01.07.2024, 07:51 ✶
- Hm... może ciasto czekoladowe? - zastanowiła się Brenna. Po prawdzie ogólnie lubiła ciasta, a nawet ot dobre jedzenie, i nie narzekała, czy postawiono przed nią tartę, czy szarlotkę, czy sernik. - Czasem trudno wybrać - dorzuciła, zerkając na niego. Doskonale widziała, że był zmęczony i miała wyrzuty sumienia, że w ogóle go męczyła dalej: ale skoro już tutaj przyszła i powiedziała A należało powiedzieć B.
Przez jej usta prześlizgnął się lekki uśmiech, gdy wspomniał o zabranianiu: jakby komukolwiek kiedykolwiek takie zabranianie jej czegoś wyszło. Nie widziała jednak sensu w wypowiadaniu tych słów na głos, bo brzmiałoby to wręcz jak pusta przechwałka.
- Taką mam pracę, ale w większości to naprawdę drobiazgi.
No dobrze, może nie ta starożytna klątwa, ale zgubienie kości w dłoni mogło już zdążyć się każdemu, tak samo jak drobny przypadek gnijących ran, tak?
- A co Ministerstwo ma mówić? Przyznać, że przegapili narodziny drugiego czarnego lorda i Voldemort to następca Grindewalda? - spytała retorycznie, tłumiąc westchnienie. Nie chciano przecież paniki, bo ta nikomu nie służyła ani pokazania na arenie światowej, że Anglia nie radzi sobie z sytuacją. Na razie może wiele rzeczy pozostawało w cieniach, ale wszystko wskazywało ma to, że ta walka nie potrwa miesiąca ani roku nawet: być może czekało ich wiele ciemnych lat.
Brenna milczała przez chwilę, czekając po prostu aż zmęczony umysł Cedrica połączy fakty. Oczywiście, że nie mógł przeczytać o tym w prasie. Wtedy przeczytaliby o tym też śmierciożercy. I Ministra Magii, której mogłoby się nie spodobać, że powstają nieoficjalne bojówki Dumbledore'a.
- Udzielać pomocy medycznej. Nieoficjalnej, nie zanotowanej w żadnych papierach - odparła pp prostu na jego pytanie. Nie było jej celem posyłania Lupina na pierwszy ogień: nie był żołnierzem i nie szkolił się do walki. Ale był uzdrowicielem, a żołnierze zostawali ranni na tyle często, że tłumaczenie w Mungu pewnych obrażeń mogłoby być problematyczne. - Może robić eliksiry. Możesz odmówić, Cedric, zrozumiem i nie musisz decydować teraz. Jedyne, o co proszę, to żeby nie dowiedzieli się o tym inni, niezależnie, na co się zdecydujesz.
Przez jej usta prześlizgnął się lekki uśmiech, gdy wspomniał o zabranianiu: jakby komukolwiek kiedykolwiek takie zabranianie jej czegoś wyszło. Nie widziała jednak sensu w wypowiadaniu tych słów na głos, bo brzmiałoby to wręcz jak pusta przechwałka.
- Taką mam pracę, ale w większości to naprawdę drobiazgi.
No dobrze, może nie ta starożytna klątwa, ale zgubienie kości w dłoni mogło już zdążyć się każdemu, tak samo jak drobny przypadek gnijących ran, tak?
- A co Ministerstwo ma mówić? Przyznać, że przegapili narodziny drugiego czarnego lorda i Voldemort to następca Grindewalda? - spytała retorycznie, tłumiąc westchnienie. Nie chciano przecież paniki, bo ta nikomu nie służyła ani pokazania na arenie światowej, że Anglia nie radzi sobie z sytuacją. Na razie może wiele rzeczy pozostawało w cieniach, ale wszystko wskazywało ma to, że ta walka nie potrwa miesiąca ani roku nawet: być może czekało ich wiele ciemnych lat.
Brenna milczała przez chwilę, czekając po prostu aż zmęczony umysł Cedrica połączy fakty. Oczywiście, że nie mógł przeczytać o tym w prasie. Wtedy przeczytaliby o tym też śmierciożercy. I Ministra Magii, której mogłoby się nie spodobać, że powstają nieoficjalne bojówki Dumbledore'a.
- Udzielać pomocy medycznej. Nieoficjalnej, nie zanotowanej w żadnych papierach - odparła pp prostu na jego pytanie. Nie było jej celem posyłania Lupina na pierwszy ogień: nie był żołnierzem i nie szkolił się do walki. Ale był uzdrowicielem, a żołnierze zostawali ranni na tyle często, że tłumaczenie w Mungu pewnych obrażeń mogłoby być problematyczne. - Może robić eliksiry. Możesz odmówić, Cedric, zrozumiem i nie musisz decydować teraz. Jedyne, o co proszę, to żeby nie dowiedzieli się o tym inni, niezależnie, na co się zdecydujesz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.