• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
1969 - Marsz Praw Charłaków - Trevor & Daisy

1969 - Marsz Praw Charłaków - Trevor & Daisy
Wścibska dziennikarka
Granica między fantazją, a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana.
wiek
sława
I
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Daisy to ładna dziewczyna o rozmarzonych, zielonych oczach. Kiedy na kogoś patrzy, tej osobie może się wydawać, że nagle stała się całym światem dla młodziutkiej dziennikarki. Na tle innych czarownic wyróżnia się gęstymi, kręcącymi się rudo-brązowymi włosami. Chętnie nosi je zaplecione w kucyk. Nie jest ani przesadnie wysoka (mierzy ok. 165 cm wzrostu), ani krzepko zbudowana. Choć lubi ładnie wyglądać, ceni sobie wygodę. Zazwyczaj można ją spotkać albo z aparatem fotograficznym u szyi, albo z notatnikiem i piórem w ręku. Pojawia się na większości istotnych, publicznych uroczystości w Ministerstwie Magii.

Daisy Lockhart
#1
10.12.2022, 01:23  ✶  
Tak naprawdę Daisy nigdy nie zainteresowała się jakoś szczególniej dolą charłaków w czarodziejskim świecie. Może cała wina leżała w tym, że po prostu nie znała zbyt wielu charłaków a i żaden z nich nie zagrzał cieplejszego miejsca w jej mało pojemnym serduszku? A może chodziło o to, że ledwie ukończyła Hogwart a w Hogwarcie jedynym charłakiem (o którym zresztą nie wiedziała) był woźny? Jednocześnie nie należała do tych przedstawicieli czarodziejskiego świata, którym obecność charłaków w jakikolwiek sposób by przeszkadzała. W umyśle Daisy charłaki – po prostu – nie istniały przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent czasu a i w tym jednym procencie, gdy przypominała sobie o ich istnieniu, przepływały przez jej myśli jako postacie kompletnie piątoplanowe, którym nie warto było poświęcać wiele uwagi.
Ale jako korespondentka „Proroka Codziennego” oraz dziennikarka „Czarownicy” musiała pojawić się na organizowanym przez nich i ich rodziny marszu. Nie przyszła tam wiedziona jakimiś konkretnymi wizjami, jak w ogóle ten marsz miałby wyglądać i nie spodziewała się, że grupka mało istotnych (dla niej) ludzi, może wywołać szczery i gwałtowny sprzeciw innej mało istotnej (dla niej) grupy czarodziei.
To po prostu było zbyt abstrakcyjne. Sam widok maszerującego i wymachującego transparentami tłumu był abstrakcyjny.
Na swoją obronę Daisy miała tyle, że w tamtym momencie była jeszcze bardzo, bardzo młodziutka. Ledwie ukończyła Hogwart i do wielu spraw miała podejście jeszcze bardziej lekkomyślne niż później, gdy już trochę okrzepła w pracy.
Tamtego dnia wyglądała jak nastolatka, która urwała się z magicznej szkoły tylko po to, by stanąć z boku maszerującego tłumu i robić mu zdjęcia. Jej kręcące się, puszyste, rudo-brązowe włosy luźno opadały na plecy i wplątywały się w pasek zawieszonego u szyi aparatu fotograficznego. Rozmarzone, ogromne oczy wpatrywały się w tłum ze szczerym zdziwieniem, jakby zaskoczone ilością ludzi, którą widziały. Miała na sobie zwykłe ubranie – dokładnie takie, które nosili mugole, a które miało w sobie tę cudowną właściwość, że było wygodne, ciepłe i nie krępowało jej ruchów. Daisy było nawet trochę za ciepło, więc rozpięła zielony płaszcz i pokazała światu brązowy golf i plakietkę, z akredytacją dziennikarską.
Wyglądała kompletnie nieszkodliwie, bo i była kompletnie nieszkodliwa. Od czasu do czasu przykładała aparat do oka by zrobić zdjęcia biorącym udział w marszu. Nie fotografowała nikogo szczególnego. Nawet nie wiedziała, na kogo powinna zwrócić większą uwagę (i, czy w ogóle powinna ją zwracać). W głowie układała sobie prostą relację o tym jak to grupa charłaków i ich rodzin zebrała się w tym i tym miejscu, by zamanifestować przed Ministerstwem Magii, że istnieją, że nie mają praw i że ich prawa powinny zostać uznane oraz respektowane. Brzmiało to nudnie, ale było na tyle bliskie prawdy, że opatrzony zdjęciami artykuł nie powinien urazić nikogo zainteresowanego. Można by było nawet uznać, że maszerujący znaleźli w młodej dziennikarce całkiem głośnego sprzymierzeńca.
Tyle, że w pewnym momencie, wszystko uległo zmianie.
Daisy nie miała pojęcia, kto pierwszy zaatakował, ani dlaczego właściwie pojawili się czarodzieje, którzy zechcieli zaatakować. Nagle pokojowy (i nudny, szalenie nudny) marsz zamienił się w arenę walki. A ona – chcąc nie chcąc – znalazła się w jego epicentrum.
Ba, tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa, w którym się właśnie znalazła.
Z aparatem przytkniętym do oka pstrykała zdjęcia jak zaklęta. Trwała w jednym miejscu, w jednej pozycji, prawie się nie poruszając. Fotografowała. Dokumentowała ścierające się dwa światy. Kilka razy została popchnięta – raczej przypadkiem niż naprawdę celowo – ludzie mijali ją w biegu, krzyczeli. Ale Daisy, nawet w chwili, w której otyły mężczyzna popchnął ją wyjątkowo mocno, aż się zatoczyła, nie przestała robić zdjęć. Syknęła tylko z bólu, przypadkiem sama przegryzła sobie dolną wargę, ale flesz błyskał dalej.
I może przez to, że była tak skupiona, tak kompletnie oddana swojej roli, nie dostrzegła nadbiegającego, i przeciskającego się między uciekającymi, mężczyzny w kapturze. Czarodzieja, który pewnie nie zaatakował ją magią do tej pory tylko dlatego, że jeszcze nie mógł tego zrobić bez ryzyka, że czarami wywoła panikę.
Gdyby Daisy była w tym momencie uważniejsza, dostrzegłaby go bez trudu, a tak stała nieświadoma, że już za moment sama może stać się ofiarą ataku.
Stary Zabójca
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Trevor Yaxley
#2
13.12.2022, 21:46  ✶  
O charłakach Trevor powinien mieć takie samo zdanie, jak większość konserwatywnego społeczeństwa czystokrwistych. Postrzegał ich zgodnie ze stanem faktycznym, czyli za bezbronnych i wymagających ochrony. O wnoszonych przez nich postulatach nie miał jeszcze wyrobionej opinii, ale gdyby przyszłoby mu bardziej zgłębić ten temat to niewątpliwie wyrobiłby sobie stosowną opinię w tej sprawie. Nie zmieniało to faktu, że charłaki mu zupełnie nie przeszkadzały swoim istnieniem. Wszyscy chcieli żyć w spokoju. On zwłaszcza chciał tak żyć. I pewnie nadal żyłby w ten sposób, gdyby z własnej woli nie wstąpił na tamtą ścieżkę i gdyby nie przyszło mu się zmierzyć z konsekwencjami podjętych decyzji. I chociaż zapłacił za to wysoką cenę, tak przynajmniej postąpił zgodnie ze swoim kodeksem moralnym.
Informacje o zbliżającym się Marszu Charłaków nieustannie krążyły wokół niego i powracały niczym niechybiający bumerang. Nie planował wzięcia udziału w tym pochodzie. Jednak w dniu Marszu przebywał w samym sercu Magicznego Londynu, choć w chwili obecnej na ulicy unikanej przez chyba wszystkich przyzwoitych czarodziejów. Śmiertelnym Nokturnie. Opuścił go dopiero, gdy rozpoczął się ten marsz. W tłumie tych wszystkich ludzi nie powinien tak bardzo rzucać się w oczy Brygadzistom, którzy prawdopodobnie będą pilnować bezpieczeństwa protestujących. Noszone przez niego mugolskie ubrania mogły tworzyć błędne wrażenie bycia jednym z nich, ale prawda była taka że w jego mniemaniu były wygodniejsze od większości szat czarodziejów. Pod czarnym płaszczem miał białą koszulę i ciemnoniebieską, wełnianą kamizelkę.
Wszystko poszło nie po jego myśli. Owszem, żaden z prawdopodobnie obecnych tu Brygadzistów nie zwracał na niego uwagi, ale to dlatego, że oni zdecydowanie mieli ważniejsze sprawy na głowie. A kiedy sam znalazł się w samym centrum zamieszek, było za późno na szybkie opuszczenie tego terenu. Cierpiał na beznadziejną przypadłość zwaną kompleksem bohatera, powodującą to, że zawsze opowie się za słabszymi i będzie gotów ich bronić. Nawet za cenę swojego życia. Nie okazywał strachu i nie stronił od konfrontacji. Przemoc także nie była mu obca. To, czego stał się mimowolnym świadkiem, wzniosło ją na całkiem nowy poziom. To był istny chaos. Inaczej nie da się określić ścierających się ze sobą ludzi, uciekających w popłochu i z krzykiem na ustach. Kiedy udało mu się przecisnąć przez ten tłum, jego spojrzenie padło na młodą dziewczynę z aparatem fotograficznym, w którą już celował różdżką zakapturzony czarodziej. Nie wahając się ani chwili, Trevor sam sięgnął po swoją różdżkę.
— Drętwota! — Wycelował swoją różdżkę w stronę tamtego czarodzieja i to akurat w chwili, gdy on wypowiadał formułę swojego zaklęcia. Czerwona wiązka zaklęcia przemknęła w pobliżu fotografującej ten marsz czarownicy, rażąc napastnika. Padł on ogłuszony. Oczywiście, to nie było trwałe zaklęcie. Najpewniej niebawem ten człowiek po prostu się wybudzi.
— Wszystko w porządku?! — Zakrzyknął do dziewczyny z aparatem. Gotów był podejść bliżej. Nie miał wrogich zamiarów, przynamniej względem niej. Dla ogłuszonego napastnika miły nie będzie.

Słowa: 454
Wścibska dziennikarka
Granica między fantazją, a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana.
wiek
sława
I
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Daisy to ładna dziewczyna o rozmarzonych, zielonych oczach. Kiedy na kogoś patrzy, tej osobie może się wydawać, że nagle stała się całym światem dla młodziutkiej dziennikarki. Na tle innych czarownic wyróżnia się gęstymi, kręcącymi się rudo-brązowymi włosami. Chętnie nosi je zaplecione w kucyk. Nie jest ani przesadnie wysoka (mierzy ok. 165 cm wzrostu), ani krzepko zbudowana. Choć lubi ładnie wyglądać, ceni sobie wygodę. Zazwyczaj można ją spotkać albo z aparatem fotograficznym u szyi, albo z notatnikiem i piórem w ręku. Pojawia się na większości istotnych, publicznych uroczystości w Ministerstwie Magii.

Daisy Lockhart
#3
14.12.2022, 02:31  ✶  
Daisy zrobiła kolejne zdjęcie. Jeszcze jedno. Chyba nawet dobre i nierozmazane. Udało jej się uchwycić dwie przepychające się kobiety (i przerażenie wymalowane na ich twarzach, i wykrzywione usta, i zmarszczone czoła, i łzy na policzkach, i pomięty transparent, i przelatujące ze świstem zaklęcia w tle). Jakby się zastanowić to być może, właśnie, młoda dziennikarka zrobiła to jedno zdjęcie, które następnego dnia miało ozdobić pierwszą stronę „Proroka Codziennego”. Było tak dobre w swym przerażającym wydźwięku. Tylko ona jeszcze o tym nie wiedziała. Właściwie nikt nie wiedział.
Dziewczyna podniosła głowę, słysząc niepokojąco blisko siebie męski krzyk. Wreszcie przestała spoglądać w obiektyw aparatu i ze strachem zdała sobie sprawę, że nie była bezpieczna i sama mogła zostać napadnięta. Jej duże, rozmarzone nieco oczy, otworzyły się szerzej – tym razem autentycznie przestraszone – tym co się rozgrywało dookoła.
A jednak dalej stała jak kołek.
Gdyby ją zapytać, Daisy sama nie potrafiłaby odpowiedzieć, czemu wydarzenia, które rozgrywały się właśnie na jej oczach – i których mimowolną ofiarą mogłaby się właśnie stać, gdyby nie interwencja nieznanego jej mężczyzny – nie sprawiły, że rzuciła się do ucieczki. Chyba nie mogła. Nie była w stanie. Coś było z nią nie tak. Miała jednocześnie nogi jak z waty i jak z ołowiu. W jednym i w drugim przypadku zbyt nie takie jak trzeba, by mogła się poruszać.
Tylko patrzyła wstrząśnięta jak atakujący ją człowiek padł od drętwoty drugiego. Serce biło jej jak oszalałe. Ręce może nie drżały, ale poczuła spływający po plecach pot. I gęsią skórkę, która pojawiła się na ciele.
- Ja… - zaczęła głupio, ale nie do końca potrafiła jeszcze znaleźć w głowie słowa, które mogłyby ułożyć się w jedno sensowne zdanie.
Nie znała Trevora. Była zbyt młoda i zbyt mało zainteresowana sprawami Ministerstwa Magii, by kojarzyć go z wydarzeń, przez które był poszukiwany przez brygadzistów. Zresztą, nawet gdyby jego twarz zdobiła każdy słup na Pokątnej, nie robiłoby to dla Daisy żadnej różnicy. Nie dzisiaj i nie w tym konkretnym momencie. Dla niej wyglądał jak ktoś, kto przy dobrych wiatrach, mógłby być nawet jej ojcem. Dużo starszy, silniejszy i potrafiący poradzić sobie w tym strasznym miejscu i jeszcze straszniejszym czasie, w którym się właśnie znalazła.
Mężczyzna nie musiał do niej podchodzić. Daisy sama, odruchowo, rzuciła się ku niemu, jak tylko jej nogi odzyskały zdolność poruszania się. W jej zachowaniu nie było kokieterii, nie próbowała go uwodzić, mdleć, wieszać się na szyi jak prawdziwa dama w opresji. Chciała się skryć. Ukryć za jego piersią. A najlepiej pozwolić mu się sobą zająć, wyciągnąć z tego szaleństwa, które rozgrywało się dookoła nich.
- Zabierz mnie stąd – poprosiła szybko. – Ja… ja jestem dziennikarką, ja…
Nagle mnóstwo niechcianych myśli zaczęło zalewać jej chwilę wcześniej pustą głowę. Ja w ogóle nie jestem ani charłaczką, ani ich nie wspieram, ani nie jestem przeciwko nim. Jestem tu tylko dlatego, że mnie przysłano, że miałam robić zdjęcia.
I gdzieś pomiędzy tym natłokiem, pojawiła jeszcze jedna, która niosła za sobą palącą wściekłość. Nie, nie skierowaną na Trevora (ten ciągle w jej głowie miał bezdyskusyjny status obrońcy), ale na leżącego na ziemi czarodzieja. Skrzywiła się, sięgając po aparat. Zrobiła nieprzytomnemu zdjęcie. Jeszcze nie miała pojęcia co z nim zrobi. Może powinna oddać brygadzistom? Wykrzyczeć im, że byli niekompetentni, bo jej nie ocalili i musiał uratować ją zupełnie obcy człowiek?
- Zabierz mnie stąd, proszę – powtórzyła.
Stary Zabójca
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Trevor Yaxley
#4
28.12.2022, 04:03  ✶  
Był w stanie się zgodzić ze stwierdzeniem, że pewne wydarzenia powinny zostać udokumentowane. Jednak zrobienie jak najlepszego reportażu powinno tracić na znaczeniu w obliczu zagrożenia zdrowia i życia. Zwłaszcza, jeśli dana osoba nie była w stanie sama się obronić. Może nie każdy był szkolony do walki od najmłodszych lat, jak on, jednak podstawy samoobrony z użyciem magii powinno wynieść się ze szkoły magii. Wyciągnięcie różdżki w sytuacji tego typu to przejaw zdrowego rozsądku. Zwłaszcza, jeśli komuś było życie miłe.
Zaczynał dochodzić do wniosku, że ta nierozważna dziewczyna o wiele bardziej dba o swoją karierę, niż ceni swoje zdrowie i życie. A to mieli tylko jedno. Nawet nie zamierzała uciekać. Albo nie była w stanie z powodu odczuwanego przerażenia, ale powinna to zrobić dla własnego dobra. Nie będzie jej przecież ciągnąć za rękę, zmuszając ją do tego aby parła przed siebie. Nie tędy droga. Musiała wykazać się choć minimum współpracy. A z tego, co widział, ona nie była do niej zdolna.
— Ruszże się, dziewczyno! — Warknął coraz bardziej zirytowany. Upewnienie się, czy wszystko z nią w porządku to jedno, ale przecież nie ratował ją po to aby teraz stać niczym słup soli zamiast uciekać, ile sił w nogach. Samemu też był w niebezpieczeństwie, tyle że miał różdżkę w dłoni i potrafił zrobić z niej odpowiedni użytek. A tym była konieczna samoobrona i ochronna bezbronnych niezależnie od ich pochodzenia. Pomimo wzbierającej w nim irytacji zachowywał zimną krew.
— Mam taki zamiar. Trzymaj się blisko mnie. Wyciągnij różdżkę... chyba, że jesteś charłaczką — Gdy tylko dobiegła ku niemu, postanowił zapewnić ją co do swoich intencji. Nie będzie to łatwe zadanie, patrząc na zaistniałą sytuację. Uciekający w popłochu przerażony tłum, kakofonia krzyków, pierwsze ofiary, być może pokonani nieliczni napastnicy, jeśli ktoś z cywilów zdecydował się walczyć z tymi czarodziejami. Musiał mieć oczy dookoła głowy, tak aby nie dostać jakimś zaklęciem albo chociażby nie zostać stratowanym przez motłoch. — Nie obchodzi mnie to kim jesteś z zawodu — Burknął w stronę dziewczyny. Nie było to miłe zachowanie z jego strony. Nie musiało być. Miał spróbować zapewnić jej bezpieczeństwo, ale żaden z niego rycerz w lśniącej zbroi na rączym rumaku.
— Ty chyba jaja sobie robisz. To naprawdę nie jest dobry moment na robienie zdjęć temu nędznemu bękartowi. Sięgnij jeszcze raz po ten aparat i będziesz musiała się z nim pożegnać albo zostawię cię na łasce przerażonego motłochu i tych jebanych szczurów — Zagrzmiał już bardziej wkurwiony, niż zirytowany. W końcu spostrzegł, że dziewczyna sięga po swój aparat i robi ogłuszonemu napastnikowi zdjęcie. Jeśli zobaczy, że kolejny raz to robi odbierze jej ten sprzęt i tyle go będzie widzieć. Już raczej go nie odzyska, bo to dla niego zbędny balast. Przy odrobinie szczęścia zniechęci ją do podjęcia próby sfotografowania go. Zapewne się dostosuje do tego ultimatum. Niewątpliwie nie chciała aby uznał, że niepotrzebnie ją ratował. Nie musiała wiedzieć, że to akurat nie leżało w jego naturze. Ale swoje pomyślał. Pieprzeni dziennikarze. Dla kariery daliby się zabić.
Na ponowioną prośbę o zabranie jej stąd nic już nie odpowiedział, tylko pociągnął dziewczynę do przodu chcąc mieć ją na oku. Jednocześnie rozglądał się wokół, wypatrując kolejnego zagrożenia i wiązki zaklęcia lecącego w ich stronę.

Słowa: 518
Wścibska dziennikarka
Granica między fantazją, a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana.
wiek
sława
I
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Daisy to ładna dziewczyna o rozmarzonych, zielonych oczach. Kiedy na kogoś patrzy, tej osobie może się wydawać, że nagle stała się całym światem dla młodziutkiej dziennikarki. Na tle innych czarownic wyróżnia się gęstymi, kręcącymi się rudo-brązowymi włosami. Chętnie nosi je zaplecione w kucyk. Nie jest ani przesadnie wysoka (mierzy ok. 165 cm wzrostu), ani krzepko zbudowana. Choć lubi ładnie wyglądać, ceni sobie wygodę. Zazwyczaj można ją spotkać albo z aparatem fotograficznym u szyi, albo z notatnikiem i piórem w ręku. Pojawia się na większości istotnych, publicznych uroczystości w Ministerstwie Magii.

Daisy Lockhart
#5
01.01.2023, 19:02  ✶  
Na swoją obronę Daisy miała właściwie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze była młoda. Tak młoda, że jej lekkomyślność i brak doświadczenia, wciąż jeszcze można było zrzucić na karb młodzieńczej niedojrzałości a nie na trawiącą umysł głupotę. Nigdy do tej pory nie brała udziału w żadnym marszu, który zamienił się w regularne zamieszki.
Po drugie nie była wojowniczką. Już w Hogwarcie unikała bezpośrednich starć. Nigdy nie należała do jakiegokolwiek klubu pojedynków, a chociaż potrafiła oponentowi dogadać, zazwyczaj nawet tego nie robiła. Jeśli już musiała się uciekać do przemocy, dużo chętniej działała tak jakoś pokrętnie, po cichu, najlepiej w taki sposób, żeby nikt potem nie mógł rzucić się na nią z pięściami lub miotnąć w nią zaklęciem. Zresztą, jej przytyki były w tamtym momencie raczej mało groźne, bardziej śmieszne, mocno niedojrzałe i noszące w sobie jeszcze ten nastoletni, bardzo nieokiełznany, ale nieszkodliwy rys.
Nie miała pojęcia jak powinna się zachowywać, bo nigdy do tej pory nie znalazła się (nawet) w podobnej sytuacji. Zamrugała wielkimi oczami. Łatwo było powiedzieć: ruszże się, dziewczyno, ale ona nogi miała jak z waty. Czuła się przytłoczona, kompletnie pozbawiona siły do działania, gdy zdarzenia rozgrywające się dookoła tak bardzo rozpraszały i tak bardzo wprawiały w osłupienie. Nie prosiła się o to, by tu przyjść – przysłali ją tutaj, bo była najmłodsza, najmniej opierzona, z lepszym okiem do zdjęć od innych i najniższą pozycją w biurze; a teraz zwyczajnie chciała uciekać.
Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała jego słowa.
Wyciągnęła różdżkę. Ale w głowie miała większy natłok myśli związanych z tym, gdzie się znajdowała niż chęci do walki. Do tej potrzeba było zimnej głowy i kilku zaklęć, które odruchowo pojawiały się na języku. A ona, ba, nawet nie wiedziała kogo właściwie miałaby atakować, choć jeśli już musiałaby to zrobić, najchętniej zaatakowałaby nieprzytomnego mężczyznę, który próbował wcześniej zaatakować ją, ale został spacyfikowany przez Trevora Yaxleya.
- Jestem dziennikarką. Wysłano mnie po fotorelację z marszu – bąknęła obronnie. Na jej czole, między rudobrązowymi brwiami pojawił się głębszy, wyraźniejszy mars. Jeśli chroniący ją mężczyzna miał zamiar zrobić coś jej aparatowi, gotowa była go sama zaatakować. Może nawet nie czarami, prędzej wściekłym wbiciem mu różdżki między żebra (i dźganiem tak długo, aż ktoś inny wreszcie by ją od niego oderwał albo Trevor zdołałby ją odepchnąć bądź spacyfikować czarami). A potem osmarowałaby go w Proroku Codziennym jako najobrzydliwszą i najbardziej zdradziecką kanalię, która chodziła po tej ziemi. Do tego ostatniego nie potrzebowała nawet zdjęć. Już dawno zauważyła, że ludzie wierzą w historie, które im opowiadała. Nawet jeśli te wybrzmiewały wyjątkowo fantastycznie a jej brakowało dowodów.
Nie oponowała, gdy Trevor pociągnął ją do przodu. Chciała jak najszybciej opuścić to miejsce. Już miała trochę zdjęć. Będzie musiało wystarczyć. Żeby opisać, jak dziki był tłum, jak obrzydliwe emocje wypełzły z niego i z atakujących go, wystarczyło by – zwyczajnie i bardzo nudno – dała się wykazać prawdzie, martwo relacjonując to, co widziały jej własne oczy. Czasami prawda była wystarczająca.
Daisy była tchórzem, który wyżej cenił sobie własne życie, niż życie kogokolwiek innego. Może i robiło jej się żal, gdy widziała strach malujący się na twarzach mijanych: walczących, rannych i uciekających przed walką. Choć serce miała małe i zapełnione głównie miłością własną, nawet ono ściskało się na ten widok z jakiegoś dziwnego (i prawie nieznanego jej) bólu.
I to nawet przy kilku momentach: a to, gdy zbliżyli się do kobiety ciągnącej małe – jeszcze nieuczęszczające do Hogwartu – histeryzujące i płaczące dziecko; a to, gdy mijali siedzącego na ziemi starszego mężczyznę z rozbitą głową; a to, gdy dostrzegła leżącego na ziemi człowieka, skonfundowanego jakimś nieszczególnie przyjemnym zaklęciem.
To były takie sytuacje, które ukazywały brud ludzkiej natury. A Daisy nie chciała ich oglądać. Kilka razy, raczej odruchowo, niż wiedziona jakim przeszkoleniem, uchyliła się ze strachu przed ciskanymi zaklęciami – w ich stronę (choć pewnie nawet nie oni byli obranymi celami). Raz przyśpieszyła wyraźnie, głęboko przekonana, że za moment znowu zostaną zaatakowani – tym razem nie przez jednego wściekłego mężczyznę w kapturze, ale przez dwójkę wykrzykujących inwektywy w ich stronę czarownic.
Wreszcie, udało im się dotrzeć do miejsca, gdzie walki były cichsze, tłum mniej gęsty a dźwięki zamieszek ociupinę tylko dolatywały do ich uszu. Daisy drżały ręce. Dopiero tu zauważyła, jak bardzo były spocone (niemal aż wyślizgiwała się z prawej, trzymana różdżka). Czuła się dziwnie, jakby ktoś wypompował z niej całe powietrze.
- D-dziękuję – powiedziała, patrząc na Trevora spod byka. Takie prawdziwe dziękowanie nie leżało w naturze Daisy, a tu jednak musiała podziękować temu wściekłemu jak buchorożec, ciskającemu gromy jak gromoptak, staremu facetowi. – Za to, że mnie wyciągnąłeś. I, że powstrzymałeś tamtego… bękarta – celowo użyła wcześniejszego sformułowania Yaxleya. – Naprawdę dziękuję – powtórzyła nieco pewniej. – Mam na imię Daisy Lockhart. Pracuję w redakcji „Proroka Codziennego”. Jakbyś kiedyś potrzebował pomocy… - wzruszyła bezradnie ramionami. Sama nie wiedziała, jakiej pomocy mogłaby właściwie udzielić takiemu człowiekowi jak Trevor. Pożyczyć kilka galeonów? Na marszu charłaków to on poradził sobie dużo lepiej od niej. – No w każdym razie, jakbyś czegoś potrzebował, to po prostu prześlij tam sowę. Albo coś – powtórzyła.
A potem, o ile jej nie zatrzymał, odwróciła się od niego, dość zwinnie – dużo zwinniej niż do tej pory – bo nagle pchnięta jakąś nową energią, ruszyła ku najbliższemu punktowi aportacyjnemu i aportowała się.

Łączna liczba słów ok. 2049
Stary Zabójca
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Trevor Yaxley
#6
04.01.2023, 03:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2023, 03:56 przez Trevor Yaxley.)  
Na co dzień Trevor nie miał najmniejszego problemu z tym, że często napotykał młodszych ludzi od siebie. Ani nawet z tym, że młodość rządziła się swoimi prawami. Sam lata temu był młody. Patrząc wstecz na samego siebie w latach młodości powiedziałby, że został inaczej ukształtowany. Surowe wychowanie i wymagający trening, któremu go poddano uczyniły go tym, kim jest dzisiaj. Oczywiście, też miewał takie momenty, że bywał lekkomyślny... ale nie było to nic poważnego czy niebezpiecznego. Młodość musi się wyszumieć. Przez te wszystkie lata dojrzał. To o wiele lepiej brzmi, niż to, że się zestarzał. Zaledwie przekroczył pięćdziesiąt lat. Spłodził i wychował jak najlepiej potrafił wspaniałe dzieci, z których mógł być naprawdę dumny. Najgorsze były te momenty, w których uświadamiał sobie jak bardzo za nimi tęskni. Zwłaszcza na trzeźwo. Wychował je zgodnie ze swoimi wartościami, nauczył je zaradności i wszystkiego, co sam umie aby mogły przetrwać w tym świecie. Musiały podążyć własną drogą, zamiast jego własną. W jego oczach było to zerwanie z tradycją, jaką było chociażby przekazywanie profesji z ojca na syna.
Świat się zmieniał i to z dnia na dzień. Chciał za nim nadążyć. Znaleźć w nim swoje miejsce. A to wymagało dostosowania się do wielu jego aspektów. Niektórzy czarodzieje mieli z tym poważny problem. Marsz Praw Charłaków i brutalna odpowiedź ze strony konserwatywnych środowisk magicznych, urządzenie takiej rzezi podczas zupełnie pokojowej demonstracji świadczy o tych zmianach na lepsze i tym, że niektórzy ludzie nie są gotowi na wszystkie konieczne zmiany po to, aby wszyscy mogli żyć względnym spokoju i przy odrobinie wzajemnego szacunku. Nawet, jeśli sam nie stronił od stosowania przemocy, to miał świadomość, że ona nie zawsze była konieczna. Aby komuś obił mordę, ten ktoś musiał mu czymś podpaść albo mieć coś, co było dla niego istotne pod jakimś względem. Na przykład informacje. Pozyskanie ich nierzadko przekraczało jego możliwości finansowe, ale przemoc często rozwiązywała język bytujących na Nokturnie sukinkotów. Podczas obecnie trwających zamieszek zapewne część tego tałatajstwa wylazła ze swoich cuchnących nor.
Skoro już nadstawiał dla niej karku to oczekiwał współpracy. W końcu raczej zależało jej na własnym życiu. Wobec tego sama powinna być w stanie się obronić przed zagrożeniem, pomagając mu tym samym w zapewnieniu bezpieczeństwa im obu.
— Jak już mówiłem, nie obchodzi mnie to, kim jesteś z zawodu. Najważniejsze, że jesteś czarownicą — Burknął z nieukrywaną obojętnością. Już bardziej dobitnie nie dało się tego przekazać tej dziewczynie. Jak dla niego mogłaby być samym Ministrem Magii, ale nawet to nie zagwarantowałoby jej bezpieczeństwa. Tylko magia obronna i defensywna może je zapewnić. A najbardziej zdrowy rozsądek, nakazujący trzymanie się z dala od takich miejsc.
Można powiedzieć, że się dogadali. Nie wyglądał na kogoś, kto rzucał słowa na wiatr. Ona raczej nie chciała pożegnać się z tym aparatem. Albo nie chciała zostać tutaj pozostawiona sama sobie. Wyciągnie ją stąd, ale na tym nie poprzestanie. Był w stanie pomóc jeszcze kilku osobom. Choćby tym, które mijał po drodze. Dostrzegając mknące ku nim wiązki zaklęć wyczarował niewerbalnie tarczę, odnotowując w pamięci aby w względnie bezpiecznym miejscu skomentować brak pożądanej przez niego reakcji ze strony dziewczyny. Przecież po coś kazał wyciągnąć jej tę różdżkę, która w jej dłoniach była równie bezużyteczna co podniesiona z ziemi gałązka. Tamtymi czarownicami się nie przejął. Sam miał bogaty słownik inwektyw. A gdyby ich zaatakowały, odpowiedziałby ogniem na atak z ich strony. Gdy dotarli do względnie bezpiecznego miejsca, odetchnął głęboko. Jeszcze daleko było mu do zaznania ulgi. Postanowił wysłuchać, co ta dziewczyna ma do powiedzenia. Podziękowanie było nad wyraz miłe. A wydawało mu się szczere.
— Twoja różdżka była równie użyteczna co, znaleziony w lesie patyk. Kazałem ci ją wyciągnąć, abyś była w stanie sięe obronić. Nie zawsze trafisz na kogoś gotowego nadstawić za ciebie karku — Zdecydował się upomnieć tę dziewczynę. Była dla niego obcym człowiekiem, jedną z tych kilku osób, które być może uda mu się uratować. Zawsze mówił to, co myślał.  Może ona zapamięta jego słowa i wspomni je w podobnej sytuacji... z tą różnicą, że będzie zdana na siebie i będzie musiała polegać wyłącznie na swoich umiejętnościach.
— Tutaj cię zostawię. To jeden z wielu bydlaków, których trzeba powstrzymać — Odparł jedynie. Nie każdy na jego miejscu postąpiłby w ten sposób. Podziękowania były miłe, ale zawsze wzbudzały w nim skrzętnie ukrywane zakłopotanie.
— To będę wiedzieć, gdzie cię znaleźć. Jeśli nie będzie mi po drodze na Ulicę Pokątną to wówczas wyślę sowę — Przez chwilę rozważał przedstawienie się jej samym imieniem, ostatecznie porzucając ten zamiar celem zachowania istotnej dla niego anonimowości. Dług wdzięczności ze strony dziennikarki Proroka Codziennego mógłby okazać się bardzo przydatny na etapie odzyskiwania swojego dobrego imienia i reputacji. Musiał jednak rozważyć wszystkie "za" i "przeciw" takiego rozwiązania. Przebywając w magicznym Londynie ryzykował wpadnięcie w łapy Brygadzistów. Brał też pod uwagę, że Gwydion jako dostarczyciel listów bardzo rzucał się w oczy.
— Choć nie ukrywam, że wolałbym bardziej... namacalną wdzięczność — Zasugerował dziennikarce. Każdy bohater musiał zaspokoić wszystkie przyziemne potrzeby. Szlachetne idee i wielkie czyny nie napełnią mu sakiewki, nie zapewnią obiadu i piwa albo miejsca na nocleg. Nawet, jak tego nie zrobił dla garści galeonów.

Słowa: 827
Wścibska dziennikarka
Granica między fantazją, a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana.
wiek
sława
I
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Daisy to ładna dziewczyna o rozmarzonych, zielonych oczach. Kiedy na kogoś patrzy, tej osobie może się wydawać, że nagle stała się całym światem dla młodziutkiej dziennikarki. Na tle innych czarownic wyróżnia się gęstymi, kręcącymi się rudo-brązowymi włosami. Chętnie nosi je zaplecione w kucyk. Nie jest ani przesadnie wysoka (mierzy ok. 165 cm wzrostu), ani krzepko zbudowana. Choć lubi ładnie wyglądać, ceni sobie wygodę. Zazwyczaj można ją spotkać albo z aparatem fotograficznym u szyi, albo z notatnikiem i piórem w ręku. Pojawia się na większości istotnych, publicznych uroczystości w Ministerstwie Magii.

Daisy Lockhart
#7
06.01.2023, 00:54  ✶  
Przez jasną, ładną, jeszcze dziecinną twarz Daisy przemknęła nieskrywana irytacja. Nie była aurorem. Nie była też wariatką atakującą innych, nawet jeśli ci inni wyglądali jakby mogli zaatakować ją. Co sobie Trevor wyobrażał? Że prosząc go o pomoc, ukrywała przypadkiem wielki talent do walki? I kiedy tak sobie uciekali, miała się nagle zacząć popisywać confundusami, drętwotami i tak dalej? W takim wypadku nie prosiłaby go w ogóle o pomoc.
Ostatecznie jednak tylko przewróciła oczami. Stojący naprzeciwko niej mężczyzna był stary, pewnie z pięć razy starszy od niej. W pełnym wymyślonych historii umyśle Daisy, starzy ludzie czasami gadali głupoty, trzeba było im wybaczyć.
Roześmiała się odruchowo, gdy napomknął o pieniądzach. Absurdalność całej sytuacji jakby uderzyła w nią z całą swoją mocą. I jakoś tak inaczej spojrzała na Yaxleya. Do tej pory wydawało jej się, że uratował ją jakiś złowieszczy klątwołamacz, stary facet z ponurą historią, zgorzkniały auror na emeryturze albo ktoś podobny.
Ale rzeczywistość pewnie była dużo bardziej prozaiczna. Mógł być zwykłym biedakiem, bezdomnym, pijaczkiem, który przypadkiem zaplątał się na marsz i zdobył się na jakiś akt heroizmu (może z nadzieją, że zarobi, a może po to by samemu sobie coś udowodnić).
Twarz Daisy pozieleniała ze strachu. Co uzmysłowiła sobie po paru sekundach, mógł być też w zmowie z tamtym. Dlatego tak się wściekał o aparat i robienie zdjęć. A ona rzeczywiście była łatwym celem. Sięgnęła po portfel, myśląc tylko o tym, żeby wcisnąć mu w ręce jego zawartość, a potem uciec jak najszybciej.
- Masz – wysypała zawartość na rękę Trevora. Nie było tego dużo: dwa galeony, kilka sykli i ze dwadzieścia brązowych knutów. – Jak widzisz nie mam więcej – odskoczyła od niego dość zwinnie, bo coraz bardziej się go bała. Jej głos też stał się wyższy i bardziej piskliwy.
Cofała się powoli, wciąż obserwując Yaxleya. A potem rzuciła się do ucieczki, by czym prędzej skręcić w jedną z uliczek i aportować się.

Łącznie słów: ok. 2359.
Stary Zabójca
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Trevor Yaxley
#8
06.01.2023, 04:15  ✶  
Dostrzegał widoczną na dziewczęcej twarzy irytację, jednak na tym się kończyło. Nauczony doświadczeniem wiedział, że ma rację. Używanie magii do samoobrony było zasadne w takiej sytuacji i powinno być podstawowym odruchem każdego dorosłego czarodzieja lub dorosłej czarownicy. On nie wahał się wykorzystywać magii do samoobrony i ratowania innych. Tak nie zawahałby się oddać swojego życia w słusznej sprawie, ratując tyle osób, ile zdołał. Za nic w świecie nie będzie udawać kogoś, kim nie jest. Pomimo tego, że nie był złym człowiekiem, nie jest ideałem. Gdyby był złym człowiekiem to nawet nie zadałby sobie trudu aby ją ratować. Mógł zostawić ją na pastwę przerażonego motłochu i tych bydlaków. A jednak była tutaj, względnie bezpieczna.
Uniósł jedną z brwi, słysząc jej śmiech. Zdawać by się mogło, że był gorzki. Nie był w nastroju do żartów. Wiodło mu się średnio w życiu, ale całkiem nieźle sobie radził. Na pewno nie spodziewał się, że dziewczyna po prostu pozielenieje. Może zrobiło się jej niedobrze i zacznie wymiotować. Ale nie... to był strach. W pierwszej chwili nie potrafił pojąć jego przyczyny i odruchowo obejrzał się przez ramię. Nikt na nich nie czyhał. Czyżby nagle zaczęła się go bać? Nie miał wobec niej złych zamiarów, ale też nie zamierzał tego jej tłumaczyć. Sobie nie miał nic do zarzucenia. W końcu uratował tę nierozsądną dziewczynę przed niebezpieczeństwem, powalając atakującego ją mężczyznę i zaprowadzając ją w bezpieczną alejkę. Zamierzał ją zostawić w tym miejscu. Po raz drugi nie powinna wpaść w tarapaty. Drugi raz nie przybędzie jej z odsieczą.
— I taką wdzięczność to ja rozumiem, choć raczej nie wydam ich tego dnia w Dziurawym Kotle — Stwierdził chowając do swojej, jakże chudej sakiewki te kilkanaście monet. Oby tylko ich nie zgubił albo nie został okradziony. Miał na myśli to, że dopóki te zamieszki nie zostaną opanowane przez odpowiednie służby to na Ulicy Pokątnej nie zapanuje względny spokój. A że takie wydarzenia stawiają Brygadzistów w gotowości, ci nawet mogą okupować ten pub i tym samym stać między nim a ciepłym posiłkiem i co najmniej jednym kuflem ciemnego piwa. — Nawet jakbyś miała to nie zacznę grozić ci różdżką — Stwierdził ze wzruszeniem ramion. Zastraszanie dziewcząt nie leżało w kręgu jego zainteresowań ani nie dałoby mu to żadnych korzyści. Pomijając uzyskaną drobną gratyfikację finansową, to był dobry uczynek. Nawet, jeśli reakcja tamtej dziennikarki jego zdaniem była nieadekwatna do sytuacji. Chce to niech ucieka. Odwrócił się w stronę, z której przybiegł. Zamierzał ponownie rzucić się w wir walki.

Słowa: 403
Słowa łącznie: 2202

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Daisy Lockhart (2403), Trevor Yaxley (2238)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa