Sny ustały po urodzinach Geraldine. Mógłby się kto spodziewać, że na znak jego wielkiego szczęścia i kosmicznej ironii, dostanie mu się w prezencie znaleźć w lesie Yaxleyów prawdziwego bobra, ale nic takiego nie miało miejsca. Z całej przechadzki wyszedł uboższy o marynarkę, ale miał chociaż na ustach jakiś rodzaj zadowolenia.
Po polowaniu przyszło mu wyruszyć na kilka dni w plener, aby zająć się w końcu pracą. Praca, wbrew temu co by się wszystkim mogło wydawać, dawała mu za to ukojenie od nerwów i pęczniejących nimi skroni, kiedy sam się pakował w towarzyskie faux pas, raz za razem. I wydawać się mogło, że póki się nie odzywa, to jest lepiej, ale jakże się mylił, czego odzwierciedleniem było podrapane ramię a może i podrapane ego, bo przecież ledwo tam przy tej szarlatance uszedł z życiem. A miał tylko kotki pogłaskać.
Spotkania z Norą nie chciał i nie mógł odkładać w nieskończoność, nawet jeśli myśl o odwiedzinach przyprawiała go o pewną nerwowość. Może to przez wystrój, który się z jego na co dzień ponurym humorem nie komponował? Może przez samą konfrontację, której musiał stawić czoło. Czuł się winny, a jakżeby inaczej.
Przyszedł z kwiatami, były to jakieś proste słoneczniki, z wielkimi płatkami. Czy żółty pasował do różu, przeszło mu przez myśl. Potrząsnął jednak głową i odfrunęło gdzieś w niebyt to pytanie. Wchodząc do środka schował bukiet za plecami. Jedną ręką uchylił sobie drzwi, ale przepuścił w nich wychodzącą gdzieś w dobrych humorach parę. Podziękowali mu i chwilę tylko przypatrywał się jak trzebioczą coś między sobą. Złapał zamykające się przed nim drzwi i wszedł do środka, poprawiając brązowy sweter i rozglądając się za właścicielką.