• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[18.07 | Jonathan & Anthony] W tej ludzkiej beznamiętnej głuszy

[18.07 | Jonathan & Anthony] W tej ludzkiej beznamiętnej głuszy
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
15.05.2024, 22:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.11.2024, 03:32 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Badacz tajemnic I
Rozliczono - Jonathan Selwyn - osiągnięcie Piszę, więc jestem

—18/07/1972—
Anglia, Little Hangleton
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
[Obrazek: SKpq7hN.png]

Szukam wokoło swojej bratniej duszy.
W tej ludzkiej beznamiętnej głuszy.
Tysiące istot przechodzi koło mnie.
Ja nie mogę spotkać podobnej do mnie!
Nie mam z kim zamienić chociaż jednego słowa.
Od tego mam zamęt w głowie.
Gdyż nie wiem gdzie znajduje się
człowiek o podobnej mowie.
Słucham i rozglądam się na
cztery strony świata.
Lecz nigdzie nie widzę mojego brata .
Może Go znajdę w kosmosie na innej
planecie?
Może On żyje w lepszym niż ja świecie?
Może to On mnie zrozumie?
Może pomóc mi w udręce umie?!



Słońce było w zenicie już jakiś czas temu, kiedy pojawił się w letniej rezydencji Anthony'ego i ciężko było określić, który był bardziej zdziwiony swoją obecnością w tym miejscu. To znaczy ze wszech miar, żaden nie powinien być. Anthony bowiem od tygodnia nie pojawiał się w biurze, a następnego dnia czekała go dość trudna przeprawa w londyńskiej Klinice Magicznych Chorób i Urazów. Konferencja, spotkania, słowa, tysiące słów do wyplucia z siebie. Tymczasem Jonathan przechodząc przez wielki hall z równie wielką fontanną zdobną w złocistą kulę pożeraną przez Urobosa, już w pierwszym atrium słuchać musiał żałosnego zawodzenia dobiegającego z ogrodu.

Pieśń była niezrozumiałym gardłowym zaśpiewem, pewnikiem mongolskim, sądząc po gardłowo atakowanych głoskach. Nagle cisza i śmiech, przechodzący płynnie w ciche francuskie przekleństwa. Słońce uderzyło go mocno, teraz bez magów wzruszających rozległą połać wody było tu dosyć parno. Rzędy kolumn osłaniały tarasy przylegające do części przeznaczonej dla gości wystawnych przyjęć. Te jednak w sezonie letnim o dziwo nie były zbyt częste, Anthony zwykle bardzo izolował się w okolicy własnych urodzin, ale kryzys nigdy nie trwał aż tak długo. A teraz w uszy kuła skoczna hiszpańska szanta, przerwana czknięciem i ciszą charakterystyczną dla opróżnianej butelki.

Nie było trudno go znaleźć.

Leżał zaraz przy wyjściu do ogrodu, po prawej stronie przy drzwiach do rozległej bawialni utrzymane w starożytnym stylu. Leżał w samym szlafroku, na chłodnym marmurze obok stolika z pozostawionymi pozostałymi butelkami, niemymi świadkami całego zajścia. Na widok gościa zza którego przebijały słoneczne promienie gwałtownie podniósł głowę i zaciągnął powietrze...

– To... – nagle zrozumienie opadło na jego barki, a twarz wykrzywiła się rozczarowaniem. – To nie Ty... – westchnął nie kryjąc goryczy, która się z tym wiązała. – Zostaw mnie Johny, nie mam ochoty dzisiaj rozmawiać. – burknął i po tych słowach odwrócił się doń tyłem, najprawdopodobniej licząc, że to wystarczy. Niezwykle odpowiedzialnie. Próżno było w nim szukać oznak trzeźwości, zarówno ciała jak i umysłu, to pewne.
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#2
16.05.2024, 03:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2024, 03:28 przez Jonathan Selwyn.)  
Jonathan wbrew pozorom naprawdę poważnie podchodził do swojej pracy. Zwłaszcza wtedy, gdy ten koczkodan Shafiq postanowił urządzić sobie przerwę na kryzys wieku średniego w najgorszym możliwym momencie!
No dobrze. Anthony nie pojawił się w pracy jeden dzień. Bywa. Każdy miał do tego prawo zwłaszcza, gdy się było szefem. Drugi dzień. W sumie to tyle co zwyczajny weekend, biuro nie upadnie. Trzeci dzień, zaczynało się już to robić niepokojące, ale jeszcze przymykał na to oko. Ale tydzień! Tydzień w momencie, gdy mieli na głowie wyjazd do Kambodży, na który Shafiq sam się uparł, a który teraz sam sabotażował do współki z tą głupią dziennikarką od siedmiu boleści! Tydzień to już było za dużo! Zwłaszcza teraz.
Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nie było szans, aby Anthony pojawił się dzisiaj w Ministerstwie Magii, westchnął dramatycznie i od razu wyszedł z biura, by po prostu udać się do pewnej doskonale mu znanej rezydencji w Little Hangleton. Skoro w jego obecne obowiązku wchodziło pilnowanie tego, by jutrzejsza konferencja w Świętym Mungu przebiegła pomyślnie, to tę wizytę można było potraktować jako wyjazd służbowy. Albo interwencję. Służbową interwencję.
Gdy tylko usłyszał śpiewy wiedział, że jest źle. Gdy zobaczył przyjaciela zrozumiał, że było jeszcze gorzej. Przystanął przed leżącym czarodziejem, próbując ocenić ile butelek zdążył juz wypić, a potem pokręcił głową. Może gdyby przychodził tu jedynie jako jego przyjaciel to pozwoliłby mu się jeszcze przez chwilę taplać w tym brodziku rozpaczliwej rozpaczy. Przychodził tu jednak również, a może i nawet przede wszytkim, jako zastępca, który bardzo potrzebował, by jego szef był w stanie jakkolwiek ogarniającym.
– Anthony konferencja w szpitalu jest jutro, a ciebie nie było w pracy od tygodnia. Wszystko jest przygotowane i naprawdę nie możemy tego olać i pozwolić, by ta cała Stanhope zadźgała cię słowem. Przecież ona nie bierze żadnych jeńców ‐ powiedział spokojnym głosem, wpatrując się w plecy Bardzo Smutnego Czarodzieja. Może nawet mógłby zjawić się tam w imieniu Shafiqa, nie wątpił, że zdołałby oczarować wszystkich, ale nie wątpił również, że ktoś na pewno zapytałby czemu Szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego postanowił nie pojawić się tam we własnej osobie. Już widział tę nagłówki: Kambodża Kontraatakuje! Koniec departamentu bliski! Dlaczego zamiast Shafiqa w szpitalu pojawił się jego czarujący zastępca? Westchnął ciężko, odstawił aktówkę na podłogę (Oczywiście, że zabrał ze sobą aktówkę dla dodania powagi całej sprawie) i sam usiadł obok czarodzieja. Jako, że był prosto z pracy, a raczej wciąż w pracy, miał na sobie dość prostą jak na niego czarną szatę, która jednak pod wpływem ruchu lśniła się na granatowo, bo przecież gdyby miał zakładać zwykle czarne szaty, to równie dobrze mógłby po prostu umrzeć.
– Co się dzieje Tony? Kim nie jestem? – spytał tonem głosu zachęcającym do zwierzeń.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
16.05.2024, 12:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.05.2024, 12:48 przez Anthony Shafiq.)  
W butelkach był ten zasadniczy problem, że ciężko się piło na leżąco. Łatwo było rozlać, a jednak mimo wszystko, mimo wszystkich najczarniejszych myśli i stanu w którym obecnie się znajdował, nie chciał rozlewać trunku. Nawet jeśli już w żaden sposób nie rozpoznawał poszczególnych tonów, garbników, kwiatów rosnących opodal hiszpańskich gron, nawet jeśli nie czuł już dawno pocieszającej słodyczy wanili, a wlewał w siebie tak prymitywnie i bezmyślnie, tylko po to by przestać myśleć. Ale to nie działało. Myślał coraz więcej i więcej, umęczone ciało nie stawiało żadnego oporu, wszelkie granice dobrego smaku, wyczucia czy elegancji utopiły się w przeklętym basenie, który rozrastał się w ogrodzie jako niemy symbol przypominający mu o śmiertelności.

– Nie chce tam być... powiedz, że jestem chory, zmyśl coś, jesteś w tym dobry przecież – wyrzucił z siebie z gniewnym sapnięciem, zły że nie może w żaden sposób się osłonić od głupiego Jonathana, który nagle musiał sobie o nim przypomnieć. On! Ze wszystkich ludzi na świecie, to musiał być on! Ta żałość i niezgoda na koleje losu, oczywiście że to był on, skoro przed laty wciągnął go do Departamentu, skoro doglądał jak krzew tyle lat, ucząc fircyka i aktorzynę ze spalonego teatru jak mieć nerwy ze stali, jak sięgnąć po odpowiednią dźwignię, by ludzie gięli się do Twojej woli. I na co to wszystko? Czym była przestrzeń, którą osiągnęli, jeśli nie pyłem na wietrze historii, nic nie znaczącym okruszkiem w obliczu nieuchronnego losu?

Podciągnął się do szezlongu, złapał mocno miękkiej poduchy obitej intensywnie wysyconym lazurem atłasem. Podparł się wzdychając ciężko, osłabiony, ale spionizowany. Nie żeby chciał patrzeć na rosłą sylwetkę swojego zastępcy (och, bogowie byli mu świadkiem, że bardzo nie chciał na nią patrzeć), ale tak łatwiej mu się piło. Gęste i ciężkie wino przepłukało mu gardło, jego cierpkość znów wgryzła się w język, jak ostre słowa byłego kochanka gryzły go i kuły nieprzerwanie kolejny tydzień, a myśli wciąż krążyły wokół pytania, gdzie popełnił błąd.

– Pierdolcie się wszyscy, wy gryfońskie ścierwa... Tylko honor wam w głowie, obowiązki, przeklęte zobowiązania... Nie ma miejsca na nic więcej, na nikogo, skoro ta cała pieprzona lojalność rozpycha się swoim szerokim dupskiem wypychając mózg, wolę, serce, wszystko... – Ciężka głowa wychyliła się gwałtownie do tyłu, lecz spoczęła bezpiecznie na poduszce, a Anthony mógł znów zapatrzyć się w kasetonowy sufit arkady, poczuć kojący powiew, wzbijający zawieszone płócienne firany pomiędzy kolumnami. – ...jakbym nie miał tej konferencji to byś nawet o mnie nie pomyślał. Tak to właśnie jest. Praca praca praca oo trzeba uratować świat. Znowu! Jebcie się i mnie w to nie mieszajcie. – chciał wypić znowu, ale butelka znowu była pusta, zdradliwa suka. Cisnął nią bez przekonania przed siebie i nawet jej nie roztłukł, a tak pięknie zobrazowałaby przecież jego potrzaskane ego, ale proszę, mógł biegać, mógł ćwiczyć, mógł wyginać się w te karykaturalne figury, które sprzedawał mu jego gość mówiąc, ze tak odblokuje swoje czakry. Mógł to wszystko robić, a potem i tak nie był w stanie stłuc butelki. Żałosne.
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#4
16.05.2024, 16:07  ✶  
– Anothony jako twój zastępca moim obowiązkiem jest zrobić wszystko co w mojej mocy aby Kambodża okazała się jak największym sukcesem. A w mojej skromnej ekspertyzie konferencja pójdzie znacznie lepiej, jeśli się na niej zjawisz. – Rozłożył ramiona w udawanym geście bezradności, kiedy to prawdziwa bezradność leżała przed nim i nie chciała z nim współpracować. Pokręcił głową. Personel Munga dałoby się pewnie przekonać, że Shafiq rzeczywiście był chory i pomimo szczerych chęci nie mógł się zjawić, ale dziennikarze... Te podłe sępy rozszarpałyby go na strzępy nawet, gdyby czarodziej rzeczywiście był umierający.
Chyba nie udało mu się idealnie zamaskować poruszenia, które wywołały w nim słowa mężczyzny. Pierdolcie się wszyscy, wy gryfońskie ścierwa... Oh... Poczuł się niemal, jak na meczu Quidditcha w Hogwarcie. Anthony miał niestety tego pecha, że Jonathan znał go trochę zbyt dobrze, by teraz dramatycznie cisnąć w niego wypowiedzeniem, wyjść, nie wracać, a potem napisać do Morpheusa i Charlotte, że Tony im zwariował i przeklina. To znaczy to ostatnie i tak zamierzał zrobić.
Trochę żałował, że nie mógł po prostu ugodowo jebać się, nie mieszać go do pracy i pozwolił mu nie myśleć o obowiązkach. Ta konferencja była jednak naprawdę ważna.
– Piękny monolog. Naprawdę piękny. Myślisz, że mogę go od ciebie pożyczyć i sam go wykonać? Wiesz, czasami lubię chodzić na amatorskie wieczorki aktorskiego, a akurat nie miałem pomysłu co wygłosić – powiedział, wstając powoli ze swojego miejsca na podłodze. Anthony mógł sobie gadać, że jego zastępca przyszedł tu tylko dlatego, bo potrzebowała go praca, ale Jonathan nie zamierzał dać sobie wmówić, że tak było. Stanął nad czarodziejem i tą przeklętą szkaradą zwaną rozpaczą, która bezczelnie próbowała oblepić jego przyjaciela, i szefa, i zachłannie zagarnąć go dla siebie, a Selwyn... No cóż, z nią się akurat Shafiqiem nie zamierzał dzielić.
– No dobrze. Zapomnijmy na chwilę o pracy – zaczął kucając przy szezlongu, dziękując Merlinowi w duchu, że butelka została już rzucona i nie mogła trafić go w głowę. Prawą dłonią dotknął ramienia Anthony'ego o ile ten się nie wyrwał. – To jeszcze raz. Co się dzieje? Czemu nagle nienawidzimy wszystkich Gryfonów? A jeśli myślisz, że wyjdę to pamiętaj, że gdy byłem we Francji to nawet grupa hipnotyzerów nie zmusiła mnie do zrobienia tego, co chcieli. – Jeden hipnotyzer. I to dość nieudolny. Na przyjacielskim pokazie talentów.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#5
19.05.2024, 12:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 23:01 przez Anthony Shafiq.)  
Pozostawał ślepy i głuchy na słowa Jonathana. Bardzo, ale to bardzo nie obchodziło go co mówił Selwyn, bo cokolwiek by powiedział i tak nie przyniosłoby ulgi. Anthony od lat miał tendencje do dramatyzowania, w końcu zgodnie ze słowami Morpheusa jego domeną był dwór kielichów, a te miały tendencje do rozlewania się. Oczywiście Shafiq wielokrotnie podkreślał, być może po to, aby zbić docinki, że mimo wszystko jest to dwór o silnie kobiecej energii, że kielichy są złote, a on tym złotem nigdy nie będzie gardził. Woda zapewniała płynność, wypełniała szczeliny, sprawiała że rzeczy toczyły się do przodu. Dawała życie. Obmywała bród. Bywała zabójcza...

A teraz woda zbierała mu się w szarych, pozbawionych chęci do życia oczach. Kiedy czuł się tak ostatnio, kiedy tak wyglądał? Był w stanie podać rok, miesiąc, dzień, żałobę, którą się okrył wtedy na tydzień, zaraz po ślubie, choć powód był odmienny. Edith i Lisa wyjechały oficjalnie razem z nim, on nieoficjalnie pozostał tu. Ten ogród wyglądał inaczej, nie było tylu rzeźb, nie było cyprysów, marmurów, tylko nieutulony żal. Tak musiało być. Tak musiało się stać.

Nie odtrącił dłoni przyjaciela, gest zrozumiał lepiej niż płynące bezsensowne słowa. Ściągnął go ku sobie, do swojego poziomu, zaciskając palce na eleganckiej koszuli. Ściągnął po to, by zmusić go do uścisku. Ciało odwykłe od dotyku, obolałe katorżniczymi treningami, a później podlewane obficie sfermentowanymi gronami, wyraziło swój sprzeciw, który został zignorowany. W pijackim stanie ani godność, ani rozum nie miały prawa głosu.

– Gdy­bym spo­tkał go zno­wu pierw­szy raz, – wyszeptał nagle domagając się uścisku drugiego mężczyzny, domagając się schronienia, choć nie licząc na to, by ktokolwiek, by cokolwiek przyniosło mu ukojenie w cierpieniu.
– Ale w in­nym sa­dzie, w in­nym le­sie -
Może by ina­czej za­szu­miał nam las
Wy­dłu­żo­ny mgła­mi na bez­kre­sie....
– proszę mówił coś o słowach, których potrzebował. O monologu. Proszę, czyż nie były to dobre słowa? Żałość przelewała się przez niego, ciężka głowa bujała na boki, lepka od łez.
Może in­nych kwia­tów wśród zie­le­ni bruzd
Ję­ły­by się dło­nie dresz­czem czyn­ne -
Może by upa­dły z nie­do­myśl­nych ust
Ja­kieś inne sło­wa - ja­kieś inne...
– wiedział, że z jego ust padło w tamtym czasie wiele słów i żadne ważne, żadne prawdziwe. A teraz było już po prostu za późno. Wszystko przepadło, a on w końcu z pełnią mocą zdał sobie sprawę jak bardzo go to boli. – Marność Jonathanie, wszystko marność. Przegrałem wszystko, moje życie warte tyle co liść na wietrze, nikt po mnie nie zapłacze, gdy odejdę stąd wreszcie – bełkotał w niesłabnącym rozgoryczeniu.
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#6
19.05.2024, 23:06  ✶  
Jonathan umiał gadać i zdecydowanie lubił gadać. To było tak pewnie jak to, że po nocy nadejdzie dzień. Może to dlatego zaskakiwał się czasem, gdy jego słowa napotykały na opór, tak jak w tym wypadku. Może byłoby łatwiej, gdyby Anthony był tylko jego nazbyt dramatycznym szefem i nikim więcej. Gdyby nie łączyły ich te wszystkie wspólne lata przyjaźni, zapoczątkowanej jeszcze w Hogwarcie. Wtedy może po prostu mógłby powiedzieć mu kilka rzeczy, nie do końca przyjemnych, ale jakże motywujących do dalszego działania. Miał jednak ten niewielki problem z Anthonym Shafqiem, do którego nigdy w życiu, by mu się nie przyznał, że czasem dalej widział nim tego młodego Krukona, o którym myślał, że należało go chronić przed wszyatkimi przykrościami tego życia.
Pewnie dlatego, czując jak ręce drugiego czarodzieja zaciskają mu się teraz na szacie, po prostu go objął, nie zważając na uderzający go w nozdrza zapach alkoholu.
– Chcesz mi powiedzieć o kogo chodzi? – spytał łagodnie, w głowie już zastanawiając się, jak bardzo mógłby temu komuś uprzykrzyć życie dyskretnymi urokami. Skacz na jednej nodze, aż skręcisz sobie kostkę brzmiało dobrze.
Najgorsze, że nawet jeśli miał się za całkiem niezłego poetę i konesera sztuki, to za nic nie mógł zrozumieć pijackiej poezji Anthony'ego.
Odsunął się nieco od niego, tak by widzieć twarz Shafiqa, wciąż nie wypuszczając go ze swoich objęć. Będzie musiał napisać do Lottie i Morpheusa, że możliwe, że będą musieli przeprowadzić tutaj interwencję.
– Anthony gadasz głupoty – stwierdził w końcj. – Na Matkę, wiesz ile jest osób, na których pogrzebie nie marudziłbym, że muszę się ubrać tak jak wszyscy? Sześć. Dokładnie sześć Ty, Morpheus, Lottie i jej chłopcy. Ubrałbym się w najnudniejszą czarną szatę dla okazania ci szacunku, wygłosiłbym najlepszą przemowę, jaką kiedykolwiek słuszałeś, której pewnie nie byłbym w stanie nawet dokończyć, bo w połowie zacząłbym rozważać dramatyczne rzucenie się do morza. Ale tego też bym nie zrobił, by nie zabierać uwagi z ciebie. Poza tym ktoś musiałby ogarnąć Lottie i Morphy'ego. Więc proszę cię nawet mi nie mów, że nikt by nie płakał.
Jak on nie znosił tego, że nie mógł teraz odczytać jego aury. Zdiagnozować jego emocji w tak bezpośredni sposób. Zrozumieć co się dzieje bez słów, które niemal nigdy nie potrafiły wyrazić wszystkiego dokładnie.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#7
20.05.2024, 08:34  ✶  
Nikły uśmiech pojawił się wraz z pytaniem, w którym zaszyta była groźba. Jonathan, choć nigdy by o sobie tak nie powiedział, potrafił być obrzydliwie złośliwy. Potrafił wejść komuś za skórę i gnębić go tak długo, aż oponent nie padnie z wycieńczenia. I najpiękniejsze w tym królu pik o złocistym języku było to, że robił to absolutnie nieświadomie. On, kryształowy, walczący z niesprawiedliwością, miał o sobie bardzo wysokie mniemanie, ale jego język sypał złośliwościami, sypał niewidocznymi zarazkami, które opanowywały dusze oponentów, oblegały jak wstrętne pasożyty wżerające się w poczucie własnej wartości i woli walki. Selwyn dostał koronę, żeby zwyciężać, trudno było oprzeć się ciskanym przez niego urokom. Trudno było mu cokolwiek zarzucić, gdy uśmiechał się szeroko, ktoś mógłby powiedzieć anielsko, do tych wszystkich wypowiadanych przez niego niejednokrotnie bredni.

– To bezcelowe. Moje serce krwawi z mojej własnej winy. – Czyż nie było to ironią, że tak bardzo śmiał się z Desdemony, która zarówno w sztuce Szekspira, jak i później w librettcie opery Verdiego opartej na niej, uduszona zabita, miała jeszcze tyle pary w piersi, żeby powiedzieć "nie, nie, to nie mój mąż, to ja sama się udusiłam"? Shafiq biorący na siebie całą odpowiedzialność miał w tym trochę racji, ale tylko trochę, teraz jednak nie był tego świadomy, wyrzucając sobie każdy zły ruch, który zrobił w tej partii szachów trwającej już kilka lat.

– Zawsze wiedziałem, że kiedy spotkamy się znowu, bez blichtru przyjęć i tombaku posyłanych sobie uśmiechów przez głowy ludzi... wiedziałem, że wtedy to wszystko co nosiłem ze sobą, co trzymałem, o co dbałem by na to nie patrzeć, że to wszystko pęknie. Czekałem tego momentu i bałem się go wiesz...? I w końcu... W końcu gdy się spotkaliśmy okazało się, że jestem po prostu kimś, kogo kiedyś znał. Nikim drogim. Nikim wartym uwagi – umilkł, czując, że gardło odmawia mu posłuszeństwa. Czy powiedziałby to komukolwiek innemu? Pewnie nie. Charlie na tym etapie już dawno wywlekłaby go za chachły, wrzuciła pod prysznic i kazała przestać się mazgaić. A Morpheus... Morpheus wiedziałby od razu o kogo chodzi i zrobiłby coś, albo zrobiłby nic przez konflikt interesów, Shafiq nie mógł zdecydować co byłoby gorsze, ale też nie chciał stawiać Longbottoma w takiej sytuacji. Tymczasem Jonathan, pieprzony gryfon, lojalny do bólu, od lat gdzieś obok, z językiem ostrym jak brzytwa, wymierzonym nigdy w swojego przełożonego. Nigdy w swojego przyjaciela.

– Nie mogę się podnieść po tym. Jeszcze... jeszcze urodziny wiesz, było źle. Mój ojciec... – zacisnął zęby, tym razem z pustej wściekłości. To nie powinno być tak, że kilka słów napisanych na pergaminie powinno pozostawiać taki ślad. Był już ponad to. Porzucił ambasadę, uniknął losu, który był mu pisany, udowodnił sobie i innym, że może celować wyżej. A potem M.B. Shafiq uznał, że skoro jego syn jest już szefem, skoro i tak osiągnął coś co było zawsze poza zasięgiem ambasadora grzejącego posadkę w Egipcie od dziesięcioleci, to w takim razie jego obowiązkiem jest piąć się dalej. Szef departamentu? Minister Magii? Anthony ze wszech miar nie chciał tego. Tak na prawdę od rozpętania się wojny nie było dnia, żeby nie zastanawiał się, czy nie odejść, nie wyjechać, nie szukać spokoju daleko poza granicami Anglii. I gdyby był sam, gdyby nie Jeźdźcy, to pewnie tak właśnie by zrobił. – Jestem zmęczony Johnny... jaki jest w ogóle... sens. Nie widzę go już. Nie widzę celu – mamrotał pokonany przez własne myśli.
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#8
20.05.2024, 22:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2024, 22:52 przez Jonathan Selwyn.)  
Na Merlina, Matkę i wszystkich bogów wyznawanych na tym świecie. Im Anthony dłużej mówił, tym bardziej nie był w stanie zgadnąć o kogo mogło chodzić i co tak właściwie się wydarzyło. Był jednak pewny, że nie brzmiało to jak wina samego Shafiqa. Kto mógł mu tak zawrócić w głowie do tego stopnia, by porzucenie doprowadziło czarodzieja do takiego stanu? Miłość i jej pochodne emocje, takie jak zauroczenie, czy pożądanie, bywały szalenie problematyczne, a ludzie nimi objęci skłonni byli do strasznie głupich czynów. A najgorsze, że po swoim pobycie we Francji sam nie mógł do końca tego oceniać.
– Jeśli uznał cię za nikogo, to sam jest nikim wartym uwagi – stwierdził, próbując nie rozkręcać się za bardzo w krytyce tego tajemniczego jegomościa, skoro nie wiedział o kogo chodziło. – Jesteś w ogóle pewny, że to nie jest jakiś ślepieć ze stępionymi zmysłami i rozumem, które pozwoliłyby mu na zachowanie jakiegokolwiek gustu, bo tylko ktoś taki mógłby cie odrzucić. I jeszcze uznać, że jesteś tylko kimś kogo zna. Wiesz co Tony? Możliwe, że właśnie uniknąłeś spotykania się ze strasznym gumochłonem. – Możliwe było też to, że jednak trochę za bardzo się rozkręcił.
No dobrze. Ale może jakiś mały urok rzucony na ojca Anthony'ego, by się przydał. Może nikt by się nie zorientował, a tamten zdecydowanie na to zasługiwał.
– Twój ojciec jest głupi – Czasem niektóre rzeczy należało powiedzieć wprost.
Czyjś rodzic jest głupi.
Ta prosta filozofia naprawdę czasem pomagała mu w życiu. Stał się jej mistrzem w momencie, gdy wspólnie z Charlotte zaplanowali zniszczenie ich ślubu. Bo przecież ich rodzice byli głupi, mylili się i należało im wszystkim utrzeć nosa. Dalej uważał, że miał rację. I że starszy Shafiq powinie również usłyszeć parę słów pod swoim adresem. Oczywiście nie, że to zamierzał zrobić. Po prostu w sytuacjach takich, jak ta układał sobie w głowie pewne nieprzyjemne kwestie, którymi potraktowałby ojca przyjaciela. Zacząłby na przykład od uprzejmego Jak śmiesz...
Spojrzał z troską na Anthony'ego i ciężko westchnął.
Czasem słowa wystarczały, a czasem nie. Wtedy należało pomóc komuś innymi metodami. Wyprostował się i wyjął różdżkę.
– Nie robiłbym tego, gdybyś nie był moim przyjacielem. Przepraszam – oznajmił i machnął różdzką. Plan był naprawdę prosty. Nakierować subtelny strumień z basenu na Anthony'ego. Tylko, że chyba w wykonaniu tego prostego planu nie pomogło to, że w tego rodzaju magia nie był jego specjalizacją, a tak poza tym to zamiast na basen, patrzył na drugiego czarodzieja.
Chlust
Wszystko było mokre. Posadzka była mokra. Leżanki były mokre. Tony był mokry i sam Jonathan był mokry. Dwie zmokłe kury. Jedna z napadem melancholii, a druga zbyt pewna swoich umiejętności.
Selwyn próbując zachować powagę, otarł czoło z chłodnej wody.
– Może chodźmy się przebrać i pogadać o tej nieszczęsnej pracy?
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#9
22.05.2024, 00:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2024, 18:53 przez Anthony Shafiq.)  
Prychnął w pierwszym odruchu na to równie zabawne co, mimo wszystko, gorzkie podsumowanie. – Gumochłon, co to w ogóle za słowo! – oczywiście, że wiedział. Jego głowa rozbłysła setką innych, możliwych języków w których mógłby nazwać tę szkaradną istotę. Nie wiedzieć czemu "fletkumato" przylepiło się do niego najmocniej. – Nie jest ślepy, ani... ani nie jest, bo... och... – stęknął rozproszony chcąc powiedzieć wszystko na raz, ale w winnym zamgleniu tracąc odpowiednie tempo swojej wypowiedzi. Umysł rozkołysał się, a myśli w wielu, stanowczo zbyt wielu językach, wysypały na podłogę. Angielski. Rozmawiali po angielsku. – Jonathan ja... jako Twój szef i bezpośredni przełożony zwalniam Cię z obowiązku siedzenia tutaj. – obruszył się nagle, próbując gwałtownie wyprostować, ale sprawił tym tylko tyle, ze uderzył się o oparcie szezlonga. Zaraz potem przytulił się do mebla, długimi palcami gładząc aksamitne wykończenie.

– Nie będziesz imputował tu jednej z najpiękniejszych istot na ziemi... chciałbym powiedzieć, że gdybyś go poznał, to byś zrozumiał, ale to Ty jesteś ślepcem, który po prostu... szczęśliwie dla mnie... poniekąd, choć cóż... to... to nic w sumie nie zmienia, ALE! Szczęśliwie dla mnie to Ty nie dostrzegasz jego wewnętrznego blasku. – pomimo cierpienia rozmarzył się nagle, odchylając się mocno ku Selwynowi, ześlizgując się tym samym przez bark, na udo swojego zastępcy, choć teraz mimo wszystko bardziej przyjaciela. Westchnął ciężko, zapatrzony w kasetonowy sufit. – Teraz w końcu to zrozumiałem wiesz? Że życie bez miłości jest jałowe. Uciekałem tyle lat. Nie chciałem, ale... teraz chyba w końcu... tylko dlaczego to tak boli – fala żałości znów go zalewała, wykrzywiała twarz w przykrym grymasie, choć chwilę później zalała go bardzo dosłownie fala i to wody z jego fontanny! Bardzo Zimnej Wody trzeba dodać. Filtrowanej na szczęście.

– Et tu Brute contra me?! – wykrzyczał gwałtownie, podrywając się na równe nogi, wspierając się dramatycznym gestem o drewniane oparcie i krztusząc się zapamiętale, bo przecież nie można było być przyjacielem Shafiq'a i nie wiedzieć, jak bardzo boi się wody i jak bardzo lęka się śmierci prze utonięcie. Nawet nie zauważył, że winowajca też oberwał.

+++

Jego osobista łazienka, kontrastowała mocno z przesyceniem wzorów i rzeźb skrzydła dedykowanego shafiq'owym sprawom. Była skromna, żeby nie powiedzieć ascetyczna, z małą ilością mazideł czy pachnideł. Nie potrzebował tego, do pielęgnacji skorupy w której przechowywał swój umysł miał ludzi i miejsca poza rezydencją. Łazienka była zaś przestrzenią przejściową, grodzią oddzielającą go od odpoczynku lub – jak w tym konkretnym przypadku – od otrzeźwienia. Obok skandalicznie małej, wolnostojącej i praktycznie nieużywanej wanny, znajdowała się murowana kabina prysznicowa, z wbudowaną w ścianę mozaikową ławeczką. Przestrzeń była porównywalna do windy, ze spokojem mogłyby się pod ciepłym strumieniem wody zmieścić dwie, może nawet trzy osoby. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zbytek, ale gospodarz potrzebował tej przestrzeni, żeby móc czuć się komfortowo. Żeby nigdy nie myśleć o tym, że woda zaleje go w ciasnej przestrzeni, że próżno będzie szukać przed nią ucieczki.

Obecnie bezlitośnie kręcił pokrętłem. Lód. Ogień. Lód. Ogień. Smagał bezlitośnie ciało, domagając się od niego przyspieszonej reakcji. Jonathan czekał w sypialni, z pewnością mu się nie nudziło, skoro cała ściana wokół kominka uginała się od książek. Drażniło go to, że Selwyn zakłóca jego osobistą przestrzeń, że przyszedł z powodu pracy. Powoli dochodziło do niego, jak zareagował w ogrodzie, co powiedział i czego nie powiedział i gniew na siebie pozwalał mu podobnie jak skrajności próbujące bladą skórę spłukać resztę otępienia.

W końcu wyszedł, oplatając swoje biodra samotnym białym ręcznikiem. Nawet nie uraczył swojego odbicia w lustrze spojrzeniem przekrwionych oczu. Nie chciał widzieć chaosu piegów, które zapewne zdradziecko wychynęły po zbyt długiej jego ekspozycji na słońce.

– Dobrze, wybierzmy szatę i chodźmy stąd, nie będę z Tobą ćwiczył konfrontacji z psami Stanhope w mojej sypialni. – mruknął, brzmiąc teraz bardziej jak on, a nie jak rozwleczona po marmurze zdychająca meduza. Zatrzymał się w otwartych drzwiach łazienki, znajdujących się tuż przy wejściu do czarno-złotej, rozświetlonej kryształowym kwieciem sypialni. Główne światło było zagaszone na rzecz dziennego światła wpadającego przez olbrzymie okno na przeciwko, przy którym stał lśniący czarny fortepian. W kącie za olbrzymim, zaścielonym łóżku, stał pod ścianą stoliczek z dwoma fotelami, na którym leżała otwarta książka z parą okularów. Po drugiej stronie odsłoniętego okna, w rogu wpasowana była rosła komoda, a na przeciw łóżka dominował wygaszony obecnie kominek. Z prawa i z lewa, a także nad nim, słowem cała pozostała wolna przestrzeń tej ściany pełniła funkcję uginającego się od książek regału.

Shafiq spojrzał na ułożone przez Wergiliusza zawczasu szaty dostarczone przez Rosierów. Miały bardzo subtelnie sugerować symbolikę Kambodżańską, przy zachowaniu obecnych standardów i trendów.
– Czarna, czy niebieska? Wolałbym tę drugą, jej odcień... nie jest zbyt intensywny? – zapytał, gdy ręcznikiem wycierał głowę od niechcenia. Wiedział, że pierwsza z szat nie jest czerwona. Gdyby nie wesele Blacka w przyszłym miesiącu, nigdy by w jego garderobie nie pojawiło się nic czerwonego.
Czarodziej
Some legends are told
Some turn to dust or to gold
But you will remember me
Remember me for centuries
wiek
43
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Zastępca szefa OMSHM-u
Wysoki (191 cm), szczupły i zawsze zadbany brunet, który ewidentnie poświęca dużo czasu na to, by wyglądać najlepiej jak tylko się da. Najczęściej stroi się w wysokiej jakości szaty, garnitury i koszule. Niemal zawsze uśmiechnięty.

Jonathan Selwyn
#10
29.05.2024, 12:15  ✶  
– Oh daj spokój. Pytasz się, jakbyś w młodości nigdy nie zastanawiał się, czy gumochłonów nie da jako gumek chłonących różne dziwne substancje – mruknął rozbawiony. W końcu wyglądały jakby były zrobione z dużej gumy i na pewno chłonęły swój śluz, więc może stanowiłyby dobre mopy na rozlane eliksiry. Nie, że teraz było to jakoś szalenie istotne.
– Anthony — powiedział nagle jakoś poważniej, próbując udawać, że właśnie nie widział, jak jego szef uderza się w głowę, a potem przytula do mebla. Oto właśnie najznamienitszy rocznik w historii Hogwartu proszę państwa. – Jako twój zastępca mówię, że nie ma takiej mowy. Biuro cię potrzebuje.
Spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem. Czy właśnie ten zakochany pijany daltoniści sugerował trzeźwemu aurowidzowi, że to on był ślepcem?
– Obawiam się, że to po prostu była jedna z tych bolesnych miłości. Ale to przejdzie – powiedział, ściskając delikatnie jego ramię, starając się z całych sił nie powiedzieć czegoś złośliwego o tej najpiękniejszej istocie na całym świecie, która wcale nie była ślepcem, chociaż ślepcem była. Za to najwyraźniej on był ślepcem. Ale z tego co zrozumiał, to najwyraźniej Anthony akurat z tego się cieszył. Czy na pewno ktoś nie dodał Shafiqowi gdzieś amortencji?
No dobrze. To rzeczywiście było bardzo głupie co zrobił. Takie z kategorii Głupie rzeczy, które robiłaby Charlotte, gdyby nie to, że wiedziała, jak korzystać ze swojego mózgu
– Przepraszam – wymamrotał z pokorą mniej jak Jonathan, a bardziej jak stażysta, który zrobił właśnie cos bardzo głupiego przed samym szefem. – Jeśli chcesz możesz później zostawić mnie samego w jakimś pociągu.

***

Ale nie można było powiedzieć, że woda nie podziałała otrzeźwiająco na Anthony'ego. Jonathan czekał cierpliwie na to aż drugi czarodziej skończy się myć, zabijając czas przeglądaniem książek i rozmyślaniem na temat tego, co napisze w listach do Morpheusa i Charlotte o tej całej sprawie. Bo to, że do nich napisze było więcej, niż pewne. Przecież trzeba było coś z tym zrobić! Nie mógł oceniać przyjaciela za to, że chciał ulokować w kimś swoje uczucia i inne części ciała, ale mógłby robić to jednak z głową i... Nie. Nie. To przecież nie była wina Anthony'ego, że jakiś drań złamał mu serce.
– Wyślę tego drania do Chin i upewnię się, że nigdy stąd nie wróci – pomyślał, zupełnie nieświadomy tego, że doskonale znał tego drania i nawet go lubił.
A jeszcze najgorsze było to, że czekając tak na swojego szefa Selwyn zaczął rozmyślać nad jego słowami na temat życia bez miłości i konsekwencji swoich własnych romansów i całe szczęście, że Shafiq wtedy właśnie wyszedł z łazienki, bo Jonathan zdecydowanie nie chciał o tym myśleć. Jeszcze chwila, a jego głową zaczęłaby mu wmawiać, że gdzieś czuje te przeklęte róże.
– No! I jest i on! Młody bóg w całej swojej okazałości! – wykrzyknął przesadnie, odkładając jedna z książek z powrotem na półkę. Po jakichkolwiek oznakach ponurych myśli w głowie Selwyna nie było już śladu. – Z piegami ci do twarzy. Może powinniśmy je jakoś podkreślić na jutro. Tak wyglądasz znacznie sympatyczniej. Oh. Nie będziesz na mnie niczego ćwiczył w sypialni? To po co ja dzisiaj goliłem dla ciebie nogi?
Rozbawiony swoim żartem podszedł do przygotowanych szat, by ocenić je okiem eksperta, którym według siebie był. Jak dobrze, że wreszcie mogli zabrać się do pracy. Nie, że ogarnianie pijanego szefa pracą nie było, ale dopiero teraz czuł, że robią jakieś postępy.
– Hm... – Zerknął na szaty. Na Shafiqa. Na szaty, a potem jeszcze raz na Shafiqa, aż wreszcie ostrożnie chwycił tę niebieską i przyłożył do drugiego czarodzieja. – Odcień jest odpowiedni. Spróbujmy może z tą? Przełamiesz trochę swój wizerunek ponurego lorda, zamkniętego przed światem w swojej fortecy ze smokami, a o to nam jutro chodzi. Poza tym niebieski ma lepsze skojarzenia. No wiesz, kreatywność, uduchowienie...
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (5399), Jonathan Selwyn (5068)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa