Everyone falls apart at least once
I’ll appreciate it forever because it was you
Ubranie Caina na każdą okazję było takie samo. Różniło się tylko do pracy. Tam wtedy dbał o to, żeby chociaż wyglądało na wyprasowane, żeby nie było pogniecione, żeby nie powiedzieli o nim złego słowa, chociaż i tak udawało się to zazwyczaj na słowo honoru. Ważne, żeby nie wyglądało jak psu z gardła wyjęte. Trochę inaczej miały się rzeczy, które nosił na co dzień. Może i nie raziły pognieceniem w każdej najmniejszej części, ale daleko mu było do wielce schludnego wyglądu. Zasada była ta sama: żeby nie gadali. Żeby nie uważali, że mogą źle na niego patrzeć tylko dlatego, że odstawał od kulturowych norm przyjętych w jego środowisku. Po wyjęciu jednej z wielu koszul (jeśli mowa o ubraniu i o tym, że na każdą okazję koszula była dobra) spojrzał na nią dość krytycznie, bo w walizce, siłą rzeczy, pomięła się okrutnie. Dzięki bogom mieli magię, która była trwała. Czyli żelazko. Bo tak, Bletchley czasami potrafił po nie sięgnąć, w ramach ostateczności. Tak więc nie było wielkiego strojenia się, ale przecież nie mógł się pokazać w jakiejś przepoconej żonobijce. Hawajka (niemalże) koszula i rybaczki plus modlitwa o to, żeby komary nie pożarły ich żywcem. Gdyby tylko Bletchley bywał częściej nad jeziorem to wiedziałby, że musi się modlić.
Bar na plaży prezentował się żywo. Tak bardzo żywo, że w pierwszej chwili ogarnął Caina niepokój o to, jak bezmyślnie folgował sobie z Flynnem. Dreszcz chłodu w te upały był bardzo mile widziany i wręcz pożądany, tylko niekoniecznie oczekiwało się go w takiej właśnie formie. Byłby milszy, gdyby pochodził, na przykład, ze schłodzonego drinka, którego oczekiwał dostać w tym miejscu. Miejsce zaś - żywotne nie tylko w ludziach, ale i w samym wyglądzie. Nie było proste i puste, jak większość tanich spelun - trochę bambusa, trochę drewna, leżaki, stoliki, piasek. Otwarty, półokrągły bar, za blatem którego stał kelner i kelnerka (albo barman i barmanka?) i zagadywali kolejne osoby podchodzące do blatu. Z głośników leciał blues, a na plaży tańczyło kilka osób do jego rytmu ubranych w kolorowe fatałaszki. Wystarczyło kilka chwil, żeby zorientować się, co spowodowało aż tak intensywne ożywienie okolicy. Ślub. Tutaj zaś konkretnie - wesele.
Dzielenie ludzi pod kątem subkultur było tak samo naturalne jak dzielenie ludzi na kobiety i mężczyzn. Prawie jakby człowiek naprawdę się z tym rodził, a nadmiarne komplikacje w tych tematach pasowało tylko do indywidualnych jednostek. Jak na przykład Fleamont, który czasami zachowywał się tak, jakby bardzo chciał nosić spódnicę. Właściwie biorąc jego niektóre odzywki i wyrzuty to nawet nie "chyba". Czy więc gdyby był kobietą lubiłby go tak samo? Przeświadczenie o tym, że człowiek będzie taki sam po zmianie płci było absurdalne i Cain nigdy by się nie zgodził z tą teorią - zbyt wiele umysłów zwiedził, żeby zdawać sobie sprawę z tych subtelnych różnic, jakie dzieliły obie płci. Coś by się więc we Fleamoncie zmieniło - być może na lepsze. Tylko czy on sam mógłby go lubić jeszcze bardziej?
Taka jakże filozoficzna rozkmina drążyła jego głowę, kiedy siedział przy barze i skończył właśnie gawędzić z barmanką. Kiedy obrócił się na krzesełku w stronę Flynna i odszukał go wzrokiem kręcącego się wśród hipisów, którzy wyglądali już na lekko wciętych, jakby zdążyli sobie gdzieś na boczku popalić i teraz gotowi byli go wysławiania Selene po kres tych czasów, a wraz z nią długie życie państwa młodych.