Crow uśmiechnął się, przeczesując palcami jej włosy w miejscu, w którym nie dorobiła się żadnych skaleczeń. Nie powinien się uśmiechać. To, że ktoś żartował sobie ze wspólnego samobójstwa razem z nim nie powinno go ani trochę cieszyć, ale był już trochę zmęczony ludźmi, którzy odwiedzili go od tego, a później porzucali, bandy fałszywych mord, ale ona też nie do końca go rozumiała, a i on zasłużył sobie na nazwanie go fałszywą mordą o wiele częściej niż by chciał. Życie skomplikowało się trochę za bardzo, co? Dzisiaj siedział tutaj i wyrównywał fryzurę jakiejś wariatce, po tym jak doprowadził się obok niej na szczyt sam, desperacko ocierając się o materac. Jutro znowu będzie musiał zabijać ludzi w imię wojny, w której wcale nie chciał brać udziału, ale nie miał się gdzie podziać.
- Jeżeli jakiekolwiek życie pozagrobowe istnieje, to z litości spróbuj wymazać moją egzystencję całkowicie. - Powiedział, nie zdejmując z głosu ogromnego ciężaru zmęczenia, gnębiącego go bez opamiętania. Jeżeli tam dalej coś było - w najgorszym wypadku emocje - dla niego to nie było dobre zakończenie. Chciał w końcu spokoju. Ciszy. Jakiejś klamry na burzę emocji gnębiącą go każdego dnia. - Ale mogę cię tam zabrać, jak będziesz chciała umrzeć. Tylko chcę najpierw zobaczyć, jakie tam mają bary. - I te takie motele przy drodze. Chciał zobaczyć, czy alkohol smakował tam tak dobrze, jak wyglądało to na filmach. Czy mieli tam palmy i neonowe światła? Czy wszystko tam było cieplejsze niż w chłodnej, ciemnej i wilgotnej Anglii...
Przesunął te palce do jej skroni. Nie ciął już włosów, skończył. Pewnie nie wyglądało to tak dobrze jak by mogło, ale przynajmniej mogła udawać bycie ofiarą zemsty pijanego fryzjera, a nie samej siebie. To... To coś znaczyło, tak? Ułatwienie jej kłamstwa, jakie będzie musiała opowiedzieć w pracy, domu, czy gdziekolwiek ją niosło.
- Jak ja tam będę, to na pewno jakieś będą. - Kompletnie nie zrozumiał reszty tego, o czym mówiła. Miała jakiegoś ptaka? Miała to ona na pewno złamane serce. Kto nie miał?
- Nie wiem, chujowy jestem w kolory. - Może nawet najgorszy. Jedynym co o kolorach wiedział, miało swoje źródło w wypowiedziach innych. Była jakaś tonacja, niektóre kobiety były zimą, inne latem. Dla niego wszystkie stanowiły skalę szarości. - Jesteś śliczna tak po prostu. - Mógłby zapytać, czy to dlatego upierdoliła sobie te włosy, ale wydało mu się to niepotrzebne. Niech ma jakikolwiek powód, jaki chciała. Tak czy siak, na pewno nie chodziło o to, że ktoś tam lubił blondynki. Crow egzystował, aby być żywym dowodem tego, jak głęboka miłość mogła oznaczać jedynie więcej bólu, a nie szczęśliwe zakończenie. On nie miał szczęśliwych zakończeń. Słowa o tym, jakoby warto było to przeżywać... sól na rany, wcierana w nie ryżową szczotką.
Kurwa mać.
Lubił być całowany. Lubił mniej i bardziej delikatne gesty, których celem było otulenie jego kruchej duszy. Widać to po nim było. W lekkim uśmiechu, w lgnięciu do okazanej mu bliskości. Ludzie czasami mówili mu, że było w tym coś żałosnego - w tym jak instynktownie zbliżał swoją twarz co cudzych palców, jak niewiele potrzeba, aby zobaczyć go rzucającego ten nóż i kładącego się obok. On był tego głodny. Wiecznie nienasycony. I tak cholernie mocno tęsknił za bliskością kogoś, kto go kochał. Jeżeli był żałosny, to trudno, ale oto prawda o nim - wolał tę bliskość zaraz po o wiele bardziej niż sam seks.
Rzucił nóż na podłogę, nie przejmując się ani trochę głośnym brzdęknięciem, po czym znalazł się tuż obok. Badał teren, czy pozwoli mu wtulić twarz w swój bok.
- Nie. - Dopiero co się tu pojawił, a tu nagle aż miał ochotę ją odepchnąć. Przecież on doprowadził swoje życie do kompletnej ruiny. Zacisnął oczy, pocierając je palcami. - Kurwa. - Stęknął, próbując opanować falę złości skierowanej do samego siebie. Samotnego siebie. Tak bardzo marzył o możliwości powiedzenia sobie, że czekała go jakakolwiek przyszłość, ale dobrze wiedział - przed nim znajdowała się tylko śmierć. Przed chwilą całkiem rozmowny, nagle znów zmarniał. Nie obchodziło go już nawet, jak łatwo dał po sobie poznać, że wbiła mu szpilkę w czuły punkt. - Nic nie mam, nie jestem jakimś pieprzonym poetą. - W dodatku to on łamał swoje serce, odrzucając od siebie tych, na których najbardziej mu zależało.
- Jeżeli jakiekolwiek życie pozagrobowe istnieje, to z litości spróbuj wymazać moją egzystencję całkowicie. - Powiedział, nie zdejmując z głosu ogromnego ciężaru zmęczenia, gnębiącego go bez opamiętania. Jeżeli tam dalej coś było - w najgorszym wypadku emocje - dla niego to nie było dobre zakończenie. Chciał w końcu spokoju. Ciszy. Jakiejś klamry na burzę emocji gnębiącą go każdego dnia. - Ale mogę cię tam zabrać, jak będziesz chciała umrzeć. Tylko chcę najpierw zobaczyć, jakie tam mają bary. - I te takie motele przy drodze. Chciał zobaczyć, czy alkohol smakował tam tak dobrze, jak wyglądało to na filmach. Czy mieli tam palmy i neonowe światła? Czy wszystko tam było cieplejsze niż w chłodnej, ciemnej i wilgotnej Anglii...
Przesunął te palce do jej skroni. Nie ciął już włosów, skończył. Pewnie nie wyglądało to tak dobrze jak by mogło, ale przynajmniej mogła udawać bycie ofiarą zemsty pijanego fryzjera, a nie samej siebie. To... To coś znaczyło, tak? Ułatwienie jej kłamstwa, jakie będzie musiała opowiedzieć w pracy, domu, czy gdziekolwiek ją niosło.
- Jak ja tam będę, to na pewno jakieś będą. - Kompletnie nie zrozumiał reszty tego, o czym mówiła. Miała jakiegoś ptaka? Miała to ona na pewno złamane serce. Kto nie miał?
- Nie wiem, chujowy jestem w kolory. - Może nawet najgorszy. Jedynym co o kolorach wiedział, miało swoje źródło w wypowiedziach innych. Była jakaś tonacja, niektóre kobiety były zimą, inne latem. Dla niego wszystkie stanowiły skalę szarości. - Jesteś śliczna tak po prostu. - Mógłby zapytać, czy to dlatego upierdoliła sobie te włosy, ale wydało mu się to niepotrzebne. Niech ma jakikolwiek powód, jaki chciała. Tak czy siak, na pewno nie chodziło o to, że ktoś tam lubił blondynki. Crow egzystował, aby być żywym dowodem tego, jak głęboka miłość mogła oznaczać jedynie więcej bólu, a nie szczęśliwe zakończenie. On nie miał szczęśliwych zakończeń. Słowa o tym, jakoby warto było to przeżywać... sól na rany, wcierana w nie ryżową szczotką.
Kurwa mać.
Lubił być całowany. Lubił mniej i bardziej delikatne gesty, których celem było otulenie jego kruchej duszy. Widać to po nim było. W lekkim uśmiechu, w lgnięciu do okazanej mu bliskości. Ludzie czasami mówili mu, że było w tym coś żałosnego - w tym jak instynktownie zbliżał swoją twarz co cudzych palców, jak niewiele potrzeba, aby zobaczyć go rzucającego ten nóż i kładącego się obok. On był tego głodny. Wiecznie nienasycony. I tak cholernie mocno tęsknił za bliskością kogoś, kto go kochał. Jeżeli był żałosny, to trudno, ale oto prawda o nim - wolał tę bliskość zaraz po o wiele bardziej niż sam seks.
Rzucił nóż na podłogę, nie przejmując się ani trochę głośnym brzdęknięciem, po czym znalazł się tuż obok. Badał teren, czy pozwoli mu wtulić twarz w swój bok.
- Nie. - Dopiero co się tu pojawił, a tu nagle aż miał ochotę ją odepchnąć. Przecież on doprowadził swoje życie do kompletnej ruiny. Zacisnął oczy, pocierając je palcami. - Kurwa. - Stęknął, próbując opanować falę złości skierowanej do samego siebie. Samotnego siebie. Tak bardzo marzył o możliwości powiedzenia sobie, że czekała go jakakolwiek przyszłość, ale dobrze wiedział - przed nim znajdowała się tylko śmierć. Przed chwilą całkiem rozmowny, nagle znów zmarniał. Nie obchodziło go już nawet, jak łatwo dał po sobie poznać, że wbiła mu szpilkę w czuły punkt. - Nic nie mam, nie jestem jakimś pieprzonym poetą. - W dodatku to on łamał swoje serce, odrzucając od siebie tych, na których najbardziej mu zależało.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.