• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[22-23.07.1972] I keep fading off the route - Astaroth x Laurent

[22-23.07.1972] I keep fading off the route - Astaroth x Laurent
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#11
14.07.2024, 16:45  ✶  
Faktycznie. Człowiek miał wiele twarzy, ale nie zawsze je wszystkie pokazywał przed obcymi. Ba!, nawet rodzina, najbliższe osoby nie miewały okazji poznać człowieka w pełni, a jednak... Laurent miał okazję oglądać mnie z wielu różnych perspektyw, wciśniętego przez los w tak skrajnie różne sytuacje, że można by było podejrzewać mnie o inscenizowanie tych scen. Czy byłem kłamcą? Czasami tak, szczególnie przed rodzicami czy Gerry, bo wciąż jej nie powiedziałem, że ugryzłem Laurenta... Ale robiłem to akurat w dobrej wierze, żeby zaoszczędzić jej trosk. Właściwie, to okłamywałem również całe swoje poprzednie towarzystwo, utrzymywałem, że jestem chory, i to właściwie na usilną prośbę swoich rodziców. Wielka tajemnica, że ich syn został wampirem..., a towarzystwo miałem plotkujące.
Zdawało się, że te twarze to był bardzo złożony proces, do przemyślenia na niejedną nieprzespaną noc. Ale pożałować mogłem jednego, że Laurent nie widział najlepszej wersji mnie - tej w pełni lekkiej, beztroskiej, rozbawionej. Teraz mogłem być rozchichotany, ale jednak mrok wciąż we mnie siedział, wciąż o sobie przypominał, szyderczo uśmiechał się do mnie, kiedy próbowałem go zagłuszać wybieraniem smakowej herbaty. Zabrałem się do tego ochoczo, aż zanadto ochoczo. Smukłe palce przekładały różnokolorowe etykiety. Niewzruszone na fakt, że były martwe, chłodne, że ich właściciel ewidentnie miał problem z ich bladością, bladością całego swojego ciała. Nieistotnie! Jeśli dobrze pójdzie, jeśli będę miał szczęście, to może mój los się odmieni...? Powinienem w to wierzyć, skoro się w to angażowałem. Tak.
- Jakie to są rzeczy...? - zapytałem z ciekawością, chcąc zagłuszyć te paskudne głosiki w swojej głowie Byłem w tej chwili gościem, tak sądziłem, że byłem, skoro ostatecznie zostało mi zaproponowane coś do picia, a też gospodarz nie wskazał mi drzwi, zaś główny obrońca tego domostwa jedynie na mnie groźnie łypał, już nie warcząc groźnie. Byłem gościem u kogoś innego niż moi rodzice. Miła odmiana. Mleko się rozlało, Laurent już wiedział, że byłem wampirem, więc nie musiałem grać, że było inaczej. Nawet jakoś to akceptował, chociaż z pewnością się obawiał, że znowu mi odwali. Sam również bym się siebie obawiał po takich akcjach... Tak właściwie, to zaatakowałem go jako człowiek, zaatakowałem jako wampir. Dziwiłem się, że w ogóle do mnie wtedy zagadał... nad tą Tamizą. Może po prostu uwielbiał pakować się w tarapaty? Może kręciło go niebezpieczeństwo...? Jakby nie patrzeć, New Forest okazywało się być bardzo spokojnym miejscem, może aż za spokojnym...?
Również parsknąłem śmiechem na to laurentowe łapanie mnie w locie. Nie chciałem być przy tym niemiły, ale zdawało mi się, że był zanadto drobny do takich akcji. W międzyczasie wyciągnąłem herbatę z dodatkiem malin! Znaleźliśmy zwyciężczynię tej nocy! Podniosłem ją nawet w górę, jakby mogła być kolejnym przecinkiem w naszej historii, może nawet średnikiem, ale... widziałem, dostrzegałem to jak Laurent na mnie patrzył. Byłbym głupi, gdybym tego nie widział, a po tych wszystkich romansach... Mi również tego brakowało, ale był pewien problem.
- Wybacz... Ja tylko opijam cię z ulubionych herbatek. Właściwie będę opijał... - odezwałem się, wpatrując w niego. Ze smutkiem? Z tęsknotą? Z zawodem? Chciałbym zbawiać świat. Kto o dobrym sercu by nie chciał...? Ale to moje było martwym sercem. Mój dotyk był zimny. Zimny-zimny-zimny. Co prawda, idealny na upalne noce, ale w Anglii to raczej jakoś szczególnie nie groziło.
Wrzuciłem torebkę z malinową herbatą do pustej filiżanki i wyciągnąłem się na blacie, jakbym był wyrzuconą na brzeg ośmiornicą. Jedną z moich macek, a właściwie rąk wyciągnąłem w kierunku Laurenta. Nie dotykałem go. Chciałem, żeby to on dotknął mnie, żeby przekonał się jak to jest, co to znaczyła bliskość z wampirem, a właściwie jej brak... Ciągnęło nas ku sobie, ale nie mogło nas ciągnąć. Uniesienia były związane raczej z ciepłem ciał, nawet ich gorącem, a nie chłodem. Podobnie jak przytulenie na pocieszenie, na okazanie wsparcia czy dodania odrobiny otuchy.
- Co to za niezły bałagan? - zapytałem szeptem, ledwie słyszalnie, nie chcąc niszczyć chwili, której... nie było? nie mogło być? wcale nie musieliśmy jakoś specjalnie przeżywać, prawda? To tylko dotyk. Nic więcej?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#12
14.07.2024, 17:28  ✶  

Och tak, tych uczuć mogło być bez liku. Mógł istnieć ten kokon, mógł fiksować się umysłem na potrzebie bycia dotykanym płótnem, na którym zostawia się ślady swoich palców, mógł być uśmiech i słodkie słowa, trochę miodu do jedzonego jogurtu, odrobina truskawek do płynnej czekolady. Mogło być to wszystko - a czy z głowy nigdy w pełni nie miał zniknąć ten cień, który przypominał, że spoglądał w twarz drapieżnika? Strach to za dużo powiedziane. W cieniach tej nocy, która ich połączyła dnia dzisiejszego, między śmiechami i rozmowami, w oddaleniu od energii, która miała szansę wstrzyknąć adrenalinę do krwi - w tym wszystkim przestrzeń dla przerażenia była zbyt ciasna. Nie wślizgiwał się między zdania i między myśli. Też gryzę - to nie było ostrzeżenie ani groźba, to był ledwo żart, który zrodził kroplę podziwu. Fakt pozostał faktem - gryzł. Boleśnie. Z niekoniecznie dobrymi skutkami, kiedy było się takim chuchrem i twoje ciało walczyło o to, żeby w tym stresie utrzymać się na nogach bez kolejnego ataku paniki.

- Hmm... na przykład: piwo kremowe. - Sam nie był fanem słodyczy, tak i za piwem kremowym niekoniecznie przepadał. Więc miał kilka butelek tylko dla gości, którzy akurat je pili. - Whiskey trzymam głównie dla gości. Wolę wino albo kolorowe drinki. - Czasami zdarzało mu się napić whiskey, ale tylko dla towarzystwa - za mocno drapała w gardło. Była zbyt ostra. - Dla... znajomego kupuję czasem sernik. Mam zawsze cygaro, gdyby ktoś miał ochotę, chociaż nie palę. Albo trzymam jakieś ciastka dla gości. - I tym podobne rzeczy. Zazwyczaj oczywiście prosił Migotka o to, żeby je upiekł - słodziutka Elaine... być może już nigdy miał jej nie spotkać, ale może to lepiej? Pochodzenie z dwóch tak drastycznie odmiennych światów nie sprzyjało znajomościom. A ten "znajomy"? Philip był fanem sernika, a ich relacja była co najmniej poplątana. Bolesna tak na dobrą sprawę. Laurent zastanawiał się, jaką ma szanse na uratowanie tego i czy zasłużył na słowa, które popłynęły z ust Notta. - Nie przepadam za słodyczami. Ostatnio nosiłem czekoladki od przyjaciółki... od Victorii, z którą cię skontaktowałem. - Wyjaśnił i w sumie nie wiedział, po co się tak rozwleka nad tematem. I może nie powinien. Miał ten "problem" - lubił mówić. Lubił opowiadać, chciał poznawać i dawać poznawać siebie. Tylko że potem pojawiało się ostrzeżenie, czy przekazana wiedza nie zostanie wykorzystana przeciwko tobie. Teraz widzi właśnie tą twarz, która się uśmiecha i jest przemiła, ale może Astaroth był po prostu niestabilny - przypomni sobie, że stoi przed nim obrzydliwa selkie i znów wzgarda pojawi się w jego oczach. Ważne było jednak właśnie to tu i teraz - przeszłość miała rokowania na przyszłość, niekoniecznie optymistyczne. Ważne, że się w niej nie gubiliśmy całkowicie.

Zaklaskał z uśmiechem na triumfalną zdobycz - co prawda łowca nie mógł się popisać upolowaniem jelenia, ale herbata z malinami nadal brzmiała jak zdobycz.

- Nie, nie... tak nie, trzeba ją wysypać... - Zabrał mu bezczelnie tę filiżankę, otworzył torebeczkę, przesypał do koszyczka, przez który miała polecieć woda, a drobinki herbaty i owoców miały pozostać w środku. - Te torebki są okropne, zabijają dużo aromatu herbaty... - Ale wygodne do przechowywania porcji, dlatego niektóre takie kupował. Idealne na jedną herbatę, a nie cały dzbanek. Czy to miało znaczenie, skoro nie czuł smaku? TO właśnie znaczenia nie miało. Mógł go nie czuć. Co wcale nie sprawiało, że Laurent chciał go przez to traktować jakkolwiek inaczej. Machnął różdżką i porcelana ładnie ustawiła się na blacie, a czajnik, który już gwizdał, uniósł się z kuchenki i polał odpowiednią ilość wody do filiżanki. Jedną do filiżanki, a drugą do czajnika, w którym Laurent też odmierzył porcję zielonej herbaty. Odstawił wszystko na miejsce, ogarnął przestrzeń wokół nich i w zasadzie to chyba mogli przejść do jadalni albo salonu... chyba tak. Tylko że Astaroth postanowił być ośmiornicą z wyciągniętą ku niemu dłonią.

Nie od razu zareagował. Spoglądał trochę niepewnie na rękę, bo nie bardzo wiedział, czego Astaroth oczekuje. Z tymi słowami, z tym spojrzeniem. W końcu ujął delikatnie jego dłoń i przeszedł go dreszcz. Victoria miała podobną temperaturę ciała - był do tego przyzwyczajony. Ujął ją pewniej, dołożył swoją drugą dłoń zamykając tą jego między swoimi. Przesunął palcami po chłodnej, trupio-bladej skórze. Czy on to zimno odczuwał, czy było mu obojętne? Tylko tragedii... nie wiedział, ile Astaroth miał lat, ale wyglądał naprawdę młodo - jego spojrzenie, oczy człowieka, który przeżył odrobinę za dużo, sprawiały tylko mylne wrażenie co do jego wieku.

To w końcu tylko dotyk. Nic więcej.

Jego serce uderzyło nieco mocniej.

- To jest... nawet nie wiem, od czego zacząć... a o części nawet nie mogę mówić... - Wszedł w ten szept naturalnie razem za nim. Nie patrzył na jego twarz. Spoglądał na jego dłoń, którą badał. Po której wędrował palcami.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#13
14.07.2024, 18:36  ✶  
Słuchałem go uważnie, chociaż temat wcale nie musiał być znowu jakichś wygórowany. Zresztą, cholera! Był ciekawy jak diabli! Laurent właśnie wymieniał smakołyki, do których chętnie bym się przytulił za życia. Za śmierci w sumie też mogłem, tak bardziej z sentymentu. Może poza cygarem... Raz odpaliłem i o raz za dużo. Zdecydowanie bardziej preferowałem papierosy.
- Ewidentnie trafiłem do raju na ziemi - zauważyłem usatysfakcjonowany, pomimo przeciwności, które mogłyby mi pozwolić w pełni cieszyć się z wymienianych dobrodziejstw dla gości. Ale nie mogłem ukryć, że też się co nieco oburzyłem, tak dla sportowego czepiania się w ramach naszych nocnych chichotów. - JAK MOŻNA NIE PRZEPADAĆ ZA SŁODYCZAMI?! - zapytałem go, bo nie mieściło mi się to w głowie.
Jednakże to wiele tłumaczyło. Zapewne to dlatego udało mu się zachować smukłą budowę ciała, niemalże eteryczną. Po prostu była to kwestia odpowiedniego odżywiania się, a nie wciągania wszystkiego, czego tylko się zapragnęło. No, aktualnie również nie mogłem sobie pozwalać na jedzenie wszystkiego, czego sobie zapragnąłem. Niebywałe, że mogłem w tej sytuacji myśleć w sposób dowcipny, zamiast się tym jakoś szczególnie przejmować. Może to była kwestia kontroli? Zachowania rozwagi? Wszystko w ramach bezpiecznej granicy, której za żadne skarby nie mogłem przekroczyć.
- Hah, całe życie to skrzaty parzyły mi herbatę - przyznałem się wyszczerzony. Może aż za bardzo. Znajdowała się tam para ostrych jak brzytwa kłów.
Z podziwem oglądałem ten taniec filiżanki i dzbanków. Usłużnie gotowały się do herbacianej służby niczym dzielni żołnierze, choć to była tylko drobna, krucha porcelana... Miałem różdżkę, miałem kuszę. Mogłem iść do lasu i upolować do pary tego jelenia, aczkolwiek nie byłem pewien, czy patroszenie zwierzęcia poszłoby Laurentowi tak sprawnie jak zaparzenie herbaty. Obawiałem się, że kosztowałoby go to wiele łez. Przelana krew... I to tak bardzo nie pasowałoby do tej zastawy, do tego domku, jego właściciela. Trochę zwątpiłem w swoje możliwości, w swoje motywacje. Może tak naprawdę nie chciałem dobrze. Może to był kolejny pretekst by znaleźć się blisko jego szyi...?
Nie, nie chciałem tak siebie widzieć. Nie chciałem być podstępną bestią.
Cisza między nami nieco się przeciągnęła. Ręka wyciągnięta wzdłuż blatu czekała nieruchomo, ja zresztą również. Obserwowałem cierpliwie Laurenta, obserwowałem również w ciszy swoich reakcji. Próbowałem się w tym wszystkim, co dziś robiłem, dopatrzeć fałszu, ale... nie byłoby mnie tu, gdyby nie artykuł, gdyby nie troska. Nie chodziło w tym o krew. Nie mogło chodzić, prawda?
Zamknąłem oczy, czując jego dotyk. Umarłem, mając dwadzieścia dwa lata. W maju skończyłem dwadzieścia trzy. W rzeczywistości czułem się, jakby śmierć naliczyła mi pozostałe lata, których nie miałem okazji przeżyć. Siedemdziesiąt? Osiemdziesiąt? Może sto dwa lata? Nowe doświadczenia, niepewności i sytuacje jedynie do tego dodawały. Kolejne pięć, kolejne dziesięć, ze trzydzieści dwa, bo każde ugryzienie, którym się raczyłem, było niczym incydent zapisujący się głęboko we mnie. I paradoks, bo też krew dodawała mi siły, energii, odmładzała moją duszę. I ciało również.
Otworzyłem oczy. Para zielonych oczu wpatrywała się prosto w niego, w jego nieludzko niebieskie oczy, pełne usta, wyraźnie zarysowaną kość policzkową.
- Nie przejmuj się tym. Po prostu żyj - odezwałem się przyciszonym głosem, ale wychodząc z tej szeptanej otoczki. Tak, jakbym chciał podkreślić, że to było ważniejsze, to, co mu mówiłem, że mogło zagłuszyć to złe. - Chcesz mi o tym opowiedzieć...? Przynajmniej o tej jawniejszej części? - zapytałem go niepewnie, bo w takich momentach, takich najbardziej emocjonalnych, zawsze dopadała mnie niepewność, czy dam radę, czy będzie ok, czy nie przeciągnę rozmówcy przez trudne tematy, po których już nie wróci do siebie, albo czy po wszystkim wciąż będzie na mnie patrzył tak samo? A może przekraczałem jakąś granicę, której nie powinienem przekraczać? Z pewnością nie chciałem nikomu robić krzywdy.
Czułem jego dotyk na swojej dłoni. Ciepły. Wokół całej dłoni. Delikatny dotyk. To ciepło ludzkiego ciała zawsze odbijało się po mnie echem, jakby to było dobro upragnione, coś, o co powinienem walczyć, za czym tęsknić, czego pragnąć całym sercem. Ciepło, jeszcze bardziej intensywne przez chłód mojej skóry. Ciepło - tylko tyle i aż tyle.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#14
14.07.2024, 21:36  ✶  

Zaśmiał się cicho ponownie słysząc o tym raju na ziemi - słodko-gorzkie słowa. Słodkie, bo przecież to miał być Raj. Takim go określano - całe New Forest. Miejsce, gdzie możesz oderwać się od zgiełku miasta, gdzie panuje cisza, gdzie natura przypominała czarodziejom, jak bardzo są z nią związani, nawet jeśli o tym zapominali. Gorzkie, bo ten Raj go zaczynał dusić. Stawał się jakąś złotą klatką, chociaż wcale nie był uwięziony. Stawał się nagromadzeniem kiepskich emocji. Jeszcze trochę i będzie ten dom nimi wypełniony, albo wręcz przepełniony. Słodkie chwile stawały się tutaj i tak zwieńczeniami czegoś przykrego. Florence już mu to powiedziała - że to tak, jakby zawisnęło nad nim jakieś fatum.

- Tak mówią na New Forest. Że jest Rajem. - Powiedział to ciepło, bo wiązał z tym ciepłe odczucia. Był dumny z tego, co tu stworzył - głównie sam. Swoimi rękoma. - Wiesz, kto pierwszy wypowiedział to piękne słowo? - Słowo "raj". Zapytał o to niemal kokieteryjnie, uśmiechnięty półgębkiem. - Ja. - Tak powiedział: stworzy Raj. Miejsce, do którego każdy będzie mógł uciec. Miejsce, gdzie on będzie Aniołem, a człowiek będzie mógł zaznać chwili wytchnienia od upałów w cieniu jego skrzydeł i wśród szumiących drzew, nad chłodem morskiej wody. Chciał przynosić ukojenie i zmywać grzech, ale cóż począć? Sam teraz grzechem się stał i w grzech się zamienił. Prawie zapominał, że jego lotki były kiedyś białe. - Sam jestem miodem, nie za dużo byłoby wtedy tej słodkości? - Zebrało mu się na kokoszenie się! Mógłby powiedzieć, że to wina Astarotha - on zaczął! Zaczął? Tak, jak najbardziej. Kokieteria była tak głęboko zapisana w DNA Laurenta, że sam nie był pewien, że potrafił inaczej. I jednocześnie chciał inaczej. Osoby naprawdę bliskie próbowały mu to wyjaśniać - że jest przecież wiele więcej niż ciałem, opakowaniem. Zażartował z tego, chociaż wiedział, jak oddziałuje na ludzi i wiedział, że za miód potrafili go uważać. Za anioła o białych rękach i aureoli wokół platynowych włosów. - Przyznam ci, że kiedyś bardzo uważałem na to, co jem, żeby... idealnie wyglądać. - Celowo zrobił pauzę, niemalże dramatyczną! Dla niektórych to było oczywiste, ale większość ludzi tak na to nie patrzyła - że to nie jest "tak się po prostu urodziłem". To była praca. Owszem, miał szczęście - przystojnego ojca i piękną matkę, do której się upodobnił. - Cóóż... jestem na szczęście ładniejszy od skrzata. - Trzymając jego dłoń, uśmiechając się w ten uroczy sposób, rozmawiając o wszystko i o niczym. Rzeczach ważnych i miałkich. Nie miało znaczenia - kiedy słowa przepływały gładko między dwójką ludzi to rodziła się więź. Rodziło się zrozumienie. Laurent nie bardzo wiedział, na czym to polegało - jego instynkt samozachowawczy zawsze szwankował. Nie potrafił nie dopatrywać się zgryzoty tego, że trzyma zimną dłoń osoby, która żywiła się na takich jak on. I nie ważne, ile słodkich słówek sobie powiedzą - to się nie zmieni.

To była przyjemna i miła chwila. Taka, w której nie musisz wyduszać z siebie zbyt wielu słów, a jednocześnie możesz powiedzieć cokolwiek, każdą głupotę. Przypominał sobie, jaki był sceptyczny wobec Victorii i tego, że zakochała się w wampirze. Nadal podtrzymywał swój sceptycyzm. Można obdarzyć wampira uczuciem, oczywiście. To wcale nie znaczy, że wybór był dobry. Logika nakazywałaby się wycofać. Blondynowi daleko było do mówienia o jakichkolwiek odczuciach względem Astarotha, rzecz jasna, ale w tym dotyku nie potrafił nie wrócić do słów, które między nimi padły. Czy Victorii dobrze szły badania nad miksturami? Ważniejsze pytanie: czy ta dłoń stanie się cieplejsza od jego dotyku? Czy mogła się trochę zagrzać? Czy on mógł trochę ogrzać jego swoim ciałem?

- Hah... dziękuję za miłe słowa. - Nawiązał z nim ponownie kontakt wzrokowy. Puścił go jedną tylko dłonią, żeby znów złapać za różdżkę i nakazać porcelanie dalszy taniec - do salonu. Kominek, duża kanapa obita skórą z pomiętolonym kocem, dwa fotele do kompletu, niski stolik kawowy. Nad kominkiem wisiał piękny obraz kąpiących się, nagich niewiast w morskiej pianie - i tylko jedna miała platynowe włosy. Zrezygnował również z szeptu. - Poruszanie ponurych tematów sprawia, że i atmosfera staje się ponura. - Pociągnął go lekko za dłoń i skinął zachęcająco w kierunku kanapy. Tam było zdecydowanie wygodniej niż leżeć przewieszonym przez blat kuchenny. Ten wampir, co go tylko opijał z herbaty. Tamto zdanie go lekko zmieszało. Było takie... niebezpośrednio mówiące o tym, że aż za dobrze rozumiał te wysyłane przez Laurenta sygnały. A Laurent bardzo chciał wyjść z twarzą od odmowy. Głównie dlatego, że do niej nie przywyknął. - Ten artykuł... och, autor poprzekręcał moje słowa. Powycinał je z kontekstu. Owszem, tak uważam, ale... jestem odrobinę sprytniejszy ponad zsyłanie na siebie kata tych terrorystów.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#15
15.07.2024, 22:42  ✶  
- Faktycznie, za dużo tej słodyczy... Trzeba kosztować z umiarem - przyznałem, zachowując ten zawadiacki ton, rozbawiony, lekki, kokieteryjny, tak, uwodzicielski, kuszący wręcz by wydarzyło się coś więcej, jakaś magia przewyższająca nas oboje. Może nawet czyniąca cuda? Bajki, słodkie bajki o księżniczkach i książętach. - Bardzo pasuje do tego miejsca określenie raj. Wyobrażałem sobie jak musi tu być pięknie za dnia... Hah! Gdybyśmy spotkali się w innych warunkach, zapewne teraz biegłym w pełnym słońcu jak wariat do tego morza. Tam jest morze, prawda? - zapytałem, oglądając się gdzieś za siebie, w mrok nocy. Nie widziałem wody, ale tam była.
Praca nad sobą nie brzmiała beztrosko, ale co nieco o tym wiedziałem. Zamiast na urodzie, mnie raczej szlifowano pod innymi kątami, stąd...
- Cóż, a ja musiałem jeść dużo, żeby mieć siłę na treningi... dlatego jestem podobny do skrzata - odparowałem, stwierdzając przy okazji, że faktycznie Laurent potrafił brnąć do celu. Z tą urodą nie mogłem zaprzeczyć, że wyglądał idealnie, ale... wiedziałem co nieco o życiu, o związkach może niewiele, ale romansach znacznie więcej, i wiedziałem, że kochanek to nie tylko opakowanie, ale głębia smaku. Czasami w tej głębi można było bardziej odpłynąć niż w wielkich cyckach czy przy potężnym penisie, hahahaha.
Ale ta atmosfera między nami miała dwie warstwy. Jedną z nich była para ciał, którą ciągnęło do siebie. Drugą warstwą było zagrożenie czy też pamięć o zagrożeniu, jakie sprawiała moje obecność. To wisiało między nami, chociaż bariera dotyku została przerwana, chociaż wciąż wdychałem powietrze przesiąknięte Laurentem, chociaż było spokojnie. Duma wiedziała, Duma czuwała.
Dałem się bez słowa pociągnąć Laurentowi. Skierowałem się zamyślony na wskazaną przez niego kanapę i opadłem na nią... lekko, chociaż można by się spodziewać ciężkiego pacnięcia. Oparłem się o nią wygodnie, zatapiając swoje ramiona i plecy w skórzanym materiale. Na chwilę zapatrzyłem się na obraz nad kominkiem, ale nie analizowałem go. Bardziej to, co czułem w sobie. Nie umknęło mojej uwadze, że nasze dłonie właśnie się rozstały, może nieco niechętnie, ale zdawało mi się, że pierwszy przerwałem ten dotyk. Ciepły dotyk, który dodawał mi otuchy, trzymał mnie przy nadziei, kusił do pozostania wśród żywych. Dużo emocji, wiele różnych emocji, bo jednocześnie... Mimo wszystko, mimo tej pustki, którą teraz odczuwałem, mógłbym tu spędzić wieczność Było wygodnie, było pięknie. Wyobrażałem sobie tak piękne sceny, które może nie miały racji bytu, ale... Ale... Jednak mógłbym, gdyby nie te wielkie okna wpuszczające do środka niesamowicie ogromne pokłady promieni słonecznych. Może jednak byłem przez to zdyskwalifikowany na samym starcie, jeśli chodziło o zostanie przyjacielem Laurenta? I kto wiedział, czy miałem bardziej na myśli bycie zimnym trupem? Czy bycie personą unikającą skrzętnie słońca...? A może jeszcze bycie mordercą istot żywych, będących w subiektywnym spojrzeniu potworami?
- Myślę, że przy mnie zawsze już będzie chmurka ponurowości... ponuratowości... ponurka...? Coś powstałego z połączenia ponurego i chmurki? Cóż, chodzi o to, że nie ma się czego obawiać, że atmosfera ulegnie zmianie - zauważyłem neutralnie, próbując ponownie zachować dowcipny ton, ale można było na powrót ujrzeć zmęczenie w moich oczach. Bycie żywym trupem - niby nic wielkiego, a jednak potrafiło dobijać. - Wybacz, że tak przerywam twoje wyznanie na temat artykułu, ale... boisz się mnie, prawda? - zapytałem, łapiąc się za ramiona. Pozycja zamknięta. Kokon bezpieczeństwa? Czy strefa samotności? Wpatrywałem się w przestrzeń przed sobą, jakbym liczył, że zaprzeczy, że skłamie, że opowie mi jak to jest wszystko tęczowo między nami. Czy ja stałem się psychopatą?! Wpierw gryzłem, rozrywałem szyję, uciekając się do manipulacji, a teraz... oczekiwałem przyjaźni, miłości, może uwielbienia?
Ta herbata z malinami ładnie pachniała. Musiała smakować jeszcze lepiej, szczególnie kiedy była zaparzona sposobem Laurenta. Ale siedziałem. Ani drgnąłem, czekając na reakcję gospodarza domu.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#16
16.07.2024, 17:36  ✶  

Wampir mówiący o tym, by kosztować z umiarem. W ilu szyjach zanurzył swoje kły? Czy cierpieli? Czy bolało tak samo mocno? Czy to też był atak niespodziewany, nieoczekiwany, a potem były przeprosiny, wyrzuty sumienia i przysięgi o tym, że przecież jest bestią, która chce być człowiekiem? Smak, tak - czy każdy smakował inaczej? Na pewno. To jak z... jak z herbatami, tak? Tylko co dyktuje ten smak? A może Astaroth już nie czuł smaku w ogóle, nawet tej krwi, której kosztował. Przekleństwo oplatające jego ciało wbijało się w niego, wgryzało w samą duszę i serce. Och, Laurent nie wątpił, że wampiry duszę mają. Inaczej nie byłyby wampirami - były inferiusami. Przeklętymi, w których woli nie ma już żadnej. Zostaje tylko... tylko pustka, instynkt i wieczny głód.

- Bardzo chętnie ci pokażę, jak jest tutaj za dnia. - Nie mógł mu pokazać świata w ciągłości jego wydarzeń i rozwoju, ale mógł przynajmniej pokazać, jaki jest, kiedy Astaorth miał zamknięte oczy. Lub kiedy siedział zamknięty w czterech ścianach, unikając bezpośrednich promieni słonecznych. - Pogoda sprzyja, nie widzę przeszkód, żeby cieszyć się morzem. Jest piękne, kiedy księżycowy blask maluje grzbiety fal. - Wszystko tutaj uważał za piękne i zawsze cieszył się, kiedy inni również to piękno chłonęli, doceniali i chcieli w dodatku chłonąć go więcej. Poznać więcej. Przecież po to to miejsce stworzył. Błąd konstelacji gwiazd, które mu przyświecały w tym planie, polegał na tym, że zapomniały o jednym - i być może najważniejszym: ten Raj miał też uszczęśliwiać Anioła, który w nim zamieszkał. - Bardzo chętnie zabiorę cię na brzeg i na kąpiel. O ile nie boisz się, rzecz jasna, potwornej selkie. Potwornie silnej selkie. - Laurent wstydził się różnych rzeczy - tego, że może być niedoskonały i przez tę niedoskonałość odtrącony najbardziej. Czasem jednak zdobywał się na pewne żarty, szczególnie te oczywiste, szczególnie przy osobach, które pokazywały całym sobą: mi to nie przeszkadza. Tak i teraz rozbawiony blondyn uniósł swoje ramię, żeby "naprężyć mięśnie". Umówmy się - nie było czego naprężać. Laurent był słabo zbudowany, był chudy, ale dobrze wiedział - podobał się ludziom taki. Kobietom jak mężczyznom, a bardziej chciał się podobać tym drugim. Zaśmiał się szczerze na to irracjonalne przyrównanie do skrzata. - Jak skrzat? - Powtórzył między śmiechem. - Och, zdecydowanie nie wygląda pan jak skrzat, panie Yaxley. Chyba że to jakaś nowa odmiana skrzata, zabójczo przystojna. - Ach! Słowo-klucz. Laurent wcale nie chciał go wypowiadać, ale niestety zorientował się nieco za późno. Może to zmęczenie? Niewyspanie? Stres? Wszystko na raz? Brak skupienia - te elementy na pewno mu sprzyjały. Miał tylko nadzieje, że Astaroth tego nie weźmie do swego serca. Płonne to były nadzieje, bo przecież w powietrzu czekało pytanie, którego Prewett się nie spodziewał. Pytanie, które zaraz miało paść z tych diabelskich usteczek. Cicho zachichotał jeszcze do tej chmurki ponurowatości. Czy naprawdę tak było? Mógłby mu sypać samymi pięknymi hasłami o tej wierze w siebie, że będzie lepiej, że wszystko da się zmienić, a przecież sam przegrywał z samym sobą i swoim życiem, a nawet nie miał na swoim karku takiej tragedii jak Astaroth.

- Nie czułem żadnej ponurości... przynajmniej od kiedy przestałeś krzyczeć. - To było zabarwienie rzeczywistości, bo przecież było wiele tematów, które sam musiał przepracować, zrozumieć, zaakceptować - kiedy coś nie boli twojego serca i się z tym pogodzisz, drugie serce też stanie się spokojniejsze. Nie było to też nieszczere. - Prawdę mówiąc bardzo poprawiłeś mi humor. Dziękuję. - Gdyby nie on to pewnie zebrałby te papiery, wrócił do Londynu i poszedł spać smutny i zestresowany. A tak... uspokoiło się jego serce. Chciał mu nawet to powiedzieć - że je uspokoił. Oto jednak pytanie, które tworzyło tak wiele "ale".

Uśmiech spłynął z usta Laurenta, błękit oczu przestał lśnić. Przypatrywał się Astarothowi i jego odruchowi - tak w jego odruchu było wyciągnięcie ręki, a wyszło ledwo jej drgnięcie. Odruch, żeby złapać Astarotha za ramię. Właściwie czy to wszystko nie było zbytnim spoufalaniem się? Dwójki obcych sobie osób? I teraz ta osoba pytała o strach. Wywoływała go z cieni tego domu, kiedy uderzał kroplami w szyby jego domu i zamiatał wiatrem liście przed nim. Tak o szyby deszcz dzwonił jesienny - i pluskał miarowy, jednaki, niezmienny... to "wtedy" i to "tu" bardzo łatwo pokrywały się ze sobą i nachodziły na siebie. Strach też był niedoskonały. Człowiek jednak nie mógł siebie samego nienawidzić za każdą z przywar... czy Astaroth więc siebie nienawidził? Życie w wiecznej jesieni musiało być wykańczające. Yaxley w takowej zamieszkał.

- Boję się wielu rzeczy. - Złożył dłonie (wierzchem do dołu) na swoich udach, spoglądając na nie. Oparł kciuk o kciuk. Tylko najpierw odruchowo poprawił włosy. Wiedział, że mógł manipulować prawdą. Że jego złoty język, język węża, mógł przekazać wiele informacji błądząc w półprawdach i niedopowiedzeniach. Tylko czy tego chciał..? Wyjść naprzeciw nadziejom Astarotha - bo domyślał się, co chce usłyszeć. Kiedyś sądził, że taka jego rola - uszczęśliwiać ludzi. Jakoś... niewiele mu z tej roli przyszło. - Nie mieliśmy zbyt... fortunnych... pierwszych spotkań, a ja, jak pewnie zauważyłeś, niekoniecznie radzę sobie z przemocą. - Stresowało go to - i z tą sytuacją (z tą rozmową) też niekoniecznie sobie radził za dobrze. - Bo jestem słaby, co tu dużo ukrywać i niektórym już się zdarzyło to wykorzystać. - Podniósł spojrzenie na Astarotha i uśmiechnął się przepraszająco. - Boję się też bólu. I tego, że innych będzie boleć. Nie znam ciebie, a ty nie znasz mnie. Tej niewiedzy też się boję. Czy jesteś takim dobrym manipulantem, czy tylko niewinną osobą, której przytrafiło się coś strasznego? Nie wiem tego... tak jak chyba ty też nie wiesz tego o mnie. - Odwrócił spojrzenie na kominek. - Najbardziej się boję, że Duma może cię ugryźć. - Chciał mu powiedzieć coś szczerze i wprost... ale i tak wyszło inaczej. Szczerze? Tak. Ale sam najlepiej wiedział, co zrobił w swojej wypowiedzi.

Przekręcał palcem pierścionek drugiej dłoni.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#17
16.07.2024, 21:28  ✶  
- Nie... Nie mówię tego, żebyś mi wciąż kreował piękne wizje. Po prostu wciąż... nie mogę się pogodzić z pewnymi stratami - przyznałem, bo też nie chciałem, żeby Laurent poczuł się moim sługusem, poza tym to mogło mnie uzależnić, oglądanie tego, co utraciłem, mogło być dla mnie narkotyczne, mogłem do tego ciągnąć oszalały może nawet... Raczej nigdy nie miewałem uzależnień, ale odkąd miałem fioła na punkcie krwi, byłem zdania, że to wszystko mogło się zdarzyć. Mogłem nawet go terroryzować, bo chciałbym się wygrzewać na plaży. Taaak. Jeśli chodziło o mnie nowego, to wszystkiego byłem gotów się po sobie spodziewać.
Uśmiechnąłem się lekko na pokaz jego mięśni. Nie spodziewałbym się, że Laurent Prewett mógł mieć taki dystans do siebie. Większość arystokracji miałem za sztywniaków, choć trafiało się paru kolegów w mojej dawnej ekipie, którzy nie stronili od chichotów. Nawet z siebie samych. To dobrze, to zdecydowanie dobrze. Życie było za krótkie by brać je non stop poważnie.
Tak, ja również miałem do siebie dystans. Do swojego wampiryzmu dopiero zaczynałem mieć.
- Taaak... Zabójczo przystojna - przyznałem rozbawiony. Zagryzłem wargę. To było na swój sposób złe, w jaki sposób kręciliśmy się wokół siebie w rozmowie. Niebezpieczne. Miałem unikać wszystkiego, co niebezpieczne, a jednak... To było takie płytkie, ale pięknie płytkie, beztroskie i budowało ego. Byłem blady, może nawet siny w niektórych miejscach, ale wciąż potrafiłem zostać określonym mianem przystojnego, nie? Kto by się nie uśmiechał?

Laurent sprawnie wybrnął z zadanego przeze mnie pytania. Politycznie. Dokładnie takiego zachowania gotów byłem spodziewać się po Prewetcie i je dostałem. Ani nie zaprzeczył, wznosząc między nami słowa kłamstwa... Ani nie potwierdził. Przynajmniej nie bezpośrednio. Tyle obaw się w nim kłębiło, tyle strachu... i nawet ten strach o mój tyłek.
Pokiwałem głową, czego zapewne nie widział. Czy ten kominek płonął...? Bo pewnie przyciągał moje spojrzenie, jeśli tak. Dodawał/by ciepła w tę ponurą jesienną noc.
Wziąłem głęboki wdech, jakbym chciał coś powiedzieć, ale nie było najpewniej żadnych słów, które mogłyby wyrazić... co czułem? A może jednak? Może coś było?
- Przepraszam cię - znowu szeptałem. - Nie powinienem cię tak szybko oceniać, pochopnie. Tym bardziej tak reagować gwałtownie - dodałem, żeby było wiadomo za co. Za ugryzienie już przepraszałem, nawet kilkukrotnie.
- Przyznam... że sam już nie wiem, kim jestem. Czasami mam wrażenie, że stałem się tym manipulantem, gotów wciąż i wciąż grać o więcej krwi... Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie wykorzystałem tego artykułu żeby cię zobaczyć w tym celu. To byłoby potworne, gdybym tak zrobił, dlatego staram się nie myśleć... o wiesz czym... Żeby pokazać samemu sobie, że nie jestem potworem - wyszeptałem, mówiąc to głośno i - jak na zawołanie - zacząłem intensywniej odczuwać tę potrzebę zatopienia zębów w tej ciepłej, gładkiej, niebiańsko pachnącej szyi. - Może nie byłoby tak źle, gdyby Duma mnie ugryzła... Chyba że bym jej zaszkodził. Nie chciałbym jej zaszkodzić - dodałem, w końcu pozwalając sobie na ruch. Sięgnąłem po filiżankę z herbatą, chcąc gorącym naparem zaburzyć mrowienie, delikatne mrowienie w zębach.
- Zszedłem na nieodpowiedni temat. Wróćmy do tego artykułu. Co w nim powiedziałeś? Co wyciął i przekręcił ten idiota? - zapytałem Laurenta. To było niepokojące, że to nawet nie on sam zsyłał na siebie tarapaty, tylko jakaś menda chcąca posłuchu wykorzystywała jego wizerunek by namącić i tym samym skazać Laurenta na niebezpieczeństwo. To nie było w porządku. Można było nawet określić mianem bestialskiego zachowania. Gdyby Laurent zginął, mógłby być równie dobrze współodpowiedzialny. - Składałeś na niego skargę? Będąc na twoim miejscu, pewnie złożyłbym mu osobistą wizytę... Ale czasami bywam zbyt narwany - przyznałem niewinnie, uśmiechając się lekko, mimo że walczyłem właśnie ze sobą. Pokusy... Trzeba było na nie uważać. Ale miałem nadzieję, że jak się zagadam, to przestanę o tym myśleć...?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#18
17.07.2024, 11:41  ✶  

Czy to był "aż taki" dystans do siebie? Laurent by nie powiedział. To były ledwo próby nakrywania płachtą czegoś zabawnego swoich niedoskonałości. Daleko temu było do śmiania się z nich, ledwo żarty przy kimś, kto pokazywał, że spoglądał, zwracał uwagę, że jemu to nie przeszkadzało. Te jego spojrzenia, te jego słówka i gesty - nie musiał tego mówić wprost. Laurent widział swoje odbicia w zielonych oczach i podobało mu się to, co widzi. A widział siebie pięknego, atrakcyjnego, a przy tym... wcale nie pożądaną. Platoniczność nie miała zbyt wiele zalet, chyba że głupia głowa wyceniała cię tylko na to, jakie posiadasz ciało. W co jesteś opakowany, a nie to, co masz we wnętrzu. Prezenty potrafią zachwycać zaplecioną wstążką, kokardą na czubie, dodatkiem kwiatów i wycinanką w gwiazdeczki. Cieszysz się, rozrywasz papier, a tam - rozczarowanie. Kolejny raz te same skarpetki, jak od dziesięciu lat. Człowiek nie był przedmiotem, ale potrafił być taki sam - piękne opakowanie, w którym było całkowicie przeciętne wnętrze.

Jego zabiegi nie były jednak kłamstwami. Nie wyśpiewał ani jednego kłamstewka - nie dało się jednak zaprzeczyć, że nie potrafił powiedzieć: nie, nie boję się ciebie. Tak samo jak nie potrafił powiedzieć, że się boi. Dlaczego? Ha... Bo bał się, że go tym zrani. I być może bał się tego, że Astaroth mógłby znów zmienić swój nastrój, zezłościć się, wściec? Gdyby tak było - czy jego zachowanie by się zmieniło? Niewiedza była wrogiem ludzi takich, jak Laurent, a niezdecydowanie Astarotha było jak oliwa dla małych płomyczków. Nie, wręcz dla samego żaru! To były tylko czerwone węgle, ale oliwa sprawiła, że zaczynały płonąć. Coś, co po prostu było, wpisane w pierwotność człowieka i jego DNA, mogło zostać bardzo łatwo obudzone do życia kilkoma nieszczęśliwie nieudanymi zabiegami. Astaroth je wprowadzał w życie. Nie celowo - ten mężczyzna przeżywał w końcu swój koszmar. Tylko... tylko czy Laurent w ogóle miał miejsce na ten koszmar w życiu? Bo poczuł się przytłoczony. Nie... chyba nie mam. Gdzieś pomiędzy "chcę pomóc" a "nie mam na to siły". W uczuciu, że to i tak nic nie będzie znaczyło - może i nawet się tym razem uda, może rzeczywiście Yaxley coś naprawi w swoim cierpieniu - a co znowu będzie z nim?

- W porządku, nie gniewam się, naprawdę... rozumiem. - Przecież zresztą sam wtedy zawinił... czy tak się czuli ludzie, których on ciągle przepraszał? Próbował przestać, żeby tego nie robić, ale to była trudna nauka jazdy. I tak, STAŁO SIĘ, więc to nie tak, że jest "w porządku"... nie, wróć. Jest w porządku. Nie było w przeszłości.

Chyba byli kwita? Musieli być. Nie usłyszeli od siebie tego, co chcieli usłyszeć - różnica była taka, że Astaroth wypowiedział się wprost. Może nawet zbyt wprost. Starał się nie napinać i oddychać normalnie. Nie pokazywać po sobie, że były takie słowa, które nie kupowały spokoju, a sprzedawały jedynie jego odwrotność. Więc... jak to było w końcu? Nie wiadomo - Yaxley sam nie wiedział.

- Duma to samiec. - Z tej całej wypowiedzi zdobył się na odpowiedź tylko na tę część przy całej tej próbie zachowania spokoju. Tak, miał rację, to byłoby potworne. W tym niebezpieczeństwie tliła się iskra ekscytacji, ale chyba za bardzo teraz szukał bezpieczeństwa i komfortu, żeby miała tu prawo głosu i moc przebicia. - Nie najgorzej radzę sobie ze słowem, więc wiem, jak udzielić wywiadu... Jest różnica, kiedy mówisz, że Beltane było terrorem, a kiedy ktoś wpisuje, że Śmierciożercy to terroryści. - Uśmiechnął się nikle, zerkając na Astarotha. - Mój prawnik się już tym zajmuje, nie chcę kolejnej afery... ale mężczyzna może pożegnać się z pracą. To, co zrobił, jest, delikatnie mówiąc, niegodne. - To napięcie wcale nie malało. Tylko rosło. Czuł się coraz bardziej niespokojnie i nieswojo, opętany tą myślą, że w każdej chwili Astaroth może się podnieść i...



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#19
17.07.2024, 22:02  ✶  
Powód do rozczarowań w moim przypadku był zgoła inny. I tak w moich oczach Laurent zdecydowanie zyskał, w porównaniu z tym, co o nim myślałem po pierwszym spotkaniu. Ba!, wtedy byłem wręcz na niego wściekły, nie potrafiąc mu udowodnić winy i jednocześnie nie mogąc go ukarać z powodu jego statusu. Ta niechęć we mnie rosła i rosła, może rosła by dalej, gdyby większe problemy nie pojawiły się na mojej drodze... Ostatecznie po spotkaniu z Prewettem pozostała mi niechęć do wody i brak zaufania do istot w nich żyjących, ale...
Rozczarowania.
Rozczarowaniem byłem dla siebie sam, kiedy przypatrywałem się sobie i własnym odczuciem. Pragnąłem kontrolować bestię w sobie, ale znowu traciłem ją z ryz. Wymykała mi się. Myśli stawały się rozbiegane, usilnie wracające do jednego. Byłem rozczarowany, bo sądziłem, że mogę siebie kontrolować, że dam radę, że jestem ponad to, a zamiast tego czułem to cholerne mrowienie w ustach.
I doprawdy... Żałosne. Ja mu mówiłem, że mam problem, a on mi mówił, że Duma to samiec. Chociaż, tak z perspektywy ubiegającego czasu, to była cenna informacja. Samce z reguły były silniejsze, miały bardziej rozbudowane mięśnie. Pojedynek miał być bardziej wymagający. Może jednak powinienem ruszyć się po kuszę...? ...tylko czemu o tym myślałem? Przecież nie chciałem strzelać temu zwierzęciu w oko. Czy może jednak? Sporo znaczyło dla Laurenta. Tak jak dla mnie sporo by znaczyła przyjaźń z Laurentem.
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem... Zapodziani po głowy, przez długie godziny... Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny. Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem... Nie, może to jednak nie był dobry repertuar, chociaż skupianie się na malinowej herbacie, a nie palcach oblanych w malinowym soku, nieco pomagało. Istne wariactwo. Wariowałem jak nic. Ciekawe, czy Victoria byłaby gotowa wynaleźć specyfik na wampirze szaleństwo???
- Mogłem się domyślić, że pismak poprzekręcał słowa... - skomentowałem to tak, nazbyt prędko, może nieco nerwowo. Ponownie napiłem się herbaty. Pachniała malinami, ale czułem jedynie jej gorąco. Wrzątek. Piłem niedawno. Nie mogłem pić tak często. Nie powinienem o tym myśleć. Maliny, tak, maliny.
- I tak ma być! Niech prawnik nie zostawi na nim suchej nitki! - W moim głosie słychać było gratulacje, może nieco za bardzo przesadne. - Ale obstawiam, że artykuł to nie jedyna rzecz, która cię dręczy...? Przy waszym sztabie prawników, to wręcz formalność - zauważyłem z uznaniem, bo jednak kasa w życiu się przydawała. Sam świetnie sobie zdawałem sprawę z tego jak potrafiła ułatwiać życie. Zapewne Ojciec by mnie jednak ubił, gdyby wiedział, ile wydałem na te swoje podróże... Ale to wszystko w ramach zdobywania doświadczenia, no nie? Podróże. Właśnie, na podróżach się skupić. Nie tylko na tych do Ameryki, ale też Meksyku, Włoch czy Południowej Afryki. Chociażby Maroko... Tak, w Maroko było genialnie.
Chciałem również skłonić Laurenta do większego otworzenia się. Nie miałem już życia, więc gdzie to mogłem powtórzyć...? Chciałem tylko... mu pomóc? Ulżyć? Żeby nie był może z tym sam...? Hah! Pewnie miał od groma przyjaciół, towarzystwo potężniejsze od mojej dawnej ekipy, innego kochanka na każdy dzień tygodnia, a ja tu rozwijałem drobne marzenia o... posiadaniu przyjaciela? To z kolei było bardzo smutne. To było potworne i smutne.
Obejrzałem się w bok, jakbym spodziewał się tam ujrzeć Dumę. Czy ten dom nie był za ciasny dla dwóch łowców?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#20
18.07.2024, 17:22  ✶  

Zamykanie się w swoich odczuciach, kiedy obok był ktoś, kto potrzebuje pomocy - to nie było fair. Z drugiej strony - co było fair? Dlaczego ciągle miał oglądać się na ludzi, spoglądać na nich, na ich potrzeby i ignorować własne? Mógł długo i mógł wiele, ale powietrza w płuc w końcu brakowało. Astaroth wiele o tym wiedział, kiedy szedł na dno, ponieważ słodki głos ciągnął go do wody. Ładne to wszystko było, co? Intencja ludzkiego egoizmu rozbijająca się na falach człowieczeństwa - a każdy z tu obecnych ze swoim problemem i swoim zamkniętym światem. Astaroth chciał się otworzyć. Nawet to zrobił. Zrobił to... a Laurent nie był na to gotów. Jego odpowiedź była głupia. Debilna. Ale związało go takie zmieszanie i pęczniejący strach, że wypowiedzenie czegokolwiek innego grzęzło mu w gardle. Nawet potem mówienie o tym dziennikarzu wymagało od niego kolosalnego wysiłku, na który nie było go stać. Astaorth zajmował swoje dłonie herbatą, pijąc ją tak, jakby była najlepszym naparem na świecie. I nie miało to znaczenia - i tak nie czuł jej smaku. Może podobał mu się zapach, a może chciał mieć te ręce zajęte, żeby wyglądać mniej żałośnie. Laurent starał się żałośnie nie wyglądać, ale nie miał w sobie energii na próby prostowania się, uśmiechania w nadmiarze i zbrojenia swojego języka na próby bezbłędnego odpowiedzenia na wszelkie animozje. Zawód oczekiwań... zawód oczekiwań... Czasami nie trzeba wcale zdobywać gór, żeby sprawić komuś przyjemność - wystarczy samo zainteresowanie. Wystarczy to, że jesteś, że chcesz być i deklarujesz się, że będziesz. Jak bardzo było to trudne do osiągnięcia w bytności odczucia, w którym boisz się, że osoba obok cię zaatakuje? Nie miał mądrej odpowiedzi na to pytanie swojej głowy. Tak jak zabrakło mu mądrości na wyznanie Astarotha.

Lecz Astaroth mówił i udawał, że wszystko jest w porządku. Udawanie. Nie był dobrym aktorem, a wydawało mu się, że w udawanie jest całkiem niezły. Wystarczy odsuwać myśli, nakrywać temat innym tematem. Szczerość to cenna waluta, którą chciano tutaj sypać - Prewett nie był jednak na to gotowy. Ani na to, żeby rozmawiać o swoich problemach, ani na to, żeby przyjmować jego i trwać przy tym niewzruszenie - rzeźba wyłaniająca się z białego marmuru. Miał w sobie więcej czerni niż chciał pokazać. Więcej brzydoty we wnętrzu niż chciał, żeby widzieli inni. Więc kiedy znów dopytał o to dręczenie to już nie wiedział, co mu powiedzieć. Pohandlować? Tą szczerością? Odepchnąć go? Powiedzieć, że czas na niego, bo on też musi się pojawić w normalnej godzinie u Florence, żeby i normalnie wstać dnia następnego? Gdyby nie strach to pomyślałby, że... ach, nawet i strach nic tu nie zaradzał. Brakowało mu tych silnych ramion Leviathana. Nawet jeśli teraz bał się tego, co się wydarzyło i dziwnego zbiegu okoliczności to zwyczajnie tego potrzebował. Żeby ktoś go potrzymał - jego całego. Żeby go ktoś udźwignął, bo sam już nie mógł wstać.

- Przepraszam, Leviathanie. - Odetchnął i usiadł tak, żeby być bardziej zwróconym do wampira. Żeby na niego w końcu spoglądać, jak starał się trzymać i... sam nie wiedział, co Astaroth do końca próbował przy tym, co przed chwilą mu powiedział. - Tak, to byłoby potworne, gdybyś tak zrobił. - Nie do końca nawyknął do takiej szczerości, która mogła kogoś zranić, ale czasami prawda działała najlepiej. Chyba ten przypadek tak miał. - Może w takich chwilach powinieneś przyznać przed samym sobą, że tak jest - że ten głód jest prawdziwy. A potem zastanowić się, co jest oprócz niego. - Priorytetyzowanie spraw nie było problemem tylko Astarotha, jak i pomieszanie emocji, jak i pomieszanie chęci. Czasami rzeczy układały się naturalnie w piramidę, innym razem cisnęły obok siebie. Nie wiedział, jak jest tutaj. I nie, mówienie o tym nie było proste, bo Laurent nie chciał myśleć znów o tym, że mogła być przelana jego krew. - Przyzwyczaiłem się... - zatrzymał się w tej wypowiedzi. Nie chciał tego powiedzieć. Bo co miał dodać? Do bycia kurwą? Wykorzystywanym ciałem? Dlatego go to zarazem przerażało bardziej, mniej jak i gdzieś w środku potrafiło nakręcić? To była chora mieszanka i było mu od tego niedobrze. Pokręcił głową przecząco. - Nie, artykuł to tylko przelanie czary goryczy. - Nie zamierzał go tu okłamywać, dlaczego zresztą miałby. - Ale ja bardzo nie chcę o tym mówić. Nie chcę się nad tym zastanawiać. Nie chcę przepłakać kolejnego wieczoru. - Czy Astaroth to rozumiał? Bardzo chciał, żeby zrozumiał. - I przede wszystkim nie chcę znów zanieść swojej zapłakanej twarzy do kuzynki, która mnie ugościła. Jestem mężczyzną, tak? Nie powinienem wiecznie chodzić zapłakany. - ... tak? Ktoś mu kiedyś powiedział, że jest jednym z tych, którzy mieli pecha narodzić się w nieodpowiednim ciele.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astaroth Yaxley (6736), Laurent Prewett (8788)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa