adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Jesień 1971,
Wieczór
Wieczór
To był wyjątkowo ładny, jesienny wieczór. Niebo zasłonięte było ciemnymi, ciężkimi chmurami, zwiastującymi deszcz. Pogoda mu nie przeszkadzała - przynajmniej dopóki siedział w środku, w ciemnym lokalu, czekając na kogoś. Na kogo: to było już mniej istotne. Ważne było to, że ta osoba się spóźniała. Rodolphus zerknął na zegarek, umiejscowiony na lewym nadgarstku. Wskazówki przesuwały się leniwie, zwiastując powolny, acz miarowy upływ czasu. Nie przepadał za ludźmi, którzy się spóźniali - miał zasadę, że jeżeli to nie było nic ważnego, to czekał kwadrans. Nie mniej, nie więcej. Z tego kwadransa, umownego w zasadzie, zostało jeszcze dziesięć minut. Szare oczy przesunęły się ostrożnie w kierunku dużego, czystego okna. Na zewnątrz było ciemno, a mrok rozświetlały tylko zapalone latarnie. Brukowane ulice zaczął pokrywać deszcz, zaledwie mżawka. Ludzie powoli zaczynali chować się w zabudowaniach, część z nich weszła do lokalu, w którym siedział.
Proponowali mu piwo, lecz odmówił. Nie wziął na razie nic - po co, skoro możliwe, że będzie musiał stąd iść za kilka minut? 9, tak konkretniej. Krople deszczu delikatnie uderzały o szyby budynków. Czy to będzie kolejna, typowo angielska jesienna pogoda? Czy może zaraz wiatr rozegna chmury, a na ulicach zapanuje spokój? Na razie milczał, wpatrując się w ludzi, przemieszczających się po ulicach. Byli okutani w płaszcze i kurtki. Naciągali w pośpiechu kaptury i przyspieszali kroki, kierując się do swoich domów. Światła latarni i witryn sklepowych odbijały się w mokrej nawierzchni, tworząc migoczący, rozmyty obraz. Lestrange westchnął. 8 minut.
Drzewa przy chodnikach zaczęły już tracić liście. Widział jak lawirują, opadając na bruk, gdy tu przyszedł. Tworzyły kolorową, jesienną mozaikę. Już wtedy zapach wilgoci mieszał się z aromatem kawy i paskudnie słodkiego ciasta, którego zapach powodował u niego mdłości. Dobrze, że wybrał pub dość daleko od tej konkretnej uliczki, przy której czarodzieje i czarownice raczyli się obrzydliwie słodkimi rzeczami. 7 minut.
Mimo chłodu i deszczu, w powietrzu czuć było przytulną, nostalgiczną atmosferę. Londyn w tej porze roku stawał się bardziej intymny, zachęcając do spowolnienia, rozkoszowania się chwilą i poszukiwania schronienia przed deszczem. Być może dlatego lubił jesień. Pozwalała na zadumę, o którą ciężko było latem. Faktycznie sprawiała, że cały świat szykował się do snu, a ludzie jakby zwalniali. Lecz czy na pewno? Lestrange westchnął, rozglądając się po wnętrzu. Było tu czysto, aczkolwiek charakterystyczna woń papierosów i alkoholu mieszała się ze zdecydowanie zbyt dużą wonią perfum. 6 minut.
- Mówię ci, że go zajebali - nie obchodziło go to w zasadzie lecz ciężko było nie słyszeć, gdy stolik obok dwójka mężczyzn usiadła ciężko i zaczęła mówić podniesionymi głosami.
- Bez przesady, to było w 68 - szklanka stuknęła o korkową podstawkę, a mimo to trochę piwa rozlało się po dębowym blacie. Wąsaty czarodziej nie przejął się tym jednak: wyciągnął rękę i przetarł stolik gołą dłonią, a następnie wytarł ją o szatę. Obrzydliwe. 5 minut.
- Nie dość, że był mugolskiej krwi, to na dodatek zdradzał swoją żonę. Podwójna kurwa bez honoru - pewnie i byłby splunął, gdyby nie fakt, że znajdowali się w środku. Rodolphus uniósł brew i odwrócił głowę, lecz zrobił to kilka sekund za późno.
- A ty, młody, co się gapisz? Pewnie nawet nie wiesz, o kim mówimy - westchnął ciężko. Nie powinien był odpowiadać, ale coś sprawiło, że się wyprostował i na powrót skierował swoje stalowoszare spojrzenie na mężczyzn. W sumie... Kolejni, którzy uważali, że skoro wygląda młodo, to zapewne nie wie, o czym toczą się rozmowy. Nie oni pierwsi i nie oni ostatni.
- Nobby Leach, dwudziesty ósmy Minister Magii - odpowiedział spokojnie, lekko wzruszając ramionami. - Zmarł na niewyjaśnioną chorobę w 68 roku, a jego przeciwnicy twierdzą, że nie tylko zdradzał żonę, ale również miał swój udział w... jakimś mugolskim sporcie.
Tu już się zająknął, bo ni chuja nie wiedział, co to był za sport. Wiedział tylko, że jakiś był i oskarżano go o pomoc swojej ulubionej drużynie. Ale co to było? Jak wyglądało? I czy to była prawda? Nie miał pojęcia.
- World Cup w roku 1966 - pierwszy mężczyzna pokręcił głową i wykonał gest, jakby zapraszał Rodolphusa do ich stolika. Lestrange zgubił liczenie - ile minut jeszcze miał?
- Chwila chwila. A skąd taki gówniarz może wiedzieć o Nobbym? - błysk ciekawości (czy też wścibskości) pojawił się w oczach drugiego z mężczyzn. Jednak zrobili mu miejsce, a on... Cóż. Westchnął i wstał.
- Pracuję w Ministerstwie, muszę wiedzieć... rzeczy - wzruszył ramionami, przysiadając się do nich. Na wyciągniętą paczkę papierosów pokręcił przecząco głową. - Nie palę.
- Twoja strata - obaj mężczyźni odpalili papierosy od świeczek, mając gdzieś mugolskie przesądy, dotyczące morza, marynarzy i świeczek. Dmuchnęli dymem w górę, a siwy kłąb poszybował ku sufitowi.
- I co sądzisz o tym wszystkim? Umarł sam, ktoś mu pomógł?
- Nie na wszystkie choroby mamy eliksiry - odpowiedział wymijająco, splatając dłonie na blacie stolika.
- Nie no, musisz mieć jakąś opinię, skoro pracujesz w Ministerstwie - jeden z mężczyzn wyciągnął dłoń i klepnął go w ramię. Na ułamek sekundy w oczach Rodolphusa pojawiła się irytacja, którą jednak skrył opuszczeniem powiek, wzroku niby na swoje dłonie. A mógł zamknąć mordę i po prostu wyjść.
- Nie podejrzewam, że ktoś miałby mu pomóc odejść z tego świata - powiedział w końcu, przedłużając chwilę milczenia. - Nawet jeśli był postacią kontrowersyjną, to raczej by wykryli to, co się stało i podali do wiadomości publicznej. Czasy są niepewne, to byłby kolejny argument dla przeciwników... Wiecie kogo.
Kłamstwo i hipokryzję miał we krwi - łganie w takich sytuacjach przychodziło mu z ogromną łatwością, co nie znaczyło, że nie czuł się wtedy jak ostatni pajac.
- Ej, a może to żonka go kropnęła, hm? - jeden z nich podrapał się po policzku. Jeżeli to miał być żart, to trochę zbyt poważnie wypowiedział swoje słowa.
- Wątpię. Jeżeli faktycznie ją zdradzał, to zapewne zatańczyła na jego grobie, ale o tym nic mi nie wiadomo - powiedział wymijająco, milknąc na chwilę, gdy do stolika podszedł kelner. Odmówił jakiegokolwiek napoju, ale mimo to i tak postawiono przed nimi miskę orzeszków. Nie miał zamiaru po nie sięgać. Ile minut mu zostało? Było już po czasie, tak podejrzewał. Dyskretnie zerknął na zegarek.
- Pogoda jak pod psem, jak na kogoś czekasz, to lepiej pogadaj z nami - czy oni byli pijani? Rodolphus przyjrzał im się uważnie. Podpici na pewno, ale narąbani: raczej nie. Zerknął za okno. Pogoda faktycznie zaczęła się rozkręcać: jego przypuszczenia były słuszne. Deszcz wściekle bębnił o szyby i fasady budynków, a na chodniku zaczynały robić się kałuże. Niebo zostało niemalże całkowicie przesłonięte czarnymi chmurami. Na zewnątrz nie było już uciekających ludzi. Nie było zwierząt, nie było liści, bo te porwał wiatr. Nie było już niczego poza deszczem. Mieli rację: jeżeli czekał na kogoś, to ta osoba na pewno się już tu nie zjawi. On sam by pewnie się nie zjawił, gdyby miał wyjść w taką pogodę z domu.
- Nie wiem, czy mamy o czym rozmawiać, to wszystko to są spekulacje - odpowiedział, powracając wzrokiem do swoich rozmówców.
- Jak to nie. A o tym, że był mugolakiem, to niby nic? - gdy mężczyzna nachylił się do Rodolphusa, ten poczuł uderzającą w nozdrza nieprzyjemną woń alkoholu. Nie skrzywił się jednak, nie cofnął głowy. Jeno uniósł brew i wytrzymał natarczywe spojrzenie.
- Zależy.
- Zależy od czego?
- Od tego, kto pyta - odpowiedział zgodnie z prawdą. Szczerze, bez napięcia w głosie. Na chwilę przy ich stoliku zapadła cisza. Trwała dosłownie chwilę lecz napięcie pomiędzy nimi było wyczuwalne.
- Daj spokój, młody, jesteś wśród czarodziejów z godnością. Płynie we mnie krew Parkinsonów - kolejne klepnięcie w ramię. Jeszcze chwila, a mu odda. Krzesłem. W ryj.
- Nie. Nie jest to niby nic. To plus doniesienia, które do nas doszły, to wystarczający powód, by chcieć się go pozbyć. Wciąż jednak uważam, że nie ma niezbitych dowodów na to, by odszedł przy czyjejś pomocy - wzruszył ramionami. Nie wiedział, czego od niego oczekują - że nagle wstanie, wejdzie na stolik i zacznie krzyczeć "jebać szlamy" na cały pub? Pokręcił głową.
- Pracujesz w Brygadzie, nie? Znam ja takich jak wy, dla was tylko się dowody liczą.
- Można tak powiedzieć.
- To chyba czas na ciebie - nagle ich spojrzenia stwardniały. Zrozumiał przekaz. Wstał z zamiarem skierowania się do wyjścia, lecz zanim zdążył na dobre odejść od stolika, mężczyzna złapał go za nadgarstek.
- Może i nie ma dowodów, ale ludzie swoje wiedzą. I wiesz co? Może lepiej tych dowodów nie szukajcie, bo ktokolwiek to zrobił... To dobrze zrobił, ha tfu.
Lestrange kiwnął głową niby na znak że tak, rozumie, ale też niby na znak, że się z tym zgadza. Ruszył się jednak z miejsca dopiero, gdy nieznajomy puścił jego rękę.
- Gdybyś nie był z BUM, to byłbyś spoko chłopak, bo mózg masz na swoim miejscu - krzyknął jeszcze za nim, ale słowa zostały zagłuszone przez ulewę, która szalała na zewnątrz. Nie czuł się w obowiązku prostować tego, że źle zrozumieli. Wystarczająco już zmarnował czasu. Teleportował się z ulicy prosto pod drzwi swojego mieszkania. Mimo że to była chwila, to zdążył całkowicie przemoknąć. A do osoby, która się spóźniła, wyśle prezent. Może zdechłego szczura czy pudełko karaluchów.
Koniec sesji