Zdawało się, że te twarze to był bardzo złożony proces, do przemyślenia na niejedną nieprzespaną noc. Ale pożałować mogłem jednego, że Laurent nie widział najlepszej wersji mnie - tej w pełni lekkiej, beztroskiej, rozbawionej. Teraz mogłem być rozchichotany, ale jednak mrok wciąż we mnie siedział, wciąż o sobie przypominał, szyderczo uśmiechał się do mnie, kiedy próbowałem go zagłuszać wybieraniem smakowej herbaty. Zabrałem się do tego ochoczo, aż zanadto ochoczo. Smukłe palce przekładały różnokolorowe etykiety. Niewzruszone na fakt, że były martwe, chłodne, że ich właściciel ewidentnie miał problem z ich bladością, bladością całego swojego ciała. Nieistotnie! Jeśli dobrze pójdzie, jeśli będę miał szczęście, to może mój los się odmieni...? Powinienem w to wierzyć, skoro się w to angażowałem. Tak.
- Jakie to są rzeczy...? - zapytałem z ciekawością, chcąc zagłuszyć te paskudne głosiki w swojej głowie Byłem w tej chwili gościem, tak sądziłem, że byłem, skoro ostatecznie zostało mi zaproponowane coś do picia, a też gospodarz nie wskazał mi drzwi, zaś główny obrońca tego domostwa jedynie na mnie groźnie łypał, już nie warcząc groźnie. Byłem gościem u kogoś innego niż moi rodzice. Miła odmiana. Mleko się rozlało, Laurent już wiedział, że byłem wampirem, więc nie musiałem grać, że było inaczej. Nawet jakoś to akceptował, chociaż z pewnością się obawiał, że znowu mi odwali. Sam również bym się siebie obawiał po takich akcjach... Tak właściwie, to zaatakowałem go jako człowiek, zaatakowałem jako wampir. Dziwiłem się, że w ogóle do mnie wtedy zagadał... nad tą Tamizą. Może po prostu uwielbiał pakować się w tarapaty? Może kręciło go niebezpieczeństwo...? Jakby nie patrzeć, New Forest okazywało się być bardzo spokojnym miejscem, może aż za spokojnym...?
Również parsknąłem śmiechem na to laurentowe łapanie mnie w locie. Nie chciałem być przy tym niemiły, ale zdawało mi się, że był zanadto drobny do takich akcji. W międzyczasie wyciągnąłem herbatę z dodatkiem malin! Znaleźliśmy zwyciężczynię tej nocy! Podniosłem ją nawet w górę, jakby mogła być kolejnym przecinkiem w naszej historii, może nawet średnikiem, ale... widziałem, dostrzegałem to jak Laurent na mnie patrzył. Byłbym głupi, gdybym tego nie widział, a po tych wszystkich romansach... Mi również tego brakowało, ale był pewien problem.
- Wybacz... Ja tylko opijam cię z ulubionych herbatek. Właściwie będę opijał... - odezwałem się, wpatrując w niego. Ze smutkiem? Z tęsknotą? Z zawodem? Chciałbym zbawiać świat. Kto o dobrym sercu by nie chciał...? Ale to moje było martwym sercem. Mój dotyk był zimny. Zimny-zimny-zimny. Co prawda, idealny na upalne noce, ale w Anglii to raczej jakoś szczególnie nie groziło.
Wrzuciłem torebkę z malinową herbatą do pustej filiżanki i wyciągnąłem się na blacie, jakbym był wyrzuconą na brzeg ośmiornicą. Jedną z moich macek, a właściwie rąk wyciągnąłem w kierunku Laurenta. Nie dotykałem go. Chciałem, żeby to on dotknął mnie, żeby przekonał się jak to jest, co to znaczyła bliskość z wampirem, a właściwie jej brak... Ciągnęło nas ku sobie, ale nie mogło nas ciągnąć. Uniesienia były związane raczej z ciepłem ciał, nawet ich gorącem, a nie chłodem. Podobnie jak przytulenie na pocieszenie, na okazanie wsparcia czy dodania odrobiny otuchy.
- Co to za niezły bałagan? - zapytałem szeptem, ledwie słyszalnie, nie chcąc niszczyć chwili, której... nie było? nie mogło być? wcale nie musieliśmy jakoś specjalnie przeżywać, prawda? To tylko dotyk. Nic więcej?