• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[lato 1964, Dolina Godryka] Lato pachniało jabłkami

[lato 1964, Dolina Godryka] Lato pachniało jabłkami
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
08.09.2024, 16:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:26 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Było lato.
Jeszcze do niedawna lato oznaczało mnóstwo czasu wolnego, który można było poświęcić na gonitwy po Dolinie, wycieczki ze znajomymi, ogniska rozpalane przy sadzie, lekcje szermierki, wykradanie ciasteczek Malwie, wypady nad jezioro i mnóstwo innych rzeczy, które młodzi ludzie robili, gdy dni się wydłużały, owoce dojrzewały, i nawet angielska, kapryśna pogoda jakby się trochę uspokajała, niosąc ze sobą więcej słońca i ciepła. Teraz… teraz oznaczało głównie więcej pracy: w Brygadzie i w u aurorów też pracowali rodzice, jeśli nie rodzice, to osoby będące w związkach, ludzie, którzy latem chcieli wziąć trochę urlopu. Skoczyć gdzieś z partnerem, pobawić się z dzieciakami.
Najmłodsi – a Brenna ukończyła staże dopiero stosunkowo niedawno – byli najniżej w porządku dziobania i w kolejce urlopowej.
I jej to nawet nie przeszkadzało. Lubiła swoją pracę. Lubiła i patrole po stałych trasach, i te okazje, gdy posyłano ją na jakieś interwencje, i nawet ślęczenie nad papierami. Lubiła szukanie rozwiązań. Mniej lubiła niektóre rzeczy oglądane w kręgu, ale znała ich konieczność. Godziny pracy wydłużały się jakoś same, urlopu wykorzystała niedużo, brała go głównie, by wyjść gdzieś ze znajomymi. A jednak… jednak gdy w powietrzu wlatującym do jej pokoju w Warowni zapachniało jabłkami i czereśniami, kiedy niebo oglądało się głównie nad Pokątną podczas patroli, i gdy gdzieś w oddali migotała rzeka przy okazji interwencji w Little Hangleton – Brenna zaczynała tęsknić za letnią swobodą.
Była więc niezmiernie szczęśliwa, że dzień wolnego wypadł akurat w wyjątkowo ładne popołudnie, i że nikt nie prosił jej o zrobienie czegoś w nadgodzinach, nie doszło do żadnych zamieszek na meczu quidditcha, jak w zeszłym tygodniu, dalecy krewni nie wyprawiali akurat żadnego przyjęcia, na które koniecznie powinna wpaść i ogólnie mogła robić jedno, wielkie nic. Śniadanie zjadła więc z matką, potem wpadła do przyjaciółki, a resztę dnia włóczyła się po prostu po Dolinie Godryka, by spacer zakończyć w lesie. Tam, gdzie ten zwykły, po którym niekiedy krążyli i mugole, zaczynał przechodzić w znacznie bardziej magiczną Knieję Godryka, pełną czarodziejskich roślin i zwierząt.
Drzewo, na które ostatecznie się wdrapała, z kilkoma zerwanymi po drodze jabłkami i jeżynami, wydawało się jednak absolutnie niemagiczne. Rozsiadła się na jednej z gałęzi, skryta pośród listowia i zajadała owoce. Ubrana całkowicie po mugolsku, na mugolską gówniarę wyglądała – przechodziła i przez nieczarodziejskie części miasteczka, żadna szata więc by się nie sprawdziła, a w taki upały zdecydowanie wolała szorty, trampki i lniane koszule od wymyślnych, haftowanych szat czystokrwistych.
Cisnęła ogryzek gdzieś w dół, nie patrząc nawet gdzie leci – nie przyszło jej do głowy, że mogłaby kogoś trafić, bo i kto by się tutaj mógł kręcić?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
08.09.2024, 20:32  ✶  
W Kniei i okolicach lato było kontynuacją zapracowanego okresu wiosny. Gdyby nie ocieplająca się pogoda i wyraźne poruszenie w rozkwicie natury, obie te pory mogłyby zlać się w jedność. Przycięte i wypielęgnowane rośliny wymagały kontroli, zioła i warzywa potrzebowały regularnego nawożenia. Zawiązki owoców należało skontrolować, gdy dojrzewały do swojej finalnej wielkości. Nawet wewnątrz gęstego magicznego lasu należało dokonywać regularnych obchodów. Tu sprawdzać stan domów dla dzikich pszczół a tam upewnić się, że po ostatniej wichurze nikomu nie zagrażało poranione drzewo.
Z uwagi na rozległość terenu, na który zapuszczali się spacerowicze, to wymagało regularności, czasu i pokładów cierpliwości. Dalsze fragmenty Kniei mogły żyć swoim życiem, naturalne, dzikie, niezgłębione i piękne. Bliższe należało otaczać troską i uwagą. Rodzina Greengrassa robiła to od pokoleń, więc i on w swoim dniu wolnym podejmował wędrówkę po głuszy.
Podpierając się długą gałęzią jak laską (nie musiał, ale lubił to robić) powoli przemierzał kilometry, żując przy tym któreś z kolei źdźbło trawy i od czasu do czasu zatrzymując się na kontrolę. Szedł cicho, naturalnie dostosowując się do rytmu natury. Bądź co bądź, tu bywał jego dom. Zazwyczaj lubił otaczający go spokój.
Ten, który został przerwany uderzeniem w głowę. Potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co się stało.
Wiewiórki.
Jego wiedza dotycząca magicznych i niemagicznych zwierząt ograniczała się do tego, że niezadowolony sarknął:
- Cholerne szkodniki - i wytarł twarz rękawem, kopiąc wściekle ogryzek małego jabłka.
Niektórzy uważali te zwierzęta za przeurocze. On miał je za drzewne szczury z równie obrzydliwymi, cienkimi ogonami skrywanymi pod pozorem rudej puszystości. Miały małe oczy jak paciorki i ostre zęby. Skakały z drzewa na drzewo niczym mali skrytobójcy od czasu do czasu atakujący kogoś orzechem lub (tak jak w tym przypadku) ogryzkiem jabłka.
Skąd do diabła miały jabłko na ałyczy? W dodatku starej i przerośniętej, wydającej mało własnych owoców?!, nie wiedział. Może miały jakieś swoje zwyczaje a może po prostu były małymi skurwielami. Czasami widział predyspozycje ku temu, gdy w koronie drzew migała mu para złośliwych czarnych oczek a z gardła pasożyta wydobywało się ostrzegawcze prychanie.
Tak. Jako opiekun Kniei wiedział, że wiewiórki miały swoją rolę w ekosystemie. Rozwiewały młode drzewa, dbały o rozrost lasu, zjadały drobne owady, larwy i małe szkodniki. Mimo to nie miał do nich szacunku. Łaskawie nie zgromił zwierzątka wzrokiem, ale zacięcie zmarszczył czoło i znowu kopnął ogryzek, po czym oparł się o to samo drzewo. Skoro piorun nie walił dwa razy w to samo miejsce (albo nie za często) to i on nie powinien znowu dostać czymś w głowę. Wiewiórka najpewniej spłoszyła się ruchem na dole i dawno pokicała nękać innych spacerowiczów. Tu było ich niewielu, ale w mugolskiej części lasu bliżej krawędzi Kniei mogła zaszaleć.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#3
08.09.2024, 23:20  ✶  
Brenna lubiła wiewiórki, może dlatego, że nie podchodziły aż pod Warownię, aby kraść orzechy z drzewa rosnącego na krańcu sadu. Były urocze, a poza tym zjadały owady. Oczywiście, może zmieniłaby zdanie, gdyby wiedziała, że mają w zwyczaju także żywcem pożerać pisklęta prosto w gniazdach, a czasem także dorosłe ptaki. W każdym razie nie obruszyłaby się ani trochę na porównywanie jej do wiewiórki, chociaż uznałaby je za wybitnie trafione, bo nie była ruda, urocza też nie i w sumie to nie uważała się za szkodnika.
Samo w sobie porównanie do szkodnika sprawiło jednak, że przesunęła się nieco na gałęzi, wyglądając spomiędzy listowia w dół, a na wpół nadgryzione jabłko zleciało jej z kolana i wylądowało tuż przed nogą Ambroisa. Brenna zlustrowała mężczyznę spojrzeniem, próbując ocenić, czy ma do czynienia z mugolem, czy z czarodziejem, na podstawie stroju i fryzury – chociaż było to trochę mylące zważywszy na to, że sama by nie rzucać się w wiosce w oczy (i dla wygody wspinaczki po drzewach) miała teraz na sobie mugolskie ubrania.
W teorii tutaj mugol chyba mógł się jeszcze dostać, ale coś się jej zdawało, że niekoniecznie powinien, skoro te całe drzewa Greengrassów, które sadzono na grobach członków rodu (a i jak kiedyś święcie wierzyła Brenna, lubiąca wszystkie bajki, czasem wyrywały korzenie z ziemi i chodziły sobie po okolicy na przechadzki, niby enty z ukochanego przez nią Władcy Pierścieni), rosły nie tak daleko stąd…
– Słyszałam to – rzuciła, chociaż bez urazy w głosie, przypatrując się mu z góry. Nie, nie kojarzyła go: znała wprawdzie większość mieszkańców Doliny Godryka, ale akurat z tą gałęzią Greengrassów, do której należał, jej rodzina nigdy nie utrzymywała zażyłych kontaktów. Był o tyle starszy, że w Hogwarcie raczej nie mieli okazji na siebie wpaść, potem cóż, ona była w zamku, on tutaj, a w ciągu ostatniego roku Brenna mnóstwo pracowała, a i niekoniecznie bywali zapraszani na wszystkie te same przyjęcia, i z uwagi na pewien izolacjonizm jego krewnych, co to drzewa lubili bardziej niż ludzi, i pewnie jego skomplikowaną historię rodzinną. Ale właśnie to, że go nie kojarzyło, wzbudzało w niej pewną czujność, bo tak to miała wrażenie, że zna jednak prawie każdego w okolicy najmniej z widzenia. – Chociaż w sumie to niektórzy mówią, że wszyscy ludzie są szkodnikami, więc nawet by się zgadzało, jakby się zastanowić. Po co ci ta laska? Zrobiłeś sobie krzywdę? – spytała, wychylając się jeszcze bardziej, w próbie dopatrzenia się, czy nie wyglądał, jakby faktycznie chodząc po Kniei zrobił sobie jakąś krzywdę. Przy okazji nieświadoma, jak dobrze trafiła, bo przecież to sami Greengrassowie lubili mawiać, że cały świat zwierzęcy – a co za tym idzie także ludzie – są pasożytami świata roślinnego.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
09.09.2024, 11:04  ✶  
Najprawdopodobniej powinien spodziewać się wszelkich kolejnych ataków ze strony wiewiórek, skoro już raz to zrobiły, ale niesłusznie założył, że był już całkiem bezpieczny. To dlatego, gdy niemal dostał kolejnym jabłkiem w nogę, dosyć poważnie się naburmuszył. Nie, nie wściekł. Nie wściekał się o takie drobnostki, jednakże dosyć poważnie go irytowały. Odruchowo schylił się po niepełny ogryzek (gdyby go obejrzał od nadgryzionej strony, pewnie zorientowałby się, że to były ślady ludzkich zębów), na oślep ciskając go w górę. Jeśli miałby szczęście, mógł strącić jakiegoś szkodnika albo przynajmniej skutecznie go przepłoszyć.
Tak się nie stało. Żadna ruda kita nie spadła z drzewa. Nie spodziewał się zbyt wiele, ale czuł lekki zawód, że mu się nie powiodło. Wystarczyła chwila, żeby podjął decyzję o daniu sobie drugiej szansy i pochylił się w celu podniesienia paru obitych śliwek. Zamierzał zlokalizować leśnego szczura i spróbować dać mu nauczkę...
W pierwszej chwili sądził, że ma omamy słuchowe, kiedy z drzewa dotarł do niego dźwięczny damski głos. Wyraźnie zmarszczył czoło, momentalnie się prostując i unosząc dłoń do oczu, żeby zrobić sobie daszek i widzieć coś pod słońce.
Była tam. Wbrew wszelkiej logice, patrzyła na niego nie właścicielka rudej kity a całkowicie normalna młoda dziewczyna. Choć może jednak nie powinien przesadzać z tą normalną?
- I co w związku z tym? - Spytał z przekąsem, zadzierając podbródek, żeby nawiązać lepszy kontakt wzrokowy. - Podkablujesz mnie leśnej radzie wiewiór? - Zmierzył dziewczynę spojrzeniem, próbując określić dokładnie to samo, co ona robiła wobec niego.
Oczywiście, nie miał pojęcia, jak go oceniała i czy uważała go za mugola, czy też nie. Ku wygodzie nosił się raczej bardziej jak zwykły człowiek niż jak leśny czarodziej w powłóczystej szacie. Kiedyś sądził, że to drugie dodawało mu dramaturgii, ale nie lubił plątać się w krzaki i rwać materiału przy każdej możliwej okazji do zaczepienia się o coś. Z uwagi na to miał na sobie całkowicie normalne spodnie i koszulkę z krótkim rękawem. Mógłby swobodnie ujść za turystę, choć nieczęsto tu takich widywano. Tak właściwie, widok nieznanej mu twarzy był bardzo zastanawiający. Nie co dzień wpadało się na kogoś obcego. Jeszcze rzadziej w podobnych okolicznościach.
- Na moje szczęście mam tu niezłe względy - uprzedził poważnie, nie dając do zrozumienia, czy żartował czy może naprawdę sądził, że jest w tym lesie jedną z ważniejszych osób.
Okay, może coś w tym było. Greengrassowie byli opiekunami Kniei, więc na ogół cieszyli się specjalnymi przywilejami. Jednakże dosyć ciężko było stwierdzić, skąd wynikającymi i w jaki sposób oddziałującymi. Nieczęste kontuzje doznawane w gęstej głuszy mogły wynikać z doskonałej znajomości topografii a nie z tego, że drzewa cofały korzenie, żeby zrobić im przejście. Unikanie spadających gałęzi mogło być wynikiem przypadku i mocniejszych podmuchów wiatru, zaś nie ochroną ze strony lasu. Naturalnie omijali różnorodne przeszkody, bo się ich spodziewali. Tak, mieli wyjątkowe fory, bo czuli się jak część lasu. Mieli też swoje prywatne wierzenia i szeroko rozpowszechnione legendy na temat ich wyjątkowości względem tych terenów.
I owszem, Ambroise czasem czuł się jak księżniczka (gdyby tylko znał bajki Disneya, pewnie utwierdziłby się w tych odczuciach) a teraz ktoś mu w tę księżniczkowatość wchodził, zadając stanowczo zbyt dużo pytań. Zgadza się, dokładnie dwa i o te dwa za dużo. Na dodatek nie wiedział, ile jeszcze nadjedzonych jabłek miała ta ciekawska istota, która miała nad nim niewygodną przewagę wysokości drzewa. Co prawda, nie wyglądała na groźną, ale nikt całkiem normalny nie wspinał się na drzewa w tej części lasu.
- Nie powiem, że się z tym nie zgodzę. To biedne drzewo też by tak powiedziało, gdyby mogło mówić - stwierdził, wzruszając ramionami. Było stare, miało bardzo delikatne, łamliwe gałązki. Raczej nie doceniało nagłego ciężaru. - Patrzcie ją, jaka dociekliwa - wywrócił oczami, opierając się trzymanej na gałęzi. - A może bronię nią lasu przed intruzami? - Tak. Sugerował, że dokładnie tym była. Intruzem. Jak wiewiórka.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#5
09.09.2024, 21:58  ✶  
– Pechowo Wielka Rada Wiewiór spotyka się tylko w piątki, a dziś mamy dopiero poniedziałek. Poproszę zamiast tego Ducha Kniei, żeby cię porządnie nastraszył w moim imieniu – odparła. Niezbyt przejęta, że być może rozmawia z mugolem bo, w gruncie rzeczy, Duch Kniei nie istniał, a przynajmniej nie taki, o jakim mówiła Brenna, bo ten to był jednym z jej wymyślonych przyjaciół z dzieciństwa, o którym chętnie kiedyś opowiadała bajki. Ewentualnie kimś, kto kiedyś tu żył, a ona widywała go w wizjach widmowidza – sama nie była pewna, kiedy była dzieciakiem to wszystko do pewnego stopnia zlewało się ze sobą, a wspomnienia bywały zwodnicze. – Skąd wiesz, że ja nie mam? – spytała, przekrzywiając głowę na bok, takim ruchem, który mógł wyglądać nieco nienaturalnie u człowieka, a który zaszczepił się u niej po paru przemianach animagicznych. W ten sposób głowę czasem przekrzywiały psy, gdy zdawały się czymś zainteresowane… i najwyraźniej zdarzało się to też czasem wilkom.
Nie była Greengrassówną. Nie wiedziała, o czym szepcą drzewa i nie uniosłyby gałęzi w jej obronie. Ambroise mógł znać ich imiona, a te były według legend jego strażnikami. A jednak w Kniei Brenna czuła się pewnie jak chyba nigdzie – urodziła się w Dolinie Godryka, ganiała po tym lesie od małego, poznawała dalekie ścieżki u boku Sama, który w niej żył, zwiedzała puszczę w wilczym ciele, doświadczając jej wilczymi zmysłami. Nie znała może nazw i zastosowań tutejszych roślin, ale poznała ich zapachy, kolory i miejsca, w których rosły, znała drogi, jakimi biegały zwierzęta, wiedziała, pod którym mostem kryły się boginy.
Może też mogłaby porównać Ambroisa do księżniczki Disneya, bo odkąd Thomas Hardwick zaraził ją miłością do Tolkiena porywała mugolskie książki, bajki, a wreszcie nawet zdarzyło się jej z zachwytem obejrzeć Śpiącą Królewnę. Chociaż była niezmiernie rozczarowana, że zgodnie z tytułem to ta królewna głównie tam spała. Ale na razie nie wykonał ani jednego numeru tanecznego z sarnami, ptaki nie pojawiły się, by robić mu za chórek, gdyby zechciał trochę pośpiewać i drzewa wcale nie próbowały go ukoronować, więc Brenna nie dostrzegała jeszcze żadnych podobieństw. Zresztą, nie wydawał się chyba zbyt chętny do śpiewania, a przecież te księżniczki Disneya to bardzo lubiły chodzić i świergotać…
– Nie wydaje się biedne, a poza tym ja przynajmniej nie drążę w nim żadnych dziupl – stwierdziła, wzruszając ramionami. Po drzewach uwielbiała chodzić od małego i wybierać się starała takie, które mogły utrzymać jej ciężar. Oczywiście popełniła w życiu parę pomyłek, które często kończyły się bolesnymi upadkami i siniakami, ale z czasem Brenna nabyła w tych wyborach pewnej wprawy. A jakaś złamana gałązka? Cóż, jak pęknie pod lekkim dotykiem, to jej zdaniem pękłaby i tak przy najbliższej wichurze…
Wydawało się, że zaraz z tej gałęzi zleci z głośnym hukiem, bo kiedy wspomniał o kiju, wychyliła się jeszcze mocniej, żeby ją sobie obejrzeć.
– Słabo nadawałaby się do bicia – oceniła, nieodrodna córka rodu Longbottomów, w której to rodzinie okładanie się nawzajem mieczami, pięściami i kijami można było uznać za formę deklaracji miłości. Krew Gryffindora chyba trochę mieszała im w głowach. [b] – Jak mocniej uderzysz, to pęknie na pół, jestem w sumie pewna.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
10.09.2024, 00:18  ✶  
- Przykro mi to mówić, ale Duch Kniei to mój człowiek - oznajmił rozkładając ręce.
Cóż poradzić. Miała pecha. Rada Wiewiórek nie miała spotkania a kolejna możliwa opcja nie była dostępna, bo pracowała dla innej strony ich konfliktu. On również miał swoje wyobrażenie o Bycie z głuszy i tak się składało, że automatycznie założył, że mówili o tym samym Duchu. A wobec tego, zupełnie niczym każdy szanujący się prawnik, siła z Kniei nie mogła tak po prostu reprezentować obu klientów na raz ani zmieniać ich do woli. Jakże niezmiernie żałował (oczywiście, że wcale nie), ale zasady były zasadami.
- Bo to moja głusza? - Spytał równie bezczelnie, bo skoro ona była tak absurdalnie pewna siebie, on tym bardziej mógł być jeszcze gorszy.
Tak, egoistycznie uważał, że to wszystko było jego. Może nie wyłącznie, ale skoro to właśnie Greengrassowie opiekowali się lasem, to chyba mógł sobie rościć prawo do jakiegoś kawałka tej natury. Tak się akurat składało, że pospiesznie zaklepał sobie właśnie ten. Od tego drzewa niecałe dwa metry od ałyczy po horyzont. To było jego miejsce. Więcej aktualnie nie potrzebował. Później mógł je zmienić wedle uznania, bo takie prawo też sobie nadał. Jako obrońca lasu mogł robić niemalże wszystko w zamian za dbanie o drzewa i krzewy. Szczególnie te deptane przez ludzkie odpowiedniki wiewiór. Na dodatek zuchwałych.
- Nie musisz drążyć żadnej dziupli, żeby być szkodnikiem - właśnie tak, wrócił do tamtego pierwszego zarzutu, tyle że tym razem otwarcie skierował go do niej a nie do wyimaginowanej wiewiórki. - Depczesz mu gałązki i zrzucasz listki, które powinny być na nim jeszcze przynajmniej do końca miesiąca. Może dłużej - zawyrokował, kręcąc głową z niedowierzaniem wobec ignorancji dziewczyny. - Poza tym pchasz się na nią z jabłkami, kiedy ona ma własne owoce. Zaraz pewnie jeszcze nazwiesz ją mirabelką - a to ałycza.
Nigdy wcześniej nie widział nieznajomej w tym miejscu. Nie bywał w głuszy codziennie, więc nie było to specjalnie niemożliwe, jednakże zaskakiwała go łatwość, z jaką ciemnowłosa utrzymywała się w koronie starego drzewa. Chcąc utrzymać z nim kontakt i najpewniej jak najwięcej zobaczyć, niemalże wyprawiała tam akrobacje godne... no, właśnie.
Wiewiórki.
Całkiem słusznie ją ocenił, choć język miała długi jak jaszczurka i nawijała przy jego pomocy niczym nakręcana katarynka.
- Powiedziała ta, co bije ludzi jabłkami - uniósł brwi, ani przez chwilę nie zastanawiając się, że ich dialog brzmiał absurdalnie, może nawet niedojrzale. - Wtedy będę mieć dwie - zagroził niewzruszony. Może krótsze, ale dwie bronie zamiast jednej nie brzmiały znowu tak źle.
Nie zagroził, że wypróbuje je na niej, bo nie bił kobiet (nawet tych irytująco bezczelnych), ale miał w zanadrzu co innego. Nie zastanawiając się zbyt wiele, złapał grubszą gałąź i zatrząsł całym drzewem. Wiedział, że upadek nic by jej nie zrobił. Poza tym pewnie mocno się trzymała, więc chciał ją tylko nastraszyć.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#7
10.09.2024, 10:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 10:15 przez Brenna Longbottom.)  
– Nie sądzę. Nie lubi mężczyzn, odkąd obraziła się na swojego narzeczonego za to, że notorycznie ją zdradzał – uparła się Brenna, może wygadując jakieś głupoty, a może mówiąc o jakimś prawdziwym duchu, a może coś jeszcze innego, ale skąd Ambroise mógłby to wiedzieć? – Greengrass? – spytała, przy okazji zdradzając, że owszem, nie jest mugolką. A jeśli on był… to nazwisko i tak będzie dla niego tylko nazwiskiem „tych dziwaków, co mają wielki ogród”, i w żaden sposób nie zdradzi niczego, co nie powinno.
Chociaż Brenna nie uważała Kniei za własność Greengrassów. Nie sądziła, by ten las należał do kogokolwiek poza samym sobą, nawet jeśli być może gdzieś tam w jakichś zapiskach stało, że te i te części puszczy należały do Greengrassów, a nawet do Ambroisa osobiście.
– Depczesz trawę. Masz na spodniach gałązkę jeżyn, musiałeś ją przypadkiem wyrwać, i chyba widzę pajęczynę na włosach, zniszczyłeś domek pająka. I jestem pewna, że zdeptałeś po drodze jakąś mrówkę – oświadczyła bezczelnie. Och, Brenna zawsze była dzieciakiem trochę pod pewnymi względami bezczelnym, a podrośnięcie wcale tego nie zmieniło. Nie zmienił tego i pierwszy rok w Brygadzie, nawet jeśli na początku byłeś żółtodziobem, którego wszyscy traktowali z góry – Brennie nie przeszkadzało, że ludzie patrzą na nią z wyższością, i nie naruszało to ani jej pogody ducha, ani tej pewnej, prawdopodobnie irytującej bezczelności. – Tak patrząc, to samo istnienie robi szkodników z nas obojga, co? Ale obiecuję, że nie będę nazywać tego drzewa mirabelką, skoro to miałoby zranić jego uczucia – przyrzekła, chociaż rzecz jasna nie miała pojęcia, czym jest do licha ałycza i czym się różni od mirabeli, a poza tym to Brenna po prostu lubiła jabłka. – Walka dwoma kijami jest dużo trudniejsza niż jednym, łatwiej zrobić sobie krzywdę niż komuś, jeśli nie wie się bardzo dobrze, jak uderzać, zwłaszcza jak są źle ułamane – pouczyła go, tak samo jak on ją chwilę temu, bo tak jak jego oburzało porównywanie ałyczy do mirabelki, tak ona wzdychała w duchu, że no hej, środek ciężkości, a poza tym co do zasady nie walczyło się dwiema długimi broniami w obu rękach, to był, czy raczej miał być w przyszłości wymysł mugolskich RPGów…
Zachwiała się, kiedy potrzasnął drzewem, a potem po prostu, by złapać równowagę przy tym niespodziewanym potrząśnięciu, zawisła na gałęzi na nogach, przytrzymała dłońmi i przekręciła w tył, by zeskoczyć w dół. Opadła na przyklęk, a potem wstała, otrzepując spodnie.
Niestety, przy okazji kolejne trzy jabłka, nienaruszone, opadły także na trawę i z chusteczki wysypały się jeżyny.
– No patrz, a te liście powinny zostać na drzewie jeszcze najmniej miesiąc, nie? – spytała, spoglądając na te obsypane przez to potrzaśnięcie listki i posłała mu uśmiech.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
10.09.2024, 13:03  ✶  
- Całe szczęście niedawno dowiedziała się, że to nie on ją zabił tylko opakowanie mugolskich gum do żucia - gdy to mówił nawet nie drgnęła mu powieka.
Nie dał do zrozumienia dziewczynie, że w jego oczach wygadywała banialuki. Chciała grać w tę grę a on czuł się w tym całkiem dobry. Jako starszy brat nie raz musiał wymyślać historie na poczekaniu, żeby wyjaśnić siostrze jakieś trudne tematy albo zająć ją czymś, żeby nie skupiała uwagi na niewygodnej sytuacji.
- Poza tym sama mówisz, że jest bardzo wyrozumiała, skoro tylko się na niego obraziła a nie na przykład postanowiła go przekląć trzy pokolenia do przodu - zasugerował luźno, wzruszając ramionami.
Cóż za wspaniałomyślny byt. Gdyby się zastanowić, mogli go określić Wielkodusznym Duchem z Kniei. Ją, tak właściwie. Nie mogli przecież zapomnieć o niesamowitej wiedzy dziewczęcia na temat płci zjaw władających tym miejscem. Mógłby poczuć się zawstydzony własnym brakiem kompetencji, gdyby nie to, że miał nieznajomą za coraz bardziej szurniętą osóbkę. Nie zdziwiłby się, gdyby zaraz zaczęła udawać medium w trakcie opętania i próbowała wmówić mu, że sama jest Duchem Kniei. Szczególnie wtedy, gdy jednym słowem udowodniła mu, że nie jest mugolką. Całkiem celnie strzelała pytaniami, w przeciwieństwie do rzucania jabłkami.
- A tak. Greengrass - przytaknął, kiwając głową.
Posłał jej pytające spojrzenie. Wypadało, żeby podała też swoje nazwisko. Chciał wiedzieć, kto buszował w jego lesie. Tak, nadal upierał się, że to był jego las, nawet jeśli dziewczyna najwidoczniej twierdziła, że lepiej znała to miejsce. Specjalistka od lasów i roślin. Widział ją kto.
- Depczę trawę a ona się wzmacnia - skwitował bez przejęcia. Musiała się bardziej postarać, żeby zbić go z tropu. - Nie przejmuję się jeżynami, bo niemal nic nie odrasta tak szybko jak one - to mówiąc, zlokalizował gałązkę na ubraniu, ujął ją w palce i zdjął na ziemię.
- A skoro już wiesz, że jestem Greengrassem to zapewne wiesz też, że pająki to nie rośliny. Mrówki tym bardziej - prychnął ze stłumionym rozbawieniem, wywracając oczami.
Dla niego świat zwierzęcy nie był aż tak istotny jak ten roślinny. Paradoksalnie naprawdę lubił pająki, ale nie przejmował się zbytnio tym, że zniszczył jakiemuś pajęczynę. W lesie było ich pełno, szczególnie w tych miejscach, w których nie chodziło zbyt wielu ludzi ani nie było zbytnio większych zwierząt.
Nie zamierzał przegrać tej walki słownej. Ani myślał.
- Chyba zaczynasz rozumieć - mruknął nieprzejęty tym, że jemu także sugerowała bycie szkodnikiem.
W gruncie rzeczy wcale się z tym nie sprzeczał. To, że dbał o naturę bardziej niż inni ludzie nie czyniło z niego całkowicie nieszkodliwego dla środowiska. Jego rodzina niemal codziennie starała się naprawiać szkody poczynione nawet przez nich samych. Czasami próbując pomóc jeszcze bardziej coś pogarszali. Musieli pozbywać się części eksperymentalnych gatunków, bo coś im nie poszło zgodnie z planem. Jasne, w większości przyznał jej to wszystko, żeby zbić ją z tropu, ale nie myliła się za mocno.
- To ałycza - poinformował ją, bo skoro chciała współpracować w tym zakresie, powinna wiedzieć, na czym siedziała. - Jest twardsza, mniejsza i kwaśniejsza, trochę bardziej gorzka. Smaczna, ale miłośniczka jabłek raczej tego nie doceni - zawyrokował, wtórując dziewczynie pod kątem bezczelności.
On również potrafił nie przebierać w słowach i mówić kompletnie wszystko, co ślina mu przyniosła na język.
- No kto by pomyślał, że trafię na specjalistkę w walce bronią białą - rzucił sarkastycznie, choć z cieniem uśmiechu na ustach.
Mógł powiedzieć, że całkiem bawiła go ta ich malutka dyskusja. Nieczęsto miał okazję na intelektualną potyczkę z kimś, kto próbował podważać każde jego słowo. Czuł się zaintrygowany przebiegiem ich dialogu. Było to niewątpliwie odstępstwo od codzienności. Idąc na obchód nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Tak jak tego, że zaledwie lekkie potrząśnięcie drzewem będzie mieć tak wyraźne skutki. Nie planował zmuszać brunetki do zeskoczenia, ale skoro już się tak stało, kulturalnie odsunął się na bok, żeby mogła to zrobić. Była niezłą akrobatką, praktycznie nie dała po sobie poznać, że chwilę temu odbyła wysiłek siłowy.
- Akurat te nie powinny - oznajmił bez mrugnięcia okiem. - Zrzuciłaby je byle wichura - zawyrokował wzruszając ramionami. - Wichury, w przeciwieństwie do młodych panien, są dla drzew naturalne.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#9
10.09.2024, 15:39  ✶  
– Masz absolutnie nieaktualne informacje. To opakowanie gum, przeklętych w dodatku, przecież podarował jej właśnie narzeczony, w okrutnym planie sprawienia, że się zakrztusi i umrze, a poza tym była na niego zła za zdrady, a nie za to, że ją zabił. To teraz chodzi po lesie i szuka go, by go przekląć, ale że on od dawna nie żyje, to przeklina przypadkowych mężczyzn, którzy jej go przypominają – odparła Brenna bez choćby sekundy zawahania, wyrzucając z siebie kolejne słowa tak szybko, że prawie się ze sobą zlewały: jakby jej usta ledwo nadążały za myślami. Albo jakby właściwie w ogóle gadała jeszcze, zanim pomyśli, u niej to było bardzo prawdopodobne. Absurdalne rozmowy? Lubiła absurdalne rozmowy. Ich kontynuowanie przychodziło jej naturalnie, niektórzy mieli talent do eliksirów, inni do uwodzenia ludzi, a ona do plecenia totalnych bzdur. Pewne zrównoważenie i rozsądek dopiero zaczynały powoli wbijać się do jej głowy, ale teraz, w szacownym wieku lat dziewiętnastu, jeszcze się nie do końca ucywilizowała… no dobrze. Tak do końca to chyba nigdy nie miała się ucywilizować.
Nie podała swojego nazwiska. Może nie wyłapała tego ruchu i pytającego spojrzenia, może nie zinterpretowała ich poprawnie, może zrobiła to absolutnie celowo.
– W takim razie ja łamię te kruche gałązki, żeby drzewo nie traciło sił na utrzymywanie ich przy życiu, jak może skupić się na tych silniejszych – odparowała, plotąc rzecz jasna bzdury, a raczej nie mając pojęcia, czy plecie bzdury, czy przypadkiem trafiła. Bo tak jak znała się na wykorzystywaniu broni, owszem, i na łażeniu po drzewach, tak absolutnie nie znała się na roślinach i nie miała pojęcia, jak właściwie działa to całe wzmacnianie się trawy ani drzew. Kochała las, ale ta miłość nie objawiała się chęcią sięgania po atlasy przyrodnicze ani usunięcia z niego samej siebie, żeby przypadkiem nie zaszkodzić roślinności. – To pająki nie zżerają tych wszystkich owadów, co szkodzą drzewom? – spytała, i wyglądało to pewnie tak, jakby wchodziła w dyskusję, ale nawet jeżeli może trochę miała takie intencje, to tak naprawdę nie – miała – pojęcia. Wiedziała, że zjadały muchy. Nie wiedziała, czy zjadały jeszcze jakiejś inne, w rodzaju korników, chociaż jak o tym pomyślała (a zastanowiła się nad tym pierwszy raz w życiu) to może i miało to trochę sensu.
– Postaram się zapamiętać – obiecała z powagą i przykucnęła, aby podnieść jedno z jabłek i wytrzeć je z ziemi o bluzę. Obiło się trochę, ale cóż, dalej powinno być jadalne. – A potem znowu na nią wejdę, żeby zobaczyć, czy mi przypadną do gustu – dodała jeszcze. Z przekory…? Nie w tym wypadku: n a p r a w d ę uznała, że chce sprawdzić, czy miał rację, i czy okażą się niby dla niej za gorzkie, chociaż przy tym, ile Brenna jadła i jak w tym była mało wybredna, istniała spora szansa, że faktycznie nie będzie narzekać.
– Mężczyźni potrząsający pniami też nie są naturalni. I jak złamałam jakąś gałąź, to też poleciałaby przy najbliższej, zupełnie naturalnej wichurze. Znaczy się naturalnej, jeżeli nie wywołałaby jej jakaś bardzo wściekła Macmillanówna, nakarmiona morderczymi gumami do żucia – oświadczyła Brenna i ugryzła jabłko, które chwilę temu obracała w dłoni. Przypatrywała się mu jeszcze przez moment uważnie, ale utwierdziła się w myśli, że nie, nie zna go: kojarzyła paru Greengrassów, najwyraźniej jednak z zupełnie innej „gałęzi” tego drzewa.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
10.09.2024, 17:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2024, 17:35 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Zadziwiające, że na każde jego słowo miała dwa swoje i to brzmiące coraz bardziej absurdalne.
- Całe szczęście, że jestem wysoki a on był niższy. Nie niczym goblin, ale wciąż niższy i dużo brzydszy. Ciemnowłosy chudzielec. Wyrozumiała kobieta dała mu szansę, bo była niemal półślepa. Za życia rozwiązywała to okularami, które jak wiadomo nie materializują się na nosie po śmierci. Stąd tak częste pomyłki z jej strony, gdy przeklina na przykład takie - zamilkł, spoglądając na nią wymownie - powiedzmy średniowysokie brunetki.
Skoro już razem tworzyli tę historię, miał zamiar to trochę ubarwić. Zdecydowanie nie próbował iść jej na rękę. Na każde słowo planował mieć swoją kontrę. Jak na każdy patyk swoje dwa patyki. Nic go nie odchodziło, że twierdziła, że dwa były gorsze. Nie znał zbyt wielu rzeczy, które powielone nie byłyby lepsze.
- Sugerujesz, że należy pozbywać się słabszych, kruchszych jednostek? - Spytał podchwytliwie. - Skandaliczne poglądy w tak miłych usteczkach - skwitował, jakby nie zauważył, że te same urocze usteczka niemal od samego początku usiłowały mu dopiec.
Raz po raz próbowała wyjść na prowadzenie w tym nieoficjalnym wyścigu. Gdyby był dżentelmenem, mógłby dać jej tę satysfakcję z wygranej, ale tak zachowywał się tylko w oficjalnych warunkach towarzyskich. Na przykład na takim balu. Nie w samym środku magicznej części lasu. Tu było jego królestwo i niespieszno mu było do ustanawiania podobnych zasad. Wolał jedną jedyną zasadę, jaką był brak szczególnych zasad. Ale tego nie zamierzał mówić dziewczynie. W jej przypadku obowiązywała zasada o nadmiernej ilości zasad. Stosowały się wobec niej wszystkie, które wymyśliłby na poczekaniu.
- Niby tak, ale nie wszystkie - przyznał nie za chętnie - poza tym musiałoby tu być od cholery pająków, żeby dały radę tym wszystkim pasożytom - ocenił, po czym zmarszczył brwi i dodał z uśmieszkiem na ustach - albo musiałyby być bardzo duże, żeby zająć się niektórymi drzewnymi szkodnikami.
Jasne, takie tu były. Występowały nawet w dalszych częściach Kniei, gdzie lepiej było się nie zapuszczać. Pójście tam stanowiło prawdziwą wyprawę, do której należało się porządnie przygotować a i tak można było wrócić w bardzo różnym stanie. Czasami nawet wcale. Las krył wiele sekretów, jeszcze więcej pułapek i niebezpieczeństw. Całe szczęście, byli w magicznej, ale stosunkowo bezpiecznej części. Jedynym wyraźnym zagrożeniem mógł być Duch Kniei, z którym najwidoczniej dziewczyna się... ...identyfikowała?
- Na szczęście jest tu tylko jedna taka z jabłkami i garścią jeżyn - skwitował jej słowa.
Tak, uznał ją za Macmillanównę. Wszystkie te opowieści mogły być ich jakimiś legendami rodzinnymi czy innym bajaniem dla nie do końca normalnych dziewczynek. Co prawda znał tamtych ludzi i za cholerę jej nie kojarzył, ale może po prostu trzymali ją w piwnicy i wypuszczali raz na jakiś czas. Może sama im uciekła a może stwierdzili, że jej brak piątej klepki zrobił się tak męczący, że łatwiej było ją wywieźć do lasu i tu porzucić. Najpewniej byłaby w stanie zbudować sobie prowizoryczny domem z gałęzi (tylko nie tych połamanych na dwa kawałki!) i zamieszkać na drzewie. Była przedziwna.
- Ach, i ani myśl wracać na to drzewo. Oryginalna Macmillanówna tego nie uszanuje. To jej ulubioną ałycza, znajdź sobie inną gdzieś w Dolinie - ostrzegł, przypominając sobie jej wcześniejszą deklarację, że chciała tam wrócić w pierwszej możliwej chwili.
Nie na jego warcie, choćby miał pół dnia stać i potrząsać tym drzewem. Niedoczekanie.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (3938), Brenna Longbottom (3485)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa