• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[17.04.70] Friday 17th, witches

[17.04.70] Friday 17th, witches
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#1
02.09.2024, 21:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2024, 21:45 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI

Basilius naprawdę miał dużo szacunku do Wizengamotu. Tak przynajmniej bardzo usilnie powtarzał sobie raz po raz, gdy wychodził z rozprawy z sądowej w sprawie tamtej pechowej wizyty u rodziny Tatcherów, z której wyniknęło tylko tyle, że będzie musiał zjawić się jako świadek jeszcze raz, bo dzisiaj okazało się, że część oskarżonych, nagle i zupełnie niespodziewanie zachorowała rano na smoczą grypę i chociaż Basilius, jak prawdopodobnie wszyscy inni, był pewny, że tylko udawali, to i tak wszystko zostało przełożone na późniejszy termin.
Po prostu kurwa świetnie.
Basilius wszedł do windy, a gdy drzwi się za nim zamknęły, po prostu oparł się o ścianę i przymknął na chwilę oczy. Był naprawdę zmęczony i gdyby nie to, że miał zdecydowanie zbyt dużo spraw na głowie, najchętniej sam zasymulowałby smoczą ospę, tak aby nie musiał z nikim rozmawiać, ani niczego robić przez kilka następnych tygodni. Prawdę mówiąc to, że jakiś Prewett kiedyś zostanie zaciągnięty wbrew swoim chęcią do sali Wizengamotu, było raczej czymś pewnym, ale po pierwsze nigdy nie zakładał, że to będzie on, a po drugie to była najgorszy z możliwych momentów na tego typu sprawy.
No, drugi najgorszy z możliwych momentów, bo przynajmniej nie był to piątek trzynastego.
Naprawdę nie miał sił, aby musieć jeszcze chodzić po Ministerstwie Magii w sprawie idiotów od głupich proszków. Jakiekolwiek próby myślenia o śmierci ojca, kończyły się chaosem w głowie, a że myślał o niej często, to umysł Prewetta obecnie przypominał bardziej jakiś abstrakcyjny obraz naćpanego tamtym pamiętnym proszkiem artysty, niż coś z czego mógłby korzystać. Jeszcze dwa tygodnie temu był pewny, że jeśli tylko przebrną przez pogrzeb ze wszystkimi jego nieprzyjemnościami, jak załatwianie formalności, przyjmowanie kondolencji, czy rodzinne konflikty, bo matka zakazała przemawiania na uroczystości jedynej osobie, która miała na to ochotę, to będzie już dobrze. Niestety mylił się. Z Icarusem było źle. Z Electra chyba było dobrze, co może powinno go martwić, ale jakoś nie martwiło, natomiast matka... Matka psychicznie wydawała się być całkiem stabilna, ale wszyscy zauważyli że fizycznie musiało jej się pogorszyć przez chorobę i Basilius, czując się w obowiązku qby zajmować się każdym, miał wrażenie, że próbował gasić kilka pożarów jednocześnie, a żaden nie dawał się tak łatwo pokonać. Może ta smocza ospa to naprawdę nie był taki głupi pomysł. Albo po prostu zacznie robić pajacyki, aż nie zemdleje.
Otworzył oczy na chwilę przed tym, gdy otworzyły się drzwi windy, tak by przeczesać jeszcze palcami wyjątkowo ulizane włosy i poprawić elegancki, czarny ubiór, a gdy drzwi się otworzyły...
– Dzisiaj nie jest trzynasty – wyrzucił z siebie do stojącej przed nim Brenny, która chyba nie tyle co czekała na windę, co przechodziła obok.
Nie. Nie. Nie był trzynasty. Dlaczego Brenna tutaj była? A no tak. Pracowała tutaj. Ale i tak. Czemu na nią wpadł? Prewett wpatrywał się zaskoczony w czarownicę, nie wiedząc, czy uciekać, odezwać się po przyjacielsku, czy po prostu usiąść na ziemi i się poddać. Reakcję wymusiły dopiero drzwi windy, które, powoli zaczęły się ponownie zamykać z nim w środku.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#2
02.09.2024, 21:37  ✶  
Być może Brenna, skoro sama w wyniku swoich badań nad piątkami trzynastego dotarła do informacji, że we Włoszech za pechowy uważano piątego siedemnastego, powinna w tenże piątek siedemnastego być ostrożna. Podejrzliwa. Spodziewać się pecha, po tych wszystkich dziwnych wydarzeniach w piątki trzynastego – absolutnie każdy piątek trzynastego, dodajmy, od połowy roku 66, to było dość, by przekonać największych sceptyków – albo przynajmniej spotkania Basiliusa.
Nie spodziewała się jednak.
Dlatego gdy zobaczyła go w windzie, sama w drodze właśnie do wyjścia z Ministerstwa, w którym przesiedziała ostatnie siedemnaście godzin, przystanęła w pół kroku, spoglądając na niego niemal tak samo zdziwiona, jak zdumiony był on i też w pierwszej chwili z przerażeniem pomyślała, że pomyliła daty i o nie, dziś trzynasty!!!
– Faktycznie nie – przyznała z pewną ulgą, kiedy Basilius przywitał ją w taki sposób, ściągając na siebie i na nią zdziwione spojrzenie jakiegoś urzędnika. A potem, kiedy drzwi zaczęły się zamykać, Brenna jakoś tak bez namysłu nacisnęła guzik otwierający i też wsunęła się do środka – i tak w końcu musiała przedostać się do antrium, jeśli chciała stąd wyjść, i mogła to zrobić równie dobrze windą, jak schodami. Jakoś nieładnie było go tak po prostu zrezygnować, chociaż i zaraz dotarło do niej, że pewnie to wolałby, żeby właśnie to zrobiła. – Co ty tu robisz? A, zaraz. Kolejna rozprawa Tatcherów? – przypomniała sobie, spoglądając na niego z pewnym współczuciem. I zaraz za tym wspomnieniem przyszło kolejne – ze zmęczenia jej mózg łączył fakty trochę wolniej niż zwykle – ojciec Basiliusa zmarł jakiś czas temu. Przez ułamek sekundy rozważała, czy powinna złożyć mu kondolencje, ale jakoś wydało się jej nagle, że może nie mieć ochoty po raz setny słyszeć wyrazów współczucia wobec straty, gdziekolwiek się nie ruszy. – Znowu zachorowali na smoczą ospę? Jeśli tak, zaraz wysyłam chłopaków na patrol pod ich dom, tak sprawdzić, czy nie naruszają zasad kwarantanny – powiedziała zamiast tego, posyłając mu lekki uśmiech. To w końcu była bardzo zaraźliwa choroba, i jeżeli mieli oficjalne zaświadczenie medyczne, że na nią cierpią, szło to z wymogiem nie opuszczania domu, dopóki nie ustąpią wszystkie objawy, wskazujące na aktywną postać choroby. Rzecz jasna wszystko dla dobra samych chorych i osób, które mogliby potencjalnie zarazić.
– Jak myślisz, winda przestanie działać? Chyba nie powinna, skoro dziś nie trzynasty? – dodała jeszcze, przekrzywiając lekko głowę, wciąż z uśmiechem błąkającym się po ustach. Ta jednak nie popsuła się, a otworzyła na kolejnym piętrze: i do środka wpakowała się jakaś czarownica, niosąca całą skrzynkę eliksirów.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#3
03.09.2024, 17:21  ✶  
Możliwe, że gdyby myślał nieco trzeźwiej, przypomniałby sobie o tej nieprzyjemnej myśli, która nawiedziła go, gdy nieco ponad miesiąc temu Brenna powiedziała mu, że włosi patrzyli na pechowe daty nieco inaczej. Teraz jednak zdecydowanie nie miał do tego głowy. Zakładał więc, że wszystko było w porządku i był to po prostu najzwyklejszy przypadek. Takie zdarzają się nawet przy Brennie. Dlaczego, więc spiął się mimowolnie, kiedy kobieta dołączyła do niego w windzie? Chyba odruch, bo o ile już pogodził się z tą myślą, że całkiem lubił Brennę, tak jednak bycie sam na sam z Brenną w windzie, w której mogło się wydarzyć wszystko, w dalszym ciągu było konceptem dość strasznym. Postanowił jednak udawać, że wcale się tym nie przejmował, co było dzisiaj o tyle łatwe, że jakiekolwiek emocje na jego twarzy, maskowała dość ponura mina. Sama Brenna może nie wyglądała na zdołowaną, ale zdecydowanie przydałoby jej się kilka godzin snu.
Skinął głową, a słysząc, że Tatcherowie znowu zachorowali na smoczą ospę skrzywił się nieco. Banda wrednych symulantów.
– Myślę, że na pewno docenią, jeśli ktoś z Ministerstwa upewni się, czy są w domu. Kto wie? Może jakiś szalony sąsiad będzie ich siłą z niego wyciągać? Nie warto przecież ryzykować – powiedział, a na jego zmęczonej twarzy, zagościł blady uśmiech w odpowiedzi na jej własny. Eh... Longbottomowie naprawdę byli cholernie skutecznie jeśli chodziło o te ich uśmiechy. Jak... Jak... Żadne zwierzę nie przychodziło mu obecnie do głowy, bo kogo mógłby porównać do Longbottomów, gdy sama Matka stworzyła tyljo jedne takie istoty, gdy kreowała ten świat?
Uśmiech jednak zaraz na chwilę mu zgasł, bo czarownica powiedziała coś o czym absolutnie nie chciał myśleć, więc w odpowiedzi obrzucił ją jedynie zmęczonym spojrzeniem.
Wyglądało jednak na to, że wszystko tym razem powinno być naprawdę w porządku. Żadnych katastrof. Żadnych śmierci i żadnych kontuzji. Co prawda na kolejnym piętrze dołączyła do nich jakaś czarownica z eliksirami, co sprawiło, że Basilius na wszelki wypadek odsunął się od niej w stronę Longbottom, ale kobieta wydawała się mieć te wszystkie szklane buteleczki pod kontrolą.
Prewett zerknął na swoją towarzyszkę w nieszczęściu, a przez głowę przemknął mu plan ryzykowniejszy, niż wszystkie noce spędzone w kasynach, w których ostatnio bywał nawet częściej.  A gdyby tak... Spytać się Brenny, czy nie miała czasu na wyjście na kawę? Lub cokolwiek? Wiedział, że mogło być to niebezpieczne, ale potrzebował spędzić czas z kimś, kto nie wspominałby ciągle o zmarłym trzy tygodnie temu ojcu, a z Brenną, gdy akurat nie umierała, rozmawiało się całkiem dobrze. No dobrze, wtedy gdy umierała też.
I już otworzył usta, by zaryzykować, gdy nagle nastąpiła katastrofa. Bo czemu by nie?
Nie miał pojęcia jak to się stało. Bo to naprawdę nie miało prawa się stać. Czarownica z eliksirami po prostu stała. Nic nie zatrząsło winda, ona nie kichnęła, ani nikt jej nie popchął. Czemu więc nagle straciła równowagę i spróbowała złapać ją tak nieudolnie, że wszystkie eliksiry wyleciały prosto na nich?
– Uważaj! – krzyknął w stronę Brenny i nie miał nawet czasu na to, aby ich obronić zaklęciem, bo specyfiki runeły w ich stronę. Jedyne co to złapał ją za rękę, tak by oboje polecieli w inny kąt windy, ale niewiele to dało.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#4
03.09.2024, 17:50  ✶  
– Prawda? Trzeba w końcu dbać o chorych i strapionych, więc na pewno się postaram, żeby ktoś patrolował tę ulicę dziś, jutro i pojutrze, specjalnie pod ich domem… – powiedziała Brenna z udawanym zmartwieniem. Umiała być sympatyczna: właściwie większość ludzi brało ją za sympatyczną dziewczynkę. Ale była też gliną, i umiała być bardzo, bardzo wrednym gliną, kiedy ktoś zaszedł jej za skórę, a Tatcherowie i ich sprawa może nie dotykali jej tak mocno personalnie, grali jednak na nosie wymiarowi sprawiedliwości, zajmowali innym czasem, a poza tym byli bandą napuszonych drani, którzy chcieli się kogoś pozbyć tylko dlatego, że tak im było wygodnie.
Niech tylko wystawią nos za drzwi do domu, to ten problem rozwiąże się raz na zawsze.
Oczywiście, że znalazłaby czas, żeby siąść z nim w jakiejś kawiarni – nie tylko nie umiała odmawiać takim prośbom znajomych, a już na pewno nie odmówiłaby w chwili, gdy ktoś przechodził osobisty kryzys, ale też zwyczajnie w tych chwilach, gdy utykali na przykład razem w izolatce albo musieli siedzieć i czekać aż jej ręce przestaną gnić rozmawiało się jej z nim zawsze dobrze. Zamiast tego jednak na te dwie sekundy zanim winda się zatrzymała pracownica, jakby celowo, wypuściła tę skrzynkę. Basilius cofnął się gwałtownie, wpadając na ścianę windy plecami, a Brenna pociągnięta przez niego w bok też uderzyła o tę ramieniem. Dzięki temu większa część eliksirów spryskała podłogę i drzwi windy, ale kilka kropel padło na ich spodnie, a jedna buteleczka zalała dłoń.
– Merlinie!!! Przepraszam, tak bardzo przepraszam, zamyśliłam się! – zawołała dziewczyna, stojąc w bezruchu, z bardzo nieszczęśliwą miną, jakby niepewna, co właściwie powinna teraz zrobić.
– To nie jest żrące? Ani nie zamieni nas w żaby? Czy coś takiego? – upewniła się Brenna, spoglądając na plamę na kolanie, a potem unosząc ich wciąż złączone dłonie, by spojrzeć na spływający z nich płyn. Wyglądało jednak na to, że nie paliło, nie piekło, skóra im nie schodziła… – Mam chusteczki… – mruknęła, i puściła rękę Basiliusa.
Znaczy się, spróbowała puścić rękę Basiliusa.
Zmarszczyła brwi i pociągnęła trochę mocniej, ale uzyskała tylko tyle, że podniosła ich dłonie jeszcze wyżej. Splecione palce za nic nie chciały puścić. I w tym jednym momencie przypomniała sobie nagle: piątek siedemnastego. Włochy. Rzymskie cyfry... I to jak nieopatrznie rzuciła przy ostatnim spotkaniu, że w niektórych kulturach to nie trzynasty uznawany jest za pechowy...
– Lenni? Co to był za eliksir? – spytała, bardzo łagodnie, powstrzymując odruch nakazujący spróbować rozplątać te ręce drugą dłonią. Jeszcze i ona by się przyczepiła. Zamiast tego Brenna, niezgrabnie manewrując lewą, wydobyła z kieszeni tę chusteczkę, by zabrać się za ostrożnie usuwanie błękitnego płynu. Nie zwróciła nawet uwagi, że winda zatrzymała się na właściwym piętrze.
– N-naprawdę p-przepraszam – jęknęła Lenni. – To skonfiskowane eliksiry klejące, sprzedawano je, chociaż są przeterminowane…


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#5
04.09.2024, 01:31  ✶  
– Cieszę się, że BUM jest tak skory do wspierania chorych na smoczą ospę. Jako uzdrowiciel nie potrafię tego nie docenić. – On w przeciwieństwie do Brenny traktował tę sprawę nieco personalnie. Po pierwsze Tatcherowie, chociaż chciał aby przeżyli, byli idiotami, którzy sprawili, że sam z siebie zrobił idiotę i to jeszcze właśnie na oczach Brenny, która musiała patrzeć jak robił gwiazdę. Po drugie przez nich musiał chodzić teraz po Ministerstwie Magii na co absolutnie nie miał najmniejszej ochoty.
Najwyraźniej jednak to nie Tatcherowie byli jego największym problemem tego dnia.
Nic nie paliło mu skóry. To dobrze. Skóra nie zmieniła też koloru. Też dobrze. Brenna wyglądała na całą. Również dobrze. Puścił lewą ręką, prawą dłoń Longbottom, aby lepiej się jej przyjrzeć.
...
Czemu nie mógł puścić ręki Brenny? Czarownica musiała w tym samym czasie dokonać bardzo podobnej obserwacji, bo właśnie podniosła ich wciąż zplecione dłonie.
Przeterminowany eliksir klejący.
W pierwszej chwili po prostu wpatrywał się martwo w Brennę, która próbowała zetrzeć chusteczką błękitny płyn, chociaż był przekonany, że na niewiele to się zda, a potem... Potem po prostu zaczął się śmiać. Nie był to jednak śmiech spowodowany rozbawieniem, a histeryczny, który może i nie brzmiał jak dobrze im znany żabi rechot, ale zdecydowanie sugerował, że Prewett był gdzieś na granicy załamania nerwowego. Ostatnio kiepsko sypiał, nie potrafił zrozumieć tego co myślał o śmierci ojca, rodzina, nawet jeśli ich kochał, dokładała mu kolejnych zmartwień, Tatcherowie utrudniali życie, a teraz jeszcze to. No po prostu świetnie! Czemu dzisiaj im się to przydarzyło? Nie miał pojęcia! Może ten pech się rozprzestrzeniał i jeszcze chwila, a będzie trzymał Brennę za rękę codziennie? No naprawdę nie pozostało już nic innego, jak siedzieć i się śmiać!
– One nie były toksyczne – powiedziała z niepokojem Lenni, przyglądając się reakcji Basiliusa, a potem spojrzała zmartwiona na Brennę.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#6
04.09.2024, 03:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2024, 10:29 przez Brenna Longbottom.)  
Brenna spodziewała się różnych rzeczy, ale nie tego, że Basilius zacznie się śmiać. A jednak nie była to dla niej reakcja dziwna: na miejscach zbrodni czy informując ludzi o wynikach śledztwa albo ich przesłuchując widziała różne zachowania, i teraz spojrzała na niego trochę przepraszająco, a trochę że współczuciem.
Wyglądało na to, że Basilius znosił cierpliwie te klątwy, przypadki gnicia i plam, bójki w kasynach, proszki i tak dalej, ale to trzymanie ją za rękę przerosło poziom jego wytrzymałości. Umysł znalazł się na skraju załamania.
Nie zwróciła uwagi na coraz bardziej zdenerwowaną Lenni. Nie powiedziała mu też o tym, co pomyślała - o piątkach siedemnastego - nie chcąc go bardziej dobijać. Zamiast tego gdy drzwi zamknęły się, bo nie wychodzili zbyt długo, pochyliła się i nacisnęła inny guzik.
Ścieranie substancji nie podziałało, oczywiście. Ale chyba na to nie liczyła. Chyba chciała po prostu, żeby nie przylepili się do czegoś jeszcze. Ściany na przykład. I zachowywała spokój, najwyraźniej po prostu pogodzona z losem. Nie było przecież tak źle. Na pewno ich rozkleją. Prędzej czy później.
- Leć zgłosić komuś, że trzeba posprzątać windę - powiedziała do niej zdecydowanie, a potem zwróciła się do Prewetta, bardzo starając się, aby jej ton brzmiał spokojnie. - Skoczymy do specjalisty od eliksirów, jest taki w wydziale usuwania skutków wypadków w świecie mugoli. A i tak miałam wspomnieć chłopakom, żeby wpadli do Tatcherów.
Gdy winda znów się otworzyła, pociągnęła go stanowczym ruchem dalej - ku odpowiedniemu biuru.
*

Pięć minut później (podczas których Brenna faktycznie zaczepiła jednego z nowych Bumowców i wspomniała o ich zadaniu bojowym, do którego ten podszedł zadziwiająco entuzjastycznie) specjalista od eliksirów oglądał uważnie najpierw ich połączone dłonie, potem niebieską substancję na chusteczce. A chociaż spróbował rzucić jakieś zaklęcie, i jeszcze później wsadzić ich złączone ręce pod bieżącą wodę, zaraz wzruszył ramionami.
- Nic wam nie będzie, ale żeby to rozkleić trzeba by zrobić specyficzne antidotum. Zajęłoby go parę godzin i nie ma co, ma moje oko eliksir sam puści za jakieś trzy albo cztery godziny.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#7
06.09.2024, 01:13  ✶  
Basilius wreszcie przestał się śmiać, a zamiast tego po prostu dał się zaciągnąć Brennie do odpowiedniego biura, nie mówiąc przy tym, ani słowa, ani nie próbując nawet rozglądać się po ludziach, którzy pewnie z zaciekawieniem przyglądali się prowadzącej się za ręce dwójce. Po prostu szedł przed siebie, wbijając wzrok w podłogę. Jeszcze tylko chwila i pewnie ich rozkleją.

***
Trzy, cztery godziny.
Basilius zerknął na specjalistę od eliksirów z pewnym niedowierzaniem, jakby łudząc się, że przypadkiem się przesłyszał, bo przecież nikt normalny nie użyłby zwrotu nic wam nie będzie, jednocześnie oznajmiając, że czekały go trzy lub cztery godziny chodzenia za rękę z Brenną. I to już nawet nie chodziło o sam fakt trzymania za ręki Brenny, ale o to co mogło się z tym wiązać. Bo przecież chodziło o Brennę. A Brenna niemal spadała ze schodów, była dźgana, przewracała się, czy to wpadała do wody, która sprawiała, że gniła. A on z kolei był beznadziejny jeśli chodziło o jakąkolwiek sprawność fizyczną. To po prostu było niebezpieczne. Już widział, jak coś leci na Longbottom, ona próbuje uniknąć, on ja spowalnia i oboje kończa martwi. Trzymając się za rękę!
Ktoś zawołał na chwilę za drzwi specjalistę od eliksirów, więc zostali sami w niewielkiej salce, siedząc na dość niewygodnych krzesłach, a Basilius naprawdę nie wiedział co powiedzieć. Próbował jakoś ułożyć wygodnie sklejoną dłoń, ale wszystko wydawało się dziwne i nie do końca komfortowe. Westchnął ciężko i przejechał wolną ręką po zmęczonej twarzy.
– Nie rozumiem – wymamrotał, bo naprawdę nie rozumiał czemu to im się dzisiaj musiało przydarzyć. Czemu to jemu musiało się przydarzyć, kiedy naprawdę miał tyle spraw na głowie? Przecież nie mógł tyle czekać, aby wrócić do rodzinnej kamienicy, w której bywał teraz częściej. Coś mogło się stać, ktoś mógł się pokłócić, albo... Albo sam nie wiedział co. Nie potrafił tego nawet racjonalnie wyjaśnić, po prostu ostatnio miewał jakieś paranoiczne wrażenie, że musi być pod ręką, kiedy tylko mógł, bo inaczej, gdy już wróci, zastanie więcej problemów. – Co my mamy teraz zrobić?
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#8
06.09.2024, 10:21  ✶  
Brenna, w przeciwieństwie do Basiliusa, ani trochę nie przejmowała się tym, że idą za rękę przez Ministerstwo. Od małego nawykła wyciągać do innych ręce, a że otaczali ją ludzie, którym zwykle to nie przeszkadzało, stało się to dawno już zwyczajem. Chodź, idziemy, mówiła i ciągnęła Mavelle do Kniei, Victorię do sadu, brata nad rzekę, Cynthię szkolnym korytarzem, Samuela do ruin na wrzosowiskach… Nigdy z tego nie wyrosła. Może robiła to rzadziej, ale wciąż robiła, czasem w entuzjazmie, czasem w ramach wsparcia, czasem by nie zgubić kogoś w tłumie, a czasem w prostym odruchu. Nieraz widywano ją jak ciągnęła za rękę kuzynostwo, przyjaciółki, ale też czasem kolegów. Nie dotykała oczywiście osób zaangażowanych w sprawy - nie raz było to ciężkie, zwalczyć odruch wobec kogoś, kto wyraźnie potrzebował pocieszenia, ale łatwo było potem oskarżyć, że policjant manipulował świadkiem czy przekroczył jakieś granice. W tej chwili jednak Basilius nie był już przez nią przesłuchiwany, a że ktoś mógłby dopatrywać się w tym trzymaniu za rączkę czegoś więcej... to nawet nie pomyślała.
Na tę informację o trzech – czterech godzinach wyrwało się jej westchnienie. Nie przewidywała wprawdzie lądowania w przeklętej wodzie ani tego, że coś w ogóle spróbuje ich zabić, ale podejrzewała, że Prewett chciałby po prostu wrócić do domu i odpocząć. Był w żałobie. Właśnie pofatygował się na rozprawę, która nie doszła do skutku i za dwa czy trzy tygodnie będzie musiał fatygować się na kolejną. A teraz miał znosić biedak ją.
Jej własny harmonogram zajęć, na całe szczęście, choć dość pełny, to nie pękał w szwach, jak miał zacząć po wybuchnięciu wojny i nie uwzględniał na dziś niczego, czego nie dałoby się przełożyć - zamierzała po powrocie wyciągnąć Dorę na spacer, a potem przygotować kolację i lunch na jutro.
- Chyba nie powinnam była wspominać ostatnio o Włoszech – powiedziała, gdy ich „konsultant” wyszedł, Prewett zaś stwierdził, że nie rozumie, a jej ton zabrzmiał trochę przepraszająco. Bo tak, już wierzyła, że stali się ofiarami jakiejś dziwnej klątwy i zaczynała mieć wrażenie, że tę sprowokowała tamtą uwagą. Czy klątwę dało się sprowokować...? A może mieli pecha, bo wierzyli, że go mają? Jak w ogóle działały takie klątwy? – Cyfry rzymskie. Siedemnastka tak zapisana to anagram słowa „żyję”. Czyli „żyłem” albo „umarłem”. Dlatego Włosi uważają za pechowy piątek siedemnastego, nie trzynastego… – wyjaśniła dokładnie, do czego się dokopała podczas swoich badań nad ich klątwą.
A potem przypatrywała się mu uważnie długą chwilę, gdy zapytał, co właściwie zrobią. Przecież nie będą siedzieli tutaj trzy godziny. Nie mogła go też wprowadzić do biura BUM, i siedzieć z nim kolejne parę godzin przy biurku. A i nie pójdą razem do jego domu i rodziny: miała wrażenie, że byłoby w tym ostatnim coś niewłaściwego.
– Myślę – stwierdziła w końcu. - …że przydałaby się nam obojgu herbata.
Wprawdzie on wyglądał, jakby potrzebował kawy, ale nie była pewna, czy w żyłach nie miał już kofeiny zamiast krwi. Nie było to pewnie jego marzeniem na ten wieczór, ale i tak byli na siebie skazani, równie dobrze mogli więc usiąść przy herbacie i tiramisu, zamiast wpatrywać się w szare, ministerialne ściany.
– Co ty na to? Ja stawiam. Możemy wyjść do niemagicznego Londynu, jeśli nie chcesz, żeby nas razem widzieli i nie przeraża cię mugolska knajpa. W pobliżu mają niezłe ciastka.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#9
07.09.2024, 01:12  ✶  
Basilius spojrzał na nią nieco zaskoczony, bo czemu nagle na wszystkie wcielenia Matki zaczęła właśnie mówić o Włoszech? A potem zrozumiał i Brenna mogła zauważyć, że zazwyczaj blady Basilius, pobladł jeszcze bardziej.
– Włoska pechowa data. Mówiłaś o tym – mruknął, chowając twarz w dłoniach... No w dłoni bo w połowie przypomniał sobie, że tę drugą miał przecież sklejoną. Rzeczywiście teraz kojarzył tę rozmowę i pewnie w każdym innym okresie swojego życia szybciej połączyłby kropki. Ojciec czasami mówił mu, że przez swoją chorobę i towarzyszące jej zmęczenie na pewno będzie miał problem z zapamiętywaniem rzeczy w pracy i życiu, dlatego powinien wybrać mało intelektualny zawód. A tu proszę. To jednak jego śmierć była czynnikiem, który temu sprzyjał. Powoli przejechał dłonią po twarzy i spojrzał na swoją towarzyszkę.– Czyli co? Kolejna data, czy sami to sobie jednorazowo wykrakaliśmy?
Nie wiedział. Wszystko byli złośliwe. Może to nie była klątwą, a jakieś bóstwo? Może Brenna była tak naprawdę wcieleniem samego Lokiego, który płatał mu figle? Może oboje tak naprawdę od dawna nie żyli, a Limbo z jakiegoś powodu ich karało, bo w swoich życiach kopali sieroty po kostkach, czy coś takiego. A może... Sam nie wiedział.
Na jej propozycję jedynie ponownie ukrył twarz w jednej dłoni.
– Wiesz co Brenno? A co ty na to abyśmy zagrali w pokera? Jeśli ty wygrasz to możesz wymyślić nagrodę, jeśli ja wygram to zbierzesz cały zarekwirowany proszek Tatcherów, sypniesz mi nim całym w twarz na raz, a potem odstawisz na stałe do Lecznicy Dusz, dobrze? – Bo jeśli miały im dojść jeszcze piątki siedemnastego, to on miał już naprawdę dosyć. To znaczy... Nie miał. Wiedział, że przebrną i przez to, nawet jeśli z dużą dawką bólu głowy. Tak teraz po prostu gadał, bo sam nie wiedział co czuł i czego miał dosyć, a czego dosyć nie miał. Ale w sumie miło, że Brenna się nie załamywała, a zamiast tego proponowała mu wyjście. – Ale herbata też brzmi dobrze – wymamrotał, wciąż z zasłoniętą twarzą. – Możemy iść gdzie chcesz. Ale nie stawiaj.
Zawsze mogli też po prostu ukryć się w jego mieszkaniu, bo tam jego rodziny przecież nie było.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#10
07.09.2024, 01:44  ✶  
– Nie mam pojęcia – przyznała uczciwie Brenna. – Przekonamy się pewnie w kolejny piątek siedemnastego.
Nie była wcieleniem złośliwego bóstwa, a przynajmniej niczego o tym nie wiedziała, i wcale nie chciała płatać mu figli. Nie podejrzewała też wiecznej kary w Limbo, ponieważ po prawdzie, chociaż nie lubiła gnić ani być dźgnięta nożami, ani obrywać starożytnymi klątwami, to spotkania z Basiliusem wcale nie były takie tragiczne, a przecież różne zwariowane rzeczy przytrafiały się jej czasem i w innych datach. Po prostu wtedy zwykle Prewetta nie było w pobliżu i to nawet nie do końca był atut, bo przecież dobrze w takich sytuacjach mieć na podorędziu uzdrowiciela. Ale musiała przyznać, że albo byli ofiarami najdziwniejszego zbiegu okoliczności, jaki kiedykolwiek zaistniał, albo tkwiło coś w tej klątwie lub jakiś bożek celowo plątał im ścieżki, śmiejąc się przy tym złowieszczo.
– Och nie. To fatalny pomysł. Pamiętaj, Lecznica Dusz jest w Dolinie Godryka. Bliżej mojego domu. Jestem pewna, że tego nie chcesz – powiedziała, obracając trochę w żart jego słowa, które… które chyba wcale nie były przejawem poczucia humoru, a raczej desperacji. – Spróbujemy coś z tym zrobić – obiecała i dała mu całe sześćdziesiąt sekund na dalsze załamywanie się. A potem podniosła się z krzesła, ciągnąc go lekko w górę, zmuszając, by i on się podniósł.
Tkwienie w tej sali nie mogło mu pomóc. Pomyślała, że może pomogłaby jej nieobecność, ale w tej chwili byli do siebie dosłownie przywiązani. Dlatego po prostu pociągnęła Prewetta korytarzem, z powrotem ku windom – przeszło jej wprawdzie przez myśl pójście schodami, ale przypomniała sobie, że Basilius nie wyglądał najlepiej, więc postanowiła zaryzykować zepsucie się tej windy, bo jeszcze na schodach by jej zemdlał.
Nic jednak się nie zepsuło, razem z nimi do środka weszło paru szeregowych pracowników Ministerstwa, a jedyne, przed czym Brenna musiała zrobić unik, to jeden z papierowych samolocików, które latały po korytarzach, i zgubił drogę – udało się jej to zresztą bez przewalania ich oboje na ziemię, i jedynie trąciła lekko Basiliusa ramieniem. A potem, przez starą budkę telefoniczną, dostali się do niemagicznego Londynu.
Brenna nie była może osobą najbardziej obeznaną w kulturze mugoli, ale znała niemagiczny Londyn dostatecznie dobrze, aby kojarzyć parę lokali. I poprowadziła Basiliusa w stronę jednego z nich: niewielkiego, wciśniętego pomiędzy kwiaciarnię i sklep papierniczy, gdzie stały miękkie fotele, nie pasujące do siebie kanapy, okrągłe stoliki, i całe mnóstwo bibelotów oraz książek, zastawiających stare, odrapane regały, ustawione pod ścianami.
- Mają tu masę herbat. Nie tyle, co w takim Hogsmeade, ale całkiem sporo, i są dobre, i serwują je w ładnych imbrykach. I mają tu książki, więc jak chcesz, mogę się zamknąć i jakieś sobie weźmiemy, jak się je oprze o stolik, to da się nawet chyba przekręcać strony.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Basilius Prewett (3969), Brenna Longbottom (3868)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa