• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[10.1965] potwór z jeziora Llyn Llywelyn | Geraldine & Ambroise

[10.1965] potwór z jeziora Llyn Llywelyn | Geraldine & Ambroise
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
14.09.2024, 17:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:27 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Październik okazał się być całkiem łaskawy. Słońce przez ostatnie kilka dni wręcz zachęcało do tego, aby skorzystać z ostatnich ciepłych dni. Nie zamierzała zmarnować tego czasu na siedzenie u siebie i rozmyślanie nad sensem swojego istnienia. Panna Yaxley wybrała się do Walii, do swoich rodziców. Miała zamiar skorzystać z tego, że niedaleko interesuję się wiele atrakcyjnych terenów, gdzie mogłaby znaleźć ciekawe bestie do swojej kolekcji. Poinformowała ojca, że idzie na łowy, nie spowiadała się zbytnio, gdzie i po co. Chciała pobyć przy tym sama, więc w pośpiechu się oddaliła. Nogi zaprowadziły ją nad jezioro Llyn Llywelyn, które znajdowało się niedaleko ich rezydencji. Słyszała opowieści o tym, że mieszka w nich kelpie, ale nigdy żadnej nie spotkała. Siedziała na brzegu, aż coś zwróciło jej uwagę. Wąż morski? Widziała łuski, tyle, że później zmienił się w wydrę. Wtedy dotarło do niej z czym ma do czynienia. Nie zamierzała przepuścić takiej okazji. Zdawała sobie sprawę, że powinna była się zaopatrzyć w wędzidło, tylko dzięki niemu można bowiem zniewolić to stworzenie, ale stwierdziła, że poradzi sobie bez niego.

Wlazła do wody i zwróciła na siebie uwagę stworzenia, była gotowa do walki. Zresztą jak zawsze. Nie spodziewała się jednak, że zwierzę będzie takie zawzięte. Woda nie była miejscem, w którym Yaxley czuła się zbyt pewnie, nie był to jej ulubiony grunt do walki i ten pojedynek tylko to potwierdził. Znalazła się gdzieś na środku jeziora, w łapskach ogromnej bestii, która nie chciała jej wypuścić. Spodziewała się, że odejdzie z tego świata pożarta przez jakiegoś potwora, nie zakładała jednak, że stanie się to tak szybko. Jezioro miało ją pochłonąć, tak jak ponoć stało się to z Llyn, która nie chciała wyjść za mąż, więc postanowiła się utopić. Nie sądziła, że powtórzy los swojej dalekiej krewnej. Woda powoli zaczynała dostawać się do jej płuc, nie miała siły walczyć, ostatkiem sił jednak sięgnęła do sztyletu, którym raniła zwierzę, wypuściło ją, później próbowało złapać ponownie, nie udało mu się to, ale Geraldine poczuła okropny ból, który ciągnął jej się przez całe plecy. Kelpie musiała odwdzięczyć się jej tym samym, była tego pewna.

Dryfowała z zamkniętymi oczami, gotowa pogodzić się ze swoim losem, nie miała sił na to, żeby próbować go zmienić. Trudno, tak musiało być, ciekawe, czy ktoś przyjdzie na jej pogrzeb. Dobrze, że znajdowała się w rodzinnej rezydencji, tutaj przynajmniej od razu zauważą, że nie wróciła na noc, nie musiała martwić się tym, że jej śmierć przejdzie bez echa.

Jakimś cudem udało jej się dopłynąć do brzegu, może jezioro zadecydowało o tym, że to jeszcze nie jest jej czas, albo czuwał nad nią duch Llyn, najważniejsze było to, że znalazła się na brzegu, może nieprzytomna, ale żyła. Przemarzniętą, zmęczoną, a co najważniejsze mocno poturbowaną znalazł ją na piasku jej ojciec, który zaniósł ją do rezydencji. Rany na jej plecach były bardzo głębokie, jej matka mimo podstawowej wiedzy medycznej nie była sobie w stanie z nimi poradzić. Musieli zorganizować medyka. Gerry wiele by dała, żeby to była Florence, ale jej rodzice nie mieli pojęcia o tym, że ma swoją własną uzdrowicielkę. Musieli szukać wśród swoich kontaktów. Gerard nie zamierzał dopuścić do tego, aby jego jedyna córka odeszła z tego świata.


Obudziły ją promienie słońca, które wpadały do jej sypialni. Nie do końca wiedziała, co się wydarzyło. Pamiętała kelpie, jezioro, pamiętała o tym, że miała umrzeć, to by było na tyle. Próbowała otworzyć oczy, ale zamykała je co chwile, bo światło ją drażniło. Chyba nie była jeszcze na to gotowa. Chciała się podnieść do pozycji siedzącej, ale na to również zabrakło jej sił. Czy była w piekle? Może znalazła się w końcu w miejscu, w którym jej oczekiwali, było wiele możliwości. Westchnęła jedynie rozgoryczona, może powinna pójść spać dalej, bo nie do końca chciała mierzyć się z tym, co się wydarzyło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
14.09.2024, 20:13  ✶  
Było późne popołudnie albo nawet wczesny wieczór, kiedy spokój Greengrassa został zaburzony. Pogoda w Dolinie Godryka dopisywała mniej więcej do południa, więc znaczną część dnia spędził na zewnątrz przy ostatnim dopieszczaniu jesiennych grządek przed pierwszymi poważnymi przymrozkami. Zanim deszcz rozpętał się na dobre, mężczyzna zdążył oporządzić wszystkie dynie, osłonić je przed zimnem i z zadowoleniem przyjrzeć się swojej pracy.
W tym roku wyhodowali naprawdę piękne okazy, które miały trafić w wiele istotnych miejsc. Zamówienia spływały do nich od wielu miesięcy i teraz nadchodził okres zbiorów wyjątkowych dyniowych hybryd. Większych i bardziej mięsistych niż rok wcześniej a także twardszych i łatwiejszych do wydrążenia. Do wyboru, do koloru (szczególnie, że mieli też okazy inne od pomarańczowych). Starannie o nie dbał a teraz w obliczu zbliżającego się przełomu października i listopada miał zobaczyć efekty swojej wielomiesięcznej pracy.
Był zadowolony. Nawet deszcz nie popsuł mu dnia. Wręcz przeciwnie. Dostrzegając burzowe chmury na niebie, udał się do swojej największej szklarni, gdzie zaczął sprzątać pozostałości po nieudanych krzyżówkach roślin i eksperymentach, z których nie był zadowolony. Miał trzy dni wolnego od dyżurów w Mungu i postanowił wykorzystać je do cna w pracy na rzecz rodzinnego biznesu. Sam nie wiedział, skąd nagle poczuł taką znaczną chęć, żeby bardziej udzielać się w życiu rodziny. Co prawda, nie uczestniczył w większości obiadków, bo nadal miał wiele zobowiązań, ale próbował zostawić coś po sobie.
We wszystkich przemyśleniach, jakie często miewał, nie chciał tak po prostu zniknąć. Nie chciał być kimś pokroju Williama Rosiera, o którym nie było żadnych wieści a ludzie beztrosko to zaakceptowali. Nie było wielkiego szumu ani nic takiego. Jeśli ktoś szukał Billy'ego Farciarza to robił to nieoficjalnie w całkowitym utajeniu. Ambroise na swój sposób cieszył się z uwagi na to, ale jednocześnie zastanawiał się, jak nisko musiał upaść ten człowiek, żeby nikt za nim nie tęsknił. Nie zostawił po sobie na tyle wiele, żeby ktoś odczuł jego nieobecność. Greengrass nie chciał tak żyć ani umierać.
Zaczął starać się żyć tak, żeby pamiętano o nim po śmierci, która mogła nadejść nieoczekiwanie. Ta myśl towarzyszyła mu w chwili, w której do jego szklarni wpadł zaaferowany skrzat domowy z wieścią, że był potrzebny teraz, zaraz, już do medycznego nagłego przypadku. Jak zwykle w takich okolicznościach, Ambroise zebrał jak najwięcej najpotrzebniejszych informacji, żeby zabrać ze sobą najpotrzebniejsze środki i teleportować się razem ze skrzatem do posiadłości Yaxleyów, w której panowało (niestety dobrze mu znane) poruszenie związane z wypadkiem. Wiedział, czyim. Choć do końca czekał aż upewni się na własne oczy, nie chcąc wyrokować przed tym, jak zobaczy wszystko, z czym miał się mierzyć.
Starał się trzymać nerwy na wodzy i podejść do sprawy jak prywatny uzdrowiciel. Zrobić wszystko, co był w stanie, żeby zażegnać kryzys. Poważniejszy niż sądził. Skrzat domowy nie był w stanie przekazać całej makabry. Członkowie rodziny również nie. W całej sytuacji nasuwało się jedno pytanie:
Czy mógłby nie przeznaczyć kilkunastu godzin na to, żeby pomóc Geraldine Yaxley?
Zaś po nim także drugie:
Czy mógłby dać z siebie dostatecznie dużo, ale nie wszystko a potem dać jej odejść tam, dokąd ją kiedyś wrogo posyłał?
Skwitowane mrocznym, makabrycznym:
Czy jego sekret byłby bezpieczniejszy dzięki podwójnemu pogrzebaniu go w ziemi, najpierw w postaci dowodów zbrodni a teraz współzabójczyni?
To wszystko prowadziło go ku jednemu:
Pewnie uszłoby mu to na sucho, bo niejeden bardzo dobry uzdrowiciel odpuściłby mniej więcej w połowie tego, co on robił, ale nie mógł. Nie umiał zachować się w ten sposób.
Z nadejściem mglistego, jesiennego poranka trzy dni później wszystko zaczęło wyglądać lepiej. Kilkanaście godzin krążenia po ostrym szkle i robienia wszystkiego, żeby następne dwa dni wyglądały lepiej. Nieznacznie, ale to ten trzeci przyniósł jakiś przełom. Kiedy pierwsze promienie słońca wdarły się przez okna w pokoju, Ambroise właśnie skończył zmieniać kroplówkę.
- Jest stabilniej - odezwał się przez ramię do wyczerpanej psychicznie kobiety opuszczającej pokój po tym, jak sama własnoręcznie przyniosła mu kawę.
Nie musiała tego robić, miała od tego służbę, ale podała mu dzbanuszek i filiżankę w trzęsących się dłoniach. Wyglądała tylko nieco lepiej od niego a to on spędził tu niemal trzy i pół dnia jednym, niedospanym ciągiem. Słysząc westchnienie ulgi i zamykające się dni, przetarł oczy i poprawił woreczek z eliksirem skapującym w kroplówce.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
14.09.2024, 21:15  ✶  

Próbowała zasnąć, ale sen nie przychodził. Bała się poruszyć, bo nie do końca miała świadomość, co się dokładnie wydarzyło, pamiętała przede wszystkim to uczucie, że nastąpił koniec, że była bardziej krucha niż jej się wydawało, ale też to, że nie bała się śmierci. Spojrzała jej w twarz z odwagą w oczach, była gotowa odejść stąd tu i teraz. Może tak by było lepiej, nie musiałaby mierzyć się z tym, co będzie później. O tym, że raczej żyła świadczył pulsujący ból niemalże w całym ciele. Kelpie musiała ją mocno poturbować. Czy będzie mogła dalej polować? To było najważniejsze pytanie i pierwsze o którym w ogóle pomyślała. Co jeśli nie, co wtedy? Może lepiej by się stało, gdyby faktycznie umarła pod tą wodą.

Nadal nie otwierała oczu, nie poruszała się, nawet nie próbowała drgnąć, bo obawiała się, że jej się to nie uda. Nie zniosłaby uwięzienia w łóżku, taka wegetacja wydawała jej się być gorsza od śmierci.

Usłyszała otwierające się drzwi, miała chęć zobaczyć, kto pojawił się w środku. Po krokach poznała, że to raczej jedna z tych osób, z którymi wolała się nie konfrontować. Jennifer nigdy nie aprobowała tego, czym się zajmowała. Zapewne zaczęłaby ją obwiniać o to, że sama to na siebie sprowadziła, później wygłaszałaby morały o tym, że czas dorosnąć, zająć się czym poważnym. Nie zniosłaby tego po tej porażce. Dopiero wtedy dotarło do niej, że nie była w pomieszczeniu sama, nie zauważyła tego wcześniej, bo nie otworzyła oczu, a mężczyzna siedział w milczeniu, odezwał się dopiero do matki. Głos wydawał jej się znajomy, ale nie mogła się skupić, nie była w stanie w tej chwili dopasować go do twarzy.

Po chwili dotarł do niej dźwięk zamykających się drzwi. Musiała stąd wyjść. Może czas najwyższy otworzyć oczy i stawić czoła temu, co się wydarzyło, lepiej to zrobić bez jej obecności w tym miejscu.

Zaczęła powoli, spróbowała poruszyć nogą, była ciekawa, czy będzie mogła to zrobić. Okropnie lękała się tego, że stwór uszkodził jej kręgosłup, miała nadzieję, że do tego nie doszło, wtedy jej życie straciłoby sens.

Pościel się poruszyła, odetchnęła wtedy głośno, z ulgą, poczuła przy okazji piekący ból w płucach. Musiała nałykać się sporo wody, kiedy znalazła się pod powierzchnią. Chyba jeszcze nigdy nie bolało ją oddychanie. Do tego wszystkiego doszedł ból na plecach, nieco przytłumiony, musiała dostać jakieś leki, które miały go zniwelować, jednak gwałtownie się poruszyła i dotknęła okolic kręgosłupa. Czuła pod palcami ranę, musiała być duża. Wreszcie otworzyła oczy. Pierwsze co zauważyła, to kroplówka, którą miała przypiętą do ręki, próbowała nią szarpnąć, żeby oderwać ją od swojej ręki. Chciała spróbować wstać, musiała zobaczyć, czy będzie w stanie to zrobić. Była nieco rozkojarzona, więc dopiero po krótkiej chwili walki z grawitacją, która nie szła do końca po jej myśli spojrzała na mężczyznę, który znajdował się przy jej łóżku. Drgnęła przerażona, gdy zobaczyła znajomą twarz. - Czy znalazłam się w piekle? - Powiedziała cicho, głos miała zachrypnięty, nie używała go w końcu od kilku dni. - Potrzebuję wody. - Gardło ją piekło, usta miała spierzchnięty, warto było zacząć od tego.

Nie miała pojęcia dlaczego to właśnie Ambroise siedział przy jej łóżku, znaczy podejrzewała, że tak mogło wyglądać jej piekło, ale za bardzo ją wszystko bolało, żeby była pewna tego, że umarła.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
14.09.2024, 21:51  ✶  
Ambroise potrzebował kilku dłużących się sekund, żeby dotarło do niego, że pacjentka się budzi. Nie była najłatwiejsza do monitorowania. Nawet w krytycznym stanie, który powinien trzymać ją w łóżku. Raz na jakiś czas serwowała mu złudny sygnał powrotu do przytomności a zaraz potem głębiej osuwała się w narkotyczny sen. Wierciła się, szarpała, raz czy dwa niemal uszkodziła kroplówkę. Całe szczęście, zazwyczaj nadążał za tym, żeby zatrzymać ją wyuczonym ruchem. Tym razem nie było inaczej.
Jeszcze zanim udało jej się wstać albo uszkodzić kroplówkę, delikatnie zablokował ją wyciągniętym ramieniem, gotowy do tego, żeby wstać w razie potrzeby. Nie zamierzał się z nią siłować. Wybrał proste uprzedzenie Geraldine o tym, co planował zrobić w razie dalszego braku współpracy.
- Leż spokojnie, bo będę zmuszony unieruchomić cię zaklęciem - nie groził, miał do tego prawo dla jej własnego zdrowia.
Szczęście w nieszczęściu, była za słaba, żeby poczynić znaczące zniszczenia w jego próbach przyspieszenia rekonwalescencji.
Rozbawiłoby go podejście Geraldine, gdyby nie był tak wyczerpany czuwaniem przy niej. Jasne. Teraz też poczuł jak drgnęły mu kąciki ust, ale nie było to tak zabawne jak mogłoby być. W innej sytuacji powiedziałby coś o kłusownikach i mordercach. Odniósłby się do ich niedawnej rozmowy, ale w tym wypadku tego nie zrobił. Szczególnie, że ściany miały uszy. Zwłaszcza w tak eleganckich miejscach.
- Zgadza się - odrzekł bez zawahania. - Pomyśleliśmy, że znajoma twarz może być dla grzesznika doskonałą rozgrzewką przed torturami - wyjaśnił równie gładko, co wcześniej.
Mimo to podniósł się z fotela, który zajmował, żeby nalać trochę płynu do specjalnej szklanki-butelki z wąskim dziubkiem przygotowanej na taką okoliczność.
- To nie woda - uprzedził, bo wbrew jej życzeniu nie zgadzał się na tymczasowe podawanie czystej wody.
To, co znalazło się w szklance było orzeźwiającym, lekko słodkim płynem z elektrolitami. Czystą wodę planował podawać jej powoli i w kontrolowany sposób. Dopiero co się obudziła.
- Leż spokojnie. Nawet nie próbuj majstrować przy czymkolwiek - powiedział poważnie, ostrzegawczo i niemal groźnie.
Korzystając z tego, że już stał, podszedł do drugiej strony łóżka i kroplówki, którą niemal wyrwała. Bez słowa sięgnął do ręki Geraldine, żeby poprawić kable. Był poważny, profesjonalny i całkowicie pozbawiony tego, czym zazwyczaj emanował w jej towarzystwie. Jego suchość wynikała ze skupienia a nie z niechęci i dało się to odczuć. Przynajmniej tym razem.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
14.09.2024, 22:19  ✶  

Poczuła opór, kiedy próbowała ruszyć kroplówkę. Skutecznie odsunięto od niej ten pomysł, nie oponowała. Wiedziała, że jest na straconej pozycji. Ból jej o tym przypominał. Nie zamierzała utrudniać pracy uzdrowicielowi. Zdawała sobie sprawę z tego, że pewnie dzięki niemu jeszcze żyje. Trochę ją ta świadomość przytłaczała, dlaczego to musiał być właśnie Greengrass? Nie miała pojęcia, los najwyraźniej nadal sobie z niej żartował.

- Nawet się nie waż. - Wysyczała cicho przez zęby, nie mogła powstrzymać się od odpyskowania, ale wykonała jego polecenie. Nie próbowała więcej dotykać tego, co miała podpięte do ręki, chociaż bardzo chciała wyjść z łóżka, musiała sprawdzić, czy może chodzić.

Nie miała pojęcia jakim cudem jeszcze żyła. Ojciec musiał zainteresować się jej nieobecnością, nie było innej możliwości. Nie zakładała nawet, że mógłby być to ktoś inny, Gerard wiedział, gdzie ją znaleźć. Wolała póki co nie myśleć na temat spotkania z rodzicami, czuła, że może się ono zakończyć bardzo nieprzyjemnie. Okazywali swoją troskę w dosyć specyficzny sposób, jakoś to przeżyje.

Po raz kolejny próbowała się podnieść do pozycji siedzącej, znowu jednak próba zakończyła się fiaskiem. Była słaba, cholernie słaba, zrezygnowana opadła więc znowu na poduszkę. Nie zamierzała walczyć, nie dzisiaj. Nie była w stanie, dosyć szybko, jak na siebie się poddała.

- Myślałam, że już po torturach, wszystko mnie boli. - Gdyby ktoś zapytał ją, w którym miejscu czuje ból nie potrafiłaby odpowiedzieć, miała wrażenie, że promienieje po całym jej ciele, nigdy jeszcze nie przytrafił się jej podobny wypadek, to był pierwszy raz kiedy odniosła taką sromotną klęskę podczas polowania.

- Whisky? - Skoro nie woda, to może jej drugi ulubiony trunek. Nie spodziewała się twierdzącej odpowiedzi, ale warto było spróbować. Tak jak się spodziewała nie podał jej alkoholu, piła małymi łykami, bała się bowiem, że się zachłyśnie i umrze w tym łóżku. Zdecydowanie nie chciała znowu umierać.

- Jak sobie pan uzdrowiciel życzy, będę grzeczna. - Miała świadomość, że nie ma specjalnie innego wyboru. Musiała się dostosować do sytuacji, w której się znalazła. Brakowało w niej dzisiaj tej chęci do konfrontacji, nie czuła się na siłach, żeby pokazywać swoje niezadowolenie. - Długo spałam? - Warto było się tego dowiedzieć, szczególnie, że gdy zerkała za okno wydawało jej się, że jest poranek, a ostatnie co pamiętała to popołudnie. Musiała przespać całą noc, a może więcej? Nie była w stanie tego sama określić. - Moi rodzice cię wezwali? - Było wiele pytań, które chciała zadać, ale nie wiedziała od czego zacząć. - Jak bardzo źle jest, będę mogła polować? - Dopiero przy tym pytaniu spojrzała na Ambroise'a, w jej oczach mógł zobaczyć strach, odpowiedzi na to pytanie bała się najbardziej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
15.09.2024, 11:30  ✶  
Syczała, więc była znacznie bliżej przytomności niż kiedykolwiek przez ostatnie dni. Całkiem świadoma jak na kogoś, kto ledwo wysmyknął się z ramion śmierci.
- Więc mnie do tego nie zmuszaj - oznajmił z uniesionymi brwiami.
Mimo swoich prób wypadania na groźną, nie była w stanie mu nic zrobić i on o tym wiedział. Ona prawdopodobnie też, więc nie zamierzał się patyczkować. Widział te próby podniesienia się z łóżka i pogroził na nie palcem.
- Będzie boleć jeszcze długo - powiedział bez wahania.
Musiała szykować się na to, co miało nadejść a to był dopiero pierwszy dzień świadomości. Najgorsze miało nadejść, kiedy powoli zaczną odcinać ją od leków przeciwbólowych. Prócz tego, musiała pożegnać się z myślą o alkoholu. Pytanie o whisky skwitował wyłącznie parsknięciem. Po smaku i zapachu mogła dojść, że był to napój bezalkoholowy, jeśli nie po logice.
- Trzy dni. Byłaś nieprzytomna trochę dłużej. Od trzech dni jesteś bardziej tutaj niż tam - mówił, oczywiście, o tym pograniczu życia z zaświatami.
Wbrew temu, co powiedział Geraldine, nie zamierzał korzystać z jej słabego stanu i wkręcać ją, że są w odmętach piekielnych. Byli tutaj. Poradzili sobie wspólnymi siłami, bo przecież nie mógł odmówić jej wkładu w tę walkę. Doszła do siebie, bo tego chciała. W tym wypadku upór był całkowicie wskazany. Prawdopodobnie to była jedyna sytuacja, gdy zgadzał się z tym, że powinna upierdliwie trzymać się swoich założeń. A wszystko wskazywało na to, że bardzo chciała przeżyć, żeby dalej ich męczyć. Własną rodzinę, jego i Merlin wiedział, kogo więcej, ale nie zazdrościł tym osobom.
Szczególnie w okresie rekonwalescencji, który nie miał być ani krótki ani przyjemny. Co prawda, Ambroise był niemalże pewny, że nie miał w tym uczestniczyć, bo przecież wiedział, że miała swoją prywatną uzdrowicielkę (chyba powinien liczyć tę kobietę do grona nieszczęśników). On został tu wezwany z doskoku, ponieważ parokrotnie świadczył usługi dla innych członków rodziny Yaxleyów. Mając na względzie ich napięte relacje z Geraldine, spodziewał się odprawy i to prędzej niż później. Był gotowy, żeby niemal z chwili na chwilę przekazać wszystkie posiadane informacje dla innego uzdrowiciela. Takie było życie. Nie miał z tym problemu.
W każdym razie, teraz tu był i nadal świadczył swoje usługi. Był pracownikiem jej ojca, odrobinę również matki. Nie jej. Musiała się z tym pogodzić do czasu, kiedy jej rodzice zdecydują inaczej. Nie znał relacji rodzinnych Yaxleyówny, więc nie mógł założyć, kiedy zostanie wymieniony na uzdrowicielkę Geraldine. To mogło być dziś lub za kilka dni. W nikłym procencie szans wcale, gdyby Gerard zadecydował, że córka i tak nadszarpnęła swoje możliwości samodzielnych decyzji poprzez wdanie się w walkę, której nie powinna odbyć. Ambroise nie chciał działać na jej szkodę, ale musiał dzielić się z pracodawcą wszystkimi ważnymi przemyśleniami. Szczególnie wtedy, kiedy nadal nie byli pewni przyszłości. Teraz ulżyło mu, że pacjentka się przebudziła, ale pewne słowa zdążyły paść. Już dawno zawyrokował na temat całej sytuacji oraz najbliższej przyszłości.
- Jest lepiej niż zakładaliśmy. Natomiast to w żadnym razie nie oznacza, że jest dobrze, Panienko Yaxley - tym razem nie zwracał się do niej ironicznie tylko z profesjonalnym szacunkiem, jak do klienta. - Nie było łatwo sprowadzić Panią z powrotem, szczególnie że nie trafiła tu Panienka od razu - kontynuował, starając się nie zwracać uwagi na to, jak strasznie bezosobowo to brzmiało.
Odetchnął głębiej, strzelił knykciami i zwrócił wzrok ku Geraldine.
- Nie wiem, co tobą kierowało. Tylko ty możesz to powiedzieć. Jeśli chciałaś zrobić sobie krzywdę, proszę, porozmawiaj z kimś bliskim - mówił powoli, łagodniej i znacznie, znacznie ciszej, żeby umknąć przed niepożądanymi uszami. - Jeśli coś planowałaś - westchnął cicho - Jasne. Następnym razem możesz dostać to, czego chciałaś, ale nie wiem czy warto. Twoja rodzina niemal przeżyła tragedię, nie byli gotowi cię chować, ale mieli to w głowie. Ledwo cię wyratowałem. Nie mówię tego, żebyś się obwiniała, ale miej to na uwadze. Następne tygodnie będą parszywe. Tylko od ciebie zależy, jak bardzo i czy szybko wrócisz do zdrowia, czy sama to sobie przeciągniesz. Nie wiem, kiedy znowu zaczniesz polować. W najlepszym scenariuszu to będzie kilka tygodni, ale jeśli wrócisz za szybko, prędzej czy później znowu trafisz do łóżka. Mięśnie muszą mieć czas, żeby się całkowicie zaleczyć. Żaden eliksir nie zrobi tego tak dobrze jak upływ czasu. Nie mogę ci zagwarantować, że będziesz tak sprawna jak wcześniej. Wszystko zależy od twoich decyzji i tego, jak będziesz współpracować z uzdrowicielką - uściślił. Chyba już nie musiał odpowiadać na pytanie, kto go wezwał. To było jasne.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
15.09.2024, 13:32  ✶  

Miała świadomość, że jej groźby w tym momencie były bezpodstawne. Ledwie mogła się ruszyć, nie mogłaby zrobić mu krzywdy, zresztą nigdy tego nie chciała. To tylko słowa, które nie miały większego znaczenia. Wypowiadała je, aby poczuć się silniejszą. Tym razem jednak to nie pomogło, bo wiedziała, że jest źle, tak bardzo źle jak nigdy dotąd.

- Starałam się nigdy cię do niczego nie zmuszać, tym razem będzie tak samo. - Wypuściła głośno powietrze z płuc, nie czuła się najlepiej, fizycznie, psychicznie, była rozsypana, a on musiał to oglądać. Powodowało to jeszcze większy dyskomfort.

- Jakoś sobie poradzę. - Z tym bólem. Zawsze przecież sobie radziła. Jej ciało było pokryte różnymi, drobnymi bliznami, które przypominały jej o wypadkach, które zdarzyły się w przeszłości. Tym razem skończyła zdecydowanie gorzej, była tego świadoma, ale na pewno się wyliże. Prędzej, czy później. Musiała. Nie było innej możliwości.

Przełknęła głośno ślinę. Trzy dni, to brzmiało dosyć poważnie. W ogóle tego nie odczuła, wydawało się, że minął ledwie moment, może noc, na pewno nie zakładała, aż trzech dni. - To długo? - Wolała go o to zapytać, bo nie miała pojęcia, jak to wyglądało ze strony profesjonalisty. Na pewno widział w swoim życiu różne przypadki.

Gdyby udało jej się teleportować po tym wszystkim, to znajdowałaby się w swoim mieszkaniu, nikt poza Florence nie wiedziałby o tym, że wpadła w tarapaty. Nie przywykła do tego, aby inni widzieli jej niepowodzenia. Nawet jej rodzice, właściwie to w szczególności oni. Odkąd skończyła Hogwart starała się trzymać ich z daleka od swojego życia, na tyle, na ile się dało. Ta sytuacja nieco skomplikowała jej życie. Znała ojca i wiedziała, że szybko jej stąd nie wypuści. Będzie zamknięta w złotej klatce, dopóki faktycznie nie wróci do odpowiedniego stanu zdrowia. Od natłoku myśli zaczęło jej się robić gorąco, czuła ciężar na klatce piersiowej, zaczynała panikować.

- Czy chociaż ten jeden raz, mógłbyś mi nie panienkować. - Byli tutaj sami, nie zamierzała nadal ciągnąć tej farsy o tym, że są dla siebie nieznajomymi, w tej chwili tego nie potrzebowała, czuła się na tyle bezpiecznie w tym miejscu, że nie chciało jej się udawać, grać nadal w tę durną grę i utrzymywać dystans. Nie miała na to w tej chwili siły.

- Zdaję sobie sprawę, że nie jest dobrze, wszystko mnie kurwesko boli, bardziej myślę o tym kiedy to się skończy. - Zawsze brakowało jej cierpliwości, nie miała pojęcia ile czasu wytrzyma w takim stanie i czy w ogóle sobie z tym poradzi.

Przewróciła oczami, gdy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust. - Nie chciałam się zabić, jakbym chciała, to na pewno by mnie już tutaj nie było. - Nie ryzykowałaby, że może się jej nie udać, nie z możliwością pozostania kaleką przez całe życie. Zrobiłaby to w taki sposób, żeby mieć pewność, że na pewno nie da się jej uratować. Zapewne dałaby się pożreć smoku, albo pozwoliła mu spalić.

- Matka pewnie byłaby szczęśliwa, jeden z największych jej problemów sam by zniknął. - Nawet bawiła ją ta myśl, ciekawe, czy Jenn faktycznie by się przejęła jej śmiercią, może z początku, z czasem by do niej dotarło, że jej życie jest lepsze bez krnąbrnej córki. Ojcu pewnie byłoby przykro, ale tylko jemu, no i może Astarothowi, ciekawe, czy przekazali mu informacje o jej wypadku. Zapewne nie, znając rodziców woleli załatwić to po cichu.

- Mam spędzić kilka tygodni w łóżku? - Zdecydowanie nie były to wieści, które chciała usłyszeć, nie ma przypadkiem jakichś eliksirów, które mogłyby ją postawić na nogi w kilka dni? Musiały istnieć.

- Czyli jesteś tu tylko na chwilę? - Wolała się upewnić, że dobrze zrozumiała. Nie miała pojęcia, jak rodzice zareagują na jej chęć zmiany medyka, coś czuła, że nie będą szczególnie pozytywnie nastawieni do jej próśb po tym do czego doprowadziła. Miała mętlik w głowie, nie wiedziała, jak to wszystko teraz odkręci. Jeśli Ambroise sugerował, że chciała odebrać sobie życie, to czy jej rodzina nie mogła pomyśleć tego samego. Kurwa mać..

- To był wypadek, próbowałam tylko i wyłącznie złapać kelpie, którą zobaczyłam na jeziorze, to była chwila, nie miałam przy sobie wędzidła, myślałam, że dam radę, ale nie dałam. Złapała mnie i tyle. - Najwyraźniej chciała mu wytłumaczyć, jak do tego doszło. Nie dodała nic o tym, że w sumie to trochę się poddała, chociaż miała w zwyczaju walczyć. Ostatnio bywała zmęczona, za bardzo zaczęła się zatracać, zapewne przez to straciła formę. Ryzykowała jeszcze bardziej niż zazwyczaj i nic sobie z tego nie robiła. Tyle, że chyba właśnie przekroczyła granicę.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
15.09.2024, 16:38  ✶  
- Umiarkowanie - zawyrokował. - Bywa, że ranni leżą w śpiączce miesiącami, jeśli nie latami. Natomiast, jeśli chodzi o bycie w stanie między życiem a śmiercią, to całkiem długo - uściślił.
Długo zajęło jej wyślizgnięcie się śmierci. Stan krytyczny trwał dłużej niż zazwyczaj, kiedy Ambroise używał swoich najmocniejszych eliksirów. Yaxleyowie płacili mu za jak najlepszą opiekę bez zwracania uwagi na koszty. To oznaczało, że sięgał po wszystko, co miało zadziałać jak najlepiej. Nawet te substancje, których zazwyczaj nie używał ze względu na długi czas warzenia i stopień skomplikowania. Niestety musiał mierzyć siły na zamiary w przypadku większości prywatnych pacjentów. Nie mógł traktować ich jednakowo, bo mógł sobie pozwolić na niewielki wolontariat. Wiele lat temu (jeśli mógł tak powiedzieć o okresie stażu) uświadomił sobie, że nie był w stanie zbawić całego świata.
- Jak sobie Panienka życzy, Geraldine - tym razem powiedział to całkiem celowo, żeby upewnić się, że nadal ma do czynienia z tą samą osobowością, nawet ranną.
Najwyraźniej miał, bo nie szczędziła mu ostrych słów i komentarzy, z którymi nie mógł się do końca zgodzić. Szczególnie, że spędził tu sporo czasu.
- Na twoim miejscu spróbowałbym nie być taki ostry dla matki. Przeżyła olbrzymi stres - stwierdził, ruszając w kierunku torby z eliksirami, żeby przejrzeć zawartość. Musiał podać jej jeszcze kilka rzeczy, skoro była przytomna. - Wiem. To nie mój interes - uprzedził jej komentarz, bo wiedział, że nie powinien się w to mieszać.
Mimo to miał okazję napatrzeć się na sytuację w domu Yaxleyówny w momencie tego kryzysu i wyrobił sobie swoje zdanie. Problem, że nie umiał go zachować siebie. Miewał problemy z trzymaniem języka za zębami. Szczerość była zaletą, ale nie zawsze.
- Albo na rozkładanym fotelu albo kanapie, jak lepiej się poczujesz - uściślił.
Nie to chciała usłyszeć. To pewne, ale nie był z nią nieszczery. Potrzebowała leżeć i odpoczywać, nie zapuszczać się daleko poza łóżko. Niestety, eliksiry nie załatwiały wszystkiego. Nawet w świecie magii były ograniczenia a jej obrażenia były niemal śmiertelne. To cud, że tak szybko z nim rozmawiała.
- Jestem tu na tak długo jak to konieczne - odpowiedział konkretnie bez owijania w bawełnę, co dodatkowo skwitował wzruszeniem ramionami. - Z tego, co mi wiadomo, masz własną uzdrowicielkę. A z tego, czego mogę się domyślać, wolisz korzystać z usług zaufanej osoby a nie kogoś, kogo nie darzysz sympatią. To całkowicie zrozumiałe - nie był tym urażony, bo sam w głównej mierze odpowiadał za przebieg ich relacji i to, że byli dla siebie niespecjalnie przyjacielscy.
Mogłoby być inaczej. Czasami przechodziło mu przez myśl, że to mogło pójść w innym kierunku. Mogli się kolegować, może nawet przyjaźnić, ale oboje dokonali konkretnego wyboru. W dalszym ciągu uważał, że prawdopodobnie najlepszego. Inne możliwości były kuszące, wspominał o nich z czymś w rodzaju nostalgii, ale to, że się do siebie nie zbliżyli miało swoje niewątpliwe zalety. Nawet teraz w pewnym momencie odczuł piekący lęk o stan Geraldine, więc nie chciał myśleć, co by było, gdyby musiał zajmować się nią jako ktoś jej bliski. Dystans trochę ułatwiał sprawę. Nie za bardzo, ale było łatwiej.
- Będę tutaj tak długo jak zażyczy sobie tego mój klient, a więc pewnie do czasu aż uda ci się przekonać ojca do zmiany uzdrowiciela - uściślił, unosząc kącik ust w czymś na kształt uśmiechu. - Czyli pewnie niedługo.
Nie wątpił, że Geraldine była wyjątkowa dla swojego ojca. Dla matki również. Mogła mówić co chciała, ale był pewien, że jej rodzice mieli ugiąć się do zmiany medyka. Wszystko dla dobra ich córki. W żadnym razie nie kwestionował takich decyzji. Jak najbardziej to rozumiał. Szczególnie, że na tym zleceniu miał suto zarobić, choć nie do końca o to mu chodziło w umożliwianiu Geraldine odesłania go na rzecz uzdrowicielki. Chciał, żeby wróciła do zdrowia jak najszybciej. Do tego potrzebowała czuć się bezpiecznie. On jej tego nie zapewniał, bo ich relacje były na to zbyt napięte.
- Nie jestem magopsychiatrą ani członkiem twojej rodziny, więc nie musisz mi się tłumaczyć. Mówię tylko, że to nie był najlepszy pomysł. Niezależnie od twoich intencji - odpowiedział.
Nie próbował jej już dłużej oceniać, bo to przynosiło niewłaściwe skutki. Pokręcił głową.
- Prawie cię zabiła - czuł się zobowiązany, żeby to zaznaczyć - to coś więcej niż i tyle, ale przecież wiesz - wzruszył ramionami.
Po co miał jej prawić morały? Kłócenie się z półprzytomnymi pacjentami nie należało do jego ulubionych rozrywek.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
15.09.2024, 19:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 19:50 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- To nie był chyba mój dzień. - Na umieranie. Nie dokończyła jednak tej myśli. Gdyby rodzice nie zorganizowali pomocy, pewnie by tu jej nie było. Miała sporo szczęścia, że poinformowała ojca o tym, gdzie idzie i że zainteresował się jej nieobecnością na kolacji. Gdyby leżała tam dłużej, to pewnie by już jej nie było. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. Miała dopiero dwadzieścia dwa lata, to niezbyt wiele, zresztą ledwo rozpoczęła dorosłe życie. Chyba nadal nie do końca potrafiła sobie z nim poradzić, skoro ciągle pakowała się w takie gówniane sytuacje. Nie kłamała Ambroise'a podczas jednej z ich pierwszych rozmów, ona faktycznie była specjalistką od kłopotów.

Spiorunowała go wzrokiem, gdy usłyszała kolejną panienkę padającą z jego ust. Naprawdę? Nie zamierzała jednak ponownie mówić o tym, żeby się do niej nie zwracał się w ten sposób, to już zależało od niego. Nie miała dzisiaj siły na kolejne niesnaski. Ledwo przecież uciekła Kostusze spod kosy. Czuła się chujowo, chyba najbardziej chujowo w ciągu całego swojego życia.

- Ona zawsze jest zestresowana. - Dodała tylko cicho. Nigdy właściwie nie opowiadała mu o swojej rodzinie, nie miał pojęcia, jak wyglądają jej relacje z rodzicami, plotki plotkami, ale to co działo się w domu było zupełnie inną sprawą. Jennifer jej nie lubiła, tak po prostu jako człowieka, Ger miała tego świadomość, dlatego też raczej unikała interakcji z nią.

Pokiwała głową, słysząc o kolejnych możliwościach do spędzenia najbliższego czasu. Nie pocieszyło jej to, nie znosiła stagnacji. - Mogę spróbować wstać? - Była wyjątkowo potulna, jak na siebie. Normalnie nie zadawała pytań, tylko po prostu robiła to, na co miała ochotę. Wiedziała, że teraz nie może sobie pozwolić na takie zachowanie.

- Dosyć śmiałe założenie, że nie darzę cię sympatią. - Jasne, może ostatnio bywała nieco złośliwa, ale robiła to tylko i wyłącznie przez jego odrzucenie, nie zapomniała wbrew pozorom o tym w jaki sposób się poznali. - Będę musiała się do niej odezwać w między czasie. - Nie miała pojęcia, kiedy to zrobi, póki co raczej nie miała na to siły, na nic nie miała siły. Czuła się strasznie słaba.

- Tak, pewnie niedługo, bo ojciec nie potrafi mi odmówić, przynajmniej do tej pory nie potrafił. - Nie miała pojęcia, jakie będzie jego nastawienie w tej chwili, musiała liczyć na to, że nadal miała w nim swojego sojusznika, mimo tego, że pewnie najadł się strachu.

- Cóż, nie najlepsze pomysły to moja specjalność. - Nie miała pojęcia, jak długo będzie mogła jeszcze je tłumaczyć swoim temperamentem. Po raz kolejny zademonstrowała swoją brawurę, tym razem jednak zakończyło się to wyjątkowo paskudnie. Będzie musiała się pogodzić z tym, że rodzice stracą do niej zaufanie. Nie do końca jej się to wszystko podobało. Raczej zawsze wszystko szło po jej myśli, obrywała delikatnie, bez takich wielkich konsekwencji. Jasne, mogło skończyć się gorzej, czuła, że to koniec, mimo wszystko nie pocieszało jej to jakoś za bardzo.

Kiedy wspomniał o tym, że stworzenie prawie ją zabiło, przymknęła oczy. Nie było nic przyjemnego w wysłuchiwaniu takich komentarzy, szczególnie, że nie mogła temu zaprzeczyć. - Miałam więcej szczęścia niż rozumu, jak zawsze. No i pewnie to też twoja zasługa, nie miałeś ochoty pozwolić mi odejść? - Zapytała go jeszcze, z racji na to, że ostatnio raczej średnio się dogadywali.

- Czy plecy wyglądają źle? - Przypomniała sobie, że kiedy je dotykała wyczuła pod palcami ranę, nie potrafiła określić gdzie się zaczyna, ani kończy, musiała być naprawdę duża.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
15.09.2024, 21:18  ✶  
Nie chciał wdawać się w dyskusje na tematy, których nie znał. Życie domowe Yaxleyów było dla niego czymś całkowicie nieznanym. Nawet teraz spędził z nimi kilka dni, ale w większości przy pacjentce, więc nie mógł o niczym się wypowiedzieć. Mimo to zastanawiało go to ostre podejście Geraldine do matki. W jego oczach ta kobieta nie była gorsza od zestresowanego, zaniepokojonego ojca Yaxleyówny. Pytała o nią, przychodziła parokrotnie z kawą. Była w porządku. Może nie ślęczała nad córką, ale to on od tego był. Zatrudniono go, żeby wykazywał się pełnym profesjonalizmem i towarzyszył chorej podczas kryzysu. Właśnie to robił, nieistotne jakie były ich relacje.
A uważał, że niezbyt ciepłe i przyjazne. Nie zamierzał biczować się z tego powodu. Oziębił je celowo. O ironio, poniekąd dla dobra Geraldine, która najwidoczniej wcale nie chciał żyć w spokoju i bezpieczeństwie. No, przynajmniej to kelpie spowodował jej nieszczęście a nie Greengrass. Słabe pocieszenie, ale zawsze jakieś.
- Szczęśliwy traf? Błyskotliwy strzał? - Skomentował, ale bez swojej typowej iskry.
Żartował, ale temu żartowi czegoś brakowało. Nie tylko polotu, a wręcz raczej życia i przekory, z którą pół roku wcześniej wchodził w znajomość z Geraldine. Nie chciał tu napiętej atmosfery. Za mocno starał się, żeby wyzdrowiała, więc powstrzymał się przed wszystkimi rzeczywistymi spostrzeżeniami. Nie chciał, żeby niepotrzebnie wypłynęły na wierzch. To byłoby zwyczajnie niepotrzebne. Zbędne.
- Zrobisz dokładnie to, czego zechcesz i w czasie, w którym zechcesz - tak po prostu skwitował, dając Geraldine do zrozumienia, że nie ruszało go prawdopodobieństwo zostania wymienionym na kogoś innego.
Nie wiedział nawet na kogo. Nie pytał, bo tak było lepiej. Łatwiej było przełknąć myśl, że na kogoś o równie znacznym doświadczeniu, kto skorzystałby z jego starannej dokumentacji i karty pacjenta godnej Munga. Gdyby usłyszał, że chodzi o osobę wyrzuconą niegdyś ze stażu i prowadzącą własną praktykę (niestety, prawo miało luki w tym zakresie i dopuszczało tę możliwość) wtedy poczułby się nieco urażony koniecznością współpracy z potencjalnym konowałem. Mimo to, chciał dla pacjentki jak najlepiej, więc nie upierał się przy świadczeniu usług do samego końca rekonwalescencji. Założył, że tego nie chciała, więc on także nie.
- Na pewno zrobi wszystko, żeby otoczyć cię jak najlepszą opieką - zapewnił, choć zabrzmiało to sztywno i wymuszenie.
No, może jednak trochę bolało go to, że został wezwany do najczarniejszej roboty, w której mógł popełnić śmiertelne błędy a to ktoś inny miał zbierać laury, kiedy rekonwalescencja dojdzie do końca. Jasne. Spodziewał się, że ta druga osoba będzie mieć równie ciężko, jeśli chodzi o pracę z trudnym i upartym klientem, ale Ambroise lubił doprowadzać swoje interesy do końca. Nie miał nic przeciwko przejmowaniu pacjentów, ale oddawanie ich nie przychodziło mu tak łatwo jak udawał (i jak sobie wmawiał) było znacznie bardziej uderzające w ego.
- Nie zarzucaj sobie zbyt wiele. Jesteś tutaj. Żywa. A te zachowania to po prostu gen łowcy adrenaliny - wzruszył ramionami.
Nie planował pocieszać Geraldine. Właściwie to mu nie wyszło, ale nie chciał, żeby wieszała na sobie psy. Chyba nikt z jej otoczenia nie zrobił tego ani razu w jego obecności, a więc i on nie czuł się do tego uprawniony. W gruncie rzeczy był tylko medykiem zleceniobiorcą. Nawet nie jej przyjacielem.
- Zapłacono mi, żebyś przeżyła - w tej samej chwili odwrócił wzrok, mocno zaciskając szczękę.
Tak. Myślał o tym, do diabła. Oczywiście, że o tym myślał i cholernie się tego wstydził. To były bardzo złe, mroczne podszepty a jednak w rzeczywistości nie sądził, że byłby to w stanie zrobić. Nie mógłby dać im ujścia, bo nie chciał być mordercą. Robił wszystko, żeby odpokutować to, że nie dało się cofnąć tego faktu. Nie chciał powtarzać osiągnięcia, choć mógłby to zrobić i zapewne nie poniósłby konsekwencji. Mógłby sprawić złudzenie, że starał się o nią najmocniej jak tylko mógł i że nikt inny (no, może tylko sam Merlin) nie dałby rady zrobić więcej. Mimo to, nie dopuszczał takiej możliwości. Nie mógł też jednocześnie powiedzieć wprost, że wcale nie chciał, żeby umierała, nawet jeśli jej śmierć pomogłaby w zakopaniu jego sekretu. Nie chciał widzieć jej w ziemi, ale wybrał najprostsze wyjaśnienie, dlaczego.
Pieniądze. Nic więcej. Kasę ponad głębsze, ludzkie uczucia. Wolał utrzymywać, że się nie lubili. Tak było najprościej.
- Będziesz mieć bliznę. Raczej nie do zaleczenia zwykłą magią ani eliksirami - odpowiedział.
Czy jej plecy wyglądały źle? Nie jemu oceniać. Na pewno nie były już idealnie gładkie, co zazwyczaj preferowały kobiety.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6616), Geraldine Greengrass-Yaxley (6858)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa