• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 16 Dalej »
[09.07.72, noc] Kiedy śpisz, budzą się potwory

[09.07.72, noc] Kiedy śpisz, budzą się potwory
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Marilla Chang
#1
16.02.2024, 22:55  ✶  
Scenariusz Sumy: Nie zamykaj oczu

To było takie irytujące uczucie.
Zdawało się jej, że ktoś ją obserwuje. Było to o tyle dziwne, że nikt nie mógł tego dnia obserwować Marilli – cały ranek (bo to chyba był ranek? Nie była pewna: na podziemnych ścieżkach dzień i noc mieszały się ze sobą, świt i zmierzch traciły na znaczeniu) spędziła w swojej pracowni, warząc mikstury.
Nikt nie mógł tutaj wejść, do małego pomieszczenia w królestwie Changów, położonego na tyłach palarni.
A jednak czuła, że ktoś wbija spojrzenie w jej kark i co rusz odwracała się, z nietypowym dla siebie niepokojem.
Nikt nie powinien jej obserwować, kiedy rozmawiała z jedną sióstr, i było to możliwe tylko wtedy, kiedy przechodziła przez palarnię, by przynieść nowe zamówienie, ale ten wzrok, który na sobie wyczuwała, był dziwny, natarczywy, niepokojący. Ścigał ją i potem, kiedy przeglądała zielnik, i później, gdy wpatrywała się po prostu przed siebie, gdy zmęczony umysł domagał się snu, gdy żądało go ciało, a ona wiedziała, że i tak nie zaśnie szybko.
W końcu jednak (może to był już kolejny dzień? Nie miała pojęcia) położyła się do łóżka i pochłonęła ją ciemność.
*

To był zwykły wieczór w palarni.
Marilla wiedziała, że jest wieczór, bo napływali nowi klienci, wchodząc w trzewia ich przybytku, tam, gdzie wiecznie śmierdziało opium, a pieniądze przechodził z rąk do rąk – zazwyczaj do rąk Changów, czyli dokładnie tak, jak być powinno. Changówna tkwiła za ladą, pod zielonym bluszczem, w przerwach pomiędzy wskazywaniem kolejnym osobom wejścia porządkując zapasy. Gdy drzwi otworzyły się po raz kolejny, i na progu stanął ciemnowłosy, krępy mężczyzna, ledwo na niego zerknęła.
Wyglądał jak typowy, podejrzany typ, czyli dokładnie jak przeciętny bywalec palarni. Rilla do widoku takich przywykła, nie bała się, wierzyła w ochronę swojego nazwiska, a poza tym różdżkę zawsze trzymała pod ręką i umiała rzucać bardzo przyzwoite tarcze, tyle że…
…różdżka znikła.
Changówna zmarszczyła brwi i zapatrzyła się w miejsce, w którym, była pewna, ją zostawiła.
– Panna Marilla Chang?
– Zależy kto pyta – burknęła, unosząc na niego wzrok. I zamarła, kiedy zauważyła, że mężczyzna trzymał w dłoni jej różdżkę. – Jeżeli zaraz tego nie oddasz, to…
– To co, panno Chang? – spytał, niemal łagodnie, a jego druga ręka wyłoniła się spod płaszcza i w bladym blasku świec i kadzideł błysnęło ostrze. Ruszył w jej stronę, a chociaż ona rzuciła się ku drugiej stronie lady – odkryła, że z jakiegoś powodu ta zmieniła kształt, jakby potraktowana zaklęciem i nie ma możliwość rzucić się do ucieczki, ku przejściu w dalszą część palarni.
– Maeve!!! – wrzasnęła, odruchowo, bo przecież oczywiste, że wzywać mogłaby tylko którąś z sióstr…
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#2
18.02.2024, 00:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 00:54 przez Maeve Chang.)  
Babka zawsze powtarzała jej, żeby nie najadała się przed snem, bo potem będą się głupie rzeczy śnić.
W sensie mówiła tak za czasów, gdy jeszcze kontaktowała z wymiarem Ziemia, a Mewa była rozszalałym dzieciakiem. Nic więc dziwnego, że niewiele z tych nauk zapamiętała, a jeszcze mniej wniosła w dorosłe życie.

***

Akurat przemieszczała się z kuchni do siebie, co by spożyć kolację w zaciszu własnego pokoju. Głównie po to, żeby nie musieć obsłuchiwać, że je za troje, że gotuje jakieś mamałygi po nocach, ani żeby ktoś jej nagle nie wymyślił jakiegoś zadania bojowego. Szła więc powoli, człapiąc po deskach skrzypiącego pod stopami parkietu, w jednej ręce niosąc miskę z makaronem, w drugiej pałeczki. Co kilka kroków nawet jadła po trochu, nie mogąc wytrzymać aż dotrze do celu.
Wtem usłyszała nieboski krzyk brzmiący jak jej imię. Zastygła w ruchu, zmarszczyła czoło i brwi, po czym odruchowo się odwróciła, próbując zlokalizować drącego japę. Była przekonana, że wołali ją z dołu, z samej Palarni, ale ręki sobie uciąć by nie dała. Tak samo jak nie była pewna, do której siostry należał krzyk, aczkolwiek przynajmniej była pewna, że nie był to głos matki. Głównie dlatego, że tym razem obeszło się bez niechcianego gratisu w postaci dreszczu przebiegającego wzdłuż kręgosłupa.
Najpierw pomyślała, że nie chce jej się schodzić. Ma kolacje do zjedzenia i łóżko do zajęcia przez zależenie. Poza tym zwykle jak słyszała swoje imię krzyczane w ten sposób, to ktoś podejrzewał ją o zepsucie czegoś lub wykręcenie numeru i zwiastowało to zbliżającą się burę. A Maeve wolałaby zepsutego wieczoru uniknąć.
No ale zeszła.
Bo co jeśli się waliło i paliło tam na dole? Co jeśli było to wołanie o ratunek? A co jeśli ktoś potrzebuje pomocy i jak zwykle zawołał ją, bo jej imię jest najkrótsze?
Schodziła sprawnie, ale bez pośpiechu - nie biega się z jedzeniem. Nie zajęło jej to jednak wiele czasu, więc w końcu przeszła przez drzwi prowadzące do frontu Palarnii i jeszcze zanim zdążyła rzucić okiem na sytuację, z pełnymi ustami zapytała:
- Czego? -
Wtedy jednak podniosła wzrok znad makaronu i adrenalina uderzyła jej do głowy mocniej, niż ostrość pieprzu syczuańskiego, z którym ewidentnie przesadziła i jak sypała, to ręka jej się omsknęła. Kiedy zobaczyła błysk ostrza zbliżającego się w kierunku Marilli, miska wypadła jej z ręki. Kawałki porcelany posypały się po podłodze wraz z zawartością, a Maeve - plując sobie w brodę, że nie zeszła szybciej - obkręciła pałeczki w drugiej ręce tak, by łatwiej wbić je napastnikowi w szyję. Czy gdziekolwiek, gdzie zaboli najbardziej.
- Zostaw ją, śmieciu - warknęła, rzucając się na gościa i nabierając w drodze o kilka centymetrów więcej, by dorównać mu wzrostem. Kolor oczu Maeve też zmieniał się jak kalejdoskopie, świadcząc o tym, że równie gwałtownie buzują w niej teraz emocje.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Marilla Chang
#3
18.02.2024, 12:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 12:26 przez Marilla Chang.)  
Nikt nie reagował na zamieszanie.
Nie to, że było to specjalnie dziwne na Nokturnie – tutaj z pomocą przychodziła ci tylko rodzina. Ewentualnie kochankowie i partnerzy w interesach, którzy nie mogli sobie pozwolić na rozpad współpracy. Nawet nie przyjaciele, bo bardzo niewiele osób w tej okolicy miewało przyjaciół – Maeve się zdarzało, za to Marilla na przykład takich nie miewała. Gdyby Changówna miała czas się nad tym zastanowić, może przyszłoby jej do głowy, że jednak powinna nastąpić jakaś reakcja, na przykład próba ewakuacji, bo kto wie czy to nie nalot Brygady – do tej pory trzymającej się na dystans od palarni dzięki różnym wybiegom Mads Chang?
Trochę wściekła, trochę przestraszona, cisnęła w mężczyznę opakowaniem kadzideł ściągniętym z półki, a potem wywinęła się spod pierwszego ciosu. Walnęła jednak przy tym o ladę i to już właściwie był koniec – nie była wojowniczką, nie miała różdżki, zdołała tylko osłonić się ręką tak, że nóż rozciął przedramię, zamiast od razu sięgnąć szyi.
Podobno gdy patrzysz śmierci w oczy, widzisz całe swoje życie. Zdaniem jednego nauczyciela hogwarckiego, także wszystkiego swoje grzechy – ale Marilli nie nawiedziły żadne retrospekcje, nie zrobiła rachunku sumienia i przez głowę przeszło jej tylko, że ma nadzieję, że Mads zadba o to, żeby potem posłać tego drania w najciemniejszą otchłań limbo.
Ale wtedy usłyszała głos siostry.
Czego?
Normalnie odparłaby pewnie starym sucharem, w rodzaju wilka złego albo wymyśliła jeszcze jakąś złośliwą uwagę, jaką starsze siostry rzucają czasem młodszym, ale teraz nawet nie miała szansy, bo Maeve już skakała ku mężczyźnie, już zbijała go z nóg, już oboje polecieli prosto w bluszcz, prosto na regały, posypały się na nich pudła, te z wierzchu, zawierające kadzidła całkiem legalne, i te z nigdy nie wyciąganymi puszkami z herbatą. Ale w momencie, w którym Maeve mrugnęła, a Marilla gramoliła się z blatu…
…mężczyzna, raniony chyba pałeczkami, gdzieś znikła.
– Gdzie on jest?! – krzyknęła Changówna, nawet nie myśląc w tej chwili o podziękowaniach (bo podziękuje później, na przykład przyniesie siostrze jakiś eliksir, albo nie wspomni Madce o czymś, co ta zrobiła, albo podsunie jakiś środek na rozwolnienie klientowi, który byłby dla niej niemiły), a tylko o tym, że chce, żeby tego uroczego klienta przerobić na karmę dla szczurów. A może organy i inne części ciała sprzedadzą, na Nokturnie zawsze ktoś szukał takich ciekawych specyfików. – Gdzie on zniknął?! I dlaczego… – umilkła nagle, spoglądając w stronę wejścia do dalszej części lokalu. Uderzyła ją dziwna cisza: i że naprawdę nikt nie przyszedł, a ci co bardziej trzeźwi klienci czy pracownicy powinni zaniepokoić się trochę choćby ze względu na własne bezpieczeństwo.
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#4
19.02.2024, 23:20  ✶  
Rzucając się na gościa z takim impetem, wiedziała, że lądowanie będą mieli twarde. Jeśli chodziło niego - super, na dobrą sprawę liczyła, że tak niefortunnie upadnie, że sobie ten głupi ryj rozkwasi, a kadzidła będą współpracować i staną na baczność, co by wybić mu spadające nań oczy.
Najpierw przycelowała lepiej w jego szyję, chcąc zaatakować od prawego boku - upatrzyła sobie tętnicę, ale orłem z biologii nie była i mogła tylko zgadywać, że dobrze trafia. Widząc jednak, że pcha ich dwójkę prosto w trujący bluszcz, lewą ręką chciała odruchowo osłonić własną twarz. O ile mogła przeżyć leczenie bąbli i poparzeń z ramienia, to oszpecania sobie gęby wolała uniknąć. Wiele więcej poza nią nie miała.
Na szczęście niebo nie spadło im na głowy - pudełka, pudełeczka, puszki z herbatą wydające nieboski brzdęk, który obudziłby zmarłego i a nuż ocuci babcię Chang, już tak. Jedna z herbat przydzwoniła jej w czerep, co trochę zbiło Mewę z pantałyku. Przez chwilę czuła się ogłuszona, siedziała w szoku na ziemi, choć na dobrą sprawę powinna siedzieć na mężczyźnie, który nie dalej jak kilka uderzeń serca temu próbował zamordować Marylkę. Nie dotarło to do niej jeszcze, gdy wygrzebywała się spod wszystkich pojemników i bibelotów, zbierając z gleby nie tylko siebie, ale i swój honor.
Dopiero pytanie siostry wyrwało ją z marazmu; obróciła się wokół własnej osi, najpierw całym ciałem w jedną stronę, a potem samą głową w drugą. Chłop przepadł. Amba fatima, było i ni ma.
- Co jest... - wydusiła spomiędzy niespokojnych oddechów, nie mogąc pojąć umysłem, co tu właściwie zaszło. Schyliła się pełna konsternacji, aby podnieść pałeczki, spojrzała na nie - miały na sobie ślady krwi, co oznaczało, że musiała go trafić. No cholera jasna, przecież ona nie mogła chybić z tak małej odległości. Ale ciała nie było, a jak to się mówiło w okolicy - nie ma truchła, nie ma zbrodni.
Co, do cholery, było tu grane?
- Wyteleportował się? - Niby zapytała Marillę, ale trochę brzmiało to pytanie tak, jakby rzuciła je w eter. Jakby liczyła, że jeden z tych typów, co wszedł i udawał legalnie ślepego, gdy gapił się na zajście, ale nie ingerował, powie im co zaszło. Ale wszystko milczało na ten temat jak grób, łącznie z tym przeklętym bluszczem, który przecież miał takich napastników hamować.
Wyszła zza lady, rozjerzała się raz jeszcze. Spojrzała, czy się nie skitrał za nią, czy nie wlazł za lampę, czy czasem nie trzyma się jak pająk sufitu. Nie było go nigdzie. No trudno - trzeba było się teraz skupić na istotnych rzeczach.
- Moje biedactwo... - mruknęła z bólem. Można by było się spodziewać, że mówi to do siostry, która oberwała ostrzem i prawie przypłaciła życiem, ale nie - Mewa właśnie schylała się nad swoją rozbitą miską i wywalonym na ziemię makaronem. Nie mogła przeżyć, że miałaby iść spać głodna.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Marilla Chang
#5
20.02.2024, 09:22  ✶  
Wyteleportował się?
To było jedyne logiczne wyjaśnienie, chociaż Marilla nie słyszała charakterystycznego trzasku. Ale mogła go nie usłyszeć, szumiało jej przecież w uszach, od adrenaliny, złości i bólu. Teraz ten szum tylko narastał, razem z palącym poczuciem gniewu.
Ośmielił się ją zaatakować tutaj. Na terenie Changów. W ich palarni. Tu, gdzie powinna być nietykalna. I nie był nawet jakimś wariatem, klientem, na którego źle podziałały ich specyfiki: oczy miał puste, ale nie szkliste, nie ogarnięte gorączka, nie czuła od niego charakterystycznego zapachu kadzideł, który dawno już wsiąkł w jej włosy i ubrania, przeżarł tak mocno, że nawet po kąpieli i praniu nie znikał całkowicie. Atakował świadomie i robił to, by zabić, a przynajmniej poważnie zranić.
Marilla złościła się więc i o ten atak, i o ranę, i o załamane nagle poczucie bezpieczeństwa. Może było to chore, czuć się bezpiecznie na Nokturnie, ale tutaj zawsze była u siebie. Jasne, musiała unikać niektórych rejonów podziemnych ścieżek, musiała uważać na wrogów matki i desperatów, ale tu nigdy dotąd nie podniesiono na nią ręki.
- Trzeba go znaleźć i sprzedać na kawałki. Znam jednego gościa, który kupi każdą ilość ludzkich wątrób - oświadczyła, spoglądając na swoją rękę, na koszulę naznaczoną plamami czerwieni. Dopiero kiedy to zobaczyła, zaczęło boleć naprawdę mocno, a jak na złość nie miała pod ręką wiggenowego, musiała iść po niego do pracowni. Wciąż też nie mogła namierzyć różdżki i istniało tylko jedno wyjaśnienie takiego stanu rzeczy: człowiek przywołał ją do siebie, kiedy ona na moment odwróciła się ku półkom.
Nie pamiętała, by to robiła przed jego przyjściem, ale to było jedyne wyjaśnienie.
- Drań zabrał mi różdżkę. Zabiję ochroniarza, że nie przyszedł... - mruknęła i ruszyła do kotary, oddzielającej tę część budynku od dalszych. - Och zostaw to, zrobię ci ten cholerny makaron albo cokolwiek innego zechcesz, jak tylko powiemy matce.
Mogła zrobić siostrze kolację, skoro ta - Marilla musiała to przyznać – uratowała jej życie. Ale rozmowa z Madeleine była ważniejsza. Musiała dowiedzieć się, że ktoś naruszył ich terytorium. Changówna szarpnęła kotarę i…
– Maeve? – powiedziała, a jej ton, z pełnego irytacji, przeszedł nagle na bardzo, bardzo spokojny. Tak spokojny, że było jasne, że Marilla Chang ani trochę spokojna nie była. Nie mogła być spokojna: bo… – Ktoś zajebał nam palarnię.
Za kotarą nie było kolejnej salki i przejścia wiodącego niżej.
Kiedy Marilla zrobiła krok do przodu i przekroczyła próg, znalazła się we wnętrzu domu… zupełnie normalnego domu. Tak normalnego, że dla kogoś wychowanego na Nokturnie był czymś absolutnie nienormalnym. Salonu, który wywoływał jakieś mgliste wspomnienie, jednej, jedynej wakacyjnej wizyty u jednej z koleżanek z Hogwartu. Kiedy po raz pierwszy odkryła, że niektórzy żyją trochę inaczej niż one: że mają w domach duże okna: że rosnące na parapetach rośliny nie muszą być trujące ani nawet przydatne, że meble mogą być jasne, dywany kremowe, i że w środku nie musi ani cuchnąc, ani pachnieć świecami i kadzidłami.
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#6
01.03.2024, 01:10  ✶  
Mewa też nie słyszała trzasku teleportacji, a przecież znała go doskonale, bo korzystała z niej praktycznie codziennie. Ale z drugiej strony waliły się jej na głowę puszki i paczuszki, a przez jedną z nich dzwoniło jej w uszach. Może faktycznie tak się niefortunnie zdarzyło, że obydwie pominęły ten szczegół i gość po prostu się zręcznie ewakuował?
Nie była rozsierdzona jak siostra, choć trzeba przyznać, że pewnie byłaby równie wściekła, jeśli nie gorzej, gdyby to ona sama ledwie uszła z życiem z takiego zajścia. Była bardziej zaskoczona bezczelnością i odwagą napastnika, bo dosłownie wpakował się gołym tyłkiem w gniazdo jadowitych żmii. Może nie robił tego z własnej woli, może ktoś go zmusił, ale to wcale nie tłumaczyło tej bezmyślnej buty - wielu stałych bywalców Nokturnu wybrałoby "honorowe" samobójstwo, gdyby ktoś postawił ich przed wyborem tego, albo rozjuszenia Madeleine Chang. Ba, Mewa była pewna, że niejeden już kiedyś taki wybór podjął; słuszny, swoją drogą.
- Więcej niż jednej wątroby z niego nie uszczkniesz - odpowiedziała całkiem serio, nie rozumiejąc w pierwszej instancji, że to była tylko taka generalna groźba, co się miała rozumieć samo przez się. Mewa brała wiele rzeczy w dosłownym znaczeniu, bo drugie dno czy alegorie ją zwyczajnie omijały. Nie była najostrzejszym narzędziem w tym przybytku, a Marylki nie powinno to wcale dziwić.
Nie przejmowała się też ani losem różdżki siostry, ani losem ochroniarza. Niech im ziemia lekką będzie, śpijcie słodko, aniołki. Maeve w tym momencie przeżywała żałobę za swoją późną kolacją, choć nie planowała się mimo wszystko rozpłakać. Trochę wisiała nad tą rozbitą miską, zastanawiając się, czy zaklęcie nie naprawi szkody, ale potem przypomniała sobie, co miało kontakt z tą podłogą. Nie chciała znaleźć w swoim makaronie z odzysku czyjegoś zęba, błota naniesionego z okolicznych kanałów wraz z tasiemcem, ani nie marzyła, co by zagryźć to wszystko zagubionym liściem trującego bluszczu. Debata jednak trwała w tej pustej głowie, bo wciąż czuła zapach tego makaronu i leciutko wygrywał walkę z odorem całej reszty.
- Ale ja jestem głodna teraz, Marilla - oświadczyła zirytowana, nie chcąc czekać, aż łaskawie zrobi jej jeść po rozmowie z matką. Przecież ta przemiła pogawędka mogła trwać długo, Mads zacznie to analizować, myśleć, kto to mógł być, a potem znajdzie Mewie jakieś zadanie bojowe. Zawsze to się tak kończyło, z byciem darmową siłą roboczą o burczącym brzuchu.
Nagła zmiana tonu głosu siostry zbiła ją z tropu. Przed chwilą gotowała się do walki - jeśli nie w parterze, to choćby do słownej - o kolację szybciej niż później. To była istotna kwestia, ważniejsza od szukania dawcy wątroby, który w przypływie szaleństwa zdecydował się szturmować pierwszy krąg tutejszego piekła. Ale ten nadmiar spokoju, oaza wypływająca z głosu, była zwyczajnie nieprzyjemna. Znowu zacisnęła palce na pałeczkach, jakby miała się zaraz odwrócić o 180 stopni i wydłubać oczy czemukolwiek, co czai się jej za plecami.
- Jak to zajebał Palarnię? - powtórzyła po siostrze, zaczynając się zastanawiać, czy aby przypadkiem jej ten gość w czerep nie przysadził i nie majaczyła. Jak im ktoś mógł wynieść cały lokal niepostrzeżenie? Podniósł ściany i się odmeldował? - Dobrze się czujesz? -
Poszła za siostrą i przekroczyła kotarę. Zamiast znajomego półmroku otulonego dymem palonego opium, którego zapach skutecznie tłumił smród tłumów gaworzących przy stolikach, ujrzała ład i porządek zwyczajnego domu. Zamrugała kilkukrotnie, nieświadomie stojąc tam z otwartymi ustami. Przed chwilą chciała coś zapytać Marylkę, pewnie o to, czy nie jest czasem głupia - teraz nie miała już zielonego pojęcia, co miała powiedzieć.
- Pojebana akcja - wydusiła wreszcie, nie mogąc się posiąść ze zdziwienia. Co to była za dzika przejażdżka? - Co to właściwie za miejsce? - zapytała, licząc, że może chociaż Marilla je poznaje. Taki ułożony, przyziemny wystrój był taką rzadkością na Nokturnie, że Mewie zwyczajnie nie przychodziło do głowy, gdzie w ogóle się mogły znaleźć.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Marilla Chang
#7
02.03.2024, 12:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.03.2024, 12:52 przez Marilla Chang.)  
Marilla obróciła się ku Maeve na chwilę, zanim sięgnęła ku kotarze. Wyraz twarzy miała… taki trochę ciężki do zinterpretowania.
– Wiesz, ostatnio pracuję nad takim jednym specjalnym eliksirem powiększającym… bardzo chciałabym przetestować, jak wpływa na ludzkie narządy, ale trzeba do tego żywego człowieka tylko dotąd brakowało mi obiektu badawczego – powiedziała. A ponieważ były na Nokturnie, w palarni Changów, to nawet nie trzeba było się zastanawiać, czy mówi na poważnie, bo oczywiście, że mówiła. Trzy pieczenie przy jednym ogniu, pozbycie się tego drania, który ją zranił – koszula Marilli nasiąkła już krwią – przeprowadzenie eksperymentów alchemicznych oraz będzie dużo więcej wątroby do sprzedaży, wystarczy kogoś namówić, by nie liczyć od sztuki, a na funty…
Powstrzymała się przed ofuczeniem Mewy, która to była tak strasznie głodna, że musiała zjeść już, teraz, natychmiast, głównie dlatego, że ta ledwo chwilę temu uratowała jej życie. Chociaż naprawdę, miała aż ochotę siostrę trzasnąć. (Powstrzymywały ją nie tylko ta odrobina wdzięczności, ale też fakt, że Rilla jednak rzadko tłukła się z kimkolwiek wręcz, a poza tym teraz bardzo bolała ją ręka.)
Zresztą, zaraz okazało się, że mają dużo większy problem niż mordercy i rozbite miski z makaronem.
– Jak mam czuć się dobrze? Ktoś dźgnął mnie nożem, a palarnia znikła – odparła. Trochę skołowana, chociaż zaraz przyszło jej do głowy, że może wcale ktoś nie zapierdolił palarni – Maeve miała rację, przecież nikt nie zdołałby jej wynieść niepostrzeżenie, a poza tym kto podpadł tak Matce!!! – ale że na kotarę rzucono jakieś zaklęcie, które je przetransportowało? Albo… albo walnęła w głowę, kiedy ten gość ją zaatakował i leżała teraz nieprzytomna i śniła bardzo, bardzo pojebany sen? Jedna znajoma opowiadała jej kiedyś, jak to śniła o pogoni za białym królikiem przez dziwną krainę… Chciała się w pierwszym odruchu się uszczypnąć, ale zaraz zrezygnowała, przecież to cholerne ramię bolało, a ona ciągle tu była i wszystko wyglądało tak paskudnie realnie!!!
– Nie… nie jestem pewna – powiedziała oględnie, za żadne skarby nie chcąc się przyznać, że chyba widziała to wnętrze (albo bardzo podobne: pamięć Marilli bywała zamazana, na Nokturnie wszystko zdawało się w pewnym momencie ze sobą zlewać), i że właściwie dość długo marzyła właśnie o tym, żeby w takim normalnym domu zamieszkać. Durne mrzonki durnej nastolatki. Gdyby mogła, to potrząsnęłaby tamtą dawną sobą. – Noż kurwa… – wymamrotała, gdy obróciła się i szarpnęła za kotarę, ale za nią wcale nie było przedsionka palarni i porozwalanych pudeł. Za kotarą znajdowało się wyjście na drewniany taras, a dalej na ogródek, obrzydliwie piękny, wypielęgnowany, pełen równiutkich grządek, ze starannie przystrzyżonym trawnikiem. – Jak nas gdzieś wypierdoliło na koniec świata, to jeśli nawet zdążę ci zrobić tę kolację, to będzie ostatni posiłek, bo Matka nas zajebie za zostawienie palarni bez opieki…
Changówna zrobiła kilka kroków, rozglądając się. Byłoby miło ustalić, gdzie mniej więcej się znajdowały, i czy teleportacja stąd będzie bezpieczna. Tyle że zanim zdążyła otworzyć usta i zaproponować Maeve, by zaryzykować teleport na Nokturn, spomiędzy tych prześlicznych, różanych krzewów wyszedł ten sam mężczyzna, który wcześniej ją zaatakował.
– Ty jebany draniu!!! – Odruchowo sięgnęła ku różdżce, zapominając, że jej nie posiada. A sekundę później zaklęcie walnęło ją o ścianę tego prześlicznego, rzecz jasna pomalowanego na biało domku…
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#8
04.06.2024, 23:48  ✶  
Nie chciała mówić, że pytanie o dobrostan było z rodzaju retorycznych, bo Marilla wydawała się już wystarczająco rozjuszona, by właśnie takiego malutkiego przytyku brakowało do przelania czary goryczy. W efekcie czego ów czara przewracając się przywaliłaby Maeve w łeb, zostawiając na pamiątkę fioletowego guza. Zwycięstwo w potyczce słownej zwyczajnie nie było warte tego bólu.
Poza tym, miały teraz twardy orzech do zgryzienia i trzeba się było na nim skupić. Siostrzane przepychanki musiały poczekać w obliczu tego, że ich dom rodzinny i zarazem główne źródło dochodu rozpłynęło się w powietrzu jak marzenia Mewy o smacznej kolacji. Była bardziej skłonna przychylić się do koncepcji teleportacji w przysłowiowe pizdu - jakoś ciężko byłoby uwierzyć, że ktoś po prostu podszedł sobie do Palarni, wyrwał ją z korzeniami, po czym jak gdyby nigdy nic sobie ją wyniósł. Poczułyby, na pewno; przy takiej niekonwencjonalnej eksmisji zdecydowanie musiało cholernie bujać.
Niemniej, jeśli siostra nie miała pojęcia, w jakim miejscu się znalazły, to Maeve tym bardziej nie. Podeszła bliżej kominka, z zamiarem zmacania i poprzestawiania wszelkich bibelotów, które ozdabiały pomieszczenie. Z każdym mrugnięciem miała wrażenie, że w palcach trzyma coś innego; albo jakby rzeczy zmieniały ciągle kształt, albo jakby zapominała, że kolejno odstawiała i brała kolejną pierdółkę do ręki.
- Ja już chyba mam halucynacje z głodu... - burknęła pod nosem, zostawiając te zmiennokształtne badziewia w cholerę. Dosłownie wytarła ręce o koszulkę, jakby dotknęła czegoś obrzydliwego, możliwe, że trującego. Twarz też miała nietęgą, nie wyglądała na zadowoloną. Nawet jako miłośniczka siania chaosu i zbierania jego plonów, czuła się w takim kalejdoskopie wrażeń zwyczajnie dziwnie.
- Myślisz? Mnie raczej daje wrażenie takiej osoby, która zamurowałaby nas w piwnicy i zmusiła do masowej produkcji kadzideł - odparła całkiem szczerze, biorąc sugestię Marilli dotyczącą matki całkiem na poważnie (po raz kolejny, bo po siostrze nie było widać sarkazmu). Maeve dalej kręciła się jak smród po gaciach w tym domku, więc nie zwracała większej uwagi na Marylkę. Bardziej skupiona była na nowalijkach takich jak przestronne pomieszczenie, normalne meble i brak wszędzie unoszącego się dymu w akompaniamencie woni opium.
Stąd też, kiedy siostra podniosła głos i nazwała kogoś draniem, Mewa była prawie pewna, że to do niej. Już się odwróciła z urazą na twarzy, że hola, hola, co ja tym razem zrobiłam niby, ale nawet nie zdążyła ust otworzyć, co by wyrzut poczynić, bo Marilla już rzucała się na kogoś z pazurami. Maeve obróciła się wokół własnej osi, by nadążyć wzrokiem za nią, po czym sama napotkała spojrzeniem w krzakach napastnika sprzed pięciu minut. Chciała sama ruszyć pędem, żeby wyrwać mu nogi razem z płucami za to wszystko, co ich spotkało, ale musiała się błyskawicznie zatrzymać.
Marilla dosłownie przeleciała jej przed twarzą i uderzyła w ścianę.
- Pojebany jesteś?! - Zapytała retorycznie, rycząc dosłownie na gościa. Nie rzuciła się do walki jednak, bo coś ją tknęło, by najpierw sprawdzić, że Marilli się nic nie stało. Podeszła, próbując postawić siostrę na nogi. - Hej, nic ci nie jest? Nie umieraj, bo kogo wtedy mama zabije? -


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Marilla Chang
#9
05.06.2024, 09:38  ✶  
– Ale ja już siedzę w piwnicy i masowo produkuję kadzidła - stwierdziła Marilla, nagle trochę skonsternowana, bo zamiast skupić się na myśleniu o tym, jak stąd spierdolić, i jak zapierdolić winnego, zaczęła zastanawiać się nad tym, jak mogłaby ukarać je Mads Chang za to skandaliczne zaniedbanie. No bo Maeve miała rację, zabicie ich byłoby trochę marnotrawieniem zasobów, ale tak bez kary to przecież nie da rady, tyle że czy zamurowanie Marilli w piwnicy cokolwiek by zmieniło? I tak najszczęśliwsza była pochylając się nad kociołkiem eliksirów albo produkując te swoje kadzidełka. Ewentualnie siedząc przy stoliku w palarni i z maniakalnym uśmiechem obserwując, jak jej nowe kadzidełko działa na gościa, z którym siedzi i pije, a on biedny nieświadom ani tego, że Changówny to upić nie zdoła, i że to kadzidełko wcale nie jest takie nieszkodliwe, jak mogłoby się wydawać.
Ale te wszystkie cudowne rozważania przerwało najpierw pojawienie się bezczelnego typa, a potem wrzucenie jej z tarasu z powrotem do tego śliczniutkiego domku. Zebrała się z ziemi z pomocą Maeve, trochę zbyt wściekła, i trochę zbyt zamroczona od uderzenia, żeby naprawdę porządnie się przestraszyć.
– N-nic – powiedziała, zająknąwszy się przy tym, bo jednak jebnęła głową o ścianę dość mocno, i świat tak jakoś wirował przed oczami, a Maeve to przez chwilę były dwie Maeve, i Rilla wiedziała, że Mewa zna dużo sztuczek ze zmianą wyglądu, ale żeby umiała się rozdwoić? – Kiedy nauczyłaś się siebie kopiować? – wyrwało się jej, jakby na moment zapomniała, że o, jest tutaj ten drań, ale zaraz kolejne słowa siostry jej o nim przypomniały. – Jego! Jego, do cholery, zabije, mam nadzieję – syknęła, a potem rzuciła się w stronę kominka, po drodze tylko raz się potykając, łapiąc najcięższą rzeźbę, która tam stała, bo jak nie miała różdżki, to trudno, rozwali temu gościowi ten durny łeb. I nie zauważyła nawet, że pod jej rękami ta rzeźba jest jakaś trochę zamazana, dziwaczna, jakby zmieniała ten kształt, bo teraz jej umysł przyćmiewało albo pragnienie mordu, albo wstrząśnienie mózgu – to już była opcja otwarta.
Tymczasem mężczyzna miał dość czasu, aby wyłonić się spomiędzy krzewów, wejść na werandę i stanąć w drzwiach balkonowych. Zdawał się nie dostrzegać wręcz Maeve, skupiony na swoim celu, a tym w tej chwili była Marilla, w którą wycelował różdżką, by zaatakować już po raz trzeci…
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Maeve Chang (2039), Marilla Chang (2245)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa