11.09.2024, 22:03 ✶
W zasadzie to powinien to przerwać chociażby przez wzgląd na wychowanie, które odebrał. Nie powinno się nikogo wykorzystywać po pijaku, prawda? Wpajano mu to do głowy na wiele różnych sposobów - sam widział wiele pijanych osób w swoim otoczeniu i faktycznie byli wtedy bezbronni, zdani na łaskę innych osób. Dlatego też on sam nie pił, a jeżeli pił, to niewielkie ilości. On nie chciał być słaby i zależny od innych: nie mógł być słaby i zależny od innych. To on zwykle był tym głosem rozsądku w różnych sytuacjach, a teraz... Teraz wszystkie te nauki poszły jak krew w piach. Zupełnie jakby ktoś wyłączył mu rozum, albo po prostu otworzył czaszkę, wyjął mózg i wywalił go przez okno.
I być może jeszcze byłby w stanie się opanować, gdyby nie jego głos. Błaganie, by nie zostawiał go samego. Jak mógłby mu się teraz sprzeciwić? Jak mógłby go zostawić, gdy tak pięknie prosił? Z niechęcią oderwał się od szyi Charlesa tylko po to, by zamknąć mu usta kolejnym pocałunkiem.
- Nie zostawię cię - powiedział cicho, przesuwając dłoń z jego biodra na uda. Zacisnął mocniej palce na materiale spodni, który był teraz ewidentną przeszkodą w tym, co chcieli zrobić. - Obiecuję.
Czy jego obietnice można było traktować poważnie? Sam nie wiedział. Nie nawykł do łamania danego słowa, dlatego też rzadko kiedy składał jakiekolwiek obietnice. Charlesa jednak nie zamierzał zostawiać ani teraz, ani później. Czy wyjdzie któremukolwiek to na dobre? Wątpliwe. Rodolphus był czystą toksyną, która rozlewała się po ciele osoby, która nie była na niego odporna. Zatruwał świat, w którym żył i ziemię, po której chodził. Zatruwał umysły, do których się dostawał: dobrowolnie lub też siłą. Nieliczni byli w stanie z nim wytrzymać, oprzeć się temu, co robił. Skierować tę toksynę gdzie indziej, sprawić że znajdzie ujście i przez ułamek chwili jego intencje będą czyste. Nieliczni byli w stanie go jakkolwiek opanować - w zasadzie udało się to dwóm osobom. Jedna zrobiła to podstępem, druga zaś po prostu była... Była inna niż reszta. I pewnie ktoś mógłby sobie pomyśleć, że skoro teraz znalazł się z Mulciberem w takiej a nie innej sytuacji, to chuj a nie go ta osoba opanowała, lecz przecież żaden z nich nie przysięgał sobie wierności w jakiejś wykręconej dewiacji związku małżeńskiego.
Ostrożnie sięgnął do pierwszego z guzików koszuli Charlesa, by ten ustąpił gładko pod naporem jego palców. Najpierw pierwszy, potem drugi... Kolejne guziki sprawiały, że koszula odsłaniała coraz więcej nagiego ciała, które Rodolphus umyślnie muskał opuszkami palców. Nie, zdecydowanie nie planował go zostawiać. Chciał słyszeć kolejne prośby i błagania, chciał móc wsłuchać się w ten urywany, płytki oddech, do którego dołączył jego własny. Miał wrażenie, że powoli przestaje oddychać, gdy ich usta łączyły się w kolejnych pocałunkach, a kolejne fragmenty ciała mężczyzny były bezlitośnie odkrywane. Podobał mu się ten stan, w którym świadomość powoli dawała za wygraną, a jedyne co się liczyło, to fizyczne doznania. Chłonął reakcje Charlesa całym sobą, wsłuchując się w każde jego najcichsze westchnienie. Poświęcał mu całą swoją uwagę. Dotykał go tak, by ten nie miał wątpliwości, że w tej chwili jest dla niego całym światem. Dawał mu to, czego mu tak bardzo brakowało i czego tak szaleńczo łaknął. Jednocześnie jego ruchy stawały się coraz bardziej zachłanne. Pragnął go całym sobą, przyciągał jego ciało do siebie i chłonął zapach, który wydzielało. Delikatne muskanie po nagiej skórze stawało się bardziej natarczywe, tak jakby koniecznie jego dłonie chciały zbadać absolutnie każdy kawałek ciała Charlesa. Zatrzymał się jednak, gdy wsunął dwa palce pod materiał spodni na biodrze. Gdy spojrzał na mężczyznę, jego wzrok był całkowicie inny od tego, który prezentował wcześniej. Stalowoszare oczy błyszczały pożądaniem i podziwem. Spojrzenie było zamglone przyjemnością, którą mu dawał. Tak, w tej chwili Charles był wyjątkowy. To on sprawił, że to spojrzenie zmętniało, że jego oddech też był urywany.
I być może jeszcze byłby w stanie się opanować, gdyby nie jego głos. Błaganie, by nie zostawiał go samego. Jak mógłby mu się teraz sprzeciwić? Jak mógłby go zostawić, gdy tak pięknie prosił? Z niechęcią oderwał się od szyi Charlesa tylko po to, by zamknąć mu usta kolejnym pocałunkiem.
- Nie zostawię cię - powiedział cicho, przesuwając dłoń z jego biodra na uda. Zacisnął mocniej palce na materiale spodni, który był teraz ewidentną przeszkodą w tym, co chcieli zrobić. - Obiecuję.
Czy jego obietnice można było traktować poważnie? Sam nie wiedział. Nie nawykł do łamania danego słowa, dlatego też rzadko kiedy składał jakiekolwiek obietnice. Charlesa jednak nie zamierzał zostawiać ani teraz, ani później. Czy wyjdzie któremukolwiek to na dobre? Wątpliwe. Rodolphus był czystą toksyną, która rozlewała się po ciele osoby, która nie była na niego odporna. Zatruwał świat, w którym żył i ziemię, po której chodził. Zatruwał umysły, do których się dostawał: dobrowolnie lub też siłą. Nieliczni byli w stanie z nim wytrzymać, oprzeć się temu, co robił. Skierować tę toksynę gdzie indziej, sprawić że znajdzie ujście i przez ułamek chwili jego intencje będą czyste. Nieliczni byli w stanie go jakkolwiek opanować - w zasadzie udało się to dwóm osobom. Jedna zrobiła to podstępem, druga zaś po prostu była... Była inna niż reszta. I pewnie ktoś mógłby sobie pomyśleć, że skoro teraz znalazł się z Mulciberem w takiej a nie innej sytuacji, to chuj a nie go ta osoba opanowała, lecz przecież żaden z nich nie przysięgał sobie wierności w jakiejś wykręconej dewiacji związku małżeńskiego.
Ostrożnie sięgnął do pierwszego z guzików koszuli Charlesa, by ten ustąpił gładko pod naporem jego palców. Najpierw pierwszy, potem drugi... Kolejne guziki sprawiały, że koszula odsłaniała coraz więcej nagiego ciała, które Rodolphus umyślnie muskał opuszkami palców. Nie, zdecydowanie nie planował go zostawiać. Chciał słyszeć kolejne prośby i błagania, chciał móc wsłuchać się w ten urywany, płytki oddech, do którego dołączył jego własny. Miał wrażenie, że powoli przestaje oddychać, gdy ich usta łączyły się w kolejnych pocałunkach, a kolejne fragmenty ciała mężczyzny były bezlitośnie odkrywane. Podobał mu się ten stan, w którym świadomość powoli dawała za wygraną, a jedyne co się liczyło, to fizyczne doznania. Chłonął reakcje Charlesa całym sobą, wsłuchując się w każde jego najcichsze westchnienie. Poświęcał mu całą swoją uwagę. Dotykał go tak, by ten nie miał wątpliwości, że w tej chwili jest dla niego całym światem. Dawał mu to, czego mu tak bardzo brakowało i czego tak szaleńczo łaknął. Jednocześnie jego ruchy stawały się coraz bardziej zachłanne. Pragnął go całym sobą, przyciągał jego ciało do siebie i chłonął zapach, który wydzielało. Delikatne muskanie po nagiej skórze stawało się bardziej natarczywe, tak jakby koniecznie jego dłonie chciały zbadać absolutnie każdy kawałek ciała Charlesa. Zatrzymał się jednak, gdy wsunął dwa palce pod materiał spodni na biodrze. Gdy spojrzał na mężczyznę, jego wzrok był całkowicie inny od tego, który prezentował wcześniej. Stalowoszare oczy błyszczały pożądaniem i podziwem. Spojrzenie było zamglone przyjemnością, którą mu dawał. Tak, w tej chwili Charles był wyjątkowy. To on sprawił, że to spojrzenie zmętniało, że jego oddech też był urywany.