Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
noc z 6 na 7 sierpnia 1972
– Brenna & Victoria –
Victoria nigdy nie była bardzo cierpliwa, o ile tego nie chciała. Były osoby, których obdarzyła tym zaszczytem, można ich było za to policzyć na palcach jednej ręki. Thoran Yaxley nie należał do jednych z nich. Odkąd całkowicie przeniosła się na Pokątną i odczuła ulgę, że udało się tego dokonać bez większej kłótni w domu, po tym, jak trochę odremontowała tę kamienicę, wymieniła meble, poukładała wszystko, wedle własnej ochoty, zaczęły się dziać… Dziwne rzeczy. Dzwonienie i pukanie do drzwi, za którymi nikogo wcale nie było na początek. Najpierw myślała, że ktoś się pomylił, później, że za wolno idzie do drzwi, ale kiedy nawet po szybkiej teleportacji nikogo nie było… Zaczęła się zastanawiać. Stukanie po ścianach, huki, później wrzaski, do tego wszystkiego doszła też dziwaczna afrykańska muzyka… Nie za bardzo znała sąsiadów z obu stron kamienicy, ale w końcu udało jej się złapać kilka osób, które wynajmowały tam mieszkania. Oczywiście nikt niczego nie słyszał. Och, jakże wygodnie… Udało jej się ustalić z której to strony te wszystkie hałasy dochodzą, skontaktowała się z właścicielem kamienicy, która graniczyła z jej własną… nie był zbyt rozmowy, powiedział jej tylko, że ściana do ściany mieszkanie wynajmuje niejaki Thoran Yaxley. I tyle. Nic więcej.
Jebany Thoran Yaxley. Zdążył już jej zajść za skórę. Zrobił paskudnego psikusa Stanleyowi Borginowi, co oczywiście ona musiała naprawiać (i wykonała przy tym iście paskudną mieszankę, ale przynajmniej podziałało…), a co gorsza skrzywdził zwierzęta Laurenta, o czym dzisiaj poinformował ją listownie. I sukcesywnie podkurwiał ją. Geraldine napisała jej, że Thoran dziwnie się zachowuje, ale zachowywać się dziwnie, a być wrzodem na dupie… Fakt, że dzisiaj w środku dnia znowu się wydzierał o obaleniu rządu i jeszcze napierdalał w różne losowe rzeczy, i gdyby nie to, że musiała iść do pracy, to poszłaby go wyjaśnić. I już rozsierdzona napisała swój do Brenny – czy nie ma przypadkiem czasu, bo już dostaje szału z tym pieprzonym Thoranem Yaxleyem, a później dostała ten list od Laurenta…
A najgorsze w tym było to, co Victoria musiała przyznać, drepcząc tam i z powrotem po swoim salonie, czekając na Brennę (w środku nocy… bo tylko wtedy miała czas, ale Victoria nie zamierzała za bardzo pytać, bo już się… przyzwyczaiła), że miała teraz wrażenie, że te hałasy nie docierały z żadnego konkretnego miejsca. Gdzie się nie znajdowała, tam to szamańskie walenie w bębny (bo teraz to były na powrót dziwne afrykańskie rytmy) brzmiały dokładnie tak samo, nijak nie przytłumione, a jej koty, mała czarna Luna i całkowicie niebieski Błękitny Kwiatuszek, zdawały się tego kompletnie nie słyszeć. Bo teraz oboje leżeli na kanapie (Kwiatuszek bliżej donicy z areką) i po prostu wodzili wzrokiem (i głowami) za łażącą tam i z powrotem Victorią.
Może to jednak ona traciła zmysły? Znowu? na pewno stało za tym jakieś logiczne wyjaśnienie. Brenna mogła tu przyjść tam dziwami wejściowymi, jak i kominkiem w salonie, Lestrange nie była pewna, którą drogę wybierze.