30.05.2024, 23:33 ✶
Powitanie Jonathana po wyjściu z łazienki było kwintesencją ich relacji od samych początków wspólnej prefektury, a może jeszcze wcześniej bo przecież roczniki miewały zajęcia razem. Był uroczo irytujący, bo przecież wiedział, znał doskonale słabostki, punkty spustowe w które można było tak łatwo uderzyć. Znał je i wyciągał na światło słoneczne, z uśmieszkiem i tonem, który balansował na granicy kpiny i komplementu. Nigdy nie dało się do końca ocenić który odcień przeważał bardziej.
– Ponury lord! Sam jesteś ponury! – żachnął się dziecinnie, wycierając sobie teraz wolnym ręcznikiem ramiona. Był poirytowany, ale uśmiech przebijał przez pochmurnie ściągnięte nad stalowymi oczami brwi. – Przecież wybrałem niebieską. – Dodał, czując że potrzebuje kawy. Najlepiej sześciu szotów espresso w jednym kubku. Zaczął się ubierać.
– W ogóle w sumie to nie wiem czy Stanhope przyjdzie. Zwolnili ją miesiąc temu po ostatnim paszkwilu w którym insynuowała kłamliwie, że chowam się w swojej rezydencji przed odpowiedzialnością. Muszę przyznać, że mój nowy stażysta jest oszałamiająco skuteczny w tych sprawach. A ty nie chciałeś przedłużać mu umowy. – Machnięcie różdżką zmienilo drzwi narożnej szafy w ogromną taflę lustrzaną, w której przyglądał się zapinając guziki od koszuli. Jego sylwetka prostowała się z każdym guziczkiem, z każdym calem zakładanego kostiumu, maski, roli, którą tak dobrze znał, że zatracał granice co było nim, a co pozą.
– Wergiliuszu kawy! Pilnie! – krzyknął w pewnym momencie obracając się przez lewe ramie, jakby w drzwiach wyjściowych stał skrzat. Nie stał, ale najwidoczniej słyszał. – Też się czegoś napijesz? – zapytał Anthony, odwracając się w stronę szaty i z pewnym zaskoczeniem przypominając sobie, że Jonathan w sumie cały czas jest z nim tutaj, gdzie absolutnie nie powinno go być.
– Tak czy inaczej, może kogoś przysłać, albo samej się pofatygować. Więc tak, w końcu lista leków, tralalala, dopięte tłumaczenia, pomoc potrzebującym, wymiana kulturowa, medycyna wschodu jako położenie nacisku na prewencje, a nie leczenie ostrych stanów. Mówić, że w planie mamy ściągać opioidy? Nie... to pozostawię na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami. Co jeszcze... – wsunął przez głowę materiał szaty i zaczął krytycznie przyglądać się temu jak materiał się układa, jak wzory mienią się w słonecznym świetle. – Przydałby się krawat... Albo apaszka... Mm... – znów chwycił tę cholerną różdżkę, jak bardzo byli od niej uzależnieni to aż bolało i otworzył szafę, która w środku była zdecydowanie, zdecydowanie większa niż sugerowałyby ściany. Tak na prawdę, był to dodatkowy pokój, z którego właśnie wyleciały dwa jedwabne krawaty. Albo apaszki, w zależności od tego jak Anthony zamierzał związać materiał. Złota, z dodatkową diamentową broszą bardziej pasowała do szyku zdobnej szaty, ornamenty nie kłóciły się tak ze sobą. Z kolei czarna zdawała się bardziej stonowana, choć jej faktura była nieco krzykliwa no i kwiat nie pasował absolutnie do tego co było na szacie.
– Rosierowie sugerowali brak koszuli, ze względu na modę kambodżańską, ale czułbym się nie swojo mieć szatę na gołej skórze. A teraz... jak kołnierzyk bez krawatu. Co myślisz Jonathan? – zapytał, poprawiając mankiety, nie patrząc w kierunku zastępcy. – Zadaj mi jakieś pytanie, którego się nie spodziewam. O co może pić Stanhope. O księżniczkę, którą trzymam w piwnicy? Jak sądzisz. Gdzie będzie chciała uderzyć? – drugi mankiet poprawiony, brakło jeszcze spinek, ale te uzależniał poniekąd od wyboru krawata. Apaszki. Jedwabnej materii pod szyję.
– Ponury lord! Sam jesteś ponury! – żachnął się dziecinnie, wycierając sobie teraz wolnym ręcznikiem ramiona. Był poirytowany, ale uśmiech przebijał przez pochmurnie ściągnięte nad stalowymi oczami brwi. – Przecież wybrałem niebieską. – Dodał, czując że potrzebuje kawy. Najlepiej sześciu szotów espresso w jednym kubku. Zaczął się ubierać.
– W ogóle w sumie to nie wiem czy Stanhope przyjdzie. Zwolnili ją miesiąc temu po ostatnim paszkwilu w którym insynuowała kłamliwie, że chowam się w swojej rezydencji przed odpowiedzialnością. Muszę przyznać, że mój nowy stażysta jest oszałamiająco skuteczny w tych sprawach. A ty nie chciałeś przedłużać mu umowy. – Machnięcie różdżką zmienilo drzwi narożnej szafy w ogromną taflę lustrzaną, w której przyglądał się zapinając guziki od koszuli. Jego sylwetka prostowała się z każdym guziczkiem, z każdym calem zakładanego kostiumu, maski, roli, którą tak dobrze znał, że zatracał granice co było nim, a co pozą.
– Wergiliuszu kawy! Pilnie! – krzyknął w pewnym momencie obracając się przez lewe ramie, jakby w drzwiach wyjściowych stał skrzat. Nie stał, ale najwidoczniej słyszał. – Też się czegoś napijesz? – zapytał Anthony, odwracając się w stronę szaty i z pewnym zaskoczeniem przypominając sobie, że Jonathan w sumie cały czas jest z nim tutaj, gdzie absolutnie nie powinno go być.
– Tak czy inaczej, może kogoś przysłać, albo samej się pofatygować. Więc tak, w końcu lista leków, tralalala, dopięte tłumaczenia, pomoc potrzebującym, wymiana kulturowa, medycyna wschodu jako położenie nacisku na prewencje, a nie leczenie ostrych stanów. Mówić, że w planie mamy ściągać opioidy? Nie... to pozostawię na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami. Co jeszcze... – wsunął przez głowę materiał szaty i zaczął krytycznie przyglądać się temu jak materiał się układa, jak wzory mienią się w słonecznym świetle. – Przydałby się krawat... Albo apaszka... Mm... – znów chwycił tę cholerną różdżkę, jak bardzo byli od niej uzależnieni to aż bolało i otworzył szafę, która w środku była zdecydowanie, zdecydowanie większa niż sugerowałyby ściany. Tak na prawdę, był to dodatkowy pokój, z którego właśnie wyleciały dwa jedwabne krawaty. Albo apaszki, w zależności od tego jak Anthony zamierzał związać materiał. Złota, z dodatkową diamentową broszą bardziej pasowała do szyku zdobnej szaty, ornamenty nie kłóciły się tak ze sobą. Z kolei czarna zdawała się bardziej stonowana, choć jej faktura była nieco krzykliwa no i kwiat nie pasował absolutnie do tego co było na szacie.
– Rosierowie sugerowali brak koszuli, ze względu na modę kambodżańską, ale czułbym się nie swojo mieć szatę na gołej skórze. A teraz... jak kołnierzyk bez krawatu. Co myślisz Jonathan? – zapytał, poprawiając mankiety, nie patrząc w kierunku zastępcy. – Zadaj mi jakieś pytanie, którego się nie spodziewam. O co może pić Stanhope. O księżniczkę, którą trzymam w piwnicy? Jak sądzisz. Gdzie będzie chciała uderzyć? – drugi mankiet poprawiony, brakło jeszcze spinek, ale te uzależniał poniekąd od wyboru krawata. Apaszki. Jedwabnej materii pod szyję.