotle. Jakieś siedem albo osiem godzin temu? — Zmarszczył czoło z głową pochyloną ku ziemi. Nie był pewny, która była teraz godzina toteż trudno było mu określić porę ostatniego posiłku. O ile przesiąknięte tłuszczem ziemniaki pokrojone w słupki mogły służyć za pełnoprawny posiłek dla kogoś jego rozmiarów. Człowiek jego postury musiał jeść. — Może być jagnięcina. Zdam się na ciebie.

Zatrzymał się u stóp marmurowych schodów, szarpiąc wolną dłonią o rąbek mokrej koszuli.

— Nie, nie mam nic ze sobą — poinformował Anthony'ego, rozkładając jednocześnie ręce. Mógł co najwyżej oddać ubrania do wysuszenia i różdżkę do przechowania. Nie miał ze sobą nawet portfela, nie mówiąc nawet o torbie. Ostatnie drobne, jakie obijały się o jego kieszenie, wydał na King's Cross i po przyjeździe do Little Hangleton. — Nie licząc bagażu w głowie. Ale tego raczej nie warto rozpakowywać.

Próbowałem to zrobić i proszę, jak wylądowałem, rzucił od siebie, po czym westchnął przeciągle i ruszył za właścicielem rezydencji na piętro.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#7
20.04.2024, 21:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.04.2024, 21:21 przez Anthony Shafiq.)  
Gdzież Erik się znalazł? Na dnie. Konkretnie na dnie bardzo rozległej, ogrodowej fontanny. Ale tak długo jak to była fontanna w jego ogrodzie, to Anthony nie zamierzał narzekać.

– Frytki i precle w Dziurawym Kotle. – powtórzył, dając wybrzmieć tej informacji w murach swojego domu, dając jej prawo do zaistnienia w cichej przestrzeni dźwiękowej, w której znajdował się tylko stukot klapek, szelest jedwabiu i nieregularny odgłos chodu Erika - jednej cichej bosej stopy i drugiego, chlupoczącego, rozmokłego mokasyna.

– Nic nie masz... Czy mam pytać dalej? Czy mam zgłosić kradzież mienia, różdżki, bagaży nie wiem... rozumu i godności? Z naszej dwójki to Ty bardziej znasz się na przestępstwach, ale wiesz, jeśli znasz sprawcę, to ja znam metody na tych, którzy poniewierają moimi przyjaciółmi. Chyba, żeś jak Desdemona sam sobie to zrobił, wtedy cóż... – odwrócił się do niego na moment, gdy weszli na piętro, uśmiechając się doń łagodnie w błękitnawym świetle magicznych świetlików wirujących w powietrzu zamiast lamp czy innego oświetlenia. – Pozostaje mi ukarać Ciebie jagnięciną i kawałkiem suchego odzienia na dobry początek, co Ty na to?

U szczytu schodów były przestronne drzwi prowadzące zapewne do sali balowej, tak pasowałoby z układu domu. Antresola rozchodziła się w obie strony, oni zaś skierowali swe kroki w prawo białym, strojnym w kolumny korytarzem, po miękkim lazurowym dywanie. Z każdym krokiem zaś pojawiało się coraz więcej rzeźb i waz, coraz więcej artefaktów i szkieletów, a wszystkie łączył jeden wspólny mianownik - smoki. Przedmioty te były zbierane z pieczołowitością od lat z całego świata. Część z nich Erik mógł rozpoznać jako podarki, które otrzymywał Anthony na ich wspólnych wyjazdach, część jako własności osób u których gościli. Jedna czara otoczona jadeitowym jaszczurem... zdało się, że właściciel nie chciał się z nią rozstać, ale może to kwestia wadliwej pamięci, albo kroków Anthony'ego które podjął później. Korespondencyjnie na przykład.

Mijali drzwi otoczeni migoczącym, magicznym rojem, dającym wszystkiemu dziwną, odrealnioną poświatę. Po prawej stronie mieli widok na ogród, na rzymski zakątek, choć w drugą stronę nikt z gości nie miał wglądu w przestrzenie korytarza. Weneckie lustro, choć może w tym przypadku byłaby właściwsze określenie weneckiej ściany. Po lewej strony co jakiś czas pojawiały się drzwi, przedzielały segmenty kolekcji, która na pewno była umieszczona tu w jakimś porządku, choćby bardzo chaotycznym. Shafiq nie zatrzymał się przy żadnych z nich, stanął dopiero przy wnęce na samym końcu, gdzie leżał, cóż... zgodnie z oczekiwaniami smok. Wnęka była ciemniejsza, zmiękczona grubymi, odsłoniętymi obecnie granatowymi kotarami, a figura przywodziła na myśl jednego bardzo konkretnego smoka. Draco Dormiens Nunquam Titillandus. Była to adekwatnie pomniejszona replika hogwarckiej bestii znajdującej się niedaleko byłych lochów, tuż obok tajnego przejścia do domu ślizgonów. Wbrew sentencji, Anthony połaskotał figurę po podniebieniu, a ta przeciągnęła się, by znów zapaść w drzemkę. Tymczasem gospodarz wyminął ją i zniknął w ścianie.

– Tak wiem, może trochę dramatycznie, ale kto powiedział, że tylko w Szkocji mogą mieć takie zabawki. – powitał go już w środku czarno-złotej, rozświetlonej kryształowym kwieciem sypialni. Główne światło było zagaszone na rzecz bocznych kinkietów, co mimo ciemnej aury nadawało pomieszczeniu przytulności, której brakowało wszędzie indziej. Obok olbrzymiego, pozostającego w nieładzie łóżka, stał pod ścianą stoliczek z dwoma fotelami, na którym leżała otwarta książka z parą okularów, a na Anthony'ego czekał kieliszek czerwonego wina i zawartość otwartej już butelki. Dalej przy otwartym oknie przesłoniętym falującą nieznacznie od wiatru storą, lśniła czarna politura otwartego obecnie fortepianu. Dookoła siedziska dla grającego leżało porozrzucanych kilka pożółkłych stron nut. W rogu dopasowana stała rosła komoda, a na przeciw łóżka dominował wygaszony obecnie kominek. Z prawa i z lewa, a także nad nim, słowem cała pozostała wolna przestrzeń tej ściany pełniła funkcję uginającego się od książek regału.

Pokój pachniał wilgocią, geosaminą i ozonem, wiatr co jakiś czas poruszał ciężką atłasową zasłoną łagodząc nęcąco znajomą woń żywicznego kadzidła, rozpalonego tuż przy wejściu na niewysokim sekretarzyku, którego dym stanowił smoczy oddech obmywający szafirową kulę. W pomieszczeniu były jeszcze jedne drzwi, właśnie obok kadziła i te właśnie otworzył bosonogi Anthony, zaraz po zdjęciu z siebie i rzuceniu na łóżko pierwszej warstwy odzienia.
– Proszę, łazienka jest do Twojej dyspozycji, rozgrzej się i ochłoń, ja zajmę się resztą. – obiecał, resztkami sił utrzymując fasadę, licząc na to, że kupi sobie czas, nie tyle po to by wydać kilka poleceń Wergiliuszowi, ale by samemu ochłonąć od tej nieoczekiwanej zmiennej, poukładać słowa, które obecnie wirowały mu w głowie, a nic z tego co powiedział, nie wydawało mu się odpowiednio dobre na zaistniałą sytuację. – Wanna raczej będzie dla Ciebie za mała, ale prysznic... prysznic powinien być odpowiedni. – dodał od razu żałując, że to powiedział, od razu ganiąc się bezgłośnie za wszystkie wyobrażenia, które naszły go gwałtownie wymijając pięknie jakiekolwiek oklumenckie bariery.

Odwrócił się do sekretarzyka odkładając nań różdżkę i skupiając się na zadaniu, choćby tak trywialnym jak zapewnienie im posiłku. Sam nie pamiętał co jadł dziś poza winem, Wergiliusz z pewnością ucieszy się, że jednak cokolwiek dzisiaj pojawi się w jego menu. Tymczasem zgodnie z jego słowami łazienka była do Erikowej dyspozycji.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#8
22.04.2024, 22:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.04.2024, 22:59 przez Erik Longbottom.)  
— Obawiam się, że rozum i godność wypłukał ze mnie skrzaci bimber — mruknął, unosząc wzrok na Anthony'ego, jednak równie szybko, jak ich spojrzenia się skrzyżowały, oczy Erika ześlizgnęły się na podłogę. — A różdżkę mam dalej.

Poklepał się po kieszeniach spodni, z ulgą zauważając, że w przeciwieństwie do buta, swojego naturalnego przedłużenia ręki nie zgubił w basenie na tyłach posiadłości. Domysły Erika, co do wystroju rezydencji, zdawały się potwierdzać z każdym kolejnym krokiem; parter był swego rodzaju wydmuszką i dopiero wyższe piętra kryły w sobie coś wartego uwagi. Może właśnie przez to, że zdradzały co nieco na temat enigmatycznego czarodzieja rządzące na tych włościach.

Uśmiechnął się minimalnie, gdy zorientował się, że praktycznie każdy artefakt miał coś wspólnego ze smokami. Najnowsza obsesja, a może słabość z dzieciństwa? Chyba każdy czarodziej na pewnym etapie życia przeżywał fascynację tymi wielkimi stworami. Może dlatego coraz chętniej inwestowano w rezerwaty i ochronę tych skrzydlatych jaszczurek. Longbottom podreptał grzecznie za Anthonym, aż zatrzymali się przed repliką smoka z Hogwartu. Zamrugał zdziwiony. Gdyby miał wynieść ze szkoły jakąś symbolikę, to zdecydowałby się raczej na zwierzaka, który reprezentował jego dom w magicznej akademii.

— Mam rozumieć, że ty jesteś smokiem, to jest twoja pieczora, a inni goście to zbłąkane owieczki, które stają się obiadem? — spytał z nutą rozbawienia, gdy prześlizgnęli się przez zaklętą ścianę.

W sypialni... Dużo się działo, jednak przez ograniczone oświetlenie, skrywające pośród cieni nadmiar szczegółów, Erik poczuł się nieco bezpieczniej. Bardziej komfortowo. Przez dłuższą chwilę stał na środku pokoju, chłonąc nieco przytłaczające go w tej chwili wnętrze. Jego uwagę przykuły złotawe zdobienia u pikowanego wezgłowia łóżka. Odwrócił głowę, spuszczając wzrok na podłogę i ruszając w stronę łazienki.

— Mhm, dzięki — rzucił niemrawo, pocierając bezmyślnie palcami o swoje kłykcie, zatrzymując się na moment.— Nie zajmie... Nie zajmie mi to długo.

Chwilę później zacisnął mocno dłoń na klamce, domykając za sobą drzwi do samego końca. Z przyzwyczajenia chciał je zostawić w tym stanie, jednak po chwili namysłu przekręcił też główny zamek, zapewniając sobie tym samym pełną prywatność. Oparł się plecami o drzwi, rozglądając się z lekkim zaciekawieniem po wnętrzu pomieszczenia.

Komnaty Anthony'ego zdecydowanie były przytulniejsze niż parter. Galeony wydane na wystrój wprawdzie dalej wylewały się z każdej płytki i zdobienia, jednak miał wrażenie, że było w tym więcej Shafiqa. Wnętrze zostało dostosowane do niego; do jego potrzeb, przyzwyczajeń, upodobań i stylu. Chociaż ta wanna to musi być jakaś fanaberia, pomyślał, zerkając z powątpiewaniem na karykaturalnie małą wannę.

Może Erik był większy niż stereotypowy anglik, jednak Anthony był niewiele gorszy. Bądź co bądź, dzieliła ich różnica zaledwie kilka centymetrów i pod względem wzrostu wyglądali akurat całkiem podobnie. To nie była ta sama różnica, co pomiędzy nim a Norą. Longbottom nie potrafił sobie wyobrazić, aby komukolwiek mogło być w tym wygodnie. Nawet nóg nie dałoby się komfortowo rozprostować. To na pewno był jakiś antyk, sprowadzony z Włoch, Hiszpanii czy innej Grecji. Prysznic brzmiał zdecydowanie lepiej.

Odkręcił kran z gorącą wodą, na którą jednak musiał trochę poczekać. W międzyczasie zrzucił z siebie mokre ubrania i zawiesił na krawędzi wanny. Z lekkim wahaniem sięgnął po różdżkę i wycelował jej czubek w swoje ciuchy. Wprawdzie złota zasada każdego czarodzieja powinna brzmieć ''Piłeś? Nie czaruj!", jednak to przecież było tylko suszenie, więc... Erik machnął parę razy różdżką. Nic z tego nie wyszło. Przeklął pod nosem podirytowany i odłożył różdżkę na bok. Gdy upewnił się, że woda już się nagrzała, wszedł pod prysznic.

Jęknął cicho, gdy wodne bicze zaczęły smagać jego plecy, uwalniając go od trosk minionego dnia. Nie sądził, że to wszystko tak się potoczy. Sądził, że będzie miał większą kontrolę nad sobą w konfrontacji z Selwynem, jednak najwyraźniej wbrew temu, co wielu uważało, potrafił pielęgnować w sobie urazy. To nie był jego dzień. To nie był jego tydzień. A teraz jeszcze wylądował w Little Hangleton, kompletnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Erik spędził w łazience niespełna pół godziny, z czego ostatnie dziesięć minut spędził, szukając czegokolwiek do przebrania. Na wieszaku wisiała wprawdzie przykrótka yukata, jednak Longbottom naprawdę nie chciał jej zakładać, więc pogrzebał trochę w szafkach, szukając jakiegoś prawdziwego szlafroku. Koniec końców jego próby zakończyły się sromotną porażką i Erik był zmuszony opuścić łazienkę w czarnej yukacie z egipskiej wełny. Zaczerwieniona od gorącego prysznicu i zażenowania twarz ciekawie współgrała z tym kolorem.

— Wyglądam absurdalnie — oznajmił, zakładając ręce na piersi. W pierwszej chwili chciał skierować się w stronę łóżka, jednak nagle obrócił się na pięcie i ruszył w stronę kominka.


(Kształtowanie) Wyczarowanie ciepłych podmuchów powietrza mających wysuszyć ubrania x2
Rzut PO 1d100 - 16
Akcja nieudana

Rzut PO 1d100 - 29
Akcja nieudana


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#9
23.04.2024, 00:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2024, 09:47 przez Anthony Shafiq.)  
Skinął głową na znak, że rozumie i nie zamierzał kontynuować tego tematu, przynajmniej na razie dając nabrzmieć ciszy między nimi. Dając pola do delikatnych dzwonków unoszących się wraz z odprowadzającymi ich magicznymi błękitnymi świecidełkami, które po dojściu do śpiącego smoka rozpierzchły się znów po całym korytarzu i osiadły blisko ściany nie będącej oknem, tworząc rzeczywiście aurę tajemniczej pieczary oświetlonej tylko fluorescencyjnymi kryształami. Rzeźby i pozostałe artefakty nabrały niepokojących kształtów i cieni. Czy była to nowa fiksacja? Och nie! Choć nie spotykali się zbyt często, Erik znał doskonale słabość gospodarza do smoków. Oraz niechęć do obrazów, czy zdjęć. Nigdzie przez cały korytarz, którym przecież Anthony musiał przechadzać się dość często, gdy bywał tutaj w lecie, nigdzie nie było ani jednej fotografii, twarzy. Nic. Tylko smocze paszcze.

– Dla zbłąkanych owieczek jest pole na dole. – odpowiedział mu krótko, unikając kontaktu wzrokowego, koncentrując się na zadaniu. Z jednej strony trochę go ignorował, ale też dawał tym do zrozumienia, że Erik może zająć się sobą, że może odejść bez cienia zażenowania, ogrzać się i wstępnie osuszyć. Że może czuć się swobodnie. Nikt z resztą podczas używania łazienki go nie niepokoił, a zgodnie ze słowami Anthony'ego prysznic był rzeczywiście bardzo wygodny w użytkowaniu. Przestronny, z murowaną kabiną i wodnymi biczami zapewniającymi rozluźnienie zmęczonym mięśniom.

Krótkie przeszukiwaanie szafek nie dało oczekiwanego efektu. Wyposażenie było zaskakująco ubogie, można powiedzieć ascetyczne. Białe ręczniki, bezwonne mydło i czerwony olej pachnący znajomo żywicą. Do tego złożona w aksamitnym woreczku brzytwa, wiśniowy grzebień. I czarna yukata spoglądająca nań z pikowanego, kremowego szezlongu ustawionego przy drzwiach. Czy leżała tutaj, kiedy wchodził do środka? Musiał ją przegapić.

Kiedy wyszedł z łazienki, w pokoju panowała inna, niż po pierwszym wejściu do środka, atmosfera. Przede wszystkim było cieplej. Zdecydowanie cieplej. We wcześniej wygaszonym kominku obecnie trzaskały pieńki smagane ogniem, okno zaś niosące wieczorny chłód było w końcu zamknięte, szczelnie zasłonięte nieruchomymi już storami. Zaścielone łóżko pozbawione zostało wierzchniej kapy oraz leżącego jedwabnego kimona, podobnie sprzątnięte zostały porozrzucane nuty. Pojawiło się też coś nowego: niewielki stoliczek na kółkach, na którym spoczywały dwa zakryte srebrnymi kopułami talerze, oraz na dolnym blacie równie połyskująca patera z niewielkimi ciastkami o wymyślnych kształtach, idealnymi na jeden kęs.

Na stole zamiast jednego kieliszka stały obecnie dwa, oba w równym stopniu napełnione czerwonym trunkiem. Stał też pojedynczy talerz z zupą, która pachniała... bardzo znajomo. Pachniała Malwowym rosołem, przepisem wyjątkowo dolinogodryckim, wyjątkowo longbottomowym, na wszelkie choróbska i inne infekcje górnych dróg oddechowych. Talerz zdawał się świeżo napełniony, niemalże wrzący i czekał na kogoś, kto zasiądzie w pustym fotelu.

A drugim bowiem, tym bliżej rogu sypialni, siedział zajęty lekturą gospodarz. Wydawał się w pierwszej chwili zupełnie nie zauważyć obecności Erika, faktu, ze opuścił już łazienkę. Wydawał się nie słuchać jego gderania na strój, wydawał się w pełnym skupieniu kończyć rozdział, stronę, linijkę... Dopiero potem podniósł na niego stalowy wzrok, obniżając głowę tak by móc zlustrować go w pełni znad pozłacanych oprawek swoich okularów. Zamknął książkę i na okładkę odłożył cienkie szkła. Podniósł się i podszedł do wciąż lekko parującego po ciepłym prysznicu mężczyzny z kieszeni wyciągając bawełniany, długi pas w kolorze tym samym co yukata. Obi, pas który miał być pasem do kompletu, a nie kawałkiem sznurka pozostawionym w łazience, zaszeleścił przesuwany w jego dłoniach. W milczącym skupieniu, nie patrząc na czerwoną z zażenowania twarz, objął Erika w pasie raz, potem drugi, oplatając go równomiernie, pozostawiając z przodu niewielki fragment, który miał zwieńczyć węzeł. Poprawił poły odzienia, wygładził nierówności, pociągnął dłuższe zakończenie i w kilku wprawnych ruchach dokończył coś, co niewprawne europejskie oko mogłoby nazwać "fikuśną kokardką", choć jak na kokardę była mniej odstająca i miała tylko jedno ucho. Na koniec energicznie obrócił pas tak, aby węzeł znalazł się na lędźwiach drugiego mężczyzny. Smukłymi palcami wyłapał pomocniczy sznurek i szybko poradził sobie z nim, zabierając kawałek niewygodnej juty na powrót do własnej kieszeni. Wtedy dopiero zrobił krok do tyłu i odetchnął, trzaskając stawami dłoni, a na bladej twarzy pojawił się uśmiech, niosący ze sobą pewien posmak psoty.

– Teraz. Teraz wyglądasz absurdalnie mój drogi. – skwitował głosem tak słodkim, jakby mówił mu, że jest idealnie, tylko Erik się przesłyszał. Potem odwrócił się, by wrócić na swoje miejsce i zaprosić go do dołączenia przy stoliczku, któremu daleko było do jadalnianego stołu w Dolinie. – Proszę, jedz póki ciepłe. Jagnięcina trzymana jest w dobrej kondycji podgrzanymi naczyniami, ale to nie potrwa długo, a muszę Ci się przyznać, że przez te wszystkie zapachy sam zgłodniałem. – Zamiast zupy, pozostało mu wino, z którego skwapliwie skorzystał, choć z pewnością daleko mu było do zachłanności Erika z ostatnich godzin. – Uprzedzając Twe obawy, w Dolinie sądzą, że ten rosół jest dla mnie z powodów porannych joggingów zaleconych mi przez trenera – podparł łokieć o blat, a głowę złożył na swojej dłoni, przypatrując mu się uważnie ze swojej strategicznie obranej pozycji.

Tymczasem pod spokojną, życzliwą powłoką gotował się nie mniej niż Erik i aż dziw, że sam nie siedział tutaj pozbawiony języka, zarumieniony jak ów jagnięcy comber czekający pod srebrną sferą. Chciał pytać, chciał wiedzieć, chciał drążyć i poznać powód, szczególnie, że cztery tygodnie temu jego gość odmówił mu tej przyjemności wspólnego zjedzenia kolacji w ramach podziękowania za swoje światłe wskazówki. Cztery tygodnie temu Erik był oschły, szorstki jak tani ręcznik po piątym praniu. Dziś było inaczej, choć wciąż wyczuwał jego defensywną postawę, której nie mógł zrozumieć. Wiedział, że miał za mało danych, więc nie naciskał. Połowę swojej energii spalał na to, by milczeć, by dać zjeść biedakowi, dać mu zagrzać nie tylko skórę i mięśnie, ale też trzewia zmaltretowane jakimś barachłem z Pokątnej i bogowie wiedzieli jak podłym alkoholem. Trochę liczył, że Erik sam zacznie mówić, trochę obawiał się tego momentu. Palcami gładził okładkę książki, czekając na odpowiedni moment. Mieli czas, w końcu wilk sam skrył się w jego pieczarze.

viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#10
24.04.2024, 19:30  ✶  
Nie potrafił zrozumieć, jak Anthony mógł żyć w takich warunkach. Każdy przedmiot zdawał się mieć tutaj swoje wyznaczone miejsce, a zamiast rozgardiaszu w szafkach i komodach panował porządek i minimalizm. Nie było w tym niczego złego, jednak Erik przywykł do nieco innych standardów. Praktycznie całe swoje życie spędził w Warowni, a więc przyzwyczaił się do tego, że pokoje były pełne szpargałów, a po szafach i kufrach chowano najróżniejsze pamiątki i dawne ozdoby. Sprawiało to, że rezydencja wyglądała na zamieszkałą, ciepłą i komfortową.

Może Erik był za bardzo przyzwyczajony do życia w posiadłości z mnóstwem domowników, jednak pustawe wnętrza kojarzyły mu się aż nazbyt mocno z hotelami i muzeami. Nie żeby hotele były takie najgorsze, pomyślał przelotnie, gdy sięgał po przygotowany dla niego szlafrok. Bądź co bądź, osoba Shafiqa nierozerwalnie łączyła się dla niego z licznymi wizytami w takich przybytkach. Gdyby nie wydarzenia mijającego dnia, być może dałby się przekonać, że po powrocie do sypialni nie wylądowałby wcale w Anglii, a w innym miejscu: Włochach, Egipcie czy którymś z krajów skandynawskich. Jak zanurzenie się we wspomnieniach zachowanych w myślodsiewni.

Wprawdzie po powrocie do głównego pokoju nie przeniósł się magicznie w czasie, jednak jeden element dawnych wypraw dalej znajdował się w pomieszczeniu. Anthony. Kręcąc się po sypialni, starał się nie zerkać zbyt uporczywie w jego stronę, mamrocząc tylko pod nosem kolejne narzekania na temat swego, jednak kiedy w końcu na niego spojrzał... Na widok okularów spoczywających na jego nosie, nie potrafił się nie uśmiechnąć. Zawsze lubił go w szkłach. Uważał, że wygładzały jego aurę i zmieniały jego wizerunek z nieugiętego dyplomaty w uczonego. Uśmiech Erika przygasł, gdy Shafiq zbliżył się do niego.

Wiedziony instynktem chciał cofnąć się o kilka kroków, niepewny co do tego, co zamierzał starszy czarodziej, jednak koniec końców nie zrobił tego. Uniósł tylko lekko ręce, co by ułatwić Anthony'emu zadanie polegające na obwiązaniu go pasem. Gdy przesunął wiązanie na bok, jego ręka mimowolnie powędrowała ku dłoni mężczyzny; czy chcąc ją chwycić, czy odepchnąć, tego sam nie wiedział. Anthony go jednak uprzedził, wycofując się w tył. Nagle Erik ucieszył się, że właśnie wyszedł właśnie spod prysznica; nagrzana skóra skrzętnie zamaskowała zaczerwienienia na jego policzkach.

— Po prostu lubisz się znęcać nad innymi, Antoniuszu — odbił piłeczkę, wykonując oczami teatralny młynek. — Myślę, że gdybyś miał możliwość ubrać tak pół czarodziejskiej socjety w tym kraju, zrobiłbyś to w mgnieniu oka. Przyjąłbym ten zakład.

Longbottom ruszył w stronę fotela, siadając na nim ze sporą dozą niepewności. Alkohol zaczynał wyparowywać z jego głowy, sprawiając, że był aż zanadto świadomy tego, w jakiej sytuacji się znalazł i w jakim położeniu postawił gospodarza swego azylu. Trudno było mu teraz spojrzeć w oczy. Nigdy nie chciał być dla nikogo ciężarem; chyba dlatego koniec końców wskoczył do pociągu, zamiast wracać do domu czy szukać miejsca do spania po znajomych z miasta. Wizyta w Little Hangleton była niespodziewana, a jednak zaprowadziła go do właściwej osoby. Do kogoś, komu faktycznie ufał.

— Dziękuję — mruknął w końcu, opierając jedną dłoń o podłokietnik fotela, a drugą o blat krzesła, raz po raz ją zaciskając tylko po to, aby zaraz znowu rozprostować. — Po prawdzie, to nie planowałem tej wizyty. Ja... Nawet nie wiedziałem, gdzie jadę. Przyjechałem koleją. Teleportacja... Cóż, nie byłaby w moim przypadku zbyt dobrym rozwiązaniem. Przesadziłem z alkoholem. Przesadziłem... tak ogólnie.

Uniósł spojrzenie na Anthony'ego. Spłoszyło go nieco to, że mężczyzna dalej się w niego wpatrywał, jednak tym razem wytrzymał jego spojrzenie, jakby podejmował jedną z wielu rękawic jakie mu rzucał w ciągu ostatnich kilku lat ich znajomości. Westchnął przeciągle i sięgnął po jagnięcinę, grzebiąc w niej przez dłuższą chwilę w talerzu, zanim w końcu zdecydował się na wzięcie kilku kęsów do ust. Smak gorącego mięsa i aromatycznych przypływ rozlał się po jego żołądku, wybijając się ponad działanie alkoholu w jego organizmie.

— Zamawiasz sobie rosół od Malwy? Codziennie? — spytał, gdy i do niego dotarł charakterystyczny zapach zupy skrzatki. Uniósł brew, dalej racząc się combrem. Wskazał widelcem na talerz z parującą zupą.— Nie będę ci zabierał kolacji. Jedz.

Nie był w aż tak złym stanie, a obecnie miał przeświadczenie, że nieświadomie zabierał Anthony'emu porcję ostatniego posiłku tego dnia. Każdy kolejny kęs dodawał mu energii, ale sprawiał też, że rozjaśniał mu się umysł. Najchętniej zamknąłby wspomnienia z tego dnia w tej samej skrzyni, w jakiej przez tyle lat trzymał wszystko inne, co było związane z Selwynem, jednak czuł też, że był coś winny Shafiqowi za tę gościnę. Wyjaśnienia, nawet jeśli nie będą w stu procentach szczere.

— Widziałem się dziś z kimś... Z kimś, kto mnie kiedyś skrzywdził. Lata temu. — Przeklął się w myślach za to, jak duże napięcie było wyczuwalne w jego głosie. — Myślałem, że mam to już za sobą i już nigdy więcej go nie zobaczę, ale z własnej głupoty odnowiłem kontakt. Chciałem... Chciałem jakiegoś wyrównania rachunków. Chyba. — Odkroił kawałek jagnięciny i zaczął znęcać się nad nim ostrymi ząbkami widelca. — To nie była mądra decyzja. Nigdy nie powinienem wysyłać tego durnego listu, ale...

Zamilkł, wbijając wzrok w niewidzialny obiekt tuż obok głowy Anthony'ego.

— Eh, tak się chyba kończy igranie z płomieniem. Chciałem zwalczyć ogień ogniem i sam się przy tym sparzyłem. Tylko zrobiłem sobie większą krzywdę.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (12077), Erik Longbottom (10454)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa