Dance me through the panic 'til I'm gathered safely in
Lift me like an olive branch and be my homeward dove
Dance me to the end of love
Nie chciał tego czuć i chłonąć.
Zatrzymajmy się teraz na tym alabastrze, zgoda? Nie zaglądajmy pod niego, już nie szukajmy zgnilizny, nie rozdrapujmy ran. Zostańmy na schodku z marmuru, hmm? Proszę, zgódź się, chociaż ten jeden raz... Proszę, nie zakładaj tych sznurów, nie pętaj, nie krępuj. Przecież tu nie musi rządzić przemoc, jaka rządziła w Twoim domu. Nie musimy się bać, nie musisz niczego ukrywać. Tak, mogą spoglądać na ciebie oczy, a w nich słone krople, mogą rumienić się policzki i mogą dłonie przesuwać się o dłoń, biodro o pośladki. Tak wiele rzeczy było dostępnych w zasięgu naszych dłoni i..! Pozwalasz temu wszystkiemu spłonąć jak pozwoliłeś płonąć gobelinowi ze snów. Zobacz. Spójrz, co robisz. Spopielasz się. Owija cię płomień i starasz się nad nim zapanować, bo wpływ każdego płomienia można ograniczyć. Chcesz mnie związać? Ale wiążesz samego siebie. Sznur nazywany narzeczoną, zamiast być prawdziwym światłem, nagle stawał się utrapieniem. Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, jak dobrze bym to zrozumiał, gdybyś tylko mi powiedział. Skoro była słońcem, skoro była taka dobra, skoro tyle miała do zaoferowania - co ja tu jeszcze robię, Diable? Nie możemy tańczyć, jeśli taniec tak bardzo nas niszczy. Chcesz pomóc - wytrzymasz? Chcesz nieść ciężar - podołasz? Przecież już ledwo oddychasz. Przecież...
Perseusie, ty nawet siebie samego ledwo trzymasz na nogach. Kogo ty chcesz jeszcze ze sobą ponieść?
Co działo się za tym alabastrem i marmurem Laurentowi nie było dane oceniać i nie dane mu było tego odkryć. Odkrywał tylko to, co dane było mu dojrzeć. To, co wysuwało się między szczelinami fasady i udowadniało, jak bardzo żywy i prawdziwy człowiek czaił się za tymi przepięknymi, nieziemskimi oczami, na punkcie których Laurent oszalał. Były piękniejsze od obsydianu, który mu się tak podobał. Wspanialsze niż najdroższy na świecie jadeit. Bardziej czarujące od nocy Kairu, a diamenty były przy nich zblazowane i przecenione. To za tymi oczami działo się coś, co zmieniło jego oddech. Nie chciał tego nadinterpretowywać i prawdę mówiąc - był tym zmęczony. Nie Perseusem czy czytaniem z niego - sobą samym. Tym, że tak bardzo zjeżdżał mu umysł, że nie potrafił nad sobą panować, że zaliczał regres i cofał się do wszystkich brudnych i złych przyzwyczajeń, że znowu chciał wciągnąć z kimś działkę i jeśli Bóg dopomoże - nie obudzić się nad ranem tylko zostać w marzeniach sennych. Może... kontynuowałby budowanie swojego sennego miasta, które na pewno lepsze byłoby niż Londyn. Ciekawe, czy znalazłby tam te nieziemskie oczęta..? Czy udałoby mu się go napotkać między swoimi Fantazjami..?
- Działało. - Odparł z żalem. Jego dłonie stały się teraz dokładnie tak samo puste jak puste było jego życie, jego ciało i jego emocje, kiedy osoba, z którą dzieliło się ciepło, wracała do swojego życia. Może wróci na następny numerek, a może nie wróci wcale, czy to miało znaczenie? Nigdy nie wróci po to, żeby zostać na stałe. Tak jak Perseus nigdy nie wróci do Francji, żeby tam znów szeptać do ucha Elliota. Nigdy nic nie zdarzy się dwa razy tak samo, niektóre miłostki kończyły się zamkniętymi drzwiami. Każda miłość się kończyła. Niektóre kończyły się przedwcześnie, nim muzyka skrzypiec zdążyła dobiec końca w tę lipcową noc. - Wiedziałem, że wszystko się... spieprzy, jeśli pozwolę sobie na złamanie reguł i utratę kontroli nad emocjami i tymi znajomościami. Nie chciałem sobie tego udowadniać, ale, cóż... stało się. - Brzydkie, brzydkie słowo, ale ta sinusoida emocji zaczynała go trochę przerastać. To seksualne napięcie wiszące w powietrzu, tak silnie elektryzujące, jakby sama Gaia miała go pokarać za opieranie się temu uczuciu, jakby sam rytuał Beltane go opętał - powód, dla którego nigdy nie stawiał się na tym święcie, bo jakby wyjaśnił, że chciałby zapleść takiemu Perseusowi wianek i podziwiać, jak cudownie wygląda na jego skroniach? Musiał to kontrolować, nie chciał stracić kontroli nad sobą, rozpłakać się, nie chciał też zacząć się miotać... wielu rzeczy nie chciał i wiele chciał - to napięcie się powoli kumulowało jedno na drugim. W końcu musiało pokonać jego niepokorne i za słabe ciało i umysł. I choć te oczy tak mu się podobały to uparcie w nie nie spoglądał, bo tak jak obawiał się własnych reakcji, tak bardzo nie chciał dojrzeć tam oceny. I kiedy to wszystko mówił to i tak spodziewał się czegoś bardzo odrzucającego. Wstrętu. Obrzydzenia. Chyba szukał go w każdej osobie, którą spotykał, ale nie ważne, jak mocno się upodlił, nadal sięgały do niego dłonie, jakby był czymś świętym. Może to już było jego szaleństwo. A może sobie tylko z tym naprawdę nie radził. Ale ten dotyk, choć tylko ulotny, wygładził te ostrza, które sam w siebie wbijał - samobiczowanie najlepszą drogą do odkupienia swych grzechów przed samym sobą, o tym pewnie Persues też dobrze wiedział. Tak jak i wiedział, jakie to było niewskazane i jakie destruktywne.
- To pustka, której nie da się zapełnić, nie ważne, czym ją karmisz. I tylko przy cieple drugiego ciała, kiedy ktoś jest tylko dla ciebie, ona chociaż na chwilę znika. - Teraz w jego twarz spojrzał, ale tylko na moment, tylko ulotnie. To to? To ta pustka? To to wrażenie, że musisz ją nieść i że tak bardzo starasz się ją zapchać, ale okazuje się, że jest czarną dziurą? Był moment, w którym czuł, że ona w końcu... zniknęła. Niestety był zbyt krótki, bo z jakiegoś powodu osoba, która mu ją zapełniać pomagała postanowiła zniknąć.
- Jestem zawiedziony sobą. - Przecież miała rację w tym, co mówiła. - Ale jej oceną... tak, jej oceną też. - Tym, że nie chciała nazwać go synem, kiedy on chciał nazywać ją matką. Ale to chyba jednak była rozmowa na inny moment. Szczególnie, że słowa Persuesa jeszcze bardziej go napięły. Ścisnął aż uda, najeżył się niemal, zaciskając palce na materiale spodni. Teraz już puste palce. - Przestań. - Powiedział na wydechu, cały rumiany, wstrzymując niezdrowo głębsze wdechy powietrza. - Nie wiesz, o czym mówisz. - Jego wzrok biegał na boki - wszędzie, ale nie na Perseusa. Zmienił się ton, był teraz naprawdę napięty, zirytowany i stawiający ewidentną granicę. Nawet w tym rozgorączkowaniu zgubił oficjalny i grzecznościowy ton. - Przecież widzę, jak na mnie patrzysz. - Jak mnie pożerasz wzrokiem, kiedy bierzesz głębsze oddechy.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)