—27-28/10/1967—
Dolina Godryka, Warownia Lonbgottomów
Morpheus Longbottom & Geraldine Yalxey
Nienawidziła tych spędów czystokrwistych. Czuła się podczas nich trochę jak ptak zamknięty w klatce, który nie mógł rozwinąć skrzydeł. Nie znalazła się tu jednak bez powodu. Erik od kilku lat był jej dosyć bliski, nie mogła odmówić mu obecności na tym ważnym dla niego wydarzeniu, ćwierćwiecze w końcu brzmiało dumnie, a dałaby sobie rękę uciąć, że ledwie z rok temu spotkali się w tym kiblu Marty, gdzie rozważali nad sensem ich jestestwa. Niestety czas płynął, bardzo szybko, co potwierdzała ilość świeczek na torcie jubilata. Pojawiła się tu po to, aby sprawić mu przyjemność, chociaż nie sądziła, że jest jakimś specjalnie istotnym gościem, bo w końcu miał wiele bliższych sobie osób od niej.
Miała świadomość, że warto utrzymywać dobre stosunki z innymi rodami, podobnymi do tych jej. Czystokrwiści. Niby lepsi, niby nie, zawsze mogli znaleźć jakieś wspólne rozwiązania. Najważniejsze - matka byłaby dumna, że jej nauki nie poszły na marne.
Sukienka, którą wybrała na ten wieczór nie należała do tych wygodnych. Ograniczała ruchy, nie była przyzwyczajona do takich utrudnień, jednak wiedziała, że musiała odpowiednio się prezentować, nikt nie wziął by pod uwagę jej tłumaczenia, że pojawiła się tutaj ubrana jak zazwyczaj, bo materiał trochę za mocno kuł ją w biodra, czy cokolwiek innego. Była łowczynią, jakoś sobie poradzi z niewygodnym ubraniem. Kolor, który wybrała kojarzył się z letnim lasem, uwielbiała zieleń i od zawsze to ona była jej pierwszym wyborem. Z sentymentu do otoczenia w którym przebywała.
Sączyła drinka, nie liczyła którego, na szczęście Erik zadbał o wyśmienity alkohol, to był chyba najważniejszy argument aby spędzić tutaj jeszcze trochę. Upije się, a później zniknie - zrobi to, co potrafiła najlepiej. Zaczął męczyć ją głód nikotynowy, postanowiła więc go zaspokoić. Nie miała pojęcia, czy ktoś nie spoglądałby na nią krzywo, gdyby bezceremonialnie sobie teraz wyciągnęła fajkę i ją zapaliła, postanowiła więc wyjść na taras, żeby zaspokoić tę potrzebę. Wyciągnęła paczkę fajek z jednej z ukrytych kieszeni w jej sukience i czmychnęła na zewnątrz. Wsadziła sobie peta w usta i odpaliła go swoją mugolską zapalniczką. Poczuła przyjemne ukojenie, kiedy zaciągnęła się dymem, chłód, który ją przywitał nie był nieprzyjemny, nawet, gdy była ubrana w tę nie do końca zakrytą sukienkę. W środku zaczęło się robić duszno, idealny moment aby wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć oddech.