adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Było lato.
Jeszcze do niedawna lato oznaczało mnóstwo czasu wolnego, który można było poświęcić na gonitwy po Dolinie, wycieczki ze znajomymi, ogniska rozpalane przy sadzie, lekcje szermierki, wykradanie ciasteczek Malwie, wypady nad jezioro i mnóstwo innych rzeczy, które młodzi ludzie robili, gdy dni się wydłużały, owoce dojrzewały, i nawet angielska, kapryśna pogoda jakby się trochę uspokajała, niosąc ze sobą więcej słońca i ciepła. Teraz… teraz oznaczało głównie więcej pracy: w Brygadzie i w u aurorów też pracowali rodzice, jeśli nie rodzice, to osoby będące w związkach, ludzie, którzy latem chcieli wziąć trochę urlopu. Skoczyć gdzieś z partnerem, pobawić się z dzieciakami.
Najmłodsi – a Brenna ukończyła staże dopiero stosunkowo niedawno – byli najniżej w porządku dziobania i w kolejce urlopowej.
I jej to nawet nie przeszkadzało. Lubiła swoją pracę. Lubiła i patrole po stałych trasach, i te okazje, gdy posyłano ją na jakieś interwencje, i nawet ślęczenie nad papierami. Lubiła szukanie rozwiązań. Mniej lubiła niektóre rzeczy oglądane w kręgu, ale znała ich konieczność. Godziny pracy wydłużały się jakoś same, urlopu wykorzystała niedużo, brała go głównie, by wyjść gdzieś ze znajomymi. A jednak… jednak gdy w powietrzu wlatującym do jej pokoju w Warowni zapachniało jabłkami i czereśniami, kiedy niebo oglądało się głównie nad Pokątną podczas patroli, i gdy gdzieś w oddali migotała rzeka przy okazji interwencji w Little Hangleton – Brenna zaczynała tęsknić za letnią swobodą.
Była więc niezmiernie szczęśliwa, że dzień wolnego wypadł akurat w wyjątkowo ładne popołudnie, i że nikt nie prosił jej o zrobienie czegoś w nadgodzinach, nie doszło do żadnych zamieszek na meczu quidditcha, jak w zeszłym tygodniu, dalecy krewni nie wyprawiali akurat żadnego przyjęcia, na które koniecznie powinna wpaść i ogólnie mogła robić jedno, wielkie nic. Śniadanie zjadła więc z matką, potem wpadła do przyjaciółki, a resztę dnia włóczyła się po prostu po Dolinie Godryka, by spacer zakończyć w lesie. Tam, gdzie ten zwykły, po którym niekiedy krążyli i mugole, zaczynał przechodzić w znacznie bardziej magiczną Knieję Godryka, pełną czarodziejskich roślin i zwierząt.
Drzewo, na które ostatecznie się wdrapała, z kilkoma zerwanymi po drodze jabłkami i jeżynami, wydawało się jednak absolutnie niemagiczne. Rozsiadła się na jednej z gałęzi, skryta pośród listowia i zajadała owoce. Ubrana całkowicie po mugolsku, na mugolską gówniarę wyglądała – przechodziła i przez nieczarodziejskie części miasteczka, żadna szata więc by się nie sprawdziła, a w taki upały zdecydowanie wolała szorty, trampki i lniane koszule od wymyślnych, haftowanych szat czystokrwistych.
Cisnęła ogryzek gdzieś w dół, nie patrząc nawet gdzie leci – nie przyszło jej do głowy, że mogłaby kogoś trafić, bo i kto by się tutaj mógł kręcić?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.