• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine

[02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#21
12.09.2024, 15:59  ✶  
Jasne, była w to tak niezaangażowana jak ryba w ekosystem, w którym żyła. Ona tylko płynęła z prądem, co nie?
- Myśl logicznie. Co by się stało, gdyby znaleźli zimnego trupa z kartką o błotoryju, datą, godziną, miejscem i brakiem innych dowodów? - spytał retorycznie.
Nie oczekiwał odpowiedzi. Geraldine mogła mówić co chciała. Jasne. Istniało prawdopodobieństwo, że nikt by jej w to nie wmieszał, ale było niemalże takie same jak pełne słońce i dwadzieścia stopni w środku lutego. Nie niemożliwe, ale nikłe. Tym bardziej, gdyby w sprawę włączyło się nie tylko Ministerstwo, ale również zleceniodawcy. Garść galeonów rozdana to tu, to tam doprowadziłaby ich do Yaxleyówny, która nie byłaby na to przygotowana. Ten czarno-ponury scenariusz wywołał u Greengrassa nieprzyjemne ciary.
Znacznie bardziej poruszające niż ten wybuch ze strony kobiety, który powinien go ruszyć a wywołał tylko przekonanie, że trafił w dziesiątkę. Z takim szczęściem mógłby grać na loterii.
- Uch, och - poruszył brwiami, przyglądając się Geraldine i robiąc przy tym wymowną minę. - Zatopiony - nie musiał tego dodawać, ale chciał umiejętnie wykorzystać tę szpilę.
Bywał naprawdę paskudny, kiedy ktoś zaszedł mu za skórę. Nie był dumny z tego powodu, ale też z tym nie walczył.
- Brzmisz jak ofiara manipulacji. Wiesz o tym, prawda? - Spytał bez ceregieli.
Obwinianie się o całokształt charakteru było za dużym uogólnieniem. Na ogół na dodatek krzywdzącym. Nawet dla osób, które latami pracowały nad rozwojem osobistym nadchodził moment, kiedy musiały przyznać, że ich wychowanie miało duże znaczenie. To, jak traktowali ich rodzice, rodzeństwo i krewni. W jakim domu się wychowywali. Jakie panowały w nim reguły. Czy dzieciom dawało się być dziećmi. Czy córka wielkiego łowcy mogła być córką a nie damskim synem. Nie wiedział jak to wyglądało w przypadku Geraldine, ale o Yaxleyach słyszało się różne rzeczy. Na ogół nie wierzył plotkom, ale może nawet w tych najbardziej absurdalnych było ziarnko prawdy. Nawet zły i rozgoryczony nie chciał, żeby oceniała się nazbyt ostro. Wystarczyło, że były momenty, kiedy on niepotrzebnie ją oceniał.
- Nie trzeba zmieniać tego naturalnego stanu - stwierdził.
Nie chciał być jeszcze bardziej niemiły niż to było konieczne (abstrachując od tego, że cała ta kłótnia nie była potrzebna). Zwyczajnie stwierdzał fakt. Jeżeli chciała nauczyć się dbać o ludzi to on nie był człowiekiem, który miał jej pomóc. Nie nadawał się na obiekt testowy. Powinna udać się do kogoś, kto ochoczo przyjąłby opiekę. On taki nie był. Nie chciał wyciągniętej ręki. Jeśli o to chodziło, bywał jak zdziczały pies i miał tego świadomość. Gryzł rękę, która próbowała go na siłę głaskać. Musiał powstrzymać się przed tym teraz, nawet gdy rozmowa przestawała być tak zaogniona.
- Złapałaś tego tam błotoryja - odpowiedział złudnie łagodniej, choć to nie było nic pocieszającego i jeszcze chwilę wcześniej to on sam skrytykował jej umiejętności - wykonałaś swoją powinność jako łowczyni. Przestań traktować konieczność przyczajenia się jak ujmę na honorze - ktoś mógłby powiedzieć, że mądrze prawił, ale nie o Greengrassie.
Nie, kiedy mówił o honorze w taki sposób, jakby on nie traktował niczego w podobny sposób co Geraldine. Nawet jej troskę uważał za ujmę wobec męskości, wychowania i możliwości. Był w stanie to dźwignąć fizycznie i psychicznie. Jednocześnie nie chciał, żeby ona musiała to robić. Chciał, żeby mocno stanęła na nogach poza okiem cyklonu.
- Teraz nie musisz. Przygotuj się na kolejną burzę, daj mi się tym zająć tak jak tego chcę - powiedział twardo i zdecydowanie.
Na jej upór miał tylko jeszcze więcej uporu. Na zdecydowanie więcej zdecydowania. Na niespodzianki...
...no nie. Nie miał większych niespodzianek niż to, czym zbiła go z tropu. Wygrała tę rundę. Nawet nie ukrywał zaskoczenia. Jasne, miała rację. Mówiła mu o byciu dobrą z transmutacji. Przekonał się o tym tamtego wieczoru, ale to było co innego. Przez całą prezentację siedział w kompletnym milczeniu, coraz wyżej unosząc brwi.
- Jak ty? Skąd ty? To znaczy - zamrugał parokrotnie - skunks? Skąd? Czemu? Jak?
Jeśli chwilę temu był zły, teraz czuł się głównie zaskoczony.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#22
12.09.2024, 16:44  ✶  

- Nikt by mnie z tym nie powiązał, zniknęłabym stamtąd chwilę po czasie, nikt by mnie nie powiązał z tą sprawą, nie jestem jedyną osobą, która mogłaby mu przynieść błotoryja, to pierdolony Nokturn, praktycznie nikt nie wie, że tam bywam. -  Myślała o tym wiele razy, czy faktycznie ktoś mógł powiązać jej osobę z tą krótką notatką? Starała się sobie wmawiać, że nie było takiej szansy. Nie była jedyną kłusowniczką pojawiającą się na Nokturnie, ale najlepszą, przynajmniej tak o sobie myślała do tego jednego dnia, kiedy nic nie poszło po jej myśli. Teraz nie była tego pewna, bo czuła, że dała dupy. Może faktycznie powinna przestać się tym zajmować, może nie miała na tyle energii, żeby babrać się w tym gównie. Nie znosiła w świadczeniu usług tego elementu, którym byli ludzie. Przez nich zawsze wszystko się pierodoliło. Powinna sobie znaleźć miejsce, w którym będzie mogła oddawać wszystko co upolowała, tyle, że wtedy ktoś mógłby ją połączyć z tą jedną konkretną osobą i też byłaby w dupie. Trudny jest żywot kłusownika.

- Opierdol się, bo naprawdę się wkurwię, a wtedy pożałujesz. - Oczywiście ta groźba raczej nie należała do tych, które by spełniła, ale wolała mu uświadomić to, że stąpa po niepewnym gruncie, że są takie sprawy o których ona też nie chce rozmawiać. Nigdy nie dzieliła się z nikim tym, co doprowadziło ją do miejsca, w którym się zajmowała, a nic przecież nie działo się bez przyczyny.

- Powtarzam, nie jestem żadną ofiarą. - Była łowcą, to ona szukała ofiar, zwierzyny. Zapatrzona w swojego ojca chciała być taka jak on i tyle, zresztą zawsze zazdrościła Jamesowi jak na niego patrzył, jak najlepszą rzecz, która mu się przytrafiła. Chciała dla siebie tego samego, nie sądziła, że mogła to osiągnąć w inny sposób niżeli angażując się w rodzinną działalność. To na niej najbardziej zależało ojcu, teraz miała co chciała, jej starszy brat był chuj wie gdzie, a ona wreszcie mogła się wykazać. Mogła pokazać swoją siłę i umiejętności, czekała na taki moment. Nie zamierzała tego zmarnować, zbyt wiele kosztowało ją dojście do tego miejsca. Nie była w stanie zliczyć ile wylanych łez ją to kosztowało, ile morderczych treningów, ile blizn. Dostała to co chciała, ale średnio sobie ze wszystkim radziła, ta jedna sytuacja spowodowała, że zwątpiła w swoją siłę, nie powinna do tego wracać, tylko otrzepać się i żyć dalej. Nie okazało się to jednak takie proste.

- Trochę już na to za późno, bo postanowiłam to zmienić, musisz się z tym pogodzić. - Podjęła decyzję i nie zamierzała jej zmieniać. Chciała zobaczyć jak to jest, martwić się o kogoś, przejmować kimś, miał niefart, że padło właśnie na niego. No, ale do kurwy nędzy zakopali razem trupa pod ziemią, w środku lasu, kim innym niby miałaby się przejmować, jeśli nie nim?

- Co mi po tym, że go złapałam, jeśli teraz mam być zamknięta w klatce?  Tu nie chodzi o honor, a o pierdoloną wolność. - To się dla niej najbardziej liczyło, bała się ograniczeń, nigdy nie musiała się pilnować. Wydawało jej się, że tego nie zniesie. Była coraz bliższa myśli, że po prostu się stąd wyniesie. Nikt nie powinien kwestionować jej zagranicznych podróży, często je odbywała. Może to była odpowiednia metoda na przeczekanie?

- Nie będę patrzeć, jak to cię pochłania. Mogę dać ci przestrzeń, ale na pewno nie będę się temu przyglądać z boku. - Nie zamierzała mu ustąpić, nie było w ogóle takiej możliwości. Była uparta niczym osioł i nie było szans, żeby Ambroise przemówił jej do rozumu, nikt nie potrafił tego zrobić.

Może dobrze zrobiła, że pokazała mu swoją kolejną sztuczkę. Miała czym zająć myśli, nieco uspokoiło to jej nerwy. Widziała zaskoczenie w jego oczach, najwyraźniej się tego nie spodziewał. Dobrze, może dotrze do niego, że nie jest aż taka nieodpowiedzialna, jak mu się wydawało. Nie chciała, żeby myślał o niej w ten sposób.

Skłoniła się jeszcze przed nim teatralnie, jakby zakończyła jakiś wspaniały występ. Na ustach pojawił się jej uśmiech, pierwszy raz od kilku dni. - Nie wiem czemu akurat skunks, trochę szkoda, że nie wilk, niedźwiedź, chociażby ptak, jakieś imponujące zwierzę, ale lepszy skunks niż nic, co nie? - Często zastanawiała się czemu padło właśnie na to stworzenie, najwyraźniej dzieciństwo miało na nią większy wpływ nic mogło się wydawać. - Gdy byłam mała, tak naprawdę mała, że nie mogłam trzymać jeszcze floretu, czy łuku w dłoni, spędzałam dużo czasu u babci w Kanadzie, widziałam tam wiele skunksów i próbowałam je łapać, oczywiście nie kończyło się to dobrze. - Przechadzała się teraz od jednej strony do drugiej tuż przed nim. Próbowała ubrać myśli w słowa, bo w sumie to był pierwszą osobą, z którą się podzieliła tą tajemnicą. - Nauczyłam się tego sama, czytałam o animagach, byłam dobra z transmutacji, chciałam zobaczyć, czy mi się uda. Musiałam trzymać przez pierdolony miesiąc liść mandragory w ustach, to było chyba najgorsze, ale mi się udało. Oczywiście nikomu tego nie zgłosiłam, nie chce, żeby wiedzieli o tej umiejętności, ministerstwo czy inni, to daje mi przewagę. Nie wiedzą nawet moi rodzice. - Może i jemu nie powinna tego mówić, ale chciała, żeby zrozumiał dlaczego polazła na ten jebany Nokturn.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#23
12.09.2024, 18:50  ✶  
- Jeśli wolisz ten scenariusz - to był jeszcze ten moment, kiedy nie chciał się kłócić.
Jeżeli czuła się lepiej z tym, co mówiła, był to w stanie zaakceptować. Szczególnie, że i tak nie mieli się przekonać, co by się stało. Nie mogli cofnąć się w czasie. To były tylko mało realistyczne spekulacje, które wzięły w łeb mniej więcej wtedy, kiedy oboje podjęli swoją część decyzji.
Musieli z tym żyć, ale najwidoczniej w kompletnej ciszy, nie wymieniając się spostrzeżeniami, bo to groziło dosyć rozognioną kłótnią.
- Może o to chodzi? - Zasugerował bez wahania, całkiem przygotowany na te konsekwencje, jakie sugerowała, że poniesie.
Może chciał ją sprowokować i rozjuszyć tak jak ona chciała jego? Może chciał ją zniechęcić do wszelkich kolejnych kontaktów, żeby wyszła teraz ze szklarni i nigdy nie wróciła bez potrzeby? Umawiali się na pakt milczenia a nie na zostanie najlepszymi kompanami. Owszem. Był czas, że zaczynał ją lubić, ale to było zanim zaczęło ich łączyć coś poza sympatią.
- Nie rzucaj mi wyzwania - ostrzegł dwojako. To mogło brzmieć zarówno poważnie, jak i jako czarny humor. Nie wyjaśniał jej swoich pobudek. - Mogę stać się najbardziej odpychającym człowiekiem, jakiego znasz. Nic o mnie nie wiesz, ja o tobie też - stwierdził. - Średnie podstawy do budowania przyjaźni.
Oczywiście, nie chciał być dla niej kimś takim. To, co zapowiadał było jedynie zlepkiem gróźb bez pokrycia. Jeszcze niecały miesiąc temu powiedziałby, że chciał ją bliżej poznać. Wydawała mu się fascynująca, nieobliczalna, pozytywnie nieprzewidywalna. Ich dwa wcześniejsze spotkania przed pamiętnym wieczorem były dostatecznie ciekawe, aby myślał o kolejnych.
Tak było, dopóki się nie pokomplikowało. Teraz przelotnie pomyślał o tym, co by mogło być, gdyby do tego nie doszło, ale to były stracone szanse. Nie chciał przyjaźni budowanej na tym samym gruncie, w którym pochowali trupa. To nie miało zadatków na piękną przyjaźń, skoro u podstaw było skażone i obrzydliwe. Przynajmniej tak o tym myślał w tej chwili. Nie był przekonany, że mogliby wytrzymać ze sobą na dłuższą metę. Nie chciał tego sprawdzać.
- To tylko tymczasowe rozwiązanie - spróbował do niej dotrzeć.
Chciał pokazać jej inny punkt widzenia. To, że nie chodziło o klatkę zamkniętą na cztery spusty a jedynie o coś, co niektórzy wykorzystywali dla dobra zwierząt. Ten specyficzny rodzaj osiatkowanej budy, której nazwy nie pamiętał. Przypominała klatkę, ale nią nie była. Nie służyła do stałego uwięzienia. W przeciwieństwie do celi w Azkabanie.
- Zawsze możesz uciec, jeśli uważasz to za łatwiejsze - zaciągnął się dymem, zgasił niedopałek i niemal natychmiast zapalił nowy. - Wyjedź gdzieś, znajdź zlecenie poza granicami kraju. Nic cię tu nie trzyma, sama o tym mówiłaś - przypomniał jej słowa, które padły nie tak dawno temu a jednocześnie jakby w innym życiu.
Wszystko między nimi dało się podzielić na dwie cieniutkie książki. To, co było wcześniej i to, co było teraz. Mimo tego, co mówiła Geraldine, byłby znacznie mniej niespokojny, gdyby nie dopisywali trzeciej części. To, co miało się wydarzyć w przyszłości mogło nie mieć miejsca, gdyby tylko postanowiła go posłuchać i wyjechać jak najdalej. Na innych kontynentach na pewno mieli fascynujące zlecenia i ciekawe bestie. Mogła zacząć tam lepsze życie.
- Więc nie rób tego - wzruszył ramionami, przyglądając się Geraldine z powagą. - Wyjedź. Na ile chcesz. Gdzie chcesz. Daję ci gotowe rozwiązanie - stwierdził. To było tak banalne.
Wyobrażał sobie, że skoro tak bardzo pragnęła wolności to była w stanie rozważyć danie dyla zagranicę. Tym bardziej, że miała takie możliwości. Pieniądze, kontakty, wsparcie. Nie spodziewał się tego, co jeszcze miała w zanadrzu aż nagle zaoferowała to drobne przedstawienie. Nie wiedział czy powinien zaklaskać.
Ostatecznie tak zrobił.
- Wyobrażasz sobie wilka czy niedźwiedzia w centrum miasta? - spytał z malutkim cieniem rozbawienia. - Z tych wszystkich zwierząt bardziej fascynujący byłby tylko nietoperz. Bardziej pasowałby do wampiryzmu - zawyrokował.
Przez ten cały czas śledził jej kroki, patrząc na Geraldine w zamyśleniu. Nie wiedział, co powinien myśleć o tej historii i o tym, że najwyraźniej stał się powiernikiem pilnie strzeżonego sekretu. Nie wiedział, jak powinien reagować. Musiał to przemyśleć.
- Twój sekret jest pilnie strzeżony - zapewnił powoli z namysłem.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#24
12.09.2024, 20:09  ✶  

- Wolę. - To powodowało, że mniej się obwiniała, ale tej części nie musiał wiedzieć. Zdawała sobie sprawę, że gdyby ktoś się temu bardziej przyjrzał, to ona zostałaby powiązana z denatem, nie on. Ambroise tylko tamtędy przechodził, postanowił pomóc mężczyźnie, który spadł na niego z nieba - brzmiało całkiem niewiarygodnie, ale się stało. Strasznie pojebana historia. Ona była tą, która miała motyw, przynajmniej dla BUMowców i może to ją tak wkurwiało, że jakimś cudem ten typ, którego postanowił uratować Greengrass był tym z którym miała się spotkać. Mogła go nie przeszukiwać, mogła nie znaleźć tej kartki, czy jednak to by wtedy zmieniło ich postępowanie? Już przed tym podjęli decyzję, że zamierzają mu ulżyć. Zadecydowali, a teraz najwyraźniej nie do końca radzili sobie z konsekwencjami tego wyboru. Zbyt późno na rozważanie tego, co by było gdyby. Musieli się jakoś ogarnąć.

- Nie dam ci tej przyjemności, nie teraz, to jak kopanie leżącego. - Wysiliła się nawet na uśmiech, ale nie był to ten z jeden beztroskich czy szczerych, zdecydowanie widać było po niej złośliwość. Wkurzał ją dzisiaj strasznie, ta rozmowa nie poszła jej najlepiej, była tego świadoma, ale on wcale jej tego nie ułatwiał. Ciągle ją podjudzał, a nie byłaby sobą, gdyby tego nie ciągnęła. W zasadzie wyglądało to trochę tak, jakby się gryźli, wygrać pewnie miał ten który ugryzie najmocniej, nie chciała być tą która odejdzie stąd skomląc. Nie znosiła przegrywać.

- Wiem w jaki sposób potrafisz zabić, jak dla mnie to trochę więcej niż nic. - Odparła wzruszając ramionami. Wiedziała też, że posiadał całkiem niezłe poczucie humoru, był godnym kompanem do przepychanek słownych, mogłaby jeszcze wymienić kilka innych rzeczy. Wbrew pozorom myślała o tym, jak może potoczyć się ich znajomość, nie mieli szansy poznać się zbyt dobrze, ale chciała to zrobić. Tyle, że trup okazał się być dosyć sporą przeszkodą do normalnego funkcjonowania. Ambroise najwyraźniej jeszcze bardziej niż ona chciał sobie radzić z tym sam, ona bardziej widziała ich jako duet, może niepotrzebnie, może powinna wyjść stąd i nigdy nie wracać. Trochę bała się jednak, że będzie żałowała tej decyzji, bo nie chciała, żeby był jej obcy.

- Nie chcę uciekać, ucieczka też jest ograniczeniem wolności. - Tak samo jak klatka. Ile miałaby się tułać po świecie? Kiedy właściwie będzie mogła wrócić. Zresztą wydawało jej się to trochę poddaniem, a ona nie chciała żyć w ten sposób. Wolała radzić sobie z problemami bezpośrednio, kiedy tylko się pojawiały. - Teraz trochę zaczęło mnie trzymać. - Nie potrafiłaby żyć sobie gdzieś tam nie wiedząc, co dzieje się w domu. Jaką bowiem miała gwarancję, że nikt nie dowie się o zakopanym w ziemi trupie? Żadną. Nie dałaby rady wyjechać, przynajmniej nie na razie. Sprawa była zbyt świeża.

- Tyle, że to rozwiązanie mi się nie do końca podoba. - Fakt, brzmiało całkiem prosto, ale to nie było to czego oczekiwała. Nie chciała spierdolić za granicę, brakowałoby jej tego wszystkiego, co miała tutaj. Tam musiałaby budować swoją pozycję od początku, znowu wszystkim udowadniać swoją wartość. Zajęło jej to zbyt wiele czasu. Nie chciała tego stracić.

- W centrum miasta nie, ale w głuszy takie postacie mogłyby być dużo bardziej przydatne. - To tam w końcu spędzała większość czasu. Zresztą na samym początku była mocno rozczarowana tym, że jej zwierzęcą wersją okazał się być skunks. Wydawało jej się, że powinna zmienić się w jakiegoś drapieżnika, czy coś, później jednak doceniła to małe, urocze stworzenie. Uśmiechnęła się słysząc klaśnięcie, kiedy dyskutowali o takich pierdołach miała wrażenie, że nic się nie zmieniło, że było jak dawniej, przed tym całym bałaganem. Może nawet trochę jej brakowało tej beztroski. Nie mogła przestać myśleć o tym, że ktoś mógłby dowiedzieć się tego, co razem zrobili. - Och tak, przecież wampiry zamieniają się w nietoperze, coś poszło nie tak. - Wydawało jej się, że bardzo dużo czasu minęło od tej rozmowy, kiedy próbowała mu udowodnić, że jest wampirzycą, a to było przecież ledwie dwa miesiące temu.

- Dziękuję, doceniam to. - Przystanęła ponownie przed nim. Może nie powinna się przed nim otworzyć w ten sposób, ale chciała to zrobić, musiała zasłużyć na jego zaufanie, a jej poprzednia dosyć drastyczna metoda nie zadziałała.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#25
12.09.2024, 21:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2024, 22:23 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Pokiwał głową. To nie tak, że on nie karmił się wymówkami. Czasami miewał chwile, kiedy nie chciał prawdy. Wtedy w grę wchodziły wyjaśnienia i spekulacje a także scenariusze, w których bez problemu znajdowali prawdziwego zabójcę i rozwiązywali sprawę tak, żeby nie być w kręgu podejrzeń. To było mało możliwe, ale pocieszające.
- Jeszcze jakieś określenia na moją słabość? Może coś z noworodkiem albo małym pieskiem? No. Postaraj się, Geraldine - prychnął pod nosem.
Niby nic mu nie wytykała. Tak twierdziła. A jednak niemal któryś raz z rzędu słyszał porównania traktujące o kruchości jego psychiki. W rzeczywistości uważał, że miał ją zajebiście twardą a to było tylko drobne potknięcie na drodze ku przejściu do porządku dziennego z tym, co się stało. W życiu nie zabił nawet kurczaka na rosół, co dopiero człowieka. Potrzebował to przetrawić a chwilowo walczył z niestrawnością.
- A tak. Łowiecki język bullshitu - zauważył z przekąsem.
Nadal nie przestał irytować się tą całą historią i ich nieszczególnie kulturalną kłótnią. Z jednej strony trochę mu imponowało, że Geraldine nie dawała się tak łatwo zbić z tropu. Miała równie cięty język i nie zamierzała się powstrzymywać, kiedy ich dyskusja nabierała tego szczególnego tempa. Dopiekała mu tak samo mocno, teraz nawet bardziej niż on jej.
- Zabij przy mnie człowieka a powiem o tobie wszystko? Brzmi świetnie - gdyby nie jego kąśliwa posępność, mógłby zabrzmieć tak, jakby żartował.
To było jego stylem radzenia sobie z otaczającą go rzeczywistością. Poprzez przekąs, sarkazm i żart zazwyczaj przykrywał swoje realne uczucia. Mógł być pasywno-agresywnym żartownisiem zamiast rozgoryczonego realisty. Dużo więcej uchodziło mu płazem. Mniej osób zastanawiało się nad tym, co kryło się pod powierzchnią, kiedy tak robił.
Problem w tym, że to teraz nie działało. Tak jak on, tak również Geraldine miała talent do przejrzenia człowieka na wylot. Wiedział, że to nie działało. Nie odsuwała się, choć w tym momencie robił wszystko, żeby ją odepchnąć. Wolał, żeby ich relacja pozostała tak płytka jak tylko mogła. Siedzieli razem w szambie pełnym problemów, mieli mierzyć się z konsekwencjami do końca życia, ale przyjaźń. Przyjaźń? Nie wchodziła w grę.
Zresztą naprawdę wolałby, gdyby zdecydowała się nawet raz posłuchać tego, co miał jej do powiedzenia. Już raz zignorowała jego sugestię odnośnie przyczajenia się. Miał jej to w pewnym sensie za złe, nawet jeśli nic się nie stało (chwilowo nikt nie przyszedł do posiadłości, żeby ich skuć i umieścić w celi). Mogłaby choć raz skorzystać z oferowanej furtki jak osoba myśląca o swojej przyszłości.
- A pobyt w Azkabanie? - Spytał retorycznie.
Z tych wszystkich opcji ograniczenia wolności ucieczka nie była najgorszą. Jasne. Nie była również najlepszą, ale obecnie nie widział niczego lepszego. Mleko się wylało. Mogli tu zostać, udawać w najlepsze, że wszystko jest w porządku, ale widział, że ją też to w pewnym sensie zabijało. Może nie emanowała słabością, ale czuł woń niepokoju.
- Nie sądzę, by jakiekolwiek ci się podobało, ale musisz któreś zaakceptować - uprzedził tak po prostu.
Życie nie zawsze było miłe i dawało to, czego się chciało. Czasami trzeba było wybrać między różnymi stopniami cierpienia. W ich sytuacji mieli złą opcję, złą opcję, gorszą niż zła opcję i może trochę gorszą opcję. Wydawało mu się, że Geraldine powinna skorzystać z możliwości ucieczki, nawet jeśli to nadal nie byłaby pełna wolność. Dał jej ją już parokrotnie, bo w jakiś pokrętny sposób mu zależało. To była troska.
- Nie znam ich aż tak bardzo. Mówiłem ci, że jestem nogą w zwierzętach - przyznał, bo tak było.
Szczera, nieskrywana prawda. Wiedział, że skunks był skunksem, ale nie potrafił wymienić żadnej cechy charakterystycznej albo umiejętności, która byłaby znacząca w głuszy. Na pewno jakieś miały. Każde zwierzę miało swoje mocne strony. Problem w tym, że ich nie znał, więc nie mógł jej pocieszyć. No i przekornie wolałby nietoperza.
- Skunksy mają cokolwiek podobnego? Echolokację albo coś? - Spróbował.
Na pewno było coś wyjątkowego w zwierzęciu, w które się zmieniała. Inaczej by tego nie robiła. To musiało być coś wartego trzymania tego w ścisłym sekrecie. Zastanawiał się, czemu mu go powierzyła, ale nie kwestionował tego. Mieli już wiele wspólnych sekretów. Jeden więcej mógł być równie dobrze skrywany.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#26
12.09.2024, 21:45  ✶  

Yaxley nie lubiła zamykać sobie dróg, szukać najbardziej korzystnych opcji. Nie miała pojęcia, jak mieliby znaleźć sprawcę, bo przecież nie mieli praktycznie żadnych informacji o tym, co się wtedy wydarzyło. Właściwie skąd mogli wiedzieć chociażby to, że jego rodzina nie postanowiła się go pozbyć, bo zaczął sprawiać więcej problemów niż na początku? Opcji było wiele, jednak ustalenie tej prawdziwej chyba leżało trochę poza ich zasięgiem. Może gdyby zrobili to inaczej, na samym początku mieliby większe prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu. Trochę miała do siebie żal, że nie rozegrali tego inaczej. Mogli przecież od razu sprawdzić BUMowców, powiedzieć o tym się co wydarzyło, ale tego nie zrobili. Nieco egoistyczne podejście ich do tego doprowadziło, spanikowali przynajmniej zdaniem Gerry, przestraszyli się tego, że ktoś może połączyć ich z działalnością na Nokturnie. Nie sądziła, żeby faktycznie kogoś to obchodziło. Nie było sensu teraz jednak wracać do słuszności tej decyzji, bo to już było za nimi. Teraz musieli jakoś radzić sobie z konsekwencjami.

- Teraz to już nie, nie jestem twoim psem, żeby aportować. - Nie omieszkała pokazać mu, że zawsze robi to na co ma ochotę w danej chwili. Nie miała zamiaru wykonywać jego poleceń, nawet jeśli dotyczyły wymyślania kolejnych epitetów, które miały mówić o jego słabości.

- To nie jest łowiecki język, tylko mój własny. - Nie zamierzała dopuścić do tego, żeby wkładał ją w jakieś ramy, nie wydawało się, by większość osób zajmująca się tym samym co ona była w stanie wypowiedzieć tyle pięknych epitetów, co ona. Umniejszał jej w tej chwili.

- Nie wszystko, ale też nie nic. Przykro mi, że przyszło nam się poznać bliżej w takiej sytuacji, też nie jestem do końca zadowolona z takiego przebiegu spraw, ale teraz kurwa już nic na to nie poradzimy, ale nie mów mi, że nic o tobie nie wiem. - Nie oszuka jej tak łatwo. Nie zamierzała zaakceptować tej obojętności, którą chciał na niej wymusić, czy mu się to podobało, czy nie. Na całe szczęście nie była szczególnie pamiętliwa, więc pewnie nie będzie kojarzyła większości rzeczy, które do niej mówił. Nie dąsała się bez konkretnego powodu.

- Nie musisz mnie lubić, ale musisz zaakceptować moją obecność. - Dodała jeszcze po chwilowym zastanowieniu. Po raz kolejny chciała mu pokazać, że nigdzie się nie wybiera, mimo, że część niej miała ochotę rzucić to wszystko w pizdu.

- Nie złapią mnie, a przynajmniej będę wiedzieć, że mnie szukają, wtedy zacznę uciekać, gdy będę miała ku temu powód. - Najwyraźniej nie zakładała w ogóle, że mogłaby skończyć w Azkabanie, a jeśli ktoś zainteresowałby się tematem i zaczął wokół tego węszyć to faktycznie mogłaby pomyśleć o ucieczce z kraju. Nie teraz, nie kiedy jeszcze nic się nie działo. Nie chciała tego robić w ten sposób, i w ogóle decydować się na to, jeśli nie było to konieczne. W nosie miała to, że dla niego wygodniejsze byłoby to, żeby znalazła się za granicą.

- Nic nie muszę Ambroise. - Skrzyżowała ręce na piersi, a na jej twarzy pojawił się grymas. Miała w nosie te jego wybory, jakoś sobie poradzi z tym wszystkim, jak zawsze sobie radziła. Na pewno nie będzie podejmować decyzji tylko dlatego, że została do tego zmuszona. Nie i chuj. Nikt jej nie ruszy dopóki sama nie będzie chciała tego zrobić.

- Cóż, mówiłam ci, że zabiorę cię do lasu, tym razem w celach edukacyjnych. - Wolała to podkreślić, bo ich ostatnia wizyta w lesie nie skończyła się dokładnie tak jak sobie ją wyobrażała, kiedy rozmawiali o tym, że pójdą się tam razem upić i pooglądać magiczne stworzenia. Mogli jednak to zmienić, zastąpić to wspomnienie innym, przyjemniejszym.

Cóż, skunks przemiana w skunksa nie była czymś, co mogło przynieść jakikolwiek powód do dumy, łatwiej by było opowiadać o umiejętnościach jakiegoś uroczego stworzonka. - Skunksy śmierdzą. - Kiedy powiedziała to w głos dotarło do niej, że brzmiało to jeszcze gorzej, niż w jej myślach. - W sensie potrafią narobić smrodu wokół siebie. - Nie była to też, aż taka najgorsza umiejętność, ale chyba wolałaby mieć jednak duże zęby, czy pazury, które mogłyby się przydać w walce.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#27
13.09.2024, 11:02  ✶  
- Cel osiągnięty - skomentował bez chwili zastanowienia.
Poznając te wszystkie schematy, jakie mu teraz pokazywała, dawała mu sporo kart do ręki. Nie przywykł do wykorzystania haków na ludzi, ale analizował ich zachowania i bez wahania korzystał z tego, co mu dawali. Przekora ze strony Geraldine była mu na rękę, bo coraz bardziej wiedział, na co może sobie pozwolić. Wystarczyło mówić jedno, aby osiągnąć drugie. Jeśli to było tak proste, to nie miał więcej pytań.
- Miewasz wiele okazji, by z niego korzystać? - Spytał z zaciekawieniem.
Z jednej strony miał wyobrażenie o środowisku, w jakim Geraldine się wychowywała i w dalszym ciągu obracała. Część opierał na mniej absurdalnych plotkach o rodzinie Yaxley. Jakiś tam kawałek na podstawie własnych obserwacji na temat poszukiwaczy adrenaliny trafiających do Munga. Pozostałe fragmenty zapewniały mu ich rozmowy i to, co przekazywała mimo woli. Komunikowała się jak łowca, nawet jeśli miała swoje naleciałości, nie mogła temu aż tak zaprzeczyć.
A jeśli właśnie to robiła, to on miał święte prawo, żeby zaprzeczyć jej teoriom na jego temat. Chyba mieli równość, nieprawdaż? Skoro on nic nie wiedział o niej, ona mogła wiedzieć o nim niewiele więcej.
- Jasne. Teraz mi mów, że zdążyłaś mnie poznać jak własnego brata - rzucił kąśliwie. - Nie wiem, czy zamierzasz opierać całą swoją wiedzę na tym wycinku skrajnych sytuacji, w jakich się widywaliśmy czy masz inny plan, ale takie są fakty. Geraldine, nie znamy się - przychodziło mu to z łatwością.
Mógłby w kilku pytaniach podważyć wszystko, co myślała, że o nim wie. Nie wątpił, że ona mogłaby zrobić to samo. Skoro wszystkie swoje wyobrażenia o tej drugiej osobie opierali na analizach kilku zachowań i ich pierwszej poważnej konfrontacji, wyniki nie miały być miarodajne. Cholera. Nie mówił o tym, że nie znała jego ulubionego koloru. To byłoby głupie. Chodziło mu o coś głębszego. O podstawy do przyjaźni, której on wcale nie chciał w warunkach, w jakich się znaleźli.
- Nic nie muszę, Geraldine - odgryzł jej się tym samym, co już raz usłyszał.
Nieświadomy tego, że zaraz usłyszy to ponownie i skwituje rozbawionym parsknięciem. Za to teraz, chwilę przed tym, spojrzał na nią poważnie i westchnął.
- Zawsze uciekasz z lasu, kiedy pożar prawie parzy ci pięty? - Zaciągnął się jointem.
Nie oczekiwał odpowiedzi. Coś czuł, że ją znał.
- Wybacz, ale w żadnym mnie obecnie nie zobaczysz - zaprzeczył bez wahania. - Poza Knieją, oczywiście - uściślił, bo to w gruncie rzeczy był jego leśny dom, więc nie czuł się tam jak obcy.
Jeżeli chodziło o jakiekolwiek inne lasy, to na tę chwilę nie wyobrażał sobie takiej wycieczki. Edukacyjnej czy nie. Nawet nie brał tego pod uwagę. Nie chodziło wyłącznie o pójście tam z Geraldine. Nie planował tego gdziekolwiek i z kimkolwiek. Oczywiście, że w którymś momencie wypadało zmierzyć się z nowonabytymi wspomnieniami (choć bez powrotów w konkretne miejsce zbrodni). Ten dzień miał nadejść, lecz nie było to dzisiaj. Ani jutro, ani pojutrze. Ani w najbliższej przyszłości.
- Skunksy śmierdzą? - Powtórzył po niej z brwiami uniesionymi w zdziwieniu.
Jasne. Wiedział, że skunksy śmierdziały, ale spodziewał się, że Geraldine wymieni jakąś ich supermoc. Zaletę, która stawiałaby je w tak dobrym świetle, że powiedziałby, że wilki i niedźwiedzie mogły się schować. Liczył na coś takiego, co jeszcze bardziej rozwali mu głowę, lecz nie w tym sensie. Mało kto uważał smród za zaletę. Uściślenie, które padło z ust Yaxleyówny wcale nie zmieniło jego postrzegania tej wątpliwej zalety.
- Fajnie - a co innego miałby powiedzieć? - Coś jeszcze? Szarpiące zęby, ostre jak brzytwa pazury? Ta echolokacja? - Nadal liczył na echolokację.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#28
13.09.2024, 11:56  ✶  

- Żebyś się nie zdziwił. - Nie zamierzała mu się podporządkować, wiedziała, że ma do czynienia z trudnym przeciwnikiem, ale nie zamierzała się poddawać, to tylko ją motywowało do tego, żeby intensywniej myśleć nad tym, co mówiła, czy robiła. Może i była przekorna, ale to nie była jedyna rzecz, która warunkowała to, co zamierzała uczynić.

- Oczywiście. - Nie potrzebowała przecież do tego okazji, taka już była. Jasne, można by pod to podpiąć łatkę łowcy, ale jej zawód nie był jedynym co ją ukształtowało. Wychowanie to jedno, a charakter to tego zupełnie inna część. Większość łowców, których znała była raczej mrukliwa i nie do końca skłonna dzielić się swoimi przemyśleniami, Geraldine była ich przeciwieństwem. Bardzo chętnie wygłaszała w głos swoje opinie, nawet jeśli były mocno kontrowerysjne, nie obawiała się tego, że może się to komuś nie spodobać. Mogli jej naskoczyć, a pewnie i tak to oni by gorzej wyszli z tego starcie. Nie bała się kąsać w rozmowie, robiła to bardzo chętnie, ciekawa do jakiego stanu może doprowadzić swoich rozmówców, przyjemność sprawiało jej patrzenie na to, jak inni się w sobie gotują. Była takim dziwnym przypadkiem trochę zawieszonym między myśliwym, a człowiekiem z salonów. Musiała nauczyć się lawirować między tymi dwoma światami, co wychodziło jej raczej średnio, chociaż sama nie miała do siebie żadnych zastrzeżeń, w przeciwieństwie do ludzi, którzy ją otaczali. Cóż, nie przejmowała się specjalnie ich opinią, bo chuja kładła na to, co myśleli sobie o niej obcy ludzie.

- Jasne, niech ci będzie, nie znamy się wcale. Jebać to. Skoro tego chcesz. - Najwyraźniej chciał to usłyszeć, niech mu będzie. Ger uważała, że skrajne sytuacje, między innymi taka w jakiej się znaleźli pokazywała to, co faktycznie kryje się w człowieku, dawało jej to więcej informacji o tym jaki jest, niżeli szopka, którą przedstawiali przed innymi arystokratami. Mógł się z tym nie zgadzać. Jego sprawa, ona i tak wiedziała swoje. Nie zamierzała się z nim tu kłócić o to, jak mało o nim wiedziała. Nie miała pięciu lat, żeby w nieskończoność odbijać piłeczkę. Wolała urwać tę bezsensowną dyskusję.

Kurewsko ją irytował tym swoim nic nie muszę, może przez to, że był przy tym trochę jak lustro. Ona również zachowywała się w ten sposób, wkurzało ją to strasznie. Nigdy jeszcze nie trafiła na kogoś, kto tak jak ona nie potrafił współpracować. Zazwyczaj osoby, z którymi dane było jej przebywać okazywały się być bardziej uległe. Nie umiała się pogodzić z tym, że tutaj nie do końca mogła nad wszystkim panować.

- Domyśl się. - Nie da mu już żadnej odpowiedzi, czuła, że jeszcze chwila, a eksploduje i skoczy mu do gardła, tego wolałaby mimo wszystko uniknąć.

- Szkoda. - Wzruszyła jedynie ramionami. Nie chciał iść do lasu, to nie. Nie zamierzała go namawiać i zapewniać, jak się będą świetnie bawić. W sumie powoli traciła zapał, przynajmniej na ten dzień. Odstraszanie działało, Yaxleyówna nie znosiła odmów. Oczywiście była to pierwsza próba, ale kolejna na pewno nie nadejdzie zbyt szybko.

- No tak, to ich ukryty talent, czasem może się przydać. To nie tak, że ciągle śmierdzą. - Wydało się to być jej istotne, nie wiedzieć czemu. Nie, żeby sądziła, że to faktycznie bardzo ułatwiało życie, ale nie mogła też tak negatywnie ciągle mówić o swej zwierzęcej wersji.

- Nie ma echolokacji, przepraszam, że cię rozczarowuję. Pazury i zęby są. - Strasznie głupie jej się wydawało gadanie o animagii, tuż po tym, jak prawie się zeżarli podczas początku rozmowy. Przystanęła więc na moment i zastanawiała się dłuższą chwilę, czuła, że zaczęła tracić grunt pod nogami, powinna stąd wyjść jak najszybciej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#29
13.09.2024, 13:06  ✶  
- Trochę za późno na to. Powiedz mi raczej coś, co mnie nie zdziwi - odpowiedział ponuro, niezbyt przyjaźnie, ponieważ ostatnio wszystko związane z udziałem Geraldine nieźle mieszało mu w głowie.
Zaledwie kilka miesięcy wystarczyło, żeby w jego życiu zapanował chaos, którego nie rozumiał. Nie zarzucał kobiecie, co prawda, że była tego całkowitą przyczyną. On też miał w tym bardzo dużo decyzyjności, ale zauważał (oczywiście), że wprowadzała swoje klimaty łowcy przygód tam, gdzie się pojawiła. Otaczała ją wyraźna, ciężka aura zamętu. Normalnie nie miałby nic przeciwko temu, lubił takie klimaty, ale w tym wypadku pragnął choć chwili spokoju.
- Doskonale - odpowiedział spokojnie.
Przecież dokładnie o to mu chodziło. Mimo to nie czuł ani grama satysfakcji, którą zakładał, że będzie czuć. Geraldine przyznała mu rację, lecz w sposób, który pozbawił go jakiegokolwiek zadowolenia. Zrobiła to, ale na swoich własnych zasadach, co momentalnie odebrało temu jakiekolwiek znaczenie. Potraktowała go pretensjonalnie jak nieznośnego dzieciaka, który co prawda wygrał potyczkę słowną z rodzicem, ale dobrze wiedział, że tylko przez to, że rodzic dał mu wygrać. Nie takiego odpuszczenia oczekiwał. Smakowało przegraną. To właśnie dlatego nie zamknął mordy, gdy usłyszał te kolejne słowa.
- Od teraz będziesz się zachowywać jak typowa baba? Oryginalnie - wymierzył w nią kąśliwie.
Zgadza się. Przed chwilą upierał się, że się nie znali, ale nie skreślał wszystkiego, co ze sobą przeszli. Jedynie mówił, że nie są bliskimi znajomymi i nie wiedzą o sobie praktycznie nic. Jeżeli Geraldine uznała to za wymówkę do zachowywania się jak stereotypowa czystokrwista kobieta to on po prostu rozkładał ręce. Zdążył zauważyć, że taka nie była, więc jej zachowanie zaczęło być śmieszne. Śmiesznie irytujące, coraz bardziej działające mu na nerwy, choć główną część kłótni (jak sądził) mieli już za sobą. Najwyraźniej się mylił, bo odpalała tryb wrednego babsztyla.
- Ano szkoda - skwitował sucho, bo nie chciał bawić się w wyjaśnienia, dlaczego nie uważał tego za zbyt dobry pomysł.
Nie chodziło o nią. W żadnym razie. Nawet teraz, kiedy odstawiała starą babę do jego starego, zrzędliwego dziada, który nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy nadal się kłócą czy już skończyli. Dawała mu mieszane sygnały, z których rozpoznaniem miałby problem nawet na trzeźwo. A nazbyt trzeźwy to on nie był, choć nie mieli nawet dziesiątej rano.
- Rozumiem, że nie możesz go jeszcze jakoś ewoluować? Transmutować dalej? - Spytał nie wiadomo, po co.
Po pierwsze, całkiem niesłusznie odcinając jej zwierzęcą formę od ludzkiej poprzez mówienie o skunksie jako o niezależnej jednostce. Po drugie, gdzieś tam z tyłu głowy zauważając, że nie czuła się komfortowo z takimi zawiłymi dyskusjami chwilę po tym jak wyznała mu swój pilnie strzeżony sekret. Mimo to był na tyle pijany i bezczelny, że po prostu te dwie informacje zignorował.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#30
13.09.2024, 13:52  ✶  

- Nic więcej nie będę mówić, to nie ma sensu. - Najwyraźniej nie zamierzała ukrywać przed nim tego, że ma dość całej tej rozmowy. Chciała dobrze, nie wyszło, może faktycznie nie była stworzona do tego, aby pocieszać innych? Nie było to nic zadziwiającego. Miała świadomość, że nie jest szczególnie empatyczna, trudno jej się było postawić w sytuacji drugiej osoby, starała się je trochę traktować jak siebie, znaczy wiedziała, w jaki sposób możnaby ja zmotywować, ale ludzie byli różni, może jednak Ambroise nie był taki, jak się jej wydawało? To było prawdopodobne.

- Masz to, czego chciałeś. - Tyle, sama nie czuła, że żeby w jakikolwiek sposób wygrywała to starcie słowne, ale właściwie czy w ogóle powinni rywalizować w tym, które kogo bardziej wkurzyło? To strasznie niedojrzałe i mogło wprowadzić jeszcze więcej zamętu do sprawy. Trochę za późno sobie to uświadomiła, jak zawsze zresztą. Najpierw mówiła, czy robiła, a później docierało do niej, że nie miało to żadnego sensu. Dobrze, że w porę się opamiętała. Niech mu się wydaje, że z nią wygrał, skoro miało go to uszczęśliwić. Mogła wyjść stąd jako przegrana, miała to w dupie, przynajmniej jak na razie.

Roześmiała się głośno, słysząc jego kolejną uwagę. Naprawdę sądził, że uderzy w nią to, że porównał ją do typowej baby? Ten argument był niczym więcej niż desperacją, pokazywał, że nie miał już po co więcej sięgać. Yaxleyówna zresztą nie uważała kobiet za słabszą płeć, to świadczyło tylko o nim, że skorzystał z tego porównania. - Niespodzianka Ambroise, jestem babą, mam prawo zachowywać się jak baba, nie spodziewałam się, że tak długo zajmie ci zauważenie tego. - Dodała jeszcze z przekąsem. - Ty za to zachowujesz się jak typowy, czystokrwisty buc płci męskiej. - Miała ochotę wystawić mu język, jednak tego nie zrobiła, bo to by tylko potwierdziło to, że uważa tę kłotnię za taką godną dwójki dzieciaków.

- Nie, nie mogę. - Powiedziała zdecydowanie chłodniejszym tonem. Alkohol zaczął się odzywać, nie miała pojęcia skąd wynikła kolejna jej zmiana nastroju, wiedziała jednak, że nie chce tu być. Czuła, że przegrała to starcie, że znowu nic nie poszło po jej myśli. Nie była szczególnie stabilna emocjonalnie tego poranka. Rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie, po czym odwróciła się na pięcie, i wyszła pospiesznie ze szklarni bez żadnego wytłumaczenia.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (9591), Geraldine Greengrass-Yaxley (9460)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa