11.01.2023, 23:59 ✶
W południe na Pokątnej panował względny tłok. Ludzie wykorzystywali w miarę dobrą, bezdeszczową pogodę do tego, by wybrać się na zakupy i pozałatwiać swoje sprawunki. Tego dnia na głównej magicznej ulicy miasta zebrała się ich spora grupa, tak jak mrówki przemieszczając się wzdłuż i wszerz tunelu sklepów oraz magicznych instytucji.
W tłumie był jeden młody człowiek, który wyróżniał się strojem. Jego szata, przyozdobiona ciekawie wyglądającym, ale zupełnie niepraktycznym płaszczem, była niezwykle staromodna. Bordowy, niemodny kolor, duża ilość ciężko wyglądającej skóry, broszki i niepraktyczne przypinki w złotawym odcieniu musiały być inspirowane nie zdjęciami ich ojców i dziadków, lecz wręcz rycinami z czasów Merlina. Co więcej, rozpięta odsłaniała co nieco pod szyją i chłopak zamiast koszuli nosił kolczugę (tak naprawdę był to zwykły płócienny materiał, do którego dodano magii, by z daleka przypominał metal). Dłonie miał ukryte pod ogromnymi, skórzanymi rękawicami, a całość dopełniała przywieszona do grubego pasa pochwa, z której wystawała rękojeść miecza.
Nie był ani podróżnikiem w czasie, ani szaleńcem. Był aktorem. Theodore wykorzystał fakt, że reżyser tego dnia zalecił wcześniej skończyć próby i gdy tylko go puścili, to przeniósł się na Pokątną. A że nakazywano im ćwiczyć, będąc przebranymi w staromodne stroje, po to, by lepiej wczuć się w postać, to Lovegood opuszczał teatr wyglądając tak, jak wyglądał.
Czarodzieje, zabiegani, zajęci własnymi sprawami, przyzwyczajeni do niecodzienności, nie zwracali większej uwagi na wyjątkowo ubranego maga. Ku jego rozczarowaniu tylko niektórzy rzucali mu dłuższe, zdziwione spojrzenia, po czym wracali do swoich spraw. Theodore liczył, że jego przemarsz wywoła większe zamieszanie, ale trudno było się wyróżnić w świecie magii, pełnym cudów oraz tajemniczych zdarzeń. Westchnął i przyspieszył kroku. W jego polu widzenia pojawiła się witryna sklepu Ollivanderów. Może chociaż Fergus będzie pod większym wrażeniem?
Drzwi otworzył z naturalną dla siebie werwą, ale nie na tyle mocno, by popsuć zamontowany przy nich dzwonek, który wydał z siebie żywe dźwięki. Zadowolony z siebie wkroczył do sklepu, który wyglądał tak samo jak wtedy, gdy jako jedenastoletni borsuczek kupował swoją pierwszą różdżkę. Zatrzymał się na środku, ułożył ręce na biodrach, wydął pierś do przodu, dumnie prezentując swój średniowieczno-gryfoński wizerunek.
- Fergusie, jesteś tutaj? - rzucił w powietrze, bo nie dostrzegł od razu byłego krukona. Miał nadzieję, że różdżkarz nie wziął sobie wolnego, bo naprawdę nie wiedziałby, jak wyjaśnić swoje wtargnięcie, gdyby za ladą zamiast Fergusa pojawił się inny Ollivander.
W tłumie był jeden młody człowiek, który wyróżniał się strojem. Jego szata, przyozdobiona ciekawie wyglądającym, ale zupełnie niepraktycznym płaszczem, była niezwykle staromodna. Bordowy, niemodny kolor, duża ilość ciężko wyglądającej skóry, broszki i niepraktyczne przypinki w złotawym odcieniu musiały być inspirowane nie zdjęciami ich ojców i dziadków, lecz wręcz rycinami z czasów Merlina. Co więcej, rozpięta odsłaniała co nieco pod szyją i chłopak zamiast koszuli nosił kolczugę (tak naprawdę był to zwykły płócienny materiał, do którego dodano magii, by z daleka przypominał metal). Dłonie miał ukryte pod ogromnymi, skórzanymi rękawicami, a całość dopełniała przywieszona do grubego pasa pochwa, z której wystawała rękojeść miecza.
Nie był ani podróżnikiem w czasie, ani szaleńcem. Był aktorem. Theodore wykorzystał fakt, że reżyser tego dnia zalecił wcześniej skończyć próby i gdy tylko go puścili, to przeniósł się na Pokątną. A że nakazywano im ćwiczyć, będąc przebranymi w staromodne stroje, po to, by lepiej wczuć się w postać, to Lovegood opuszczał teatr wyglądając tak, jak wyglądał.
Czarodzieje, zabiegani, zajęci własnymi sprawami, przyzwyczajeni do niecodzienności, nie zwracali większej uwagi na wyjątkowo ubranego maga. Ku jego rozczarowaniu tylko niektórzy rzucali mu dłuższe, zdziwione spojrzenia, po czym wracali do swoich spraw. Theodore liczył, że jego przemarsz wywoła większe zamieszanie, ale trudno było się wyróżnić w świecie magii, pełnym cudów oraz tajemniczych zdarzeń. Westchnął i przyspieszył kroku. W jego polu widzenia pojawiła się witryna sklepu Ollivanderów. Może chociaż Fergus będzie pod większym wrażeniem?
Drzwi otworzył z naturalną dla siebie werwą, ale nie na tyle mocno, by popsuć zamontowany przy nich dzwonek, który wydał z siebie żywe dźwięki. Zadowolony z siebie wkroczył do sklepu, który wyglądał tak samo jak wtedy, gdy jako jedenastoletni borsuczek kupował swoją pierwszą różdżkę. Zatrzymał się na środku, ułożył ręce na biodrach, wydął pierś do przodu, dumnie prezentując swój średniowieczno-gryfoński wizerunek.
- Fergusie, jesteś tutaj? - rzucił w powietrze, bo nie dostrzegł od razu byłego krukona. Miał nadzieję, że różdżkarz nie wziął sobie wolnego, bo naprawdę nie wiedziałby, jak wyjaśnić swoje wtargnięcie, gdyby za ladą zamiast Fergusa pojawił się inny Ollivander.