• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[21.03.1966] I woke up like this. | Ambroise & Geraldine

[21.03.1966] I woke up like this. | Ambroise & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#21
29.09.2024, 22:27  ✶  

Cóż, w oczach Geraldine przyjaciele nie powinni mieć przed sobą żadnych tajemnic, więc nie do końca pasowało jej stanowisko jakie przyjął. Pewnie nie chciał jej opowiadać o tych wszystkich swoich dziewczynach, nie do końca rozumiała dlaczego, przecież byli tylko i wyłącznie kumplami, nie łączyło ich nic więcej. Nie zamierzała oceniać jego wyborów, mógł robić na co miał ochotę. Jasne, prawdopodobnie byłaby w stanie wydrapać oczy obiektom jego zainteresowania, chociaż wolała akurat tym też się z nim nie dzielić. Może faktycznie dobrze zrobił, że postawił im granicę właśnie w tym miejscu. To jednak oznaczało dla Ger to, że nie do końca byli prawdziwymi przyjaciółmi, skoro mieli się dzielić tylko częścią swoich sekretów. Strasznie pokrętna to była sytuacja, coraz bardziej nie umiała się w niej odnaleźć, czuła jednak, że przestaje się to robić zdrowe, właściwie, czy kiedykolwiek było?

Przez myśl jej nie przeszły, aż takie dalekie rozmyślenia o jakie pokusił się Ambroise. Miała dopiero dwadzieścia trzy lata, nie w głowie było jej zamążpójście, czy myślenie o wzmacnianiu siły swojej rodziny. Zresztą ojciec by jej tego nie zrobił, matka pewnie by próbowała, ale na pewno nie ojciec. Nigdy dotąd nie czuła się zagrożona, nie przeżyłaby w ogóle myśli o tym, że mogłaby zostać do kogoś uwiązana.

- Chcesz mnie wystraszyć? - Nie miała pojęcia po co brnął w temat tych plotek. Ludzie gadali, nawet jeśli mieli ku temu jakieś podstawy, to co z tego? Nie interesowało ją to, co robił kiedyś, liczyło się tu i teraz, a aktualnie nie dawał jej żadnych powodów, aby myślała o nim w nieodpowiedni sposób. Nie słyszała nic nowego od czasu, kiedy się przyjaźnili, zresztą, gdyby coś doszło do jej uszu, to pewnie by to z nim skonfrontowała, chociaż może to zbyt wielkie słowo, po prostu zapytałaby, czy coś jest na rzeczy. Tak właściwie to przecież też nie powinno jej do końca obchodzić, bo się tylko kumplowali, niczego jej nie obiecywał, tak samo jak ona jemu. Może faktycznie powinna sobie znaleźć jakąś ofiarę, aby czymś zająć myśli, zamiast tkwić w tej platonicznej relacji, może dzięki temu coś by się jej rozjaśniło. Póki co jednak, jakoś nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Strasznie ją to wkurwiało, bo nigdy nie miała z tym większego problemu. Mężczyźni pojawiali się w jej życiu dosyć szybko, a jeszcze szybciej z niego znikali. Nie przywiązywała się do nich, bo nie widziała takiej potrzeby, nie znosiła tego uczucia przywiązania do kogoś, no chyba, że chodziło o przyjaźń z Ambroisem, w tym przypadku nie wydawało się jej to przeszkadzać. - Nie wiem o co ci teraz chodzi, przecież nikt nie broni ci korzystać z życia, jest tylko jedno, baw się ile tylko możesz. - Dodała jeszcze, o co konkretnie jej chodziło. Nie musiał się ograniczać, przecież tego od niego nie oczekiwała, a raczej nie chciała, żeby myślał, że ma jakiekolwiek oczekiwania. Na pewno by ją trochę ukuło, gdyby usłyszała o jakichś jego nowych podbojach, z czasem by pewnie przywykła do tej myśli, ale nie chciała, żeby myślał, że ma coś przeciwko temu. Droga wolna.

- Nie wydaje mi się, żeby między nami kiedykolwiek mogło być łatwiej. - Od samego początku ta relacja była kurewsko pokręcona, rządziła się jakimiś dziwnymi prawami, których nie potrafiła określić. Irytowało ją to, bo pierwszy raz wplątała się w coś tak bardzo skomplikowanego, a przecież była bardzo prostym człowiekiem, który najbardziej cenił sobie bezpośredniość. Nie potrafiła określić na czym stoi, na czym oni stoją, bardziej miała wrażenie, że zaczęli się już topić w tych wszystkich niedopowiedzeniach.

- Obyś miał rację. - Wolała nie rozmyślać o tym, co będzie jeśli się mylił, nie była sobie w stanie wyobrazić siebie w tej sytuacji przez kolejne miesiące, to zaczynało się robić za bardzo męczące.

Przewróciła oczami, kiedy wspomniał o tym, że po raz kolejny jej nie rozumiał, to zaczynało zdarzać się zbyt często, nie sądziła, żeby pocieszyło go to, że ona właściwie też nie do końca rozumiała o co jej chodzi.

Nie spodziewała się, że tak diametralnie zmieni jej się nastrój. Nie była już taka szczęśliwa, jak na samym początku, ta rozmowa doprowadzała ją do granicy. Walczyła ze sobą, aby nie powiedzieć czegoś, czego nie chciał usłyszeć, ani czegoś, czego mogłaby żałować. Robiło się więc coraz trudniej, a miał to być tylko i wyłącznie miły wieczór spędzony z przyjacielem.

Myślała, że ciasto pomoże jej jakoś wybrnąć z tej całej sytuacji, do której doprowadziła wcześniejsza rozmowa. Nic z tego, dawno nie czuła się tak zażenowana, jak teraz - gdy gasiła te świeczki. Wiele by dała, żeby nie przyniósł jej tego tortu, obeszłoby się bez tej niezręczności, która pojawiła się ponownie. Miała zresztą wrażenie, że nie opuszczała jej nawet na chwilę, jakby ciągle wisiała w powietrzu.

- Dziękuję. - Wypadało podziękować za życzenia, nie miała problemu z wykonywaniem tych oficjalnych powinności, to akurat zawsze przychodziło jej łatwo, nie ma to jak dobre wychowanie, matka na pewno byłaby z niej dumna.

- Nie baw się mną. - Powiedziała cicho, kiedy znowu się do niej odezwał. Nie była to do końca odpowiedź na jego pytanie, ale czuła, że wypadało w końcu to powiedzieć. Nie zamierzała dłużej tego znosić, miała szczęście, że się odwrócił, bo zauważyłby łzy w jej oczach. Bardzo dobrze zrobiła, że oddelegowała go do tej nieszczęsnej kuchni po widelce. Dzięki temu mogła się uspokoić. Cóż, zbiegiem okoliczności najwyraźniej się zgubił gdzieś między salonem, a kuchnią, bo nie było go zdecydowanie zbyt długo. Mniejsza o to, dzięki temu mogła wlać w siebie trzy szybkie szklanki whisky, których nie widział. Nie było to szczególnie rozsądne, ale znajdowała się już na skraju.

Kiedy wrócił nie było widać już śladu po jej chwilowym zdenerwowaniu, a przynajmniej starała się zrobić tak, aby tego nie zauważył. Wyciągnęła rękę po widelec, aby w końcu zjeść ten tort. Nie, żeby była głodna, ale w sumie dobrze im zrobi jeśli zajmą się czymś innym niż rozmawianiem na niewygodne tematy. Wbiła więc widelec w ciasto, a po chwili wsadziła go sobie do paszczy, jadła w ciszy, chociaż trochę jej ciążyła.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
29.09.2024, 23:33  ✶  
Nie wziął tego pod uwagę. Po nie tak dawnych próbach ostrzeżenia Geraldine przed nim i jego mętlikiem (tym razem poszło lepiej niż wtedy w szklarni) Ambroise zrezygnował z tego, co mogłoby ich od siebie odsunąć. Wcale nie chciał jej stracić. Jej i jej przyjaźni. Jeżeli teraz sugerował coś, co mogłoby o tym świadczyć to robił to nieświadomie. Wyłącznie przez to, że nie panował nad zawartością swojej głowy. Oczywiście nie planował tego mówić. Jak za każdym razem, obrócił kota do góry ogonem.
- Niełatwo to zrobić - nie odpowiedział wprost na pytanie, bo tak właściwie to nie wiedział.
Miał nadzieję, że jej nie wystraszy. W gruncie rzeczy to były tylko małe drobnostki. Zapewniał ją o tym, że z nią nie postąpiłby w taki sposób. Darzył ją szacunkiem. Co prawda, kiedy to mówił starał się dać Geraldine do zrozumienia, że nie patrzył na nią w kategoriach kogoś, z kim chciałby spróbować czegoś więcej niż starej dobrej przyjaźni. Nie był tak uparty, żeby sądzić, że przyjaźń damsko męska nie miała racji bytu. Miał przyjaciółki, z którymi nigdy nic go nie łączyło i które traktował jak rodzone siostry.
Z Geraldine tak nie było. Nieważne jak się starał, nie umiał na nią patrzeć jak na siostrę. To było niewykonalne. Ciągnęło go do niej już przedtem. Nawet wtedy, kiedy pałali do siebie pogardą. Wtedy wkładał bardzo dużo energii w to, żeby dać jej do zrozumienia, że go nie zagnie i mogą rzucać w siebie obelgami od rana do nocy. Tak też zresztą się przerzucali. Doszedł do wniosku, że od samego początku coś między nimi było. To mógł być dobry pierwszy krok do tego, żeby odróżnić własne uczucia od wpojonych mu i narzuconych. Problem w tym, że teoria a praktyka były dwiema różnymi rzeczami. W efekcie dalej się plątał.
- I vice versa. Też jesteś jeszcze młoda. Poza tym atrakcyjna. Świat stoi przed tobą otworem - zasugerował bez potrzeby.
Chyba wyłącznie po to, żeby mieć ostatnie słowo. Nawet, jeśli nic nie wnosiło a ten komplement nie miał zostać przyjęty zgodnie z tym, czego mógłby chcieć Greengrass. Ona też go nie rozumiała, jakby posługiwał się innym językiem. Jednocześnie byli w stanie kończyć swoje myśli i odnosili wrażenie, że to drugie w ogóle było ich pozbawione.
- Nie wydaje się - powtórzył zaraz po niej, kwitując to kiwnięciem głowy.
Miała rację. On też wątpił w to, żeby mogło zrobić się normalniej. Nigdy nie było łatwo. Nawet przed tym, co ich spotkało już zaczynali obracać się w chaosie. Być może to było ich znane środowisko. Możliwe, że właśnie tak wyglądała normalność w wydaniu zarówno niego jak i niej.
Kiedy rodzisz się w płonącym domu, wydaje ci się, że świat dookoła też musi płonąć. Nawet wtedy, gdy nie jest to prawdą.
- Obym miał - odrzekł znowu powtarzając słowa Geraldine.
W gruncie rzeczy nie było między nimi aż tylu różnic. To nie w fundamentach tej relacji tkwił problem. Z pozoru byli do siebie całkiem podobni. Mieli zbliżone cele i wartości. To te małe rzeczy sprawiały, że wszystko drżało w posadach. Pęknięcia powstawały samoistnie. Miał wrażenie, że nie są do uniknięcia. Byli jak tamten naruszony zębem czasu dwór. Mogli stworzyć razem coś pięknego, ale jeśli postaraliby się załatać drobne szczeliny. Najpierw. Od razu. W pierwszym momencie, gdy zauważyli, że tam są. Kiedy jeszcze był na to dobry czas, bo teraz ściany osuwały się bez naprawy ani podparcia.
Tymczasem oboje świadomie wybierali bezczynność. Nie byli w stanie opuścić wspólnego wytworu, więc mościli sobie leża po dwóch przeciwnych końcach tego samego nawiedzonego korytarza. Nawiedzali ten sam dom na dwa różne sposoby. Oba pasujące do zbłąkanych dusz, które same nie wiedziały co trzyma je w tym miejscu. Podobne do siebie, ale jednocześnie zupełnie inne, bo nie mogli się porozumieć. Nie potrafili nawet wybrać wspólnego rodzaju smętnego snucia się po ich opuszczonej posiadłości na grząskich bagnach. Nie umieli się stamtąd wyrwać. Nie próbowali porozmawiać o rozwiązaniach. Tak. Wielokrotnie dyskutowali, ale miał wrażenie, że zawsze pomijali najważniejsze szczegóły. Tylko oni mogli sobie pomóc. Nie było nikogo, kto by ich w tym wyręczył. Nie mieli zaprzyjaźnionego egzorcysty, który poradziłby sobie z byciem opętanym własnymi niezrozumiałymi uczuciami.
Ambroise nie był święty. Brał połowę odpowiedzialności za wszystkie niepowodzenia, nieporozumienia, niedopowiedzenia, przemilczenia. Za kurz osiadający na nich. Za ich postrzępione firanki z pajęczyn i niedostrojone pianino o klawiszach jak szczerbate zęby, które same grało. Brak komunikacji działał w obie strony. Powinien coś z tym zrobić. Być może wystarczyło zrobić pierwszy zdecydowany krok, żeby ich wyrwać z tego otępienia. Ale Geraldine trafiła na złego człowieka. Kiedy dało się dostrzec, że byli do siebie podobni należało powtórzyć to głośniej: byli do siebie podobni. W tym także w sposobach nie radzenia sobie z wewnętrznymi lękami.
Nie chciał jej ranić. To było ostatnim co mógłby mieć w planach a jednak nieświadomie to robił, bo sam obawiał się dokładnie tego samego. Nikt go nigdy nie skrzywdził w ten sposób. Nie miał traum związanych z nieszczęśliwym uczuciem. Przeżywał je po raz pierwszy. Działało na niego destrukcyjnie. Sprawiało, że zachowywał się jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce (powinna to zrozumieć, prawda?) a najgorsze w tym było, że nie umiał stwierdzić czy Geraldine była w tym z nim czy pojawiła się, żeby oglądać jego męki. Miotał się. To było złe, ale nie do uniknięcia. Nie chciał się poddać i pogrążyć w marazmie.
- Nie próbuję - jego słowa były cichsze.
Stanowiły chyba najbardziej szczerą reakcję tego wieczoru, ale istniało prawdopodobieństwo, że nie była w stanie tego usłyszeć. Coś zakłuło go w piersi. Nie spodziewał się tego od niej usłyszeć. Nie chciał, żeby obawiała się czegoś krzywdzącego z jego strony. Już nie chciał być jej wrogiem. Ani przyjacielem. Nie chciał być jej przyjacielem.
Ale nie obrócił się ani nie powtórzył tej deklaracji. Poszedł po widelce do kuchni. Przy okazji wygrzebując jakąś napoczętą butelkę alkoholu (ten był obrzydliwy, w ogóle nie w stylu jego Geraldine) i opróżniając ją w minutach, w których nie było go w salonie. Tyle z założeń trzeźwości, ale przynajmniej był spokojniejszy, kiedy wrócił do Yaxleyówny. Usiadł w odpowiedniej odległości na kanapie, zanurzając widelec w cieście stojącym między nimi. Również milczał.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#23
30.09.2024, 00:31  ✶  

Te jego ostrzeżenia wcale na nią nie działały, czuła się trochę, jakby próbował ją ostrzegać przed męską wersją niej samej. Nie bała się zmierzyć z czymś, czym sama była. Nie mogła być przecież taka straszna. O niej także krążyły różne plotki, ona również nie zawsze miała tylko i wyłącznie dobre zamiary, ona też nie miała pojęcia, co się działo, również nie chciała się przyznać do tego, że nie wydawało jej się, aby łączyła ich tylko i wyłącznie przyjaźń.

- Cieszę się, że wreszcie to zauważyłeś. - Dobrze, że zaczął zdawać sobie sprawę, że bez względu na to co mówił, na niej nie robiło to wrażenia, najmniejszego. Ger nie lękała się ognia dopóki sama się nie sparzyła. Póki co Ambroise nie dał jej powodu, aby trzymała się od niego z daleka. To jego gadanie nie robiło na niej najmniejszego wrażenia, nie zamierzała w ogóle się na tym skupiać. Zresztą skoro był taki okropny to dlaczego ciągle się koło niej kręcił, zawracał jej głowę, chciał ją mieć przy sobie? To nie miało najmniejszego sensu.

Jeśli myślał, że to ona podejmie decyzję o tym, że mają się od siebie trzymać z daleka, to cóż - był na straconej pozycji, nie chciała tego zrobić. Naprawdę zależało jej na tym, aby nic się nie zmieniało. Nadal chciała się z nim spotykać, kurwa kupił jej leżankę i kapcie, czy w ten sposób postępuje ktoś, kto nie chce widzieć cię w swoim życiu? Wbrew pozorom czuła, że to nie jest coś, co miało niedługo się skończyć, wręcz przeciwnie to miał być dopiero początek, oczywiście jeśli tylko jej na to pozwoli, bo przecież to nie była tylko i wyłącznie jej decyzja.

- Wezmę sobie twoją radę do serca. - Gówno prawda, ale nie musiał o tym wiedzieć. Zupełnie zignorowała komplement, który był częścią tej wypowiedzi. Skoro było mu to takie obojętne, to zamierzała potwierdzić, że faktycznie zacznie korzystać z życia, tak jakby nic się nie zmieniło, chociaż nie miała takich zamiarów. Nie chciała, żeby w ogóle myślał o tym, że mogłaby się aktualnie zainteresować kimś innym. Jakim cudem, kiedy to cholerny Greengrass był powodem jej bezsenności? Nie byłaby w stanie spojrzeć na nikogo innego, a co dopiero wejść z nim w jakąkolwiek bliższą relację, nawet typową dla siebie jedno nocną, nic nieznaczącą. Najgorsze było to, że zdawała sobie z tego sprawę.

Byli do siebie za bardzo podobni. Gdyby któreś miało więcej zaufania, pewnie już dawno pozbyliby się tych niedopowiedzeń ze swojego życia. Zbyt wiele ich łączyło, pojawiały się te same lęki, przez które nie byli w stanie nic z tym zrobić. Nie chcieli dać sobie odejść, ale nie mieli odwagi sięgnąć po coś więcej. Tkwili w udawanej przyjaźni, która dla obu stron była niewystarczająca. Jakby ktoś założył im kajdany na nogi, przez które nie mogli się ruszyć. Tak właściwie to sami to zrobili. Sami wyznaczyli sobie niewidzialną granicę, której nie chcieli przekroczyć. Nie rozmawiali o tym nigdy, tak po prostu się stało. Kurczowo się tego trzymali, chociaż nikt im tego nie nakazywał. Brakowało w tym wszystkim osoby, która byłaby w stanie powiedzieć co dokładnie leżało jej na sercu. Tak to już jest z osobami które są przyzwyczajone do duszenia w sobie wszystkiego. Geraldine nigdy nie potrafiła mówić o swoich uczuciach, zazwyczaj sięgała po czyny. Tym razem jednak za bardzo bała się tego, jakie konsekwencje mogły przynieść. Nie chciała zostać odrzucona, nie chciała stracić tej złudnej kontroli którą miała, kiedy łączyła ich przyjaźń na którą przystali.

Tyle, że nie była w stanie dłużej tego znieść. Tym bardziej, że każde słowo, które padało z jego ust uświadamiało ją w tym, że coś między nimi nie grało, że to nie miało żadnego sensu. Nie potrafili dojść do najprostszego rozwiązania tej sytuacji. Tak naprawdę żadne z nich nawet nie próbowało po nie sięgnąć, czy ewentualność w postaci urażonej dumy mogła faktycznie być aż takim hamulcem?

Była cholernie wkurzona na siebie i na niego, że nie potrafili sobie z tym poradzić. Rozwiązanie było jedno, musieli wreszcie porozmawiać, bez omijania tego, co było w tym najważniejsze. Wiedziała o tym, zdawała sobie sprawę, że to też jej wina. Gdyby była inna mogliby mieć to już dawno za sobą, niestety nie mogło być zbyt prosto. Z każdą minutą napięcie wiszące w powietrzu robiło się coraz większe, niczym pętla zaciskało się na jej gardle. Pozostawało czekać, kiedy wreszcie zacznie się dusić i nie będzie w stanie złapać ostatniego oddechu. Zabijało ją to od środka, czekała tylko na to, aż ją to całkowicie zniszczy. Chaos w końcu wszystko pochłonie. Może właśnie tego im brakowało, odrobiny chaosu, za bardzo starali się kontrolować, przez co nie mieli nawet szansy pozwolić sobie na jakikolwiek element zaskoczenia.

Usłyszała to jego nie próbuję, tyle, że nie do końca mu wierzyła. Wiele razy podczas ich rozmów podstawiał ją pod ścianą, miotała się przez to jak dziecko we mgle, próbując znaleźć jakieś wyjście. Dawała mu te dwuznaczne odpowiedzi, ale czuła, że już dłużej nie da rady tego ciągnąć w podobny sposób. Najwyraźniej nawet Yaxleyówna czasem musiała przegrywać. Może łatwiej byłoby się od niego odsunąć, dać sobie przestrzeń, nie była jednak szczególnie przekonana, czy długo by wytrzymała. Przyzwyczajenie było czymś okropnym, nigdy jeszcze nie odczuwała tego, aż tak mocno.

- Mam dość, zasłodziłam się chyba na cały rok. - Przesunęła w jego stronę karton z ciastem, jakby to był aktualnie jej największy problem. Sięgnęła też znowu po alkohol, powoli czuła już błogość wynikającą z jego spożywania, jeszcze kilka szklanek, a może uda się jej zapomnieć o tym, co ją męczyło. Liczyła na to, że okaże się być remedium na jej wszystkie lęki.

Kiedy złapała w rękę szklankę, podciągnęła nogi na sofę, odwróciła się tak, żeby oprzeć się plecami o podłokietnik i zaczęła się bardzo intensywnie wpatrywać w swojego partnera w zbrodni, dłuższą chwilę zastanawiała się nad tym, co chciała powiedzieć, alkohol nie pomagał formułować zdań z jej myśli, musiała jednak wziąć się w garść.

- Nie możemy sobie tego robić. - Tak, zdawała sobie sprawę, że robią to sobie razem, może było to dosyć śmiałe założenie, ale czuła, że nie jest to jednostronne.

- Nie wiem, jak ty, ale ja tak dłużej nie wytrzymam. - Nadal nie powiedziała wprost o co jej chodzi, a jakże. Próbowała jednak jak tylko potrafiła doprowadzić tę rozmowę, którą rozpoczęli do końca.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#24
30.09.2024, 02:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2024, 03:42 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Mówisz tak, jakby zajęło mi to bardzo długo - zarzucił Geraldine marszcząc brwi i kręcąc głową.
Niedowierzanie, że twierdziła coś takiego po tym jak w niespełna miesiąc odkrył u niej zupełnie nową twarz. Twarz osoby, którą mógł polubić (może nie tylko, gdyby tylko... ...tylko...
...dała mu to do zrozumienia?), choć chwilę wcześniej wykluczał taką możliwość. Stawali się sobie bliscy. Może nawet bardziej niż mógłby założyć z początku. Ich relacja nie przebiegała w normalny sposób. Była ciągiem wzniesień i dolin, żeby nie powiedzieć: dołów.
Tak. Ostatnio miał wrażenie, że to właśnie w ten dół równali. Cały czas miał w głowie bagienne określenia i inne niezbyt ambitne porównania na to, w czym się taplali. Mimo to uważał, że pewne rzeczy zauważył wprawnie. Nie zajęło mu zbyt długo, żeby nauczyć się jej nawyków. Tego, że pijała czarną (brązową!) kawę bez cukru i bez śmietanki, ciężko jej było wysiedzieć w miejscu, nieczęsto nosiła rozpuszczone włosy jak dzisiaj, wolała palić papierosy na śniadanie niż jeść pełnowartościowy posiłek. I była uparta. Bardzo uparta. Równie uparta, co on, choć Ambroise powiedziałby, że bardziej oślo. On, oczywiście nie był oślo uparty.
Zwyczajnie trwał przy postanowieniach i potrzebował czasu, żeby rozważyć alternatywy dla większości swoich rozwiązań. Głównie dlatego, że jego rozwiązania były najlepszymi.
To dlaczego te konkretne były najgorsze?
Wydawało mu się, że może pojawić się w mieszkaniu Geraldine w jej urodziny. Przynieść kwiaty, prezent, ciasto, alkohol. Spędzić wspólnie czas jak ludzie, którymi się tytułowali. Kumple. Przyjaciele. Tego jednego wieczoru uniknąć podtekstów i niedopowiedzeń. Najwyraźniej to było bardziej niż niedorzeczne. Od tego nie dało się uciec. Ambroise nie mógł powiedzieć swoim głupim myślom, żeby zamknęły swoje głupie ryje w jego głupiej głowie i nie sprawiały, że to on wychodził na człowieka mówiącego głupie rzeczy.
Swoim...
...głupim...
...ryjem.

Zacisnął zęby i wargi. Zasugerował Geraldine, żeby korzystała z życia w tym sensie, o którym mówili podczas swojej ulubionej gry w aluzje, ale nie podobało mu się, że chciała to wziąć do serca. Nawet, jeśli mówiła to tylko po to, żeby zrobić mu na złość i potencjalnie zmusić go do jakiejś reakcji.
Nie próbował z nią grać. Wbrew temu wszystkiemu. Naprawdę nie próbował bawić się czyimikolwiek uczuciami. Nawet w przeszłości z tymi wszystkimi kobietami zawsze stawiał sprawę jasno. Nie usiłował mydlić nikomu oczu tym, że może wyjść z tego coś więcej, kiedy wcale nie chciał, żeby wychodziło. A kiedy chciał to najwidoczniej nie umiał tego właściwie okazać. Wypity alkohol nie sprzyjał dobrym decyzjom. W niektórych przypadkach mogłoby to być przydatne. Już raz rozmawiali o ulubionych motywach literackich jego macochy. To mógłby być jeden z nich. Tyle tylko, że w przypadku tej konkretnej relacji alkohol chyba jeszcze bardziej zamykał mu mordę.
Czuł się pogubiony, wstawiony, zmieszany i coraz bardziej spięty, choć na zewnątrz nadal tego nie okazywał. Z zewnątrz przeciągnął się na kanapie i odpowiedział spojrzeniem na to intensywne, palące spojrzenie.
- Czy to znaczy, że nie zjemy drugiego tortu? - Spytał, przyciągając do siebie ciasto, które mu oferowała.
W tym momencie potrzebował cukru. Im niezdrowsza była jego bądź co bądź kolacja tym lepiej. Ognista i tortowy biszkopt przekładany kremem brzmiały jak marzenie każdego nastolatka a on trochę czuł się jak dzieciak. Nie. Nie w tym dobrym sensie powrotu do błogiej przeszłości z uśmiechem na ustach i wspominkami w głowie. Ambroise czuł się jak zagubiony szczyl wchodzący w okres dojrzewania. Nie rozważał tego, ale być może mówiono prawdę o tym, że mężczyźni dojrzewali później. Być może dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat zaczynał być większym chłopcem a już niedługo dojrzeje, żeby być bardziej odpowiedzialnym młodym dorosłym.
Godne politowania. Wyśmiałby to, gdyby w ogóle pomyślał w takich kategoriach. Przecież on był poważnym człowiekiem podejmującym trudne decyzje dla ich wspólnego dobra. Odkładającym swoje uczucia na zakurzoną półkę i przedkładający nad nie dobro ich przyjaźni. Byleby tylko jej nie stracić.
- To tylko trochę za dużo cukru i alkoholu. To jeszcze nie zbrodnia - odpowiedział z takim przekonaniem jak tylko mógł, próbując uśmiechnąć się w jej stronę.
Wiedział.
Nie podświadomie. Nie tylko, ale też po tym spojrzeniu skierowanym w jego stronę. Po braku błysku w oczach Geraldine, zgiętych nogach podwiniętych na kanapie, sposobie w jaki zaciskała palce na szklance z whisky, ułożeniu jej warg i wielu innych drobnych gestach. Nie chodziło jej o to cholerne ciasto. Ani o zatrważająco szybko ubywający alkohol. Nie mówiła o takim robieniu sobie krzywdy. Szczególnie nie wzajemnie.
Ambroise znowu sprowadził to do bezpiecznego bagna, w którym teraz umościli się tak wygodnie, że mieli tort ze świeczkami. Pierwszy wspólny miesiąc we własnej nawiedzonej ruderze z duchami tego, co było i tego czego nie miało być.
- Możemy wyjść w miasto. Dołączyć do świętowania - zasugerował beznadziejnie.
Bez przekonania nawet samego siebie, że to o czym mówi ma jakikolwiek sens. Mimo to czuł się związany swoimi własnymi kajdanami, na których zdjęcie chyba nie był gotowy. Zabębnił palcami o kryształ, który wydał z siebie charakterystyczny dźwięk przerywający ciszę. Brakowało tylko dźwięku łańcuchów i ciągniętej żelaznej kuli.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#25
30.09.2024, 09:59  ✶  

- Sam oceń, czy to długo, czy krótko. - Ciągnęło się to przecież za nimi od ponad dwóch lat. Fakt, w między czasie udało mu się ją skutecznie od siebie odsunąć, ale na swoją obronę miała to, że był wtedy dla niej naprawdę okropny. Nawet ona nie była w stanie znieść ciągłych nieprzyjemności, bo wbrew temu, co mogło się wydawać na pierwszy rzut oka była wrażliwa.

Nie chodziło jej jedynie o ten miesiąc, to była całkiem miła odmiana po tym całym gównie, którym się obrzucali w między czasie. Tyle, że i tak niewystarczająca, nie dla niej. Miała zdecydowanie większe oczekiwania, chociaż nie potrafiła mu o nich powiedzieć, najlepiej gdyby się tego sam domyślił, ale była coraz bardziej pewna tego, że nie będzie w stanie tego zrobić. Jaka szkoda, będą się babrać w tym dnie, dopóki faktycznie nie zatoną. Nie była to szczególnie atrakcyjna perspektywa, ale chyba tak już musiało być.

Nie była szczególnie zachwycona tym, że zachęcał ją do szukania sobie rozrywki, do korzystania z życia, bo wcale nie chciała tego robić, przestało ją to bawić, chociaż jeszcze miesiąc temu nie miałaby nic przeciwko, zupełnie. Wiele się zmieniło, przynajmniej dla niej. Próbowała mu to pokazać, ale nie chciał tego widzieć. Czy gdyby jej nie zależało na nim w ten sposób, to pojawiałaby się u niego tak często, czy zostawałaby na noc, brnęła w to z taką ochotą? Nie. Może usilnie powtarzała te słowa o ich ogromnej przyjaźni, ale jej zdaniem to wcale nie wyglądało jak przyjaźń, czy tego chciał, czy nie.

Nie powinna myśleć w ten sposób o przyjacielu, nie powinna marzyć o tym, że kiedyś spojrzy na nią inaczej, nie powinna wyobrażać sobie siebie trzymającą się z nim za rękę, ani całej reszty tych nie do końca stosownych rzeczy, a jednak to robiła.

Nie, nie zrobił tego znowu. Yaxleyówna patrzyła na niego jak zauroczona. Naprawdę próbowała przejść do tej rozmowy, która musiała się między nimi odbyć, a on znowu to odsuwał. Przysunęła sobie szklankę do ust i wypiła jednym haustem jej całą zawartość. Nie zniesie tego dłużej. Czy naprawdę nie mogli ten jeden raz przejść do konkretów? Próbowała, nieco pokracznie, ale próbowała coś z tym zrobić. Jak widać wyszło jak zawsze. Tym razem nie dolała sobie alkoholu do szklanki, jednym szybki ruchem sięgnęła po prostu po butelkę, która stała na stole i wzięła ją w swoje dłonie. Będzie piła z gwinta. Tego potrzebowała. Nic jej już nie uratuje przed odcięciem się od tego, co się między nimi działo. Wierzyła, że spora ilość whisky będzie jej lekarstwem.

- Tak, nie zjemy drugiego tortu, chyba, że tego właśnie potrzebujesz, to możemy pójść po więcej. - Chciał cukru, da mu cukier, wystarczyło tylko słowo. Jeśli tego właśnie potrzebował, to kimże była, aby mu tego odmówić?

- Masz rację Roise, najwyraźniej to tylko cukier i alkohol, nic takiego. - Ścisnęła mocniej butelkę, która znajdowała się w jej dłoni, przymknęła na chwilę oczy, aby się uspokoić. Jej uścisk był dosyć silny, nie panowała nad nim, jeszcze chwila, a zupełnie przypadkiem rozwali tą butelkę w swoich rękach. Musiała się uspokoić i odpuścić. Nie mogła sobie pozwolić na takie wahania nastrojów. Ona się nie uśmiechała, na jej twarzy pojawił się za to grymas, dobry humor gdzieś przepadł, a przecież jeszcze kilkanaście minut temu była naprawdę zadowolona.

- Jeśli masz chęć, to idź świętować, ja sobie tutaj zostanę. - Na pewno dobrze by im zrobiło wyjście na świeże powietrze, wmieszanie się w tłum osób, które celebrowały Ostarę. Nie musiliby się wtedy skupiać na sobie, tyle, że ona wcale nie chciała się stąd ruszać. Wolała zostać w swojej jaskini i cierpieć sobie po cichu, z dala od osób w wyśmienitych nastrojach. - Może znajdziesz sobie kogoś z kim będziesz mógł posiedzieć przy ognisku, bo przecież tego chcesz, prawda? Nie jestem ci do niczego potrzebna. - Sam o tym mówił, zamierzała więc brnąć w tą narrację. Proszę bardzo, śmiało, niech się bawi, i najlepiej jej jeszcze jutro opowie o tym, jak wspaniale było. Właśnie na to zasługiwała.

Nie powinna tego mówić, bo na samą myśl o tym, że przez nią mógł stąd czuła nieprzyjemne dreszcze na plecach, ale nie zamierzała dawać mu tej satysfkacji, prosić go o towarzystwo. Może był tacy sam jak wszyscy inni, tylko po cholerę tu w takim wypadku przychodził, mieszał jej w głowie, a teraz chciał jak zawsze udawać, że wszystko było w porządku.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#26
30.09.2024, 11:07  ✶  
Dla niego to nie były dwa lata. Instynktownie stawiał nieprzekraczalną granicę między tym, co było kiedyś, jakby w innym życiu a tu i teraz. Byli nową wersją tej relacji. Relacją 3.0. i Ambroise próbował nie wracać do tego, co było w ich niechlubnej przeszłości przed wydarzeniami, które doprowadziły ich do Tu i Teraz. Jeśli o tym nie mówił to nie sugerował, że tęsknił za okresem, kiedy nie byli ze sobą pogmatwanie powiązani i nie mogła uprzeć się przy tym, że chciał jej dać do zrozumienia, że mogliby wrócić do bycia sobie dalecy i oschli. Nawet jeśli teraz nie umieli rozmawiać o najważniejszym problemie to nadal nie znaczyło, że Ambroise nie chciał jej obok. Tak to już zaczynało wyglądać, że jednocześnie uspokajała i drażniła jego demony. Najlepiej równocześnie. To było z nią możliwe.
- Dzięki. Chyba mi wystarczy - wzruszył ramionami, dalej kończąc ciasto.
Nie sądził, że szybko pożałuje odmowy propozycji pójścia po więcej słodyczy. Gdyby to zrobił najpewniej mogliby uniknąć dalszych wyrzutów i insynuacji, które obrzydzały mu jedzenie i zaczynały wprawiać go w bardzo paskudny humor. Jeszcze tego nie okazywał. Nadal uśmiechał się do Geraldine, choć coraz częściej na nią nie patrzył. Walczył z goryczą i ze słowami, których nie powinien mówić. Znowu to sobie robili. Nawet w jej urodziny.
- Znowu zaczynasz robić się skomplikowana - tym razem nie krył urazy, bo obiecali sobie, że będą wobec siebie prostszymi ludźmi.
Ani razu im to nie wyszło. Przynajmniej jak do tej pory. Umowa mogła zostać uznana za nieważną, skoro nie była wiążąca, ale Ambroise i tak nie powstrzymał się przed tym niewybrednym komentarzem. Zupełnie tak, jakby on był wobec niej otwartą księgą.
Był. W niektórych kwestiach. Rozumieli się w naprawdę wielu przypadkach na większej ilości płaszczyzn niż z kimkolwiek innym do tej pory. Natomiast ta płaszczyzna była niechlubnym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Prosiła go, żeby się nią nie bawił. Tymczasem to on zaczął odnosić wrażenie, że ona bawi się nim. Rzucała mu wędkę z przynętą, nęciła go a potem wyrywała z opanowania jak rybę z wody. Niby mówiła o tym, że powinni wyjaśnić sobie nieścisłości, ale nie formułowała ich wprost. Ambroise czuł, że podobało jej się patrzenie jak on się miota a jemu w tym czasie brakowało oddechu.
Nie była taka niewinna jak próbowała mu wciskać. Oboje mieli za uszami dużo więcej niż byli w stanie powiedzieć. On przynajmniej próbował żyć z tym, co było (i czego nie było) między nimi. Usiłował być tym jej przyjacielem, choć to nie było w jego stylu. Szczególnie, kiedy we wszystkich innych okolicznościach zabrałby ją na te cholerne ognisko. A potem dalej do domu i to nie do tego obskurnego mieszkania przy Pokątnej na prywatną leżankę.
Czy naprawdę był aż tak niejasny?
- Próbujesz zadać bardzo niski cios - burknął na nią ostrzegawczo, żeby uprzedzić Geraldine o tym jak nisko próbowała się posunąć.
Nie zasłużył sobie na te insynuacje. Od samego początku przyszedł tu z informacją, że chce spędzić ten wieczór z nią. Pojawił się dla niej i nie planował samotnie opuszczać tego mieszkania. Przynajmniej, o ile nie zostanie z niego wywalony. To się nigdy wcześniej nie stało, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Prawda? Ambroise czuł, że to mógł być ten wieczór. Szczególnie, że w budynku nie było zbyt wielu sąsiadów, więc nie musiała przejmować się pozorami. Nie, żeby kiedykolwiek przejmowały ją plotki. A przynajmniej cały czas tak o tym rozmawiali.
- Może już więcej nie pij. Zrób sobie przerwę albo coś. Wyjdźmy stąd - nie brzmiał na tak ugodowego, jakby mógł sobie życzyć ani na przekonanego o słuszności proponowanego rozwiązania, ponadto dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że dokłada do ognia tą uwagą o alkoholu.
Sam nie był trzeźwy. Nie pilnował ilości wypitego alkoholu zgodnie z tym, co sobie obiecał. Wręcz przeciwnie. Nawet w tej chwili potrzebował pić. Wyciągnął rękę po butelkę, spojrzeniem dając Geraldine do zrozumienia, że nie chciał jej odebrać trunku na zawsze, tylko potrzebował się napić. Był hipokrytą. Tak. Ale na jego obronę: oboje mieli dużo większe problemy emocjonalne niż jego pijacka hipokryzja. Jednocześnie wściekle dźgnął tort widelcem, pchając sobie kawał do ust i przełykając z trudem. Miał zamiar skończyć to ciasto. Tu czy na klatce.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#27
30.09.2024, 12:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.09.2024, 13:01 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Ona zaczęła to traktować jako całość. Nie dało się wymazać przeszłości, tego jak się od siebie odsunęli. Bała się, że niedługo może się to powtórzyć, że znowu nie będzie potrafiła temu zapobiec. Pamiętała tę gorycz, która się między nimi pojawiła. Bardzo, ale bardzo zależało jej na tym, żeby znowu nie zaczęli się traktować w ten sposób. To, że powtarzali sobie, że aktualnie są przyjaciółmi jej nie wystarczało, nie czuła tego. Jasne, spędzali razem dużo czasu, jednak nadal nie mówili sobie wszystkiego, nie byli ze sobą stuprocentowo szczerzy. Prędzej, czy później to musiało pierdolnąć, bo nie miało silnych fundamentów.

- Jak tam chcesz. - Wzruszyła jedynie ramionami. To był jego wybór, jak przystało na gospodynię starała się zadbać o swojego gościa, była gotowa mu dać dokładnie to, czego potrzebował, tylko wypadałoby, aby powiedział jej dokładnie, co to było.

Zdawała sobie sprawę, że nie gra czysto. Na swoje usprawiedliwienie miała jedynie to, że on również to robił. Nie zamierzała być gorsza, ratowała się czym mogła przed utonięciem. Była zdesperowana, uderzała w te najbardziej nieodpowiednie miejsca, byle sprawić mu przykrość. Nigdy nie mówiła, że jest szczególnie ambitna, jeśli chodzi o zadawanie ran. Zresztą tak naprawdę bardzo nie chciała go krzywdzić, to był jej sposób na obronę. Czuła, że on ją krzywdził i robiła to samo, zadawała drobne, niby zupełnie niepozorne draśnięcia, które przy zsumowaniu mogły przynieść naprawdę dużo bólu i goryczy.

- Przywyknij do tego, chyba czas najwyższy. - Nikt nie mówił, że będzie prosto, prawda? Zresztą nie wydawało jej się, aby była jakoś szczególnie skomplikowana, na pewno nie mniej od niego. Nie ułatwiali sobie egzystencji, wręcz przeciwnie, niepotrzebnie wszystko utrudniali. Ona też musiała do tego przywyknąć, bo nie zamierzała akceptować ewentualnego braku Ambroise'a w swoim życiu. Musiała zaakceptować, że będzie między nimi jakoś.

- Przykro mi, że zawiodłam twoje oczekiwania. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Była zła, alkohol tylko potęgował te nieprzyjemne uczucia, powoli traciła kontrolę, to znaczy teraz już nie powoli, zdecydowanie zbyt szybko. Pokazywała mu się z tej najgorszej strony, którą raczej starała się tłumić, chować bardzo głęboko.

Nie powinna uderzać w to miejsce, nie po tym jak przyszedł tutaj z kwiatami, ciastem, alkoholem i prezentem i podkreślał, że jest tutaj dla niej. Znalazł czas i chęci, aby towarzyszyć jej w tym dniu, kiedy wszyscy inni ją olali. Powinna to docenić, jednak nie potrafiła. Nie, kiedy miała wrażenie, że mogło to być coś więcej, tyle, że żadne z nich nie umiało przekroczyć granicy. Wyżywała się teraz na nim przez to, że nie radziła sobie z tym, co w niej kiełkowało. Ona była nieudolna, nigdy nie potrafiła rozmawiać o tym, co czuła. On nie powinien za to obrywać, cóż, nikt nie mówił, że była szczególnie dojrzała. Ba, można było stwierdzić, że wręcz przeciwnie, na pewno w tej chwili. Zachowywała się jak gówniara, która nie miała pojęcia, czego chce, a może właśnie wiedziała, czego chce, ale bała się po to sięgnąć.

- No jasne, zabroń mi jeszcze pić, zabierz tę ostatnią przyjemność. - Musiała się odezwać, chociaż wiedziała, że miał rację. Whisky nie pomagała, miała uleczyć ból, a powodowała, że działo się zupełnie przeciwnie. Musiał to być jeden z tych gorszych dni, gdy reagowała na alkohol zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Bez słowa wręczyła mu butelkę, bo wyciągnął w jej kierunku rekę. Niech pije, co za hipokryta. Jej zabraniał, a sam zamierzał się sponiewierać, byly siebie warci.

Podniosła w końcu tyłek z sofy, nie zrobiła tego szczególnie zgrabnie, ale miała to w nosie. Zastanawiała się, czy weźmie ze sobą tę butelkę, którą przed chwilą mu wręczyła, nie chciała bez niej wychodzić. Nim ruszyła w stronę drzwi sięgnęła do stołu, żeby zabrać swoje szlugi i zaplaniczkę, na pewno jej się przydadzą podczas tego spaceru. - Idziemy. - Mruknęła jeszcze, gdyby nie zauważył, że zbiera się do wyjścia, co raczej było oczywiste. Robiła to tylko dlatego, że nie chciała, żeby sobie poszedł, a czuła, że jak zostanie tu dłużej, to sama go wywali za drzwi.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (11355), Geraldine Greengrass-Yaxley (10968)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa