28.04.2024, 23:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.04.2024, 23:53 przez Basilius Prewett.)
Gdy z różdżki Brenny wytrysnęły złote iskry, Basilius już szykował się na najgorsze, ale ku jego uldze nic się nie stało. Podejrzane patrząc na to jaką scenę przed chwilą odwalił ten przedmiot.
– Jeśli cię to pocieszy, to na wyrośnięcie palców nie ma limitu czasowego – No tak. Nie dość, że tu utknęli, kto wie co robił pan Ferdynard, to jeszcze Brenna wciąż nie miała kości w palcach. Jeśli Prewett miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co do tego, że ich piątki trzynastego były w jakiś sposób przeklęte, to teraz już ich nie miał.
Nie wstał jeszcze z podłogi, a jedynie się odsunął za nią, gdy Brenna postanowiła ostatni raz spróbować ich stąd wydostać, więc kiedy zobaczył, że na ich drodze stanął jeszcze mur z szyderczym numerem dzisiejszej daty i sali po prostu jęknął cicho i opadł na plecy ukrywając na chwilę twarz w dłoniach. To się nie mogło dziać. To już naprawdę była przesada. Co dalej? Czy kolejne piątki będą już tylko gorsze i gorsze? A przecież mieli ich jeszcze tak dużo przed sobą.
– A może to my jesteśmy pechowi – wymamrotał zrezygnowany, odsuwając ręce z twarzy, ale jeszcze nie siadając na podłodze. A może po prostu powinien skakać w miejscu tak długo, aż zemdleje i przeczekać to w nieświadomości? Nie, lepiej nie. Dzisiaj pewnie nawet zemdlałby jakoś pechowo. Albo na złość, by nie mógł. Ale hej! Przynajmniej wyszło na jego z urlopem Brenny, więc chyba mógł się czuć dzisiaj chociaż trochę wygrany. A skoro o wygranej mowa...
Basilius zerknął na nią zaskoczony i aż szybko podniósł się do siadu.
– Zakładasz, że ze względu na moje nazwisko, noszę przy sobie karty w kieszeni mojej służbowej szaty, kiedy jestem w pracy? Wiesz, że to nie jest tak, że każdy Prewett tylko czeka, by ograć kogoś w pokera? – spytał unosząc jedną brew, na razie nie wyciągając kart z kieszeni swojej szaty służbowej.
– Jeśli cię to pocieszy, to na wyrośnięcie palców nie ma limitu czasowego – No tak. Nie dość, że tu utknęli, kto wie co robił pan Ferdynard, to jeszcze Brenna wciąż nie miała kości w palcach. Jeśli Prewett miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co do tego, że ich piątki trzynastego były w jakiś sposób przeklęte, to teraz już ich nie miał.
Nie wstał jeszcze z podłogi, a jedynie się odsunął za nią, gdy Brenna postanowiła ostatni raz spróbować ich stąd wydostać, więc kiedy zobaczył, że na ich drodze stanął jeszcze mur z szyderczym numerem dzisiejszej daty i sali po prostu jęknął cicho i opadł na plecy ukrywając na chwilę twarz w dłoniach. To się nie mogło dziać. To już naprawdę była przesada. Co dalej? Czy kolejne piątki będą już tylko gorsze i gorsze? A przecież mieli ich jeszcze tak dużo przed sobą.
– A może to my jesteśmy pechowi – wymamrotał zrezygnowany, odsuwając ręce z twarzy, ale jeszcze nie siadając na podłodze. A może po prostu powinien skakać w miejscu tak długo, aż zemdleje i przeczekać to w nieświadomości? Nie, lepiej nie. Dzisiaj pewnie nawet zemdlałby jakoś pechowo. Albo na złość, by nie mógł. Ale hej! Przynajmniej wyszło na jego z urlopem Brenny, więc chyba mógł się czuć dzisiaj chociaż trochę wygrany. A skoro o wygranej mowa...
Basilius zerknął na nią zaskoczony i aż szybko podniósł się do siadu.
– Zakładasz, że ze względu na moje nazwisko, noszę przy sobie karty w kieszeni mojej służbowej szaty, kiedy jestem w pracy? Wiesz, że to nie jest tak, że każdy Prewett tylko czeka, by ograć kogoś w pokera? – spytał unosząc jedną brew, na razie nie wyciągając kart z kieszeni swojej szaty służbowej.