- Owszem, to nie brzmi wiarygodnie. - W sumie Victoria mówiła, że robiła babeczki razem ze swoją skrzatką... ale może ona nie do końca tłumaczyła, jak to powinno się robić? Albo po prostu szło im tak dobrze, że nie było potrzeby tłumaczyć? A może akurat w tamtym cieście nie potrzeba było takich wynalazków, albo to Elaine była szaloną twórczynią ciast? Lekko pokręcił głową, nie było sensu się nad tym zastanawiać, nie była to zagadka, którą rozwiązać mogli - to przede wszystkim. Elaine... cóż, nie miał już z nią kontaktu - miała się dobrze w cyrku, tyle wiedział. A skrzatka ich w tym momencie nie przypilnuje. Migotek pewnie by mógł, ale ciąganie za sobą skrzata teraz... za dużo problematyki. Więc zostańmy w punkcie, w którym ta problematyka musiała być przez nich samodzielnie zbadana od podstaw. Dlatego też nie wahał się przytaknąć. Za to z drugiej strony bardziej ufał temu, co mówiła Elaine niż czystej logice. Ponieważ ta logika potrafiła być zgubna w przypadku czegoś, czego do końca nie znali i nie rozumieli. Oto jak ciasto na chleb stało się piekielniejszym trudem od wszelkich trudów świata. - Twoje szaleństwo będzie nam tu metodą. - Parę nut śmiechu zagrało na jego strunach głosowych, kiedy wypowiadał to zdanie. Bardzo go cieszyło, że kobieta podjęła się tych starań... i nie chodzi tu o chleb, a tworzenie eliksirów dla wampirów. Miał okazję poznać jednego i za każdym razem było to tak samo specyficzne doznanie. Intensywne, to na pewno. Astaroth nie pozwalał zapomnieć o tym, że jego pragnienie krwi ciągle drapało gardło. Było wiecznie obecne między nimi. Wiedział też, jakim stresem było to obmalowane dla samego Astarotha - to, że tej krwi chciał, a niekoniecznie powinien ją mieć.
- Wierzę, że nie poskąpisz mi wody do umycia się ani fartuszka, żeby nadmiernie nie ubrudzić koszuli. - Niedoskonałości takie jak bycie brudnym były jednym z tych akceptowanych elementów, dopóki nie było to związane z brudzeniem się w środku miasta, na spotkaniu, gdzieś, gdzie przez to w towarzystwie mogliby nieładnie na ciebie popatrzeć. Poza tym? Wszystko dobrze. Oszalałby, gdyby pobrudzenie się przy pracy mu przeszkadzało. - Już, młoda damo. Oto jestem. - Pochylił się, żeby wyciągnąć do niej ręce, kiedy okazało się, że jest taka chętna na pieszczoty. Malutka kuleczka - kocięta były przeurocze. Tak samo jak źrebaki i... chyba wszystkie małe istoty były urocze. O dziwo poza ludzkimi - te były wyjątkowo paskudne i wyjątkowo nieporadne zaraz po porodzie. Zadziwiająca była natura, że to właśnie ludzie rządzili tą Ziemią. Umościł kicię przy swojej piersi, podstawiając jej swój palec pod pyszczek. Czy dało się nie uśmiechać przy takiej kulce rozkoszy? Otóż nie dało. Człowiek automatycznie się rozpływał i stawał takim... ciastem. Na przykład - na chleb.
- Tak. Dokładnie to zrobił. - Rzecz jasna Laurent sądził z początku, że to w ogóle jego wina na to, co się wydarzyło, ale na szczęście ta pierwsza chwila minęła i poszedł po rozum do głowy. Nie chciał tego ujmować w słowa tak dosadne, ale skoro zostały wypowiedziane to jaki był sens temu zaprzeczać? Liczba mnoga może była tylko zła. - Nie jest. To prawda. Nie jest też normalne to, że chciałbym mu pomóc. Mówi, że ma kogoś, do kogo zawsze wróci, z kimś żyje, mieszka. Ale ta osoba... ta osoba chyba nie ma na niego dobrego wpływu. - Albo to on był zbyt zadufany, żeby sądzić, że nie miałby lepszego? Nie, w zasadzie to nie myślał wcale tak, że "z nim byłoby mu lepiej", bo kiedy wyraźnie usłyszał, że przecież Edge kogoś ma, tak silną deklarację, to jaki był sens się chwytać czegoś nieistniejącego? Jak miałby to powiedzieć Victorii? Że czuje, że jest mu to winien po tym, jak posłużył się jego rękoma chcąc zabić Dante? Pewnie najlepiej wprost. Krótko, treściwie, zrozumiale. Tak, najlepiej wprost. - Dziękuję. - Uśmiechnął się czule do kobiety, czując przyjemne ciepło w podbrzuszu. Tak, tak, to miłość! Ta w czystej formie, jego uwielbienie względem jej osoby - czarującej czarownicy, która nie potrzebowała magii do rzucenia na kogoś uroku swojego wdzięku. Nie potrzebowała też magii, żeby doprowadzić kogoś do uśmiechu. Nawet po bardzo trudnym dniu. - Z przyjemnością skorzystam z twojego towarzystwa nocą. - Nic nie działało na niego tak dobrze, jak czyjaś obecność. I wcale nie musiała być przy tym intymna w ten najbardziej zmysłowy sposób. Granice ich relacji były dla niego jasne.
W takich momentach wymówka pod tytułem "mam zajęte ręce" byłaby bardzo wiarygodna, gdyby nie to, że Laurent się zadeklarował z chęcią pomocy i wcale nie zamierzał tej pomocy unikać. Położył z powrotem małą kulkę na ziemi, uważając pod swoje nogi, kiedy podszedł do Victorii, żeby założyć przywołany fartuszek i pomógł jej zresztą swój zawiązać za plecami.
- Specyficzny... zapach... - Drożdży rzecz jasna. Laurent się nie powstrzymał i trochę nachylił nad miską, zaraz wyprostował, nieco marszcząc nos. Spoglądał również do tej gazety, ale pozostawił Victorii bycie liderką tego teamu. - Szefowo kuchni, co twój pracownik ma teraz czynić? - Z tym dziwnym tworem, którym są drożdże. Czy to mugolskie coś? Nie, na pewno nie... skoro to było w ICH gazecie... choć dzisiaj to nie wiadomo. Bliskość z mugolami stała się tak kontrowersją, jak i modelem do złapania atencji. Zgodnie z poleceniem Laurent przygotował wymierzony cukier w szklance i letnią wodę, odmierzył odpowiednią ilość mililitrów. - Hmm... Rozkruszyć drożdże i ugnieść z cukrem... To znaczy... pokroić? Porwać? Jak rozkruszyć. - W eliksirach to było jasne - inaczej składnik się zachowa jak go pokroisz, inaczej jak zmemłasz w ręce, inaczej jak posiatkujesz a jeszcze inaczej jak porwiesz na kawałki. Na razie spoglądał na Victorię i tylko podstawił jej zachęcająco miskę. - Może... bezpieczniej będzie pokroić na małe kawałki? - Zasugerował nieco niepewnie, chociaż "rozkruszyć" wcale tak nie brzmiało, jakby chodziło o "krojenie".