25.04.2024, 15:03 ✶
– Rzeczywiście, masz rację. W takim razie może lepiej, byś została na noc na obserwacji?– zasugerował z przesadną troską w głosie. – Wiesz. Nie chcę, byś przez te wredne karteczki, które same się gubią miała problemy u szefa. Jeszcze by kazał ci dzisiaj pracować. Ewentualnie mogę spróbować załatwić ze Szpitalem, by zwolnienie zostało wysłane prosto do niego. Wiesz, tak po przyjacielsku.– Powiedziałby, że nie wierzył, że musiał się kłócić z dorosła kobietą, Brygadzistką, o to by słuchała się zaleceń swojego uzdrowiciela, ale w sumie to się nawet nie dziwił.
– Ja też teraz wpadłem na ciebie. Czy to znaczy, że jestem teraz twoim przypadkiem? – odparował nie zastanawiając się nawet nad tym, jak bardzo nie miało sensu to co właśnie powiedział.
– Prawda? – spytał na wzmiankę o śmiechu jak żaba. – Tak, mamy. Jestem pewny, że zaraz sobie ze wszystkim poradzą.
Tak naprawdę to się martwił. Martwił bo nieobliczalny pacjent biegał po korytarzach z jego rożdżką i mógł kogoś skrzywdzić tylko dlatego, że dał się tak głupio podejść. Może to dlatego tak uparcie walił w te drzwi, aż wreszcie się poddał, uznając że jedyne co tym wskóra to się zmęczy. Walnął pięscią jeszcze raz w drzwi tak dla zasady, a potem sie wreszcie odsunął. Głupie izolatki.
– Jesteś... Pewna, że to dobry pomysł? – spytał, patrząc się z niepokojem, jak Brenna próbuje wyciągnąć różdżkę lewą ręką. Jeśli się teraz czymś trafi w twarz to nawet nie będzie miał, jak jej pomóc, a on nie chciał narażać dzisiaj większej ilości pacjentów. Tylko, że jeśli będą musieli tutaj czekać, to chyba oszaleje. Jeszcze raz desperacko rozejrzał się po otoczeniu w nadziei, że coś znajdzie. Nie było tu nic oprócz łóżka. Mogli co najwyżej użyć go jako zasłony, gdy Brenna będzie próbowała rzucić zaklęcie. – Może najpierw poćwicz kilka razy gest zanim naprawdę zaczniesz działać? Albo nie wiem. Mogę... Pomóc ci pokierować rękę?
– Ja też teraz wpadłem na ciebie. Czy to znaczy, że jestem teraz twoim przypadkiem? – odparował nie zastanawiając się nawet nad tym, jak bardzo nie miało sensu to co właśnie powiedział.
– Prawda? – spytał na wzmiankę o śmiechu jak żaba. – Tak, mamy. Jestem pewny, że zaraz sobie ze wszystkim poradzą.
Tak naprawdę to się martwił. Martwił bo nieobliczalny pacjent biegał po korytarzach z jego rożdżką i mógł kogoś skrzywdzić tylko dlatego, że dał się tak głupio podejść. Może to dlatego tak uparcie walił w te drzwi, aż wreszcie się poddał, uznając że jedyne co tym wskóra to się zmęczy. Walnął pięscią jeszcze raz w drzwi tak dla zasady, a potem sie wreszcie odsunął. Głupie izolatki.
– Jesteś... Pewna, że to dobry pomysł? – spytał, patrząc się z niepokojem, jak Brenna próbuje wyciągnąć różdżkę lewą ręką. Jeśli się teraz czymś trafi w twarz to nawet nie będzie miał, jak jej pomóc, a on nie chciał narażać dzisiaj większej ilości pacjentów. Tylko, że jeśli będą musieli tutaj czekać, to chyba oszaleje. Jeszcze raz desperacko rozejrzał się po otoczeniu w nadziei, że coś znajdzie. Nie było tu nic oprócz łóżka. Mogli co najwyżej użyć go jako zasłony, gdy Brenna będzie próbowała rzucić zaklęcie. – Może najpierw poćwicz kilka razy gest zanim naprawdę zaczniesz działać? Albo nie wiem. Mogę... Pomóc ci pokierować rękę?