• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet?

[13.06.69] Gdzie twoje kości, gdzie mój gabinet?
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#21
28.04.2024, 23:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 23:53 przez Basilius Prewett.)  
Gdy z różdżki Brenny wytrysnęły złote iskry, Basilius już szykował się na najgorsze, ale ku jego uldze nic się nie stało. Podejrzane patrząc na to jaką scenę przed chwilą odwalił ten przedmiot.
– Jeśli cię to pocieszy, to na wyrośnięcie palców nie ma limitu czasowego – No tak. Nie dość, że tu utknęli, kto wie co robił pan Ferdynard, to jeszcze Brenna wciąż nie miała kości w palcach. Jeśli Prewett miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co do tego, że ich piątki trzynastego były w jakiś sposób przeklęte, to teraz już ich nie miał.
Nie wstał jeszcze z podłogi, a jedynie się odsunął za nią, gdy Brenna postanowiła ostatni raz spróbować ich stąd wydostać, więc kiedy zobaczył, że na ich drodze stanął jeszcze mur z szyderczym numerem dzisiejszej daty i sali po prostu jęknął cicho i opadł na plecy ukrywając na chwilę twarz w dłoniach. To się nie mogło dziać. To już naprawdę była przesada. Co dalej? Czy kolejne piątki będą już tylko gorsze i gorsze? A przecież mieli ich jeszcze tak dużo przed sobą.
– A może to my jesteśmy pechowi – wymamrotał zrezygnowany, odsuwając ręce z twarzy, ale jeszcze nie siadając na podłodze. A może po prostu powinien skakać w miejscu tak długo, aż zemdleje i przeczekać to w nieświadomości? Nie, lepiej nie. Dzisiaj pewnie nawet zemdlałby jakoś pechowo. Albo na złość, by nie mógł. Ale hej! Przynajmniej wyszło na jego z urlopem Brenny, więc chyba mógł się czuć dzisiaj chociaż trochę wygrany. A skoro o wygranej mowa...
Basilius zerknął na nią zaskoczony i aż szybko podniósł się do siadu.
– Zakładasz, że ze względu na moje nazwisko, noszę przy sobie karty w kieszeni mojej służbowej szaty, kiedy jestem w pracy? Wiesz, że to nie jest tak, że każdy Prewett tylko czeka, by ograć kogoś w pokera? – spytał unosząc jedną brew, na razie nie wyciągając kart z kieszeni swojej szaty służbowej.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#22
29.04.2024, 07:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2024, 09:25 przez Brenna Longbottom.)  
Basilius był zrezygnowany, może nawet załamany – i ciężko było się mu dziwić. Brenna z kolei, trochę wbrew sytuacji (bo przecież nie chciała, aby pan Ferdynand zrobił komuś krzywdę, za to bardzo, bardzo chciała odzyskać swoje kości), była do pewnego stopnia rozbawiona i to rozbawienie pojawiło się głównie z powodu jego reakcji. Musiała powstrzymać śmiech, narastający gdzieś w gardle, bo to jednak trochę nie wypadało. Z drugiej strony, co mogła w tej sytuacji robić? Płakać? Przeklinać los? Bić w te drzwi… znaczy się w mur, który je zasłaniał? To już lepiej było się śmiać…

– Niefortunne zbiegi wypadków… eee… czasem się zdarzają – powiedziała, Brenna usadawiając się na podłodze w taki sposób, by podeprzeć się o ścianę i nie potrzebować podparcia prawej ręki. – W następny piątek trzynastego postaram się wziąć wolne, o ile to będzie możliwe i może nawet uda mi się spędzić cały dzień w Dolinie Godryka, to nasze wzajemne pechy nie ulegną kumulacji – obiecała Brenna, jeszcze nieświadoma, że następny przypadek będzie dotyczył „dziwnej daty”, nie konkretnie piątku trzynastego, może tak w ramach kary za to, że spróbuje uniknąć przeznaczenia.

– A co, wolałbyś grać w Piotrusia? – parsknęła, ale zaraz zrobiła skruszoną minę. - Wybacz. Uległam paskudnie stereotypom na temat waszej rodziny, zapominając, że nie każdy Prewett to hazardzista, tak jak nie każdy Longbottom jest policjantem i nie każdy Lestrange pracuje w tym szpitalu. Nott nie zawsze ma przy sobie miotłę, Prewett nie zawsze ma karty. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, i jeszcze dla lepszego efektu uderzyła się w klatkę piersiową raz i drugi (zaciśniętą w pięść lewą ręką, oczywiście, bo prawą nie byłaby w stanie). A potem uśmiechnęła się do niego w jakiś taki odrobinę przebiegły sposób, bo przecież Basilius nie powiedział, że nie ma tych kart. – To co, masz te karty? Masz przewagę, nie za bardzo ogarniam pokera i nie mam kości. Niepowtarzalna okazja do ogrania Longbottomówny.

A to drugie nieco utrudniało trzymanie kart. Za to z jej mimiką blefować mogła doskonale! Zamiast pokerowej twarzy - uśmiech wariatki niezależnie od tego, jak jej idzie karta.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#23
29.04.2024, 15:01  ✶  
Basilius zaśmiał się krótko, mniej z rozbawienia, a bardziej z załamania tą całą sytuacją.
– Próbowałem. To znaczy, wziąłem raz wolne na wypadek, gdybyśmy coś miało się wydarzyć i… – westchnął cicho. – I wpadłaś na mnie w kasynie. Nie zrozum mnie źle. Cieszę się, że tak wyszło, ale… To nie była normalna sytuacja. – Jasne, zdarzyło mu się zasłabnąć poza domem, ale sytuacja, która doprowadziła do tego wtedy… Wbrew pozorom gigantyczne bójki z zaklęciami nekromantycznymi nie zdarzały się w kasynach, aż tak często.
Skrzywił się na tę sugestię. Grać w Piotrusia. Nie był, aż tak zrozpaczony i pogodzony z bezsensownością życia, by grać w Piotrusia.
Musiał bardzo się pilnować, by na stwierdzenie, że każdy Longbottom nie jest policjantem, nie odpowiedzieć zdziwionym “nie?” Sama Brenna na pewien sposób była ucieleśnieniem wielu stareotypów na temat jej rodziny, o których żartowali Preweci. Z tym, że w przeciwieństwie do tego co zakładało wiele z tych żartów z Brenną dało się spędzić miło czas. Nawet jeśli zamkniętym w izolatce.
Westchnął jedynie, przewrócił oczami i wyciągnął z kieszeni talie kart przeznaczoną do noszenia w służbowej szacie. W płaszczu miał oczywiście drugą. No dobrze, druga i trzecią, ale były ku temu ważne powody.
– Aby było jasne – powiedział wprawnym ruchem dłoni tasując karty, zupełnie jakby było to dla niego coś tak odruchowego, jak oddychanie. – To, że ktoś ma karty i nazywa się Prewett nie znaczy, że jest hazardzista. – On nie był. Po prostu lubiłto ryzyko hazardu. – Jeśli wolisz to możemy zagrać w wojnę. Przegrany musi odpowiedzieć na dowolne pytanie?
Oczywiście wolał grać w pokera, ale trochę głupio było grać z kimś, kto obecnie nawet nie był w stanie poprawnie trzymać swoich kart w dłoni. Wołał jakieś wyzwanie chociażby w postaci potencjalnie dziwnych pytań.
Bez względu na to, w co postanowiła zagrać Brenna, Prewett szybko rozłożył przed nimi karty, do których miał wyjątkową słabość że względu na grafikę, którą zostały ozdobione. Uwielbiał ładne talie, a ta no cóż… Może nie nadawała się do poważnej gry, ale do spokojnej rozgrywki na lunchu z kolegami z pracy, lub dla zabicia czasu, kiedy drzwi izolatki zostały zabarykadowane murem, wydawały się być wręcz idealne.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#24
29.04.2024, 15:23  ✶  
- Czy to tylko rezygnacja w obliczu ogólnego poczucia beznadziei i śmiech na przekór okrutnemu losowi, czy już załamanie nerwowe? - zapytała Brenna, kiedy zaczął się śmiać. - Em... no... to nie zdarza się codziennie - przytaknęła Brenna, bo właściwie dla niej to nie była aż tak nienormalna sytuacja, ale pracowała tam, gdzie pracowała, miała tendencję do prób zajmowania się pięcioma rzeczami na raz, a poza tym dziwny talent do pakowania się w kłopoty. Ale w sumie racja, nie zdarzało się to jej codziennie ani nawet co drugi dzień, tak średnio raz w tygodniu.
Sytuacja, rzecz jasna, miała tutaj powoli eskalować...
Zdołała powstrzymać uśmiech, cisnący się na usta, kiedy wyciągnął karty z kieszeni. I nawet kiwnęła głową, utrzymując poważną minę.
– Jasne. To po prostu taki atrybut rodzinny, nam jak jesteśmy dziećmi dają noże, wam karty – stwierdziła, z taką powagą, że naprawdę można by sądzić, że nie ma w tym ani krztyny żartu. I tak naprawdę nie miała pojęcia, czy Basilius jest hazardzistą, ale przecież wiedziała, że lubi grać: nie tylko dlatego, że nazywał się Prewett. W końcu sam wspomniał, że nie tak dawno temu spotkali się w kasynie. – Och, daj spokój, brak kości mnie nie powstrzyma. To że nie jestem pewna, czy pamiętam wszystkie zasady też nie… ale zbieranie ładnych obrazków piesków brzmi całkiem zabawnie – oświadczyła już normalnie, spoglądając na talię. Nie wyglądała na to, ale też miała drobne słabostki do ładnych rzeczy, nawet jeśli akurat nie przepadała za bibelotami. A ładnych kart mieli w domu całkiem dużo, chociaż raczej tarota niż tych do pokera, ze względu na zainteresowania Morpheusa.
– Póki nie narusza tajemnicy służbowej albo dobrego interesu osób trzecich – zastrzegła, raczej odruchowo niż dlatego, że podejrzewała Basiliusa o chęć zadawania takich pytań. Basilius, chyba trochę jak Laurent i Vincent, byli w jej oczach swego rodzaju mieszanką odrobiny przyzwoitości, odrobiny złośliwości i odrobiny pewnej pogardy wobec zasad. Dochodziły tu jeszcze pewne skłonności do manipulacji i chęć pokazywania ludziom konkretnych rzeczy – z czym właściwie całkiem się utożsamiała. Ale akurat żadnego z nich nie podejrzewałaby o uciekanie się do takich sztuczek jak wypytywanie o sprawy służbowe w ramach wygranej z pokera. Tyle że… no była gliną.
Zebrała swoje karty – chwilkę jej to zajęło, bo jednak musiała posługiwać się jedną ręką – i… pozostawało zacząć grę.

Na wynik. Minus 10 przy rzucie powyżej 11, ze względu na fakt, że Basilius raczej gra więcej.
Rzut 1d100 - 80


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#25
30.04.2024, 14:59  ✶  
– Myślę, że trochę oba, ale spokojnie, do pełnego załamania nerwowego jeszcze mi trochę brakuje. – A przynajmniej taką miał nadzieję. Naprawdę nie uśmiechało mu się przyjmowanie kolejnych eliksirów tylko dlatego, że jego psychika uznała, że te piątki trzynastego to dla niej za dużo. Poza tym chyba były lepsze metody na załamanie uzdrowiciela, niż to. – Nie, nie zdarza. – A wiem co mówię, bo w kasynach bywam często i trochę o nich wiem i naprawdę pierwszy raz sytuacja eskalowała do takiego stopnia na moich oczach.
– Noże? – parsknął śmiechem, tym razem szczerze rozbawiony. – Po co? Abyście dźgali ich tępą stroną dziecięcych chuliganów w kostki?
Chociaż rzeczywiście swoje pierwsze karty dostał, gdy był jeszcze dzieckiem i to od kogoś ze swojej rodziny. Pewnie dalej je gdzieś miał.
– W takim razie poker – skinął głową, całkiem zadowolony z takiego obrotu sytuacji. Wojna to jednak nie byłoby to samo.
– Tak, oczywiście – zapewnił ją, w myślach żartobliwie dodającs, że gdyby chciał z jakiegoś dziwnego powodu wyciągnąć od kogoś tajemnicę służbowe, czy też rodzinne to pewnie najpierw, by tego kogoś upił, a potem zasugerował grę. Ale rozumiał jej deklarację. Nawet jeśli nie zamierzał niczego od niej wyciągać to przecież sam wiedział, jak trzeba było uważać przy takich grach. Zawsze lepiej tracić pieniądze, niż zdradzać poufne informacje.
W przeciwieństwie do Brenny, chwycił swoje karty wprawnym ruchem, jednocześnie będąc gotowy pomóc jej ułożyć jej własne, gdyby miała większe problemu, lub odpowiedzieć na jakieś pytanie dotyczące zasad, które mogłaby mieć. Co nie znaczyło oczywiście, że zamierzał dawać jej jakiekolwiek fory. O nie. Brenna mogła liczyć na taką samą kamienną twarz, jak w przypadku jego rozgrywek z kimkolwiek innym.

Rzut 1d100 - 98
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#26
30.04.2024, 15:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2024, 15:13 przez Brenna Longbottom.)  
Dla niego eskalująca bójka w kasynie była czymś rzadkim, dla niej… no w kasynie niekoniecznie, ale wezwania do bójek zdarzały się całkiem często, nawet jeżeli teraz dostawała je rzadziej. Stąd tamten piątek trzynastego potraktowała jak w miarę normalny. Właściwie to te plamy i gnicie też mogła potraktować do pewnego stopnia jako „się zdarza”, chociaż nie aż tak często.
Może faktycznie to Basilius miał tutaj pecha.
Albo Brenna w jakiś sposób stała się jego klątwą piątku trzynastego. Jej „to się zdarza” się rozprzestrzeniało i sięgało także biednego Prewetta.
– Tak naprawdę to najpierw był drewniany miecz – oświadczyła, przyjmując swoje karty i podpierając je o kolano, aby było wygodniej operować nimi jedną ręką. – Wiesz, nad naszym kominkiem wisi miecz Gryffindora. Czy gdyby nad twoim kominkiem wisiał miecz Gryffindora, nie kusiłoby cię, żeby nauczyć się walczyć mieczem po to, by kiedyś takiego użyć?
Oczywiście, w dzisiejszych czasach nikt nie walczył już na miecze, a Longbottomowie częściej używali szpad albo szabli, a przy sobie to nosili sztylety, bardziej poręczne i łatwiejsze do ukrycia oraz przydatne w tych sytuacjach, w których zawiodła różdżka. Ale ten romantyzm miecza Gryffindora w domu działał mocno na wyobraźnię małej Brenny.
On przedstawiał kamienną twarz, ona za to – nieodmiennie uśmiechała się w typowy dla siebie sposób, nieważne, czy akurat dostawała dobrą, czy złą kartę. A dostawała całkiem dobre i w jej ręku dość szybko zebrał się układ, który zwano karetą.
Tyle że szczęście sprzyjało Prewettowi, jakby chcąc zrekompensować mu tego całego pecha piątku trzynastego, bo w jego dłoni z kolei dość szybko zebrał się poker.
- Dalej twierdzisz, że masz dziś pecha? - spytała trochę rozbawiona, kiedy oboje wyłożyli karty i okazało się, że Basilius Prewett naprawdę miał wprawę w tej grze i gdyby postawili pieniądze, właśnie by się wzbogacił. - Jak brzmi więc pytanie? - Podała mu swoje karty, by mógł je przetasować, bo ona w końcu nie miała kości.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#27
30.04.2024, 21:34  ✶  
Basilius musiał na pewno kiedyś usiąść i wszystko dokładnie przemyśleć w sprawie tego ich pecha. Cokolwiek się działo, a coraz bardziej zaczynał wierzyć, że coś się działo, wpływało w jakiś sposób na ich oboje, co było o tyle niepokojące, że on zdecydowanie nie potrzebował dodatkowych zasłabnięć, a ona tym bardziej nie potrzebowała dodatkowych urazów spowodowanych wyłącznie pechem piątków trzynastego. No i tej jednej daty, od której wszystko się zaczęło.
– Nie. Nie kusiłoby – skłamał, przyglądając się swoim kartom. – W moim salonie, gdy byłem dzieckiem, stały kiedyś hełm i tarcza rzymskiego legionisty, a jakoś nigdy nie chciałem ćwiczyć formacji żółwia. – Z drugiej strony jednak miecz, jako miecz był zdecydowanie fajniejszy od rzymskich hełmu i tarczy. Zresztą nawet jeśli przybory te miały na początku jakiś czar, został on skutecznie zabity przez Dedalusa Prewetta, który opowiadał swoim dzieciom o możliwych tragicznych losach żołnierza, do którego mogły one należeć.
Wyraz twarzy Brenny... Był bardzo konfundujący. Prewett próbując zrozumieć kiedy blefowała, a kiedy nie, zrozumiał jedynie tyle, że nie był w stanie tego zrozumieć. Żarty żartami, ale jego rodzina chyba miała sporo szczęścia, że Longbottomowie stawiali raczej na inne zainteresowania, niż poker, bo z tymi ich uśmiechami pewnie wprowadziliby chaos w niejednym kasynie.
A skoro o uśmiechu była mowa to ten który pojawił się na twarzy Basiliusa, gdy okazało się, że wygrał był prawdopodobnie odziedziczony po pokoleniach jego przodków. A potem jego błysk w oczach, jak i sam uśmiech, nieco przygasły, gdy przypomniała mu o pechu, a on spojrzał na mur i nieco spoważniał.
– Tak, myślę, że dalej nie można nazwać tego dnia zbyt szczęśliwym. – W pokera nie wygrał po raz pierwszy. W ten sposób w izolatce nigdy wcześniej nie został zamknięty. Zresztą co on mówił. Nigdy wcześniej nie został w ogóle zamknięty w izolatce! – Ale dobrze grałaś.
Przyjął od niej karty i tasując je, zaczął myśleć nad pytaniem. Hm... Ku jego własnemu zdziwieniu zorientował się, że ciężko było coś wymyślić, ale w końcu zdecydował się na jedno, nad którego odpowiedzia zastanawiał się już od jakiegoś czasu.
– No dobrze – zaczął, rozdając ponownie karty. — Jeśli to nie jest zbyt prywatne. Jaki był najdziwniejszy uraz, który Ci się przytrafił? – Chciał mieć w końcu pełny obraz sytuacji i wiedzieć, czy to całe gnicie, pradawne klątwy i dziwne plamy były dla niej czymś normalnym i każdego tak prześladowała, czy też inni uzdrowiciele dostawali brennowe fory, kiedy on cierpiał.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#28
30.04.2024, 22:26  ✶  
– Nigdy nie próbowałeś przymierzyć tego hełmu? – zdumiała się bardzo szczerze Brenna. Miecz Godryka w domu otaczano wręcz nabożną czcią, ale do takich hełmu i tarczy na pewno by się w wieku nastoletnim szybko dorwała, i nie powstrzymałyby jej przed tym zakazy, ostrzeżenia, kary ani zaklęcia.
Ten uśmiech był swojego rodzaju wydaniem pokerowej twarzy Brenny. Tylko… takim odwrotnym. I to nie tylko w kartach. A przychodził jej całkiem naturalnie, bo była z natury dość wesołą osobą, więc uśmiechanie się i w tych chwilach, gdy wcale nie było ci wesoło, nie było aż takie trudne…
…poza tym na kartach były pieski. Jak tu się nie uśmiechać, kiedy w dłoń wkładają ci kartę z pieskiem?
– Hm… mur powinien zniknąć za maksymalnie dziesięć minut – powiedziała Brenna, tak jakoś ostrożnie, spoglądając w stronę wyczarowanego muru ze złowieszczym napisem. Magia miała to do siebie, że była nietrwała. Miała jednak do siebie też to, że trwałość zależała między innymi od umiejętności, a akurat w kształtowaniu Brenna była niezła. No i magia lubiła czasem płatać figle, a przecież cała ta ściana była jednym, wielkim magicznym dowcipem.
Może nie zniknie za dziesięć minut.
Może przepadnie za dziesięć godzin.
Brenna westchnęła, bo ostatecznie lepiej było się skupić na kartach niż na zamartwianiu się, jak długo będą tu tkwić. Gdy Basilius rozdawał karty, wygrzebała za to z kieszeni czekoladowe żaby – zawsze nosiła przy sobie jakieś słodkości (a także świece widmowidza, bandaż, notatnik i masę innych rzeczy, przez co w ubraniach miała zwykle dużo kieszeni albo brała plecak).
– Żabę? – spytała, walcząc przez moment z opakowaniem, by potem zerknąć na kartę i z pewnym rozczarowaniem stwierdzić, że dostał się jej kolejny Slytherin. – To już mój bodaj dziesiąty Salazar – poskarżyła się, a potem wpakowała sobie żabę do ust i sięgnęła po karty, tym razem te od pokera, nie z czekoladowych żab. Zerknęła na nie, z pewnym zamyśleniem, nie tyleż nad tym, co tym razem przyniósł jej los, ale nad pytaniem. Nawet nie pomyślała, by na nie nie odpowiedzieć, bo w końcu umowa ot umowa. – Eee… taki, którego nie widziałeś? Bo w sumie starożytna klątwa, ta ostatnio, była całkiem dziwna. Ale hm, w sumie to chyba całkiem dziwny był… a nie, zaraz… tak, dziwniejsze było to, jak oberwałam trzema klątwami na raz, one weszły jakoś w reakcję, i byłoby marnie, ale mam znajomego klątwołamacza, i moje kuzynki trochę się na tym znają. I w sumie to podobno nawet dobrze, że trafiła mnie ta trzecia klątwa, bo druga powinna wysysać życie, ale zamiast wysysać życia wysysała trzecią klątwę, czy jakoś tak?
Mogłoby się wydawać, że podchodziła do sprawy wybitnie beztrosko, ale mogła sobie na to pozwolić, bo to już była przeszłość i ostatecznie wszystko było dobrze już dzień później.

Rzut 1d100 - 82


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#29
01.05.2024, 00:19  ✶  
– Nie – odpowiedział szczerze. – Chyba doprowadziłbym tym ojca do zawału serca. – Przymierzenie cennego zabytku w domu fanatyka historii magii... Nie. Nawet, gdy był dzieckiem nie był tak głupi. Poza tym tamten hełm nie wyglądał jakoś zachęcająco do przymierzenia. Według Prewetta antyczni legioniści ubierał się głupio, chociaż jego brat miał z pewnością inne zdanie na ten temat. – A ty? Próbowałaś kiedyś zdjąć miecz ze ściany?
Swoją drogą... Oczywiście, że Longbottomowie mieli miecz Gryffindora na ścianie. Gdyby niektóre żarty były prawdziwe na suficie wisiałyby również jego... A zresztą nie ważne. Większość z tych żartów przecież nawet nie była śmieszna.
Ponownie zerknął na mur.
— Miejmy taką nadzieję, bo wolę, by nasz wybawca nie został jeszcze zaskoczony murem – odpowiedział, wzdychając ciężko po raz sam już nie wiedział który, a potem zdjął narzucona na siebie szatę uzdrowiciela odsłaniając eleganckie spodnie i białą koszulę. Jeśli nikt ich nie uratuje i przyjdzie im tu umrzeć, to nie chciał umierać w tej paskudnej zielonym szmacie. Czy ktos naprawdę nie mógł wpaść na jakąś lepszą kolorystykę? Naprawdę mogli po prostu chodzić na biało.
– Tak. Poproszę – przyjął od niej przysmak, nawet nie pytając się po co nosiła więcej, niż jedną czekoladową żabę przy sobie i odgryzł czekoladowemu płazowi głowę, a potem zerknął na swoją kartę. Godryk Gryffindor. Pokazał obrazek Brennie. — Jak chcesz go tak dla swojego patriotyzmu to mogę się wymienić. – Jemu, chociaż nie był ze Slytherinu, Salazar jakoś szczególnie nie przeszkadzał. – Wiesz, że nigdy nie udało mi się trafić na Rowenę? – Nie wiedział, czy to kwestia kart, czy tego, że pogodził się z sytuacja, ale Prewett sam zaczął się nieco rozluźniać, jakby był na spotkaniu ze znajomą, a nie... No tutaj.
Całe szczęście nie przełykał akurat kawałka żaby, gdy usłyszał odpowiedź, bo pewnie by się nim zakrztusił. Może... Może nie powinie był zadawać tego pytania.
Trzy klątwy. Trzy klątwy, które weszły ze sobą w reakcję. Trzy klątwy. TRZY KLĄTWY. To było... Fascynujące z naukowego punktu widzenia i przerażające z każdego innego. I jeszcze to, że jedna wyssała drugą. Na Merlina... Jakim cudem Brenna jeszcze żyła i chodziła po tym świecie? I jakim cudem udawało jej się w tym wszystkim zawsze tak szczerzyć, jakby codziennie trafiała na chcianą kartę w czekoladowych żabach?
– Brenno – zaczął, nie za bardzo mogąc skupić się na kartach przez te rewelację. – Nie mówię tego złośliwie... Ani jakkolwiek. Po prostu to mówię. Jesteś świadoma faktu, że na podstawie wyłącznie twoich przypadków można byłoby napisać przynajmniej z tuzin prac naukowych? Jak to w ogóle wyglądało? I jakie były te inne klątwy... Chociaż nie. Nie wiem czy chcę wiedzieć. – Na Merlina. Gdyby nie to, że pewnie niektórzy by mu nie uwierzyli, że Brenna istnieje, a cała rzecz pewnie miała już miejsce jakiś czas temu to sam chętnie by to opisał.
A przy tym wszystkim toczyła się jeszcze gra w karty.

Rzut 1d100 - 92
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#30
01.05.2024, 09:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.05.2024, 09:22 przez Brenna Longbottom.)  
Jak podczas gry uśmiech Brenny pozostawał taki sam, tak teraz uśmiechnęła się do Basiliusa znad kart trochę inaczej: jakby przebiegle. Zupełnie nie po longbottomowsku. Cóż, czasem odzywała się w niej krew Potterów. No dobrze, może często odzywała się w niej krew Potterów.
– Tylko próbowałam? – odparła pytaniem na pytanie. Oczywiście, dziadek też by ją chyba zamordował, gdyby została na tym przyłapana, a gdyby uszkodziła cenny zabytek, to dopiero by oberwała, ale po wielu próbach rzecz jasna zdjęła go ze ściany, gdy tylko ukończyła siedemnaście lat i mogła cichcem dezaktywować broniące miecza zaklęcia – które jako członkini rodziny znała. – Murem, policyjnymi taśmami, drugimi drzwiami i łóżkiem. Nie zapominaj o łóżku – powiedziała, zwłaszcza, że łóżko to akurat nie zniknie, było w końcu całkowicie niemagiczne i tylko magią przemieszczone.
– Och, nie mam nic przeciwko Slytherinowi. Wiesz, poza tym pierdoleniem o czystości krwi, to skoro był taki przebiegły i założył szkołę, musiał być w pewnym momencie w porządku? Helga i Rowena chyba by go nie ceniły, gdyby od początku był draniem. Godryka mógłby jeszcze nabrać, my Gryfoni bywamy głupio lojalni, ale taka Helga to pewnych rzeczy by mu nie wybaczyła, a Rowena szybko by go przjrzała… Po prostu w tych żabach mnie prześladuje, oddałam z dziesięć sztuk, a dalej mam kilka… Ale Gryffindora też mam, zostało mi chyba czterech – plotła, zerkając na karty, jakie dostała. I jak on się nie zakrztusił, tak ona już tak, gdy wspomniał, że NIGDY nie trafił na Rowenę. Jak to było możliwe?! Toż to była jedna z popularniejszych kart! A on był przecież w Ravenclawie! – Żadnej Roweny? Poważnie?! Przyślę ci jedną, mam ich pięć, to skandal, żeby Krukon nie miał karty Ravenclaw – oświadczyła, jakby to było dziwniejsze niż oberwanie tymi trzema klątwami, jedna po drugiej.
Co przy okazji mogło wyjaśniać, dlaczego miała przy sobie dwie czekoladowe żaby.
A właściwie to miała przy sobie jeszcze dwie, bo przecież nigdy nie wiedziała, komu trzeba będzie podsunąć coś słodkiego.
– Naprawdę? – zdziwiła się, przełknęła ostatni kawałek żaby i dobrała kolejną kartę. – Myślałam, że w Mungu ciągle zdarzają się takie dziwności. Poza tym to nie była moja wina, rutynowe przeszukanie, a dom okazał się bardzo przeklęty – oświadczyła i wyłożyła karty. Nie opowiadając, jakie to były przekleństwa, skoro ostatecznie nie chciał wiedzieć...
Znowu kareta.
Basilius też miał karetę, ale… z wyższych kart.
– Cholera, muszę pamiętać, żeby nigdy nie grać z Prewettami o nic ważnego – roześmiała się, bo przecież jak na kogoś, kto nie umie za bardzo grać, to jej dziś szło dobrze, ale on miał wręcz nieprzytomnego farta.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Basilius Prewett (6155), Brenna Longbottom (6721)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa