• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[21.03.1966] I woke up like this. | Ambroise & Geraldine

[21.03.1966] I woke up like this. | Ambroise & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
27.09.2024, 23:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:28 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Pierwszy dzień wiosny kojarzył się wszystkim raczej przyjemnie. Trel ptaków wydawał się być głośniejszy, promienie słońca jaśniejsze, a wiatr cieplejszy. Zbliżał się ten czas w roku na który czekali. Ostara, wspaniałe święto czarodziejów, które bardzo hucznie obchodzili. Cóż, pannie Yaxley kojarzyło się raczej z tym, że mało kto miał dla niej czas, a akurat tego dnia wyjątkowo zależało jej na tym, aby ktoś sobie o niej przypomniał. Trudno było obchodzić urodziny w jeden z najważniejszych dni w roku. To nie tak, że chciałaby być pępkiem świata, wiadomo, obowiązki, odpowiednia celebracja święta, to wszystko było ważne, ale ona chociaż raz też chciałaby poczuć się istotna.

Nie miała pojęcia, czy wyściubi dzisiaj nos poza swoje mieszkanie. Pogoda niby do tego zachęcała, ale czy chciało jej się właściwie użerać z obcymi ludźmi, albo jeszcze gorzej znajomymi? Nie była tego taka pewna.

Od pamiętnej wizyty w opętanym dworku minął już prawie miesiąc, a nie za bardzo było widać progres związany ze sprawą, którą zajmowali się z Greengrassem. Przeklęty Ambroise nadal nie przestawał jej nawiedzać w snach, czy krótkich momentach podczas dnia, kiedy chociaż na chwilę zamykała oczy. To robiło się męczące, nadal spędzali ze sobą dużo czasu, ale na każdym, kolejnym spotkaniu wydawała się jeszcze bardziej być zmęczona trzymaniem siebie w ryzach. Nadal się przyjaźnili, oczywiście, nadal go odwiedzała, kiedy tylko miała wolną chwilę, ba bardzo lubiła wpadać do niego niezapowiedziana, tyle, że czuła, że do niczego jej to nie prowadziło. Utknęła w jakimś dziwnym punkcie i nie potrafiła się z niego ruszyć. Zaczynała wyczuwać smak szaleństwa, taki, od którego nigdy nie można uciec. Ten typ, który wchodził pod skórę, rozgaszczał się tam wygodnie, i czekał, aż w końcu pęknie, by później mógł pozostać tylko chaos.

Ich rozmowom ciągle towarzyszyły niedopowiedzenia, przez co nie mogli ruszyć do przodu. W gruncie rzeczy jednak zależało jej na tym towarzystwie, polubiła go jeszcze bardziej, chociaż nie chciała się do tego przyznać, przypominało jej jednak o tym i ciało i umysł, bo ten też płatał jej figle. Wolała jednak się okłamywać, że to wszystko było wytworem jej wyobraźni.

Zbliżał się wieczór. Siedziała na jednym z foteli w swoim salonie. Na stole leżała popielniczka, z której za niedługo niedopałki pewnie zaczną wychodzić, w tle cicho grała muzyka, która rozbrzmiewała z magicznego gramofonu. Próbowała się nieco rozluźnić, w czym miała pomóc butelka whisky, która znajdowała się na stole. Nie upiła z niej jeszcze zbyt wiele, dopiero zaczynała swoją imprezę urodzinową. Nigdy nie spodziewała się, że jej życie będzie wyglądać w ten sposób, że będzie się tak miotać, jak ptak w klatce. Na stole znajdował się również zestaw noży, sztylety różnej długości, którymi rzucała w ścianę, która znajdowała się naprzeciwko fotela. Musiała się czymś zająć, aby w pełni nie ochujeć.

- Nikogo nie ma w domu. - Krzyknęła, kiedy usłyszała pukanie do drzwi. Była naprawdę wspaniałą gospodynią, każdy na pewno miałby chęć wejść do tego mieszkania. Drzwi oczywiście były otwarte, bo jak na bardzo rozsądną osobę przystało rzadko kiedy je zamykała.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
28.09.2024, 00:46  ✶  
Jak na pierwszy dzień wiosny przystało Londyn i okolice wypełniło szaleństwo. Robiło się coraz cieplej, zima odchodziła w zapomnienie a jak wiadomo - czarodzieje chętnie korzystali z każdej możliwej okazji do świętowania. Mieli wiele świąt w kalendarzu, ale to konkretne uznawali za jedno z najważniejszych. Z uwagi na to od rana mieli urwanie głowy w Mungu. Wszystkie świąteczne dyżury (przed i po również) rządziły się swoimi prawami.
Ambroise normalnie zastanowiłby się dwa razy nad tym czy chce dołączyć do jakichkolwiek świętowań. Miał wyjątkową okazję uniknięcia wydarzeń społecznych w Dolinie i nie narażenia się przy tym macosze. Nic dziwnego, że chętnie korzystał z takiej możliwości. Już kilka dni wcześniej zapewniał Evelyn jak bardzo był zawiedziony tym, że nie mógł wrócić do domu na czas i że najpewniej zostanie w pracy po godzinach, ponieważ będą mieć urwanie głowy i każde ręce przydadzą się do pomocy.
Kłamał w żywe oczy. Nawet wtedy, kiedy dotarło do niego, że chyba pierwszy raz w życiu świadomie zamierza opuścić Munga dokładnie z końcem dyżuru. To nie było w jego stylu. Do tego stopnia, że wywołało co najmniej kilka mniej albo bardziej dyskretnych reakcji wśród pozostałych członków zespołu. Niektórzy sami wracali do domów. Inni pomocnie zostawali dłużej a on, który zazwyczaj zaliczał się do tej drugiej grupy, nagle ni stąd ni zowąd zakomunikował, że wyłamuje się z nieoficjalnej normalności.
Ma plany.
Co lepsze dobrze wiedział, że podsyca tym pogłoski na swój temat. Słyszał plotki ucinane dokładnie w momencie, w którym oficjalnie wchodził do pomieszczenia. W gruncie rzeczy się tym nie przejmował. Nie obchodziło go to, szczególnie że w tym wypadku nikt nie mówił o nim nic obelżywego. Wręcz przeciwnie. Według naczelnych pleciug szpitala zaczynał schodzić z rynku.
Ewidentnie. Niezaprzeczalnie. No weź się, Bozehna nie wygłupiaj. Przecież to oczywiste.
Dla wszystkich poza nim. Dla niego to nie było ani oczywiste ani nie do końca niemożliwe. Jasne. Mówienie o nim, że na pewno chodził do kogoś w zaloty (szczególnie tego wieczoru, kiedy wiele mogło na to wskazywać) było przesadą i jednym wielkim przeinaczeniem. To byłaby zbyt prosta wersja, żeby mogła być rzeczywista.
Czasami faktycznie mógł wyglądać na trochę bardziej szczęśliwego. Częściej wychodził z pracy mniej-więcej o czasie. Raz czy dwa zdarzyło mu się niemal (ale tylko niemal) spóźnić na dyżur. Kilkukrotnie odmówił przyjęcia nadprogramowej dwunastki.
Z drugiej strony się męczył. Robienie dobrej miny do złej gry może zaczęło mu przychodzić naturalniej, ale męczył się w tym stanie. Im więcej dni mijało tym bardziej. Łapał się na coraz mniej dyskretnych poczynaniach. Niejednokrotnie prawie złamał się do tego, by wreszcie zrobić coś, żeby wydostać ich z tego marazmu. Czasami myślał, że wolałby narobić więcej ambarasu, choć wcale nie potrzebowali takich dodatków, byleby tylko Geraldine dała mu do zrozumienia czy tylko coś sobie roił.
Czy może coś między nimi było. Coś, co nie było Przyjaźnią z wielkim P niemal wypowiadanym z wielkim Przekąsem.
Byłoby łatwiej wiedzieć czy należało wziąć pod uwagę to, że nigdy nie uda im się całkowicie dojść do siebie. Musieli wrócić do normalnego życia. Nie przestając drążyć, ale nareszcie porozumiewając się odnośnie tego, na czym tak właściwie stali. Grząski grunt przestawał być miejscem, na którym mogli chwilę postać. Albo dawali mu się wciągnąć, albo podejmowali jakieś decyzje.
Łatwo mówić, bo przecież on nadal milczał jak grób. Poza nieplanowanymi wymsknięciami, które wprawnie przykrywał kolesiarskim żartem. Ile to mogło trwać?
Powoli przestawała mu odpowiadać wymuszona neutralność bycia przyjacielem. Mimo to nie chciał psuć ich relacji ani kończyć tego, co mieli. Wręcz przeciwnie. To stąd tego dnia nie został na dodatkowym dyżurze, ani nie wrócił do Doliny. Za to wyszedł z Munga w towarzystwie wścibskich uśmieszków i uniesionych brwi.
Pan uzdrowiciel Greengrass miał cięte kwiaty i pudełko z ciastem. Zawsze nosił się w sposób świadczący o jego pozycji społecznej, ale tym razem może trochę zluzował (powinno być przeciwnie, ale domyślał się, że przesada tu nie pasuje). Za to zostawił większość niepotrzebnych rzeczy w Mungu, mając przy sobie jeszcze butelkę ekskluzywnego trunku zwanego ognistą (ale taką lepszą, okay?) w papierowej ozdobnej torebce i paczuszkę w podręcznej torbie.
Zaloty jak Merlina kocham, Bozehna. Jak Merlina kocham.
Byłoby łatwiej.
- Doskonale - zapewnił gadające drzwi, bo skoro nikogo nie było to najpewniej gadał z drzwiami.
Tymi, o które się oparł siadając na wycieraczce w taki sposób, że zablokował całe wejście i wyjście. I to jeszcze zanim ponownie odezwał się do martwych szczątków drzew pomalowanych na bliżej nieokreślony kolor, który średnio widział w ciemnym korytarzu klatki schodowej. Ironicznie.
- Wobec tego muszę tu siedzieć, skoro nikt mi nie otworzy - oznajmił donośnie, dając przy tym do zrozumienia, że z każdą mijającą minutą, kiedy kogoś nie było w domu on mógł się tu rozwalać jeszcze bardziej.
W końcu komuś, kogo nie było w domu powinno być wszystko jedno, że ktoś inny robi siarę przed drzwiami. Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Nieobecni nie mieli prawa głosu. Tak jak ryby i dzieci.
Nie, nie sprawdził klamki. Był kulturalny, przynajmniej na ten moment, bo zamiast szarpać się z drzwiami (po co miałby wchodzić do pustego mieszkania?) pogwizdywał cicho pod nosem. Za minutę zrobi to trochę głośniej. Potem może doda do tego tupanie nogą w rytm. Kto wie, co przyniosą kolejne minuty.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
28.09.2024, 09:27  ✶  

Nie spodziewała się jego wizyty. Wiedziała, że miał dzisiaj dyżur, a jak miał dyżur to nie ma zmiłuj. Zdarzyło się Yaxleyównie nawet komentować jej zdaniem nieco niezdrowe zaangażowanie w pracę. Nie rozumiała tej chęci do zostawiania po godzinach. Zdawała sobie sprawę, że można przepadać za swoim miejscem pracy, ale tak bardzo? Najwyraźniej Ambroise nie miał problemu z zaangażowaniem, zapewne jego pracodawcy bardzo to doceniali. Sama Geraldine nie znała pracy w tej formie. Zaliczyła szybki staż po studiach i niemalże na samym początku uświadomiła sobie, że to nie jest dla niej. Męczyła ją rutyna, wypełnianie papierów za biurkiem, to było nudne, okropnie nudne. Zdecydowanie bardziej opowiadała jej forma pracy, którą aktualnie wykonywała. Właściwie, to wiosna była tym momentem w roku, kiedy zaczynała mieć więcej zleceń, pewnie niedługo sowy się rozlecą i będą lądowały na jej parapecie coraz częściej.

Dlaczego w ogóle powiedziała, że nikogo nie ma w domu? Taki odruch. Rzuciła jeszcze raz jednym zgrabnym ruchem w drewnianą boazerię, swoją drogą była pełna śladów po ostrzu, Yaxleyówna najwyraźniej nie pierwszy raz bawiła się w ten sposób. Miała szczęście, że to było jej mieszkanie i mogła w nim robić co tylko jej się podobało, nikt nie mógł się do tego przyczepić. Oczywiście nie zamierzała pozwolić mu siedzieć za drzwiami zbyt długo, miała serce, no i wolałaby, aby sąsiedzi nie robili sobie z niej rozrywki, i tak wiele razy dawała im powody do plotek.

Zeskoczyła z fotela, dopiła zawartość swojej szklanki, przetarła dłonią usta, aż w końcu ruszyła w stronę drzwi. Minęła po drodze ścianę, z której zrobiła sobie tarczę - nie wyjęła z niej noży, stanowiły więc aktualnie całkiem ciekawy element dekoracji.

Chwilę jej zajęło dotarcie do drzwi, bo to mieszkanie było całkiem spore, szczególnie, jak na to, że nikt poza nią tu nie mieszkał. Miało cztery sypialnie, ogromny balkon, wielki salon, w którym można było organizować posiadówki i inne pomieszczenia, które można było znaleźć w każdym zwyczajnym domu. Nie miała pojęcia właściwie, czemu ojciec kupił jej taką wielką chatę, bo raczej nie dawała mu żadnych sygnałów świadczących o tym, że tego potrzebuje. Pewnie zakładał, że w przyszłości się coś zmieni i nie będzie dalej sama. Ta, jasne.

Czuła ekscytację, kiedy szła w kierunku drzwi. Serce biło jej szybciej, przecież tak naprawdę nie chciała spędzać tego wieczoru w samotności, oczywiście, że nie zaprosiła go sama, nie poprosiła o obecność w tym dniu, bo nie chciała się narzucać, nie wiadomo dlaczego, bo przecież przyjaciele spędzali ze sobą swoje urodziny, prawda? Pokrętne było to myślenie, chciała, żeby się tu pojawił, ale bała się mu o tym wspomnieć, może więc dobrze, że się tego domyślił. Miała szczęście, że był taki bystry.

Nie łatwo przychodziło jej mówienie o swoich oczekiwaniach, znaczy w tym jednym, konkretnym przypadku, ale wracając, Geraldine w końcu dotarła do tych drzwi, żeby wypuścić mężczyznę do środka.

Nie wyglądała dzisiaj jakoś wyjątkowo, urodziny były przecież dniem, jak każdy inny. Tyle, że znajdowała się w domu, więc nie była obwieszona swoimi zabawkami, którymi mogła zrobić krzywdę. Wyjątkowo też nie miała włosów zaplecionych w ciasny warkocz, pozwoliła im dzisiaj żyć swoim własnym życiem, bo wiedziała, że raczej nie opuści tego miejsca. Normalnie tego nie robiła, bo nie przepadała za tym jak się plątały i właziły jej do oczu.

- Uważaj, bo nikt podszedł do drzwi i zaraz je otworzy. - Wolała go uprzedzić, żeby przypadkiem nie wpadł do środka, kiedy sięgnie po klamkę.

Delikatnie nacisnęła na klamkę, żeby nie daj Merlinie nie pizgnąć go drzwiami na dzień dobry, to by dopiero było przypałowe, sama przesunęła się w głąb mieszkania, aby zrobić mu miejsce. - No chodź, bo sąsiedzi zaczną gadać. - Jakby się tym przejmowała, przecież i tak gadali, chociaż nie do końca planowała, aby ona i jej życie stały się najbardziej interesującą rzeczą dla tych staruszek z pierwszego piętra.

Otaksowała go na szybko wzrokiem, od razu zauważyła, że pojawił się tutaj z całkiem sporym asortymentem, tak, najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że ma dzisiaj urodziny, mimo, że sama mu o tym nigdy nie wspominała, to przecież widział jej dokumentację medyczną, aczkolwiek na samym początku wydawało jej się, że przyszedł tu bo sabat, takie święta też warto spędzać z kimś bliskim, a oni przecież byli sobie bliscy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
28.09.2024, 10:56  ✶  
Przez długi czas zastanawiał się nad tym czy powinien odwiedzić Geraldine. Z jednej strony mógł sądzić, że chciała spędzić ten czas z bliskimi i rodziną. Może z kimś jeszcze, kogo nie znał, ale o kogo obecność czasami się... ...niepokoił? Nie wiedzieli o sobie jeszcze na tyle, żeby nie mógł tego założyć a to była naprawdę chujowa myśl.
Co prawda tłumaczył sobie, że w takim razie nie spędzałaby z nim tyle czasu, ale życie bywało różne. Układało się w nieoczekiwany sposób. Yaxleyówna nie musiała mu oznajmiać, że miała kogoś poza granicami kraju. Na przykład na egipskich wykopaliskach albo w lasach deszczowych. Nie należały mu się takie informacje, szczególnie że jak na ten moment przezornie (nie, jak śmierdzący tchórz) powstrzymał się przed jakimikolwiek niewłaściwymi pozaprzyjacielskimi ruchami. To trochę wierciło mu dziurę w głowie.
Z drugiej strony wiedział, że nie była chętna do tego, żeby spędzać czas w rodzinnej posiadłości. To znaczyło, że jeśli nie była tam to równie dobrze mógł próbować ją łapać w Londynie. Jasne, dopuszczał możliwość odbicia się od drzwi. Wtedy zostawiłby jej pod nimi kwiaty z prezentem i butelką alkoholu a ciasto pewnie sam by zjadł w swoim pustym zaciemnionym mieszkaniu, do którego by wrócił. Bezcelowe byłoby szukanie jej po mieście, zresztą nie zrobiłby tego, żeby się nie wygłupić. Wróciłby do siebie.
W trzecim scenariuszu dołączał do świętowania z innymi przyjaciółmi kobiety (i może Tym człowiekiem, który mógł nie istnieć, ale i tak nim profilaktycznie gardził) zachowując się neutralnie i wiedząc, że wtedy byłoby trochę łatwiej. W towarzystwie innych osób nie musiał się aż tak pilnować. To nie znaczyło, że wygrywał z mętlikiem w głowie. Co to, to nie. Natomiast nie było miejsca na niezręczną ciszę i napięcie, które coraz częściej się pojawiało.
Takie napięcie, które czuł też na myśl o tym czy w ogóle wypadało mu odwiedzić ją w urodziny. Byli przyjaciółmi. Przyjaciele świętowali swoje urodziny. Ale czy byli sobie tak bliscy, żeby chciała z nim spędzić ten wieczór? Z jednej strony tak. Z drugiej strony nie. Coś bardzo dużo było tych potencjalnych stron. Jakby niewystarczająco się gubił.
Nie odpowiedział, ale instynktownie przesunął się tak, że jego plecy oparły się nie o drzwi a o ścianę. Nie chciał dostać drzwiami ani wpaść z nimi do mieszkania jak debil. Zupełnie zapomniał jak to wyglądało w mieszkaniu Geraldine. Stresował się tym spotkaniem? Nie powinien, ale miał dziwne przeświadczenie, że tak. To nie był normalny stan. Wyglądał na wyluzowanego na swojej miejscówce na podłodze (wycieraczkę też ze sobą przesunął, żeby nie siedzieć tak całkiem na podłodze), żeby nie powiedzieć: rozwalonego tam w pełnym komforcie. Coś go ewidentnie ciągnęło do spędzania czasu na ziemi. Nawet, jeśli nie powinien pasować do takiego otoczenia i mógłby tam wyglądać śmiesznie w swoich szytych pod wymiar, wygładzonych ubraniach z drogich materiałów.
Kiedy Geraldine otworzyła mu drzwi, uniósł na nią wzrok i uśmiechnął się szeroko.
- Widzisz? Jednak się znalazłaś - odezwał się trochę wbrew sobie i temu, co innego mógłby powiedzieć z uwagi na swój mentalny mętlik na jej widok.
Pozory, pozory. Podparł się na rękach, żeby wstać i otrzepać się z niewidocznych brudków.
- Teraz mogę ci powiedzieć: to był blef, bo inaczej mogłabyś mnie nie wpuścić - oznajmił gładziutko bez mrugnięcia okiem, unosząc kącik ust w uśmiechu. - Najpewniej wszyscy są poza domem. Mamy wieczór - zawyrokował, dając Geraldine do zrozumienia, że wieczorem ludzie raczej świętowali publicznie.
Za dnia może byli w domach z rodzinami (stąd ta liczba zgłoszeń o zatruciach i doznanych obrażeniach) za to wieczorem na mieście robiło się całkiem tłoczno. Nie sądził, żeby mógł kogoś faktycznie wywabić z mieszkania na korytarz. No. Poza nią, ale to było planowane. Oczywiście istniała możliwość, że mógłby jej narobić siary, ale nikła. Szczególnie, że ewidentnie nie miała własnych gości.
Wchodząc do pustawego mieszkania nie skomentował tego w żaden sposób. Być może wszyscy, którzy mieli odwiedzić Geraldine zrobili to na długo przed nim. Średnio się tego spodziewał, ale nie planował pytać. Zabrał wszystkie rzeczy z podłogi w korytarzu i przestąpił próg, kulturalnie zamykając za sobą drzwi. Tym razem zostały zamknięte na zamek. On miał ten odruch. Nawet w nieswoim mieszkaniu.
- Wszystkiego najlepszego - odezwał się, kiedy odstawił ciasto na pobliską konsolkę, żeby mieć wolne ręce.
To był pierwszy raz, kiedy znaleźli się w takiej na wpół oficjalnej okazji. W dodatku tylko we dwoje. Bez innych ludzi, którzy ułatwiliby decyzję o dalszych posunięciach. Wyciągnął spory bukiet wyselekcjonowanych kwiatów w kierunku Geraldine, żeby kupić sobie trochę więcej czasu. Nie, żeby wcześniej nie myślał nad tym jak się zachować. Tak. To pochłaniało myśli Greengrassa bardziej niż powinno. Po cichu liczył na to, że spotka u niej grono ludzi i wszystko stanie się łatwiejsze, bo wtedy będą mogli zachować konwenanse.
W tym momencie jeszcze rozdzielał ich spory bukiet pachnących jasnoróżowych lilii (niemal identycznych do tych, które już raz jej przyniósł, ale tym razem nie białych) przyozdobionych paprociami, gipsówką i różnorodnymi wonnymi ziołami wsuniętymi tu i ówdzie w hołdzie dla nadchodzącej wiosny. Problem w tym, że Ambroise nie wiedział co ma zrobić z wolnymi rękami, kiedy przekazał jej kwiaty. W pierwszym odruchu schowałby je w kieszeniach.
Powinien powiedzieć coś więcej?
Co prawda parokrotnie próbował ułożyć jakieś życzenia, ale żadne z tamtych słów nie nadawało się do tego, żeby je powiedzieć. Teoretycznie był tu w roli przyjaciela. Przyjaciele nie stali jak sztywne kłody. Odchrząkując (miał nadzieję, że tego nie zauważyła ani nie usłyszała) powoli wystawił ramiona, żeby ją uściskać.
Powinien zrobić coś więcej?
Z suchą gulą w gardle nachylił się, żeby ucałować ją w oba policzki. To nie było niewłaściwe. Mimo to czuł się niewłaściwie. Toteż szybko wypuścił jubilatkę z tego niezręcznego uścisku (liczył, że sztywnego tylko w jego oczach). Wdychając jej zapach i przełykając ślinę, szybko obrócił się do swojej torby, żeby wyciągnąć małą paczuszkę opakowaną w ładny, zielony papier. Greengrass przykładał dużo wagi do manualnych czynności. Tym bardziej im bardziej to sprawiało mu trudności. W swoim życiu znacząco grał pozorami. Wszystko musiało być idealne. Każde zagięcie papieru, wszystkie wygładzenia. Nie robił tego przy pomocy zaklęć.
Wyciągnął prezent w kierunku Geraldine, posyłając jej neutralny uśmiech.
- Jak widzisz mam też ciasto i alkohol - odezwał się, nie zauważając, że przez ten cały czas bezmyślnie zaczął bawić się sygnetem na palcu.
Było trudniej niż przewidywał, mimo że powinno być banalnie.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
28.09.2024, 13:44  ✶  

- Nie miałam za bardzo innego wyjścia. - Fakt, nie wpadła na to, że pewnie nikogo nie ma w kamienicy, poza nią, więc nie powinna się przejmować tym, że zachowywał się zbyt głośno. Zresztą przecież chciała mu otworzyć, tak się z nim trochę droczyła, że nie. - Myślisz, że pozwoliłabym ci gnić na klatce? - Pokręciła głową udając rozczarowanie. - Coś ty, za kogo mnie masz. - Nie zdążyła wyciągnąć w jego kierunku ręki, aby pomóc mu się podnieść, zrobił to zbyt szybko. - Zresztą widzę, że całkiem nieźle się tutaj urządziłeś. - Skomentowała jeszcze.

Cóż, nie organizowała żadnego przyjęcia urodzinowego, nie wydawało jej się, aby dwudzieste trzecie urodziny zasługiwały na jakąś szczególną celebrację, ot jedne z wielu urodzin, które miały miejsce. Wiadomo, zdarzało jej się świętować je bardziej hucznie, rodzice nie odpuszczali tych okrągłych liczb, chociaż też niespecjalnie za tym przepadała, zazwyczaj zresztą organizowali jej przyjęcia przed, albo po Ostarze, nigdy w ten konkretny dzień.

Może powinna się spodziewać, że ją odwiedzi, z drugiej strony pamiętała, że podczas jednego z sabatów pomagał macosze przy stoisku, dlatego nawet nie zakładała, że znajdzie dla niej czas. Inaczej pewnie po prostu by go do siebie zaprosiła, no ale ta Ostara zawsze ją nieco powstrzymywała od tego, aby ściągać do siebie ludzi.

Ale stał tu przed nią, humor zdecydowanie jej się poprawił, co zresztą można było dostrzec na jej twarzy, bo pojawił się tam ogromny uśmiech spowodowany jego wizytą. Czy powinna się tak cieszyć? Chuj tam, miała urodziny, mogła dzisiaj wszystko.

- Dziękuję. - Odpowiedziała krótko, nadal stała jak kołek wpatrując się w niego. Wreszcie zbliżyła się o krok, aby trochę ułatwić im tę niezręczną chwilę. Nigdy nie wiedziała, jak powinna się zachować, gdy przyjmowała życzenia i prezenty. Mimo tego, że przecież obchodziła już tyle tych urodzin, to zawsze było niezręczne, do tego dochodziła ta niezręczność, która pojawiała się między nimi.

Przejęła od niego kwiaty, w nozdrza uderzył ją ich intensywny zapach, a później doszło do tego uścisku. Przyjacielskiego, oczywiście, bo przecież przyjaciele też się przytulali, to było normalne. Nigdy jednak nie czuła takiego ścisku w żołądku kiedy zbliżała się do jakiegokolwiek innego przyjaciela, ani ciepła na policzkach, kiedy ucałowywali jej policzki, nigdy też nie zwracała, aż takiej uwagi na to jak przyjemnie pachną. Nie zauważyła tej sztywności uścisku, miała wręcz wrażenie, że to ona jest strasznie spięta.

W końcu mieli za sobą te oficjalne zbliżenie, cofnęła się o krok i zbliżyła kwiaty do swojego nosa, aby w pełni zaciągnąć się ich zapachem, faktycznie pachniały wiosną.

- Nie musiałeś... - Wiedziała, że nic nie musiał, bo przecież mieli w dupie powinności, jakoś tak jednak nasunęło jej się na język, gdy zobaczyła wszystko, co ze sobą tutaj przyniósł. Kwiaty, alkohol, ciasto i jeszcze to idealnie złożone zawiniątko. To było dużo, naprawdę nie potrzebowała, aż tylu prezentów.

Położyła kwiaty tuż obok ciasta, za chwilę pewnie wstawi je w wazon, czy właściwie miała wazon? Ach tak, miała, ostatnio korzystała z niego, kiedy też przyniósł jej lilie, wcześniej nikt nie przynosił jej kwiatów.

Przejęła od niego prezent. Zwróciła uwagę na to, jak był idealnie zapakowany, zrobiło to na niej wrażenie, bo ona była osobą, która zawsze wybierała torebki, aby nie musieć samemu zawijać prezentów, nie miała do tego cierpliwości i robiła to po łebkach. Póki co jednak go nie odpakowała, chociaż była naprawdę ciekawa, co znajduje się w środku.

- Przyniosę wazon, i talerze, rozgość się. - Nie będą przecież stali na korytarzu.

Yaxleyówna poszła do kuchni, aby przynieść wszystkie potrzebne rzeczy, zajęło jej to krótką chwilę, położyła je na stole w salonie. - Napijesz się ze mną, oczywiście? - Nie zamierzała przyjmować odmowy, więc nim jej odpowiedział nalała mu do szklanki whisky, którą zaczęła pić sama, sobie zresztą też dolała.

Dopiero wtedy sięgnęła po raz kolejny po prezent, teraz mogła go rozpakować, nim to jednak zrobiła spojrzała na mężczyznę próbując domyślić się, co mogło być w środku, wreszcie rozpakowała papier.

Naprawdę cieszyła ją jego obecność, oczy jej błyszczały z zadowolenia. Nie mogła sobie wymarzyć lepszego towarzystwa, ostatnio bowiem utrzymywała kontakt głównie z nim, i nie chciała tego zmieniać, mogłaby spędzać tylko z Ambroisem każdą wolną chwilę. Nieco ją to przerażało, bo nie miała w zwyczaju zamykać się na inne znajomości, ale aktualnie nie potrzebowała niczego więcej do szczęścia.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
28.09.2024, 14:38  ✶  
- Czy ja wiem? - Uniósł brew.
Nie wiedział w jakim stanie nastroju zastanie Geraldine. Ulżyło mu, że uśmiechnęła się na jego widok. Nie chciał być nieproszonym gościem przypominającym jej o ich codziennych problemach. Ostatnio wiele rzeczy szło nie po jego myśli. Ambroise nie chciał wielu rzeczy a one i tak miały miejsce. Z tym mogłoby być tak samo. Szczególnie, że przecież miał świadomość, że wbrew temu co mówią nie do końca można ich nazwać prawdziwymi przyjaciółmi. Prawdziwi przyjaciele nie myśleli o kimś w takich kategoriach, w których on o niej myślał. Był oszustem. Bardzo dobrym ku swojemu niezadowoleniu. Wyczuwał się w tę rolę.
- Gdybyś nie wydała się, że jesteś w domu pewnie miałbym całe ciasto dla siebie. Mógłbym tu trochę posiedzieć - zapewnił, choć oczywiście nie czatowałby pod jej drzwiami.
Chciał być dla niej... ...kimś... ...przyjacielem... ...wszystkim... ...tylko nie desperatem. Nie tylko problemem, z którym się walczyło. Nie chciał być ciężarem ani nużącym elementem nowej rzeczywistości. Z dwojga złego już wolał udawać, że życzy jej wszystkiego najlepszego i będzie cieszyć się z każdego jej szczęścia, nawet jeśli to go stopniowo znowu wykluczy. Problem był taki, że ta pierwsza część była prawdziwa. Druga już mniej koniecznie. Druga to były czcze banialuki, bujda na resorach.
- Mówiłem, że staram się dla przyjaciół - odwrócił swoją uwagę.
Jakimś cudem nie zabrzmiał kąśliwie, kiedy określał ją swoją przyjaciółką. Nie umiał przyzwyczaić się do brzmienia tego słowa, ale gładko opuszczało jego usta. Bez mrugnięcia oka i drgnienia mięśnia na twarzy.
- Nie mogłem olać przyjaciółki w urodziny, szczególnie w takim dniu - znowu użył tego słowa i znowu zabrzmiało gładziutko.
Robił się w tym dobry. Wbrew sobie, ale przecież nie był małym dzieckiem, żeby na to tupać nogą. Nie zawsze wszystko musiało iść po myśli. Nawet jego niestety.
Poza tym nie kłamał. Wiedział, że świętowanie urodzin w sabat było trochę chujowe. On miał je co prawda jeden dzień przed, ale też czasami o nim zapominano w obliczu przygotowań do wydarzenia. Cieszył się, że przyjęła jego kwiaty. Chciał widzieć uśmiech na tej twarzy. Czasami bardziej niż na swojej. To było poza wszelką logiką.
- Spodziewasz się kogoś poza mną? - Spytał z pozoru obojętnie.
Zastanawiał się czy miała jakieś plany na ten wyjątkowy wieczór. Nie chciał być przeszkodą. Nie planował wpraszać się i zasiadywać, jeżeli tak było i chciała niedługo zacząć się zbierać. Albo jeśli miał być tu niepotrzebnym elementem do towarzystwa kogoś, na kogo mogłaby czekać. Obdarzył ją neutralnym badawczym spojrzeniem. Nie wiedział czego ma się spodziewać. Chciałby usłyszeć, że ich wieczór mógł się dopiero zacząć. Z drugiej strony spędzali ze sobą bardzo dużo czasu. Mogła chcieć spędzić ten wieczór w inny sposób w innym towarzystwie.
Nie planował nawiązywać do tematów, o których zazwyczaj rozmawiali. Tym razem przychodził z innym nastawieniem. Otwarcie w innym celu. Ponieważ ostatnie tygodnie udowadniały, że pierwszy cel przestawał być tym głównym. W dalszym ciągu rozmawiali o tym co ich pogrążyło, ale Ambroise robił się tym zmęczony. Nie chciał myśleć tylko o tym. Kręcili się wokół własnej osi. Nie doszli do żadnych konkretnych wniosków.
Brak odpowiedzi był drażniący. Mogliby się równie dobrze poddać. Greengrass zaczynał zastanawiać się nad logiką dalszych poszukiwań. Może lepiej byłoby, gdyby odpuścili. Niektóre rozwiązania przychodziły same - nie dało się ich wymusić i przyspieszyć.
Wahał się przed zasugerowaniem tego. Sam był na siebie zły o te dziecięce zagrywki, ale w głębi duszy obawiał się, że nie będą mieć wspólnego celu, więc przestaną się widywać. Mogliby dojść do wniosku, że natężenie emocji między nimi jest zbyt męczące. Geraldine mogłaby tak pomyśleć i nie chcieć się z nim męczyć. On się z nią męczył nawet wtedy, kiedy jej nie było. Szczególnie wtedy, kiedy jej nie było, bo prześladowała go na jawie i poza jawą.
Tak nie mogło być. To trwało za długo. Nie chciał do tego nawiązywać w jej urodziny. To miał być szczęśliwy dzień. A więc znowu wrócił do punktu wyjścia. Ambroise zamknął mordę.
- Oczywiście, że się napiję - zapewnił, bo jedna albo dwie szklaneczki nie zaszkodziły. - Za twoje zdrowie - stwierdził - to był dobry powód.
Zaczekał na nią, kiedy poszła do kuchni. Zlokalizował miejsce na fotelu i tam zasiadł. Położył ręce na kolanach i na chwilę przymknął oczy kiwając do siebie głową. Da radę. Zawsze daje radę.
Kiedy wróciła posłał jej nieznaczny uśmiech i machnął głową w kierunku prezentu. Ściana w mieszkaniu dała mu do zrozumienia, że całkiem nieźle trafił, ale czekał na potwierdzenie. Wyciągnął rękę po szklaneczkę, żeby wznieść toast za kolejny przeżyty rok w szalonym życiu Geraldine Yaxley.
- Nie używaj tego na mnie - zaznaczył zanim odpakowała kwadratowe pudełko wyściełane welurem z obu stron i niezbyt duży, poręczny srebrny sztylecik z wytłaczanymi liśćmi dębu na rączce. Ostry i jak go zapewniono - kurewsko skuteczny.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
28.09.2024, 15:22  ✶  

- Za to ja wiem. - On nie musiał wiedzieć, najważniejsze, że ona zdawała sobie z tego sprawę. Ucieszyła się strasznie, gdy usłyszała za drzwiami jego głos, szczególnie, że naprawdę się tego nie spodziewała. Widywali się niemalże codziennie to prawda, więc może powinna najzwyczajniej przywyknąć do jego obecności, ale nadal tego nie zrobiła. To nie było takie proste, nie było jej to obojętne, naprawdę cieszyła się z każdego momentu, który spędzali razem. Nie przeszkadzało jej to, że w większości czasu skupiali się wtedy przede wszystkim na ich wspólnym problemie, swoją drogą nadal go jakoś konkretnie nie określili.

- Ciasto, alkohol, to już niezła impreza, chociaż brakowałby ci na pewno mojego uroczego towarzystwa. - Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Oj, można ją było ją określać naprawdę różnymi epitetami, ale mało kto zdecydował się na słowo urocza, sama nigdy by tak o sobie nie powiedziała, użyła tego raczej przewrotnie, bo wiedziała, że bywa dla niego wrzodem na tyłku. Szczególnie, kiedy próbowała się z nim droczyć, nadal tego nie zaprzestawała, chociaż to było zdecydowanie delikatniejsze przekomarzanie się niż to do którego dochodziło jeszcze przed wizytą w dworku. Nadal dusiła w sobie wiele rzeczy, brakowało jej odwagi, zabawne, nigdy nie spodziewała się, że kiedykolwiek przytrafi się jej coś takiego. Po prostu wyjątkowo bała się tego, że coś spierdoli, jeśli zachowa się pochopnie. Wstrzymywała się więc przed spróbowaniem czegokolwiek innego niż tej bajce o przyjaźni, która ich łączyła. Czasem miała wrażenie, że patrzy na nią dłużej niż powinien, bo czuła na sobie jego spojrzenie, później jednak twierdziła, że na pewno jej się przywidziało, bo przecież na pewno ktoś taki jak on nie chciałby na nią patrzeć w ten sposób. Nie była najlepszą partią, nie oszukujmy się, nie miała nieposzarganej opinii, wręcz przeciwnie, a do tego cóż, wiele brakowało jej do bycia typowym obiektem, jaki mieli w zwyczaju interesować się mężczyźni. Nie była delikatna, była wredna i pyskata i lubiła stawiać na swoim, raczej raziła do siebie ludzi niżeli ich przyciągała. Tyle, że z jakiegoś powodu jeszcze nie uciekł, nadal kręcił się obok niej.

[a] - Cieszę się więc, że jestem twoją przyjaciółką. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. - Bo właściwie to nikt się jeszcze dla niej nie starał, nie w ten sposób, dlatego może właśnie nie do końca potrafiła odczytać to, co się między nimi działo.

- Wiesz, że mało kto tak myśli? - Najwyraźniej chciała mu pokazać, że to nie było wcale takie oczywiste, jak mogło się wydawać. Święta rządziły się swoimi prawami i nawet przyjaciele musieli spełniać swoje rodzinne obowiązki, nie mieli dla niej czasu, oczywiście nie miała im tego za złe. On znalazł czas, miał chęć się tutaj pojawić, doceniała to, nie chciała nawet wspominać jak bardzo. Nie musiała spędzać urodzin w samotności.

- To zabrzmi trochę, jakbym była przegrywem, ale nie, nie spodziewam się nikogo. - Zaraz jeszcze zacznie wątpić w to, że miała jakichkolwiek znajomych, wspaniale, będzie miał ją za prawdziwą desperatkę. Rób tak dalej Geraldine, to na pewno świetny sposób, aby wzbudzić litość i nic więcej.

Miała nadzieję, że pojawił się tutaj faktycznie dlatego, że chciał spędzić z nią ten dzień. Może miał plany na wieczór, dlatego sprawdzał, czy może ją zostawić? Nie mogła mieć mu tego za złe, w końcu był ten pieprzony sabat. Miała jednak nadzieję, że tak nie jest, bo naprawdę ucieszyła się, że ją odwiedził, że spędzą ten kolejny dzień razem, znaczy nawet gdyby go tutaj nie było to i tak by był, bo pewnie by o nim myślała, ale zdecydowanie wolała, kiedy znajdował się obok niej, a nie tylko w jej myślach.

- Wspaniale. - Nie spodziewała się oczywiście innej opcji, szczególnie, że właśnie, to były jej urodziny, i bez tego pili razem całkiem dużo whisky, a teraz nadarzyła się prawdziwa okazja do spożywania wspólnie alkoholu.

Ger tym razem wybrała skórzaną sofę, jako miejsce w którym zamierzała usiąść. Dotarła tam z tym zawiniątkiem, które zaczęła otwierać. Robiła to oczywiście bardzo niedbale, jak zawsze, w końcu udało jej się rozbroić szczelnie zapakowany prezent. Oczy jej zabłyszczały, gdy zobaczyła, co znajdowało się w środku pudełka. Był idealny. - Dziękuję Roise, on jest śliczny. - Na pewno stanie się jednym z ulubionych noży z jej kolekcji, nie mogło być inaczej, w końcu dostała go od swojego wspaniałego przyjaciela. Miała chęć spróbować nim rzucić w tę ścianę, ale stwierdziła, że póki co nie będzie tego robić, bo tak ślicznie błyszczał, że wolała po prostu na niego patrzeć. - Swoją drogą, myślałam już, że dogadaliśmy się co do tego, że nigdy więcej nie zamierzam cię skrzywdzić, ta uwaga była zbędna. - Dodała jeszcze nieco marszcząc nos, wiedziała, że chciał zażartować, najprawdopodobniej, ale te żarty nie bawiły ją za bardzo, szczególnie po tym, jak dostał od niej bełtem w nogę i faktycznie go zraniła.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
28.09.2024, 16:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2024, 16:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Żartowała, ale nie myliła się tak całkiem. Bez jej towarzystwa to świętowanie nie byłoby takie udane. Do tego stopnia, że jeśli by jej nie zastał to pewnie i tak ominąłby wydarzenia w Londynie i zaszył się w swoich książkach w mieszkaniu. Miał konkretne plany na ten wieczór. Może lekko dało się je modyfikować, ale chciał ten wieczór spędzić wspólnie. Z jej innymi przyjaciółmi bądź też bez. Najchętniej bez, choć bycie w towarzystwie miało swoje zalety, bo mogli poruszać się wśród konwenansów. Natomiast bez wątpienia Ambroise widział dwudziesty pierwszy marca nie na małym sabacie. Ostara go w tym roku nie obchodziła.
- Z uprzejmości nie zaprzeczę - skomentował podążając za nią wgłąb mieszkania, które już poznał, ale nie tak dokładnie jak mógłby chcieć.
Chcenie a możliwości to było co innego.
- Twoje urocze towarzystwo jest niezbędne, moja miła Przyjaciółko, skoro świętujemy twoje urodziny, nie moje - poprawił się gładko, miał nadzieję, że brzmiał całkiem czarująco jak na to, co mówił.
Zresztą, jeśli miałby świętować swoje urodziny to też chętnie zrobiłby to wspólnie. Nie był znany z wyprawiania bardzo hucznych imprez. Od czasu do czasu jakąś robił, ale nie oczekiwał zbyt wiele od tego październikowego dnia. Natomiast co innego było w przypadku oblewania urodzin Geraldine.
- Ludzie bywają głupi i zapatrzeni w czubek swojego nosa - wzruszył ramionami.
No jasne. Jakby on był znowu taki inny i wyjątkowy. Wcale nie zapatrzony w czubek własnego nosa. Wcale a wcale. Tak, jakby zwykł myśleć o uczuciach i o emocjach innych ludzi. Oczywiście, że był chodzącą dyskrecją, zrozumieniem i gracją. Ludzkim uosobieniem wyrozumiałości i troski o innych ludzi. Acha. Echem. Jasne.
Ale mu zależało. Naprawdę nie miał tego gdzieś i starał się być w porządku. Chciał, żeby go lubiła. To było dla niego istotniejsze niż by przypuszczał. Nie wyobrażał sobie, że mogliby stać się sobie tak obcy czy oziębli jak wcześniej. Może było między nimi dużo napięcia i wiele niedopowiedzeń, ale wolał to od obojętności albo wrogości. Wybierał trudne do zrozumienia przywiązanie.
- Nie jesteś przegrywem - zaprzeczył.
To dla Greengrassa zabrzmiało raczej jak informacja o tym, że mógł być ostatnim gościem Geraldine. A to mu pasowało. Jeśli nie musieli przejmować się nagłymi wizytorami ani koniecznością opuszczenia jej mieszkania. Dopóki sama nie zdecyduje, żeby go wygonić. Oczywiście. To oznaczało, że przy dobrych wiatrach mogą tu spędzić noc. Rozmawiając, pijąc, jedząc ciasto urodzinowe. Może wychodząc po coś na wynos do baru, żeby wrócić.
Przynajmniej tak to sobie wyobrażał. Oficjalnie, bo nieoficjalną wersja była trochę bardziej skomplikowana. Według tej drugiej miał starać się trzymać ręce przy sobie i nie wypić na tyle, żeby dopuścić się realizacji głupich decyzji. Musiał kontrolować ilość spożywanego alkoholu, bo tolerancja zmniejszała się wprost przeciwnie do napięcia, które rosło w jego oczach.
Szklaneczka ognistej. Może dwie. Połowę lub trzy czwarte jednej butelki też mógłby rozważyć. Ale nie więcej. Jak na wprawnego degustatora napojów wyskokowych tym razem zamierzał trzymać się bezpiecznych dawek, żeby z powodzeniem świętować urodziny swojej najdroższej nowej przyjaciółki. Nie, żeby wygłupić się przed nią, bo wszystko sprowadzał w swojej głowie do jednego. Najpewniej tak było, bo ze strony Geraldine nie wyczuł żadnych jawnych reakcji na to, że kilka razy pozwolił sobie na więcej poufałości. W jego oczach była niewzruszona a to on i jego demony wpływały na atmosferę.
Odprowadził ją wzrokiem do skórzanej kanapy. Wygodniej rozkraczył się na swoim fotelu, uniósł szklaneczkę do góry.
- Twoje zdrowie, Młoda - pierwszy raz tak naprawdę nawiązał do tego, że nie byli w tym samym wieku. - Sto lat.
Prócz tego stwierdził fakt. Była młodą kobietą. Miała przed sobą całe życie. Właśnie skończyła kolejny rok życia, ale życzył jej tego, żeby miała ich tyle, że nie musiała liczyć. Upił łyk alkoholu, obdarzając ją zamyślonym spojrzeniem, po którym uniósł kącik ust. Zabębnił palcami o kolana oczekując reakcji na odpakowywany prezent. Nie mylił się, trafił w punkt.
- Zajebiście - tyle byłoby z oficjalności i patosu.
W ich relacji nie przepadał za zbyt dużą ilością konwenansów. Chciał wiedzieć co tak naprawdę sądzi Geraldine. Czuł się bardziej komfortowo, kiedy przerzucali się ripostami i prowadzili żarliwe dyskusje. Nie czuł się dobrze z milczeniem i podtekstami. Tych było za dużo. Najchętniej pozbyłby się przynajmniej większości, ale nie miał takiej mocy. Uważał, że nie ma, bo przecież mógłby spróbować, gdyby wystarczająco chciał.
Ha. Śmierdzący tchórz.
- A co się stało z nigdy nie mów nigdy? Co, jeśli zrobiłbym coś takiego, że musiałabyś mnie dźgnąć? Jeżeli nie miałabyś wyjścia, bo bym ci się dajmy na to narzucał? - Podpuszczał ją z rozbawionym błyskiem w oczach.
Jego to bawiło.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
28.09.2024, 17:35  ✶  

Parsknęła śmiechem, kiedy się odezwał. - Dobrze, że jesteś taki grzeczny i kulturalny, bo jeszcze by mi się zrobiło przykro. - Wiedziała, że nie chodzi tylko o uprzejmość, zakładała, że tak jak ona naprawdę przepada za ich spotkaniami, inaczej przecież nie zabiegałby o ten kontakt, tak jak i ona to robiła. To działało obustronnie, naprawdę zaczęli się lubić.

- Pięknie, faktycznie, jak się postarasz to potrafisz być naprawdę czarujący. - Było to może nieco przez nią wymuszone, ale jej to zupełnie nie przeszkadzało, lubiła jak czasem zmieniał ton swoich wypowiedzi, przypominał jej wtedy o tym, że pochodzą z tego samego towarzystwa, chociaż w ich typowych rozmowach brakowało tych arystokratycznych konwenansów, chyba, że zaczynali się zaczepiać.

- Czasami zastanawiam się, czymże sobie zasłużyłam, że zostałam obdarzona takim wspaniałym przyjacielem. - Naprawdę chciała, aby wiedział, że doceniała to, co dla niej robił. Dzięki niemu nie musiała spędzać tego wieczoru w samotności, nie musiała się skupiać na analizowaniu tego, co działo się aktualnie w jej życiu, mniejsza o to, że pewnie ta analiza dotyczyłaby głównie jego osoby.

- Nie, to nie tak. Wiesz, jak jest, Ostara jest raz w roku, muszą świętować. - Wydawało jej się trochę zbyt brutalne nazywanie ich głupimi, Yaxleyówna wbrew pozorom była naprawdę wyrozumiała, nie oceniała nikogo, wiedziała, że czasem ciężko jest się wykręcić od zobowiązań złożonych rodzinie. Znaczy większość miała z tym problem, ona pewnie nie zastanawiałby się ani minuty, i po prostu olała wszystko na rzecz swoich przyjaciół.

Tak już miała, że jak jej zależało to była gotowa rzucić wszystko i po prostu znaleźć się tam, gdzie jej potrzebowali. Naprawdę miała miękkie serce, jeśli chodzi o swoich najbliższych, chociaż na pierwszy rzut oka nie było tego widać.

- Skoro tak mówisz, to na pewno tak jest. - Nie, żeby czuła się jak kompletny przegryw, bo trudno było rywalizować z świętem, które odbywało się od chuj wie ilu lat. No nie miała z nim szans, najmniejszych, chociaż dzisiaj właściwie nie przegrała. Miała naprawdę wyśmienite towarzystwo, nie mogło stać się lepiej.

Czasem myślała o tym, że chciałaby przedstawić Greengrassa swoim przyjaciołom, nie do końca wiedziała jednak w jaki sposób powinna to zrobić. No hej, to jest mój nowy przyjaciel, w sumie to od miesiąca przyjaciel, wcześniej był nieprzyjaciel, a teraz zmierza ku zostaniu moim najlepszym przyjacielem. Chujowo to brzmiało, jakby była niespełna rozumu. Może więc lepiej, że byli tu sami, nie musiała się martwić tym, w jaki sposób powinna im go zademonstrować, wiedziała jednak, że prędzej, czy później ten moment nadejdzie, bo nie chciała ukrywać znajomości, która dawała jej tyle radości.

Uniosła kieliszek z alkoholem w górę, aby dołączyć się do toastu, zawsze dziwnie się czuła, kiedy piła swoje zdrowie, nie do końca lubiła, kiedy cała uwaga skupiała się na niej. Nawet jeśli to był jej urodziny.

Upiła niewielki łyk alkoholu, przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele, uch, ten dzień naprawdę zaczynał wyglądać na idealny, przede wszystkim dzięki jego towarzystwu.

Nie zamierzała dzisiaj jakoś specjalnie ograniczać się jeśli chodzi o ilość whisky, którą mogła w siebie wlać, były to przecież jej urodziny, marzenia się nie spełnią, jeśli ich odpowiednio nie obleje, czyż nie? Zazwyczaj starała się ograniczać w jego towarzystwie, bo alkohol miał to do siebie, że rozplątywał język, przez co mogła powiedzieć kilka słów za dużo. Dzisiaj miało być inaczej, dzisiaj chciała popłynąć w morzu alkoholu, bursztynowym morzu, wierzyła, że nie pozwoli na to, aby wybrała się w ten rejs sama.

Nie mogli przecież ciągle się pilnować, byli przecież przyjaciółmi, powinni mieć do siebie zaufanie, nawet w takiej prostej czynności, jaką było wspólne upijanie się.

Zagiął ją. Patrzyła się na niego dłuższą chwilę, szukając jakiejś całkiem przystępnej odpowiedzi na pytanie, które jej zdał. W końcu zaczęła mówić. - Nigdy nie mów nigdy poszło się jebać. - Wzruszyła jedynie ramionami, bo w końcu dotarło do niej, że te niektóre maksymy, którymi się kierowała nie miały najmniejszego sensu. Nie i już, nigdy go nie skrzywdzi, nie było nawet takiej możliwości. Za bardzo jej na nim zależało, tego jednak nie dodała, wolała dusić wszystko w sobie, jak przystało na porządną, młodą damę.

Jak niby miałby się jej narzucać? Czy dało się narzucać komuś, kto pragnął twojego towarzystwa? Zdecydowanie nie. Próbowała sobie to zwizualizować, ale jakoś nie potrafiła. - Nie wiem, jak można się narzucać komuś, kto lubi twoje towarzystwo? Więc dajmy na to, to by chyba nie zadziałało, w tym przypadku takie narzucanie się to raczej byłaby przyjemność? - Tak, zapytała o to, bo próbowała zrozumieć, czy brnęła w dobrą stronę ze swoją odpowiedzią. Czy właśnie mu się przyznała do tego, że lubiła spędzać z nim czas? Być może. Czy się tym jakoś specjalnie przejęła, może trochę. Czy żałowała tego, że o tym wspomniała? Raczej nie.

Nie określiła przecież wprost, o jaki rodzaj narzucania jej chodziło, tak samo jak on tego nie określił, chociaż no, wyczuwała w którą stronę zmierzał. Nie mogło być nadal zbyt prosto, bo dalej porozumiewali się niedopowiedzeniami.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
28.09.2024, 18:44  ✶  
- Wysoka krew, Najdroższa, wysokie standardy - odparł niepoważnie nie zwracając uwagi na to, z jaką łatwością użył tego słowa w stosunku do niej.
Nieczęsto pozwalał sobie na takie nieironiczne określenia. Kiedy je wydobywał z ust to zazwyczaj były wypowiadane w pogardliwym, zaczepnym tonie. Żeby pokazać, że kogoś lekceważy a nie docenia. Tym razem tak nie było. W przypadku tych słów mówił bez charakterystycznego przekąsu. Nadal sobie żartował, ale tym razem nawiązywał do powszechnej opinii o czystokrwistych czarodziejach i tym, jakoby byli zadufanymi w sobie bubkami. No, może on trochę kimś takim był. Nie powiedziałby tego, ale nie wykluczał. Miał swoje zawady. Pokrętnie sformułowane standardy do nich należały.
- Mówiono mi to od dziecka, więc to musi być prawda - odrzekł z szelmowskim błyskiem w oku.
Bawiły go ich niewymuszone docinki. Lubił z nią rozmawiać w ten sposób. Szczególnie, że nie znał zbyt wielu osób, które równałyby do jego poziomu (to brzmiało nie za dobrze) i próbowały go prześcigać w uszczypliwości. Szczególnie teraz, kiedy stosunki między nimi nie były takie napięte potrafił docenić próby utarcia mu nosa. Zadziwiające, bo chwilę temu skakali sobie do gardeł a tak naprawdę wcale nie zmienili poziomu żartobliwości. Stale robili to w ten sam sposób. Czasami czuł się zmieszany, że zaledwie miesiąc temu podchodził do tego jak do najgorszych obelg.
- Tym, że byłaś w złym miejscu w złym czasie? - Uniósł brew.
Gdyby nie to nie musiałaby go znosić. To nie była zbyt miła myśl, ale takie są fakty. Czasami zastanawiał się jak wyglądałaby ich relacja, gdyby nie tamto zlecenie. Konkluzja była zazwyczaj taka sama: nie wyglądałaby. Nienawidził mentalnego mumbo jumbo, swoich niepoukładanych myśli, wiecznych niesatysfakcjonujących niedopowiedzeń, wątpliwości. Ale to też miało swoją lepszą stronę. Wyrwało ich z niepotrzebnej wrogości. Tylko tyle, że wolałby, żeby nie na rzecz marazmu.
- No tak. Mają tylko Beltane, Ostarę, Imbolc, Yule, Samhain, Mabon, Lammas, Lithę - uśmiechnął się z goryczą w imieniu Geraldine, bo kto jak kto; czarodzieje nie mieli niewielu okazji do świętowania, ale bardzo lubili swoje święta. - To twoja wina, że urodziłaś się tego dnia. Było zaczekać albo urodzić się tydzień wcześniej, bo nie daj Merlinie, żeby dzień lub dwa przed. Wtedy są przygotowania do świętowania - bez wątpienia mogła wyczuć ironię w głosie Greengrassa.
Nie uznawał marnych wymówek. Jeżeli miał kogoś w dupie to dawał to do zrozumienia. Nie musiał uciekać, żeby sprawdzić czy zostawił czajnik na ogniu. Nie chciał kogoś uszczęśliwiać to tego nie robił. Miał w dupie czyjeś uczucia i wolał skupiać się na sabatach, które dla wielu były okazją do chlania to nie udawał, że jest religijny i musi brać w tym udział. Magiczne święta miały dla niego znaczenie, ale w tym wypadku cieszył się, że jest tu a nie tam.
- Daj spokój, Geraldine. Jeśli ktoś chce to może. A jeśli nie chce i udaje, że nie może to on jest przegrywem - skwitował.
Jasne. Miewał tanie wymówki. Łapał się na tym, że łamie swoje postanowienia o byciu szczerym, bo tak jest łatwiej. Czasami chciał coś powiedzieć, ale powstrzymywał się i w efekcie musiał wymyślać coś na poczekaniu.
Miałaś pająka na koszuli, który zniknął, ale był naprawdę ładny dlatego na niego patrzyłem. Wybacz, muszę znikać na dyżur, bujdy na resorach, o których całe szczęście nie próbowali rozmawiać. Mimo to czułby się paskudnie, gdyby ją olał w jej urodziny. Wolałby odbić się od drzwi. To by go upewniło w przeświadczeniu, że nie robiła tego co teraz. Nie piła w samotności.
Mógł z nią wychylić dwie szklanki. Kilka szklanek. Nie więcej. Dopóki się kontrolował dopóty był sens świętować ich przyjaźń a przede wszystkim najważniejsze: urodziny Geraldine.
- Niech spoczywa w spokoju - uniósł szklaneczkę, żeby opić odejście nigdy nie mów nigdy.
Nie było dobrą maksymą. Nawet niespecjalnie lubianą jak na jego gusta. Mogła iść się jebać. Nie mieli za nią tęsknić.
- Da się - zapewnił Geraldine przekonany o swojej racji, ale nie na tyle chętny, żeby wyjaśniać jej, że występują różne rodzaje narzucania się.
Byli dorosłymi ludźmi. Mieli swoje doświadczenia. Nie wątpił w to, że część z rzeczy, o których żartowali podczas rozmowy o plotkach na swój temat miała ujście w rzeczywistości. Nie pytał jej o to. Ogólnie nie poruszał z nią takich tematów, bo nie był chętny słuchać o podbojach miłosnych swojej Przyjaciółki. Ona też go nie pytała. Ta sfera była poza dopuszczalnym zakresem, żeby nie powiedzieć: zakazana.
Jasne. Od czasu do czasu któreś z nich piło do czegoś, co mogło być dwojako odebrane. To były te wieczne niedomówienia, które mu stawały ością w gardle. Ostatnio Ambroise robił to częściej i bardziej podświadomie niż celowo, ale bez wątpienia zdarzało mu się nie raz nie dwa zahaczyć o wykluczone tematy. Natomiast nie chciał wiedzieć zbyt wiele o tym, co mogłoby być dla niego niewygodne. Instynktownie odrzucał głębsze analizy na temat tej sfery życia kobiety poza ich przyjaźnią. Kiedy tego wieczoru brał to pod uwagę czuł się dostatecznie parszywie. Wychylił szklankę do końca, dolewając sobie więcej.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11355), Geraldine Greengrass-Yaxley (10968)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa